"Bliźnięta totalitaryzmu"

Neapol, 27 lipca 1999

W dobrej i ważnej książce Andrzeja Paczkowskiego Od zafałszowanego zwycięstwa do prawdziwej klęski znajduję passus, który posłuży mi idealnie jako odskocznia do tego, co mam do powiedzenia w związku z polskim wydaniem Czarnej księgi komunizmu. Paczkowski, pisząc o tematach objętych tabu w historiografii komunistycznej, powiada: "Kurczyła się wciąż, ale jeszcze istniała, lista tematów objętych całkowitym tabu, przy których nie wymagano nawet - mniej lub bardziej dobrowolnie - fałszowania. Traktowano je po prostu per non est. Koronne miejsce zajmowało na niej wymordowanie przez NKWD, wiosną 1940 roku, kilkunastu tysięcy oficerów polskich. Było to oczywiste, gdyż kłamstwo dotyczące sprawców okazało się gniazdem, w którym wykluł się nowy system".

Znakomite jest to "kłamstwo jako gniazdo, w którym wykluł się komunizm", niezależnie od liczbowych ocen zbrodni (w Czarnej księdze sto milionów jest niewątpliwym zawyżeniem). I spory o tomisko przygotowane w Paryżu z udziałem badaczy z innych krajów, Paczkowskiego w naszym wypadku, sprowadzają się w gruncie rzeczy do pytań: wolno, jak to zrobił redaktor przedsięwzięcia, stawiać zbrodnie komunizmu obok zbrodni nazizmu?, wolno jednym tchem wymienić Holocaust i Gułag? Co do mnie nie waham się odpowiedzieć: wolno. Ale w obozie (z grubsza mówiąc) wciąż komunistycznym, ekskomunistycznym czy postkomunistycznym wielu przyjmuje to "wolno" z oburzeniem, uważa je często za świętokradztwo, za obrazę tragedii Holocaustu, za jego "banalizację" (dlaczego? banalny był Gułag?). Albo za akceptację poglądów niemieckiego historyka "rewizjonistycznego", Noltkego. Może się Noltke podobać albo nie, lecz jest faktem, że pierwszy obóz koncentracyjny założyli wychowankowie Lenina, a nie wychowankowie Himmlera. I że - tu już piszę od siebie - Trocki po rewolucji powiedział do Lenina: "Władimir Iljicz, bez pracy przymusowej nie zbudujemy nigdy socjalizmu", że Hitler zwykł był nazywać Stalina ein genialer Kerl; i że według zmarłego historyka sowieckiego Aleksandra Niekricza po podpisaniu paktu Ribbentrop - Mołotow wysłano z Moskwy do republikańskich organizacji partyjnych poufne okólniki zalecające nauczycielom politgramoty uwypuklanie "pokrewieństw łączących nasz socjalizm z niemieckim narodowym socjalizmem".

Określenie gemelli totalitari, bliźnięta totalitarne, czyli komunizm i nazizm, zostało chyba użyte po raz pierwszy przeze mnie w dzienniku turyńskim La Stampa (dopiero po jakimś czasie upodobał je sobie Alain Besancon), wywołując liczne protesty listowne czytelników. W kilka lat potem wielkie wydawnictwo turyńskie Einaudi zaprosiło mnie do napisania wstępu do pełnej włoskiej edycji Opowiadań kołymskich Szałamowa. Upewniwszy się, że to nie pomyłka następców zmarłego właśnie założyciela firmy, słabo zorientowanych w moich poglądach, przyjąłem zaproszenie. Tekst został z góry zapłacony i w końcu odrzucony. Wydałem go w książeczce w Neapolu, wykorzystując rozgłos skandalu w całej prasie włoskiej; książeczka, w drugim już nakładzie, towarzyszy odtąd w księgarniach przeszło tysiącstronicowemu tomowi Szałamowa (nawiasem mówiąc, wstęp ukaże się po polsku w gdańskim Przeglądzie Politycznym i w "czytelnikowskiej" książce Szałamowa Wiszera). Co było powodem odrzucenia wstępu? Powtórzone w nim określenie gemelli totalitari. Nie byli go w stanie przełknąć spadkobiercy włoskiego "księcia wydawców", jak nazywano powszechnie Einaudiego, który za dawnych komunizanckich czasów planował luksusową edycję Pism zebranych... Żdanowa.

Po co to opowiadam? Wstęp do polskiego przekładu Czarnej księgi komunizmu napisała profesor Krystyna Kersten. Poważna historyczka, ale skrępowana nieco swoją przeszłością polityczną. A zatem jako słusznie poważna i uczciwa historyczka docenia w sumie znaczenie Czarnej księgi, a jako osoba wierna sentymentalnie swojej młodości nie może się pogodzić ze strasznym znakiem równania Holocaust - Gułag. Szuka kompromisu, pisząc m. in. "Gustaw Herling-Grudziński określił nazizm i komunizm jako bliźniacze systemy totalitarne; wiele w tym racji, z zastrzeżeniem, że nie były to bliźnięta jednojajowe. Ideologie te wyrastały z odmiennych korzeni, odwoływały się do fundamentalnie różnych systemów wartości, głosiły inną wizję świata".

Upieram się przy bliźniętach jednojajowych. Z jednego zasadniczego powodu. Nie zamierzam wnikać, jak to robi historyczka warszawska, w analizę szczegółową totalitaryzmu, z odwołaniami do klasycznych już dzieł Hanny Arendt, czy Friedricha i Brzezińskiego. Według mnie, jedno potężne jajo w moim sporze z Krystyną Kersten polega na wspólnocie głównej zasady obu systemów totalitarnych: że władza ma prawo zabijać czy likwidować ludzi, grupy społeczne, narody, które uważa za niepotrzebne, więcej - szkodliwe, zatruwające dzieło budowy nowego lepszego świata; zabijać w piecach krematoryjnych, likwidować powoli w Gułagu (wycisnąwszy najpierw z ofiar wszystko, co było w nich do wyciśnięcia), wybijać w pień Żydów, kułaków, zhańbionych swoją rasą lub swoją klasą, narody, które nie chcą przestać być narodami, ludzi, którzy nie chcą lub nie potrafią uznać się za zbytecznych, cały ten ogromny ludzki chłam (bądź z niemiecka szmelc), skazany na skonanie na śmietniku historii w imię utopii rasowej albo klasowej. Z tego jednego totalitarnego jaja urodziły się bliźniaki, które z naszego stulecia uczyniły na długi czas (zanim zostały pokonane lub same upadły) gigantyczną jatkę. Ich korzenie, ich "systemy wartości", ich "wizje świata" były wbrew pozorom wspólne. Chciałbym, by Krystyna Kersten uważnie przeczytała Opowiadania kołymskie.

Zrozumie wówczas, jak rusycysta łódzki Marek Styczyński, na czym polegała "sztuka przeżycia Warłama Szałamowa". Ten bezbożny syn popa i wielki pisarz uparł się przeżyć w piekle Kołymy, przeklinając w każdej minucie swej łagiernej egzystencji tych, co go zabijali na raty zamiast go natychmiast spalić. Dlaczego tak trudno człowiekowi odebrać sobie życie? Nadzieja, nadzieja, którą i Szałamow, i Borowski uważali za przekleństwo więźniów Kołymy i Oświęcimia. Straszną zostawili po sobie naukę ojcowie jednojajowych bliźniąt totalitarnych. Lecz jedną przecież, choć kruchą, pozostawili nam w spadku pociechę: niech tę naukę pamięta i przekazuje póki żyw każdy, kto zdołał uciec przed błyskawiczną śmiercią w komorze gazowej lub przed powolną śmiercią na ostatniej krawędzi człowieczeństwa.

30 lipca

Przeglądam prasowe pokłosie moich osiemdziesiątych urodzin. Jest żywe i - co mi największą sprawia przyjemność - współbrzmi mniej lub więcej z moim pisarstwem. Trudno dla pisarza o większą satysfakcję, niż świadomość, że został (choćby z oporami) odebrany tak, jak tego pragnął. Tomasz Burek - najinteligentniejszy według mnie, obok Boleckiego, krytyk literacki w dzisiejszej Polsce - poświęcił w Gazecie Polskiej dwa fragmenty mojemu dziennikowi. Trafiając w niewielu słowach w sedno niepokojów i lęków moich "nocnych rozmyślań". Jak bardzo cieszę się, że Burek napisze przedmowę do planowanych w "Czytelniku" na przyszły rok trzech tomów moich pism wybranych (opowiadania, eseje, dziennik).

Każdy pisarz ma w swojej twórczości "nuty ukryte", zastanawiając się w myślach z uczuciem niepewności: zostaną usłyszane?, nie zostaną usłyszane? Zostały świetnie usłyszane przez Ewę Bieńkowską w szkicu o moim wygnaniu neapolitańskim (Zeszyty Literackie). Subtelność i wnikliwość jej krótkiego tekstu są doprawdy niezwykłe. To są chwile, na które czeka się w męce "czernienia papieru". Czasem pisarz nie wytrzymuje czekania i zniża się do procederu podpowiadania krytykom i czytelnikom. Jestem wielbicielem Nabokowa, ale wydaje mi się poniżej pisarskiej godności jego niecierpliwość, która posuwa się aż do włażenia w skórę fikcyjnych recenzentów swoich własnych książek. W ogóle Nabokow jest zbyt pełny i pewny siebie. Czytałem ostatnio ładną książkę amerykańskiej miłośniczki poezji Tekli Clark o homoseksualnej parze Auden - Kallman (spędziła z nimi wiele lat na Ischii, we Florencji i w Austrii). Zachwyciła mnie pisarska skromność Audena (akurat tego nie nauczył się od niego Brodski), któremu zdarzało się tracić wiarę w wartość swojej poezji. Ilu Audenów wśród współczesnych poetów?

Krakowska Dekada Literacka poświęciła mi trójgłos Marta Wyka - Jerzy Jarzębski - Marcin Baran. Trójgłos bardzo ciekawy, chociaż wyczuwa się w nim pewne dość dyskretne akcenty, które wymagałyby wyjaśnienia. Czy jako "współczesny tradycjonalista" (tak występuję w tytule) jestem czymś w rodzaju szacownego zabytku muzealnego, nie zanadto przyciągającego młodych czytelników? NIkt z trójki nie mówi tego wprost, ale "tradycjonalista" ma dziś posmak lekko pejoratywny. Otóż dla mnie odkryciem ostatnich lat (trzy podróże do Polski, rozmowy z krajowymi przyjezdnymi w Neapolu, przysłane mi prace magisterskie i doktorskie) są dwie rzeczy: cicha tęsknota młodych do znalezienia solidnego zaplecza przeszłości; duże zainteresowanie właśnie młodych tym, co pisze polski "współczesny tradycjonalista". Zresztą Jerzy Jarzębski, znawca twórczości Gombrowicza, wie dobrze, jak skomplikowane i często pokręcone są u nas problemy tradycji.

W tym smacznym na ogół torcie urodzinowym pojawia się jednak także gorzkawe (i trochę zakalcowate) pasemko.

Służyłem podczas wojny przeszło pięć lat w wojsku i oczywiście musiałem się oswoić z językiem wojskowym. Nie znosiłem go, marzyłem o dniu przejścia do cywila, ale "kiedy wpadniesz między wrony...". Słowem najbardziej przeze mnie nie lubianym, często w wojsku używanym, był "przydział". Dostaniecie przydział, dostaliście przydział, jest brany pod uwagą wasz przydział, skończył się wasz przydział etc. Przeszedłem wreszcie do cywila i przyrzekłem sobie unikać słów "umundurowanych". Szło z początku jak po grudzie - przyzwyczajenie jest przyzwyczajeniem - ale pomógł mi stopniowy powrót do pisarstwa. Wyleczyłem się zwłaszcza z owego "przydziału", aż dopadł mnie wreszcie znowu po latach; i to z okazji moich osiemdziesiątych urodzin.

Anna Nasiłowska, autorka ładnej i wrażliwej książeczki Miasta, ogłosiła w Polityce duży artykuł "jubileuszowy" o mnie Autorytet bez przydziału. W pierwszej chwili, rzuciwszy okiem na tytuł, pomyślałem z radością, że to bardzo przeze mnie upragniony komplement. Cóż bardziej pochlebnego o pisarzu, niż nazwać go pisarzem "bez przydziału", wolnym i od nikogo niezależnym? Czyż nie tak, na przykład, pisano o moich zagranicznych ulubieńcach pisarskich, Orwellu i Camusie? Albo u nas o Dąbrowskiej, Gombrowiczu, Herbercie? Ale gdzież! Anna Nasiłowska uważa ten mój brak "przydziału" za okropny mankament, co więcej - ostrzega, że zaczyna on ostatnio "gromadzić groźne chmury" nad moją biedną głową, ozdobioną pochopnie laurowym wieńcem "autorytetu". Dosięgnięty znienawidzonym słówkiem "wojskowym", uprzytamniam sobie naraz - a niestety nie uprzytamnia sobie tego autorka Miast - że jest to również odmieniane niegdyś ze smakiem we wszystkich przypadkach słówko "partyjne, peerelowskie". Tak długo i uporczywie trwa w polskich umysłach czkawka "przydziału"?

Na szczęście, Anna Nasiłowska znalazła doskonałą odpowiedź na swoje (dotyczące mnie) obawy i ostrzeżenia w miłym mi artykule Michała Cichego Sprawiedliwy na łamach Gazety Wyborczej.

1 sierpnia

Amatorom, co mówię - przysięgłym wyznawcom, wszelkich sondaży należy przypomnieć, że:

1. Jak pisze Milan Kundera, pierwszy w historii sondaż odbył się we Francji po spotkaniu monachijskim; przytłaczająca większość Francuzów uznała, że Monachium było niewiarygodnym sukcesem i żelazną gwarancją pokoju światowego.

2. W roku 1945 odbył się sondaż w pokonanych Niemczech; przeszło połowa sondowanych wystawiła pochlebne świadectwo Trzeciej Rzeszy, kraj pokrył się siatką autostrad, w zasięgu możliwości każdego obywatela znalazły się volkswageny, wzmogło się budownictwo domów mieszkalnych, pokonane zostało bezrobocie, usprawniono szkolnictwo, nie szczędzono środków na rozwój wychowania fizycznego i sportu.

4 sierpnia

Podejrzewam, że większość rodaków Jana Pawła II, zastygłych w permanentnej adoracji przed jego obliczem, byłaby zdumiona dowiedziawszy się od współczesnych historyków, co przyszli historycy poczytają zapewne za główną zasługę obecnego pontyfikatu, nazywanego już coraz częściej "pontyfikatem stulecia". Adoranci usłyszeliby bowiem, że tę wiekopomną zasługę ujrzą nadchodzące pokolenia badaczy w rewizji historii Kościoła. Począwszy od wizyty w rzymskiej synagodze, która ze "starszych braci" zdjęła odwieczne odium bogobójstwa, poprzez galerię ofiar procesów i stosów za herezje: Galileusz, Giordano Bruno, Savonarola (nie licząc pomniejszych, anonimowych). Jest publiczną tajemnicą, że ten rewizjonistyczny upór papieża kwitowany jest niechętnie przez wielu jego bliskich purpuratów, a podobno budzi również tzw. mieszane uczucia w średnim klerze. A jednak "uparty Polak" (jak go niekiedy nazywają gazety włoskie) nie zamierza zejść ze swojej ozdrowieńczej drogi.

Ostatnie pogłoski wymieniają, jako następny rozdział historii Kościoła na rewizjonistycznej wokandzie, krucjaty. Z tym byłoby trudniej. Przede wszystkim zastępy krzyżowców składały się z dwóch kategorii: zawodowych awanturników w poszukiwaniu bijatyki i kupców w poszukiwaniu łatwego zarobku; obie kategorie traktowały cynicznie, jako zwykły pretekst, ideę wydarcia Grobu Świętego z rąk innowierców. Po drugie, najechani odpowiadali najeźdźcom pięknym za nadobne (niekiedy z obfitą nawiązką). A wystarczą do aktu rewizji i oskarżenia osoby papieży nawołujących do krucjat?

7 sierpnia

Żenująco słaby numer bydgoskiego Kwartalnika Artystycznego, poświęconego im memoriam Herbertowi, typowo polski w mizdrzeniu się opłakujących nad grobem opłakiwanego, pełen egotycznych min żałobników w obu językach: poezji i prozy, posiada przecież jedną pozycję ogromnie dla mnie cenną. I tę pozycję wyciąłem z numeru do mojego prywatnego archiwum.

Nie wiedziałem, że Alain Besancon wydał w roku 1985 książkę La falsification du Bien. Soloviev et Orwell. I że poprzedził ją krótką przedmową o "odczuwaniu Zła w XX wieku", która teraz w przekładzie polskim otwiera "herbertowski" numer Kwartalnika Artystycznego. Gdyż bohaterem tej przedmowy jest Herbert, a właściwie jego genialny wiersz Potwór Pana Cogito z tomu Raport z oblężonego miasta. Wraz z tekstem Besancona kwartalnik bydgoski reprodukuje odręczną dedykację dla Herberta, który "w kilku słowach wyraził zawartość tej książki".

Więc problem Zła, prześledzony inteligentnie na dwóch pisarzach: Sołowjowie i Orwellu. Zgoda na Trzy rozmowy Sołowjowa: w przeciwieństwie do filozoficznej tradycji Plotyna przyjętej od niego przez Kościół: "Zło jest brakiem Dobra", wielki myśliciel rosyjski stawiał pytanie: "Czy Zło jest tylko naturalnym niedostatkiem, niedoskonałością, która wraz z postępem Dobra sama z siebie zniknie, czy też jest rzeczywistą siłą, rządzącą naszym światem z uwodzicielską mocą o takim charakterze, że aby walczyć z nią skutecznie, trzeba odwoływać się do rzeczywistości innego rzędu?". Wiemy, jaka to "rzeczywistość innego rzędu". Sołowjow, któremu (według jego własnego zapewnienia) ukazał się Diabeł, przyjął ją z religijną pokorą. Od lat - zarówno w moim dzienniku, jak w moich dialogach z metropolitą lubelskim w Więzi i w moich opowiadaniach (szczególnie Don Ildebrando) - twierdzę to samo. Rosnące wciąż Zło jest siłą autonomiczną, a nie nieobecnością Dobra. Aluzyjnie i ostrożnie zbliża się ostatnio do tego stanowiska kardynał Martini, arcybiskup Mediolanu.

Zgoda zatem na Sołowjowa, ale Orwell? Besancon ma rację, wstydzę się, że nie dojrzałem tego jako miłośnik Roku 1984. Wielki Brat jest współczesnym Diabłem; atmosfera powieści Orwella jest atmosferą zagęszczanego nieustannie Zła. I tu wchodzi Herbert. Jego wiersz Potwór Pana Cogito każe bohaterowi zmierzyć się twarz w twarz (i zginąć) w walce ze Złem "bezkształtnym", z niewidzialnym "pyskiem nicości". Jedyna to okoliczność łagodząca dla Kwartalnika Artystycznego, że zauważył to i na czoło numeru "herbertowskiego" wysunął niezwykły, proroczy niemal wiersz naszego wielkiego poety.

* * *

Na Powązkach, w sąsiadujących ze sobą grobach, Herbert i Lebenstein stykają się głowami. Rozmawiają czasem po nocach o potworze Pana Cogito? Jestem pewien, że tak. W moim wspomnieniu o wielkim malarzu nie powiedziałem o jednym; zrobię to teraz. Wierzył w Diabła z "pyskiem nicości" i bał go się, tak mężny w sprawach życiowych i twórczych, przeżywał momenty strachu. Na Saint-Paul w Paryżu, w Neapolu podczas pierwszej wizyty przed laty, nie ukrywał nawet swego nieokreślonego strachu. Ilustrując moje opowiadanie Don Ildebrando, powiedział w rozmowie telefonicznej na linii Paryż - Neapol: "Bo ja wiem, jakieś mnie dziwne ogarnia uczucie, kiedy siedzę nad tymi dwoma rysunkami".

Reżyser Andrzej Wolski podarował mi kasetę swego filmu o Lebensteinie (ukaże się w październiku w telewizji warszawskiej z okazji wielkiej wystawy Janka). Zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Co prawda nie powinien się nazywać Dziennik samotnika, lecz Dziennik samotnego artysty (co Andrzejowi powiedziałem, zapewniając go, że pojęcie "samotność artysty" było ostatnio wręcz obsesją Janka), ale nigdy nie zapomnę pokazanych w filmie dwóch ludzi: oto nie znany mi młody warszawski Janek, smukły i przystojny (zdjęcie odnalezione w archiwum paryskim) i oto Janek stary, ociężały, zmęczony, wlokący się na paryskim bulwarze, jak gdyby z trudem uciekał...

9 sierpnia

Kiedy we Włoszech ukazała się krótka powieść nie znanego mi pisarza węgierskiego Sandora Marai Rozżarzone węgle, stałem się natychmiast jej entuzjastą. Z noty na obwolucie dowiedziałem się, że był na Węgrzech bardzo płodnym i poczytnym pisarzem po pierwszej wojnie światowej, że potem z żoną wyjechał za granicę i rozpoczął żywot wiecznego włóczęgi, rzadko i na krótko wracając do kraju (m.in. spędził jakiś czas w Neapolu, przed moim osiedleniem się tutaj), że po śmierci żony i jedynego syna odebrał sobie życie w Ameryce w wieku 89 lat.

Byłem olśniony dramatycznością i napięciem Rozżarzonych węgli, napisanych w formie dialogu-monologu (przede wszystkim długiego monologu). Zachwyceni byli również krytycy i czytelnicy włoscy, książka uplasowała się w pierwszej dziesiątce bestsellerów i nie dała się z niej wypchnąć przez kilka miesięcy. Łączny nakład był, jak na poważne książki we Włoszech, zawrotny.

W Budapeszcie powiedziano mi w środowisku literackim, że niebawem - po tym odkryciu - zapanuje na świecie prawdziwa "era Marai", bo jego pisarska płodność wypełniła rękopisami kilka kufrów. Te kufry zaniepokoiły mnie lekko. Dalsza kariera pośmiertna Marai zależała tedy od umiejętności połowu w jego kufrach. Łowcy, niestety, zawiedli. Druga krótka powieść Marai Dziedzictwo Esztery nie może się nawet równać z pierwszą, jest po mieszczańsku banalna i konwencjonalna, napisana została pośpiesznie piórem pozbawionym tej drapieżności, jaką podziwiało się słusznie w Rozżarzonych węglach. I tu nastąpił ciąg dalszy, pouczająca lekcja pokazowa na tematy wydawnicze: przekonaliśmy się mianowicie, że krytycy i wydawcy potrafią narzucić publiczności nawet powieść mierną. Krytykom nie wypadało wycofać się z dawnych zachwytów, więc chwalili dalej, jakkolwiek w sposób nieco bardziej umiarkowany; wspomagany przez nich wydawca nie żałował pieniędzy na reklamę. Także Dziedzictwo Esztery znalazło się na liście książek najlepiej sprzedawanych. I prawdopodobnie czytelnicy nie żałowali wysiłków, żeby przekonać samych siebie o znakomitości książki, dziedziczącej rzekomo walory Rozżarzonych węgli.

Jeśli rzeczywiście ma w prozie europejskiej nadejść "era Marai", to trzeba znaleźć wytrawniejszych kiperów do grzebania w kufrach pisarza węgierskiego. Płodność wiąże się często z niedbałością i powierzchownością, mogłem się o tym przekonać czytając fragment powieści neapolitańskiej Marai.

12 sierpnia

Dwie przesyłki jednocześnie, rzecz prosta z nieprzyzwoitym opóźnieniem, które stało się postępującą ciągle i pewnie nieuleczalną już chorobą poczty włoskiej. Nauczyłem się traktować ją jak loterię fantową.

Wspaniały, opasły katalog wystawy w Muzeum Narodowym Sztuka cenniejsza niż złoto, urządzonej w dziesiątą rocznicę śmierci profesora Jana Białostockiego. Prezent od Justyny Guze, pracownicy Muzeum Narodowego i współorganizatorki wystawy; poznaliśmy się dość dawno w Rzymie, gdzie była pierwszą kierowniczką Instytutu Kultury Polskiej.

Nie przypuszczałem, że mamy tego "złota" dość dużo, są powody do zadowolenia, a nawet pewnej skromnej dumy (choć ustępujemy nie tylko wielkim światowym zbiorom, ale także Budapesztowi i Bukaresztowi).

Zatrzymałem się w przeglądaniu katalogu na rozdziale Obrazy Rembrandta w Polsce, pióra Antoniego Ziemby. Białostocki był i wybitnym znawcą, i przysięgłym miłośnikiem Rembrandta. Dzięki podarowanej Polsce kolekcji Lanckorońskich dostał nam się Starzec przy pulpicie, przez jakiś czas o niepewnej atrybucji, potem przypisany zdecydowanie Mistrzowi holenderskiemu. Łatwo się zgodzić z Białostockim, że Rembrandt rozszerzył niepomiernie granice portretu, wzbogacił go o psychikę i życie wewnętrzne portretowanego, umiał też do obrazu wplątać narracyjną symboliczność. Twarz Starca przy pulpicie przedstawia myśli w zawieszeniu, narodziny refleksji - rzecz trudną do namalowania i niespotykaną u innych portrecistów w tak mistrzowskim wykonaniu.

Drugą przesyłką jest list z Londynu, zawierający wycinek z Timesa. Przysłała mi go znajoma polonistka po przeczytaniu w "Plusie Minusie" mojego listu do Elżbiety Sawickiej Portrety, autoportrety. Chodzi o recenzję Johna Bergera z londyńskiej wystawy Rembrandta (pamiętam Bergera z moich londyńskich lat, był najciekawszym krytykiem malarskim w Anglii). Tytuł recenzji Me, Myself, I jest trudny do przetłumaczenia na polski, może należałoby po prostu powiedzieć Ode Mnie do Ja. Bo Berger zajmuje się wyłącznie autoportretami Rembrandta; w ciągu ostatnich dziesięciu lat życia Mistrz holenderski namalował ich aż dwadzieścia. Był to - jak trafnie powiada Berger - długi i żmudny proces, który Rembrandtowi pozwolił stopniowo odsuwać lub zasłaniać lustra, aby w końcu wydobyć z samego siebie, bez żadnych podpórek, dojrzałą wizję swojego Ja. Według Bergera jednym z pierwszych w malarstwie autoportrecistów był piętnastowieczny Antonello da Messina, który z sycylijską jasnością i intuicją dał pędzlem to, co później w sycylijskiej literaturze dali Verga, Pirandello, Lampedusa. Czy to aby nie przesada? Nie. Proces destylowania własnego Ja, podstawę malarskich autoportretów, wolno zestawić z podobnym procesem w wielkiej literaturze. Już dawniej łapałem się czasem na spostrzeżeniu, pokrewnym okazuje się spostrzeżeniu Bergera, że stary książę Salina z powieści Lampedusy (ale z powieści, a nie, broń Boże, z filmu) mógłby zobaczyć siebie w jednym z ostatnich autoportretów Rembrandta.

14 sierpnia

Kwartalnik The Paris Review powstał w Paryżu w roku 1953, zaspokajał wówczas potrzeby dużej kolonii amerykańskiej i mniejszej angielskiej; znamy je obie z książki Hemingwaya o "ruchomym święcie", która sięga do najżywszej tradycji w latach po pierwszej wojnie światowej. Potem Paris Review przeniósł się do Ameryki, zostawiwszy w Paryżu tylko stałego korespondenta. W Ameryce, zachowując swoją pierwotną nazwę, stał się rychło jednym z najpoczytniejszych amerykańskich tołstych żurnałow. Widywałem go podczas moich pobytów paryskich, bo trochę egzemplarzy przesyłano zawsze do miasta urodzenia. Atrakcją i tradycyjnym gwoździem każdego numeru była długa rozmowa z jakimś wybranym przez redakcję pisarzem. Wybór padł teraz na mnie, paryski korespondent Kelly Zinkowski ustalił ze mną, że porozmawiamy dwukrotnie, w każdym dniu po dwie godziny.

Część pierwsza była moją opowieścią autobiograficzną od momentu wstąpienia na UJP w roku 1937, na wydział polonistyczny, do dnia dzisiejszego. Czyli zawierał moje uniwersyteckie, wojenno-obozowe i pisarskie curriculum, ze wszystkimi możliwymi dziwami, niespodziankami, doświadczeniami i autorskimi komentarzami, które musiały brzmieć zaskakująco dla amerykańskiego ucha (jakkolwiek inteligentnego, wrażliwego i dosyć otrzaskanego z tzw. tamtą Europą).

W części drugiej przenieśliśmy się do ojczyzny mojego rozmówcy. Wypytywany o moje "zachodnie" lektury, uświadamiałem sobie w trakcie moich odpowiedzi, jak dalece zmieniały się z biegiem czasu moje upodobania literackie. Dla przykładu. Kiedyś, za młodu, Hemingway był moim pisarskim bohaterem. Dziś wiem, że zostanie po nim Stary człowiek i morze w otoczeniu kilku wyśmienitych króciutkich opowiadań. A inne jego głośne książki?, nalegał Kelley. Pożegnanie z bronią i Komu bije dzwon są czymś w rodzaju sentymentalnego "przeminęło z wiatrem" we włoskich i hiszpańskich dekoracjach. W ogóle sentymentalizm w połączeniu z męską włochatą piersią był jego pisarską kulą u nogi: wenecki romans Across the River and into the Trees (nie wiem jak to przełożyć) ("Za rzekę w cień drzew" - przyp. red.) ocierał się o grafomanię. Jasne, że największym waszym współczesnym pisarzem był Faulkner.

Cofnęliśmy się w przeszłość. I tam nastąpiły pewne zmiany. Oczywiście Moby Dick pozostanie na wieki skałą wielkiej prozy. Ale wolę obecnie opowiadania Melville'a, szczególnie jego nadzwyczajnego Bartleby the Scrivener. Coś podobnego zaszło w wypadku Szkarłatnej litery, wolę opowiadania Hawthorne'a od jego głośnej powieści. "Odkryłem" ostatnio Edith Wharton, przyjaciółkę mojego podziwianego bezustannie Henry Jamesa.

A w zachodniej Europie, w Rosji i w pana ojczyźnie? W zachodniej Europie miałem bzika (ostrożnie, unikać tego obłożonego anatemą słowa!) na punkcie katolickiego (rzekomo) pisarza angielskiego Grahama Greene'a; przeszło mi to, zostaną po nim tylko dwie książki The Power and the Glory oraz młodzieńczy Brigton Rock. Kochałem i kocham dalej Camusa i Orwella. W Rosji: Achmatowa, Cwietajewa, Płatonow, Bułhakow, Babel, Pasternak, Mandelsztam i jego żona, Nabokow, Brodski (wszystko w rozsypce). W mojej ojczyźnie okres dwudziestolecia między wojnami był okresem rozkwitu, okres od wojny do dziś należy do siedmiu krów chudych. Miłosz, Gombrowicz? Naturalnie, ale ich korzenie są tam, narodzili się jako pisarze przed drugą wojną światową.

I tak gadu, gadu, przeskakując z kwiatka na kwiatek, aż do ostatniego pytania. Proszę wymienić jakieś wybitne książki, nie zauważone albo niedocenione. Wie pan, dziś to już zanika, za dużo jest wydawców, dużych i małych, i w końcu każdy autor zostanie gdzieś przygarnięty i wydany. Chociaż... Ależ tak, w latach pięćdziesiątych byłem we Włoszech świadkiem strasznych pomyłek: dobry pisarz Guido Morselli tak był systematycznie odtrącany przez wydawców, że w końcu nie wytrzymał i strzelił sobie w łeb; dziś jest szanowanym "klasykiem". A Tomasi di Lampedusa? Lektorzy wydawnictw uznali jego absolutne arcydzieło Gattopardo za dzieło starej panny sycylijskiej, która zamiast dalej szydełkować i robić swetry dla bratanków i siostrzenic, zabrała się nagle do pisania. Zmieniło się to, ale za późno dla autora; umarł po nagłej operacji w szpitalu, nie wiedząc, że napisał arcydzieło, które szybko przekroczyło pół miliona egzemplarzy.

Dodam na marginesie, już poza ramami rozmowy dla Paris Review, że historia Morsellego i Lampedusy poruszyła mnie do tego stopnia, iż jako lektor literacki Kultury, któremu co dwa miesiące Giedroyc kładł na stoliku hałdy zaczernionego papieru do oceny, zacząłem grafomańskie na ogół manuskrypty czytać z większą uwagą, oczekując, że a nuż na setnej, powiedzmy, stronicy z grafomanii wyskoczy naraz arcydzieło. Co okrutnego, lecz przemiłego Zygmunta Hertza pobudzało do ciągłych złośliwości pod moim adresem.

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: