Intelelektualiści i stalinizm - współpraca

Akcja mająca na celu poddanie polskiego społeczeństwa niesuwerennej władzy komunistów została od pierwszej chwili poprowadzona frontem bardzo szerokim. Tuż po 17 września 1939 roku na wschodnich obszarach państwa polskiego powstały ośrodki skupiające przedwojennych polskich działaczy komunistycznych. Jeden w Mińsku, wokół redakcji "Sztandaru Wolności", drugi we Lwowie, gdzie ośrodek taki uformował się wokół "Czerwonego Sztandaru", pisma wydawanego przez Komunistyczną Partię Ukrainy w języku polskim. Lwów ze zrozumiałych względów stał się głównym skupiskiem Polaków; był to wystarczający powód, żeby właśnie na tym mieście ześrodkowała się cała uwaga zarówno polskich komunistów, jak i NKWD.

Jaką rolę w wydarzeniach rozgrywających się wówczas na obszarach okupowanych przez ZSRR odegrali polscy literaci zaangażowani po stronie lewicy trudno dociec. Przekazy historyczne, dotyczące tego problemu, są stosunkowo ubogie i nie zawsze wiarygodne. Pierwszym bodajże z przejawów degrengolady niektórych obywateli państwa polskiego orientacji prosowieckiej było - narzucone poniekąd przez okupanta jako obywatelski obowiązek - demaskowanie "wrogów ludu". Łagodniejszą postacią tej aberracji było plucie na przeszłość, na Polskę "pańską, kapitalistyczną i obszarniczą", negowanie i ośmieszanie całego nie błahego przecież dorobku dwudziestolecia międzywojennego. Odbieranie społeczeństwu w chwili tak wielkiego nieszczęścia, jakim była katastrofa wrześniowa, wiary w sens ogromnego wysiłku w wyniesienie narodu po wiekowej niewoli wystarczająco wysoko, by można było z tego być dumnym, uznać trzeba za wyjątkowo odrażające. (…)

"Zasługi" ludzi pióra polegały, po części, na działalności związanej z zawodem, czyli pisaniu i publikowaniu tekstów formą przypominających utwory literackie, po części na występach w szkołach, fabrykach, na wieczorach literackich i przedwyborczych zebraniach.
Już 26 września 1939 roku ukazał się "Czerwony Sztandar". Przesadą byłoby twierdzić, iż wszyscy Polacy, publikujący w nim byli entuzjastycznymi zwolennikami władzy sowieckiej. Do osób najaktywniej wspierających poczynania zaborcy można zaliczyć, bez poczucia, iż wyrządza się tym komukolwiek szkodę - z literatów: Wasilewską, Putramenta, Polewkę, Leca, Pasternaka, Sokorskiego, Szemplińską, Słobodnika, Brzozę, Szenwalda. Z osób czynnych na niwie szeroko rozumianej kultury na wymienienie bez wątpienia zasłużyli - Borejsza, Werfel, Grosz, Naszkowski, Berman, Daszewski, Stefan Matuszewski, Grosfeld, Schaff, Hoffman. Jest to oczywiście wykaz wyrywkowy, a sporządzenia pełnego indeksu oczekiwać należy od zawodowych badaczy przeszłości.
s. 25-26

Ten pierwszy okres - pionierski jakby, chociaż jeszcze nie heroiczny - zamyka napaść Hitlera na Związek Sowiecki. Zniszczeniu uległy wówczas ciepłe gniazdka uwite przez grono "postępowych" działaczy pod opiekuńczymi skrzydłami NKWD, szeroko rozpostartymi nad wschodnimi obszarami Rzeczypospolitej. Po obiecującym początku, nastał dla komunistów polskich w ZSRR okres doświadczeń raczej przykrych, chociaż nie aż tak bardzo, jak te, które stały się udziałem czołowych działaczy KPP pod koniec lat trzydziestych. Zanim znowu spoczęło na nich łaskawe oko, niejeden przeżył trudne chwile, np. dzieląc dolę z kołchoźnikami lub, co gorsza, na rozkaz opętanego maniacką podejrzliwością satrapy, jako element niepewny, miast do szeregów umykającej przed hitlerowcami Armii Czerwonej - trafił do batalionów roboczych, które w niczym nie przypominały ochronki. Dopiero wyjście z ZSRR armii gen. Andersa, a ostatecznie zerwanie przez Kreml stosunków z rządem Władysława Sikorskiego, poprawiło dolę polskich komunistów w gościnnym Kraju Rad. Nie tylko dolę, również pozycję. W związku z tym odżył w nich rewolucyjny wigor.

Dopóki w ZSRR działała - na podstawie umowy Majski-Sikorski; - polska ambasada oraz jej Delegatury, polscy komuniści na wyraźny rozkaz Moskwy musieli się temu przypatrywać z sercami przepełnionymi goryczą, a literatka Janina Broniewska ubolewała: "My nie mamy. żadnego dostępu do tutejszej Polonii". W miarę jak pogarszały się stosunki między rządem Sikorskiego a Kremlem, utyskiwania Broniewskiej traciły na aktualności. Naprawdę szeroki dostęp do “Polonii” zapewniło działaczom ZPP niespodziewane zlikwidowanie w czerwcu 1942 roku wszystkich Delegatur. Co prawda została jeszcze ambasada w Kujbyszewie i niewielka liczba “mężów zaufania”, ale wszystkie biura i magazyny opieczętowano. Na tle owych poczynań NKWD złowrogo zabrzmiał komunikat sowiecki przedstawiających światu Związek Patriotów Polskich jako: ‘Ciało zastępujące przyszły rząd polski i powołane do stworzenia wojska i opieki nad ludnością polską w ZSRR’. Z jakich patriotów ukonstytuowało się owo ‘ciało’, wyjaśnił Miłosz w ‘Zniewolonym umyśle” w ten sposób: ‘Członkowie Związku Patriotów jeszcze przed  wojną zgodzili się zapłacić cenę: w imię logiki historii gotowi byli przekreślić niepodległość własnego kraju". Nie sposób zrozumieć, dlaczego prawda ta w ciągu kilku dziesięcioleci z największym trudem torowała sobie drogę do umysłów wielu Polaków.

Wspomniane wypadki rozwiązały ręce i języki polskim komunistom; powstała radiostacja "Kościuszko", także Radio Moskwa zaczęło emitować audycje w języku polskim. Maszyna propagandowa ruszyła pełną parą. W ten sposób wykrystalizowała się sytuacja, która zrodziła zwiększone zapotrzebowanie na ludzi władających piórem. Skupili się oni w Kujbyszewie i Saratowie. Był to drugi etap działalności niektórych polskich pisarzy w służbie "postępu". Oni to, kiedy montować zaczęto kolejną armię polską w ZSRR pod wodzą pozyskanego dla sprawy "rewolucji" płk. Zygmunta Berlinga, obejmowali odpowiedzialne funkcje oficerów politycznych. Wśród nich należałoby szukać autorów haseł godzących w jedność narodową wypracowaną w walce z hitleryzmem, owych artykułów, konspektów, pogadanek i broszur propagandowych firmowanych przez Główny Zarząd Polityczny WP, w których szczuto na Armię Krajową - "zaplutego karła reakcji" - zarzucając jej współpracę z Niemcami. A czyniąc to w celach łatwych do odgadnięcia, energicznie wymachiwano sztandarem biało-czerwonym.
s. 31-32 

Wtedy zmieniono metody działania. Dotychczas walka prowadzona była jakby na wyższym szczeblu dowodzenia; przeciwnikiem była ta lub inna orientacja polityczna czy ideowa, stronnictwo czy organizacja nielegalna. Teraz postanowiono przyjąć metodę, którą, posłużywszy się terminologią wojskową, można by nazwać walką wręcz. Nie armia przeciwko armii, pułk przeciwko pułkowi, lecz człowiek przeciwko człowiekowi; obywatel całą duszą oddany idei rewolucji przeciwko wrogowi klasowemu, przeciwnikowi socjalizmu, którym, w zależności od potrzeby, mógł zostać okrzyknięty każdy. Wypływał stąd nakaz czujności, czyli skierowanej przeciwko wszystkim podejrzliwości. A od podejrzliwości do nienawiści był już tylko krok. I właśnie w popychaniu Polaków do zrobienia tego kroku niesławną rolę odegrali między innymi "postępowi" pisarze.

Źródła inspiracji biły wyżej, u samych szczytów władzy. Za przykład niech posłuży ni to apel, ni rozkaz Jakuba Bermana skierowany do polskich pisarzy:
 
“Dosięgnijcie waszą ostrą bronią kułaka i spekulanta. szpiega i dywersanta. amerykańskiego podżegacza i neohitlerowca. Odsłońcie zawiły mechanizm kułackiej postawy. kułackiego wyzysku. jego perfidne za- słanianie się chłopem mało i średniorolnym…”
 
Taki "inspirujący" apel podejmował następnie pisarz-ideolog, na przykład Jerzy Andrzejewski. Rozwijał go, interpretował, w ogóle "uprzystępniał" kolegom po piórze mniej od niego rozgarniętym, pisząc dajmy na to w ten sposób: "A co to znaczy rozumieć w sposób twórczy inspirującą rolę Partii w kształtowaniu naszej literatury? To znaczy uczynić inspirację Partii źródłem i treścią natchnienia własnego, to znaczy uczyć się na wskazaniach Partii". (…)

W owych również dla polskiej kultury szczególnych latach, działały przy Związku Literatów Polskich tzw. "sekcje twórcze". Pisarze zbierali się co jakiś czas, by poddać ocenie utwór któregoś z kolegów; ktoś wygłaszał referat i zaczynała się dyskusja. Jakie korzyści dawały tego rodzaju seanse, domyślić pozwalają się niektóre wypowiedzi w dyskusji nad tomem reportaży Józefa Kuśmierka Uwaga człowiek.
“Ja się nauczyłem na reportażu Kuśmierka rozwarstwienia wsi – zwierzał się kolegom po piórze A. Mauersberger- i nauczyłem się, jak to wyglądało. jak to się odbywało na ziemiach odzyskanych i w jakiej epoce, w epoce gomułkowszczyzny (...). I to jest wyraźny ten kurs pro kułacki Gomułki (…) Zważmy, że w gruncie rzeczy, gdyby władza kułaka się ustabilizowała, jakie byłyby tego następstwa? To byłoby zakładanie feudalizmu”
(…)
Na szczęście, oczywiście dla partii, nie dla kułaków, Kuśmierek okazał się wystarczająco bystry. Dowodzi tego dalszy ciąg cytowanej wypowiedzi:
“...wiedziałem, że chłop dopóki się mu nie da przykładu czytelnego (...), dopóty nie będzie wiedział, że jest wyzyskiwany (…) Nasi instruktorzy, którzy przyjeżdżali na szczebel gromady - dzielił się Józef Kuśmierek tajemnicami swego warsztatu z mniej bystrymi kolegami - nie wiedzieli, jak szukać na tej konkretnej wsi walki klasowej. (...) I dlatego, żeby dać naszemu instruktorowi partyjnemu właściwe argumenty i żeby go nauczyć, jak ma szukać w terenie argumentów walki klasowej, dlatego napisałem te dwa pierwsze opowiadania”
(…)
Jak daleko niektórzy literaci gotowi byli wychodzić naprzeciw już nie żądaniom, lecz oczekiwaniom władzy, świadczy wyznanie Stanisława Zielińskiego w trakcie dyskusji nad jego powieścią Ostatnie ognie:
"Takim bodźcem do tej książki, poza procesem Doboszńskiego, były obrady III Plenum i to wszystko, co się tam działo i co zapowiadało dużo ciekawsze procesy polityczne."
(…)
Czego nauczyć mógł się od partii intelektualista tego formatu co jerzy Andrzejewski?
"Otóż tobie, Partio, zawdzięczam - zwracał się pisarz do swojej dobrodziejki - że nauczyłem się rozumieć nienawiść i miłość."
s. 35-39

“Musi inteligencja polska Wyrobić w sobie nowy typ ambicji kulturalnej: przodowania w postępie. A nie jak dotąd: trwania przy sztandarze tradycji” Człowiek naiwny mógłby zapytać, kto Żółkiewskiemu i jemu podobnym dał prawo rodaków osądzać, karcić i pouczać? Nikt - musiałaby paść odpowiedź. Na tym polega rewolucja, że odrzucając obowiązujące dotąd prawa, ustala nowe, własne.
s. 45 

Kiedy spojrzymy w owo lustro przechadzające się po drodze do socjalizmu w połowie lat czterdziestych, wśród wielu godnych uwagi zjawisk dostrzeżemy działania ludzi pióra skupionych wokół tygodnika "Kuźnica". To oni właśnie mocno pochwycili w garść i wysoko unieśli "sztandar postępu". Inna rzecz, że po niewielu latach większość z nich połapała się, iż w garści pozostało im jedynie drzewce i z przypadku tego wypływać zdaje się nakaz przezorności. Rozumieć wolno go chyba również w ten sposób, że do wichrów historii należy ustosunkowywać się bez nadmiernej ufności, jeśli nawet wygląda na to, iż dmą w kierunku przez nas pożądanym. Zanim jednak tu i ówdzie trąbić zaczęto do odwrotu, w blasku zaprogramowanej jutrzenki wolności raz po raz błyskała chłodna mieczów stal i gęsto spadały głowy niewiernych. Przyznać trzeba, iż ta "święta" wojna, mimo jej rewolucyjnego charakteru, była akcją dobrze zaplanowaną, prowadzoną według wzorów i zasad na innych bitewnych polach wypróbowanych.

Jednym z głównych zadań pisarzy, którzy opowiedzieli się za rewolucją było opracowywanie materiału dowodowego w poszczególnych sprawach i formułowanie sentencji wyroków. Oczywiście, materiału nie na płaszczyźnie rzeczowej, lecz ideologicznej. I tak, kiedy organa bezpieczeństwa na swój sposób starały się bronić młodą władzę ludową przed zagrożeniem ze strony elementów "akowskich", których prewencyjne wyaresztowanie - zdaniem Romana Wertla, jednego z ludzi "Kuźnicy" - zapobiegło wojnie domowej, pisarze "postępowi" wszczęli batalię o podobnych założeniach i celach na płaszczyźnie ideowej. Działanie to zostało uznane za celowe, a nawet niezbędne, zarówno ze względu na szeroki zasięg oddziaływania idei, które w przeszłości ukształtowały niebezpieczne dla sprawy rewolucji "elementy", jak i zastanawiającą trwałość niepożądanych postaw. Zresztą właśnie ta trwałość, rzec można, niewzruszoność postaw sama w sobie stała się celem najgwałtowniejszego ataku i podstawowym motywem oskarżenia.

W batalii tej na czoło wysunął się Jan Kott, mężnie wspierany przez współzałożyciela "Kuźnicy" i jej naczelnego redaktora Stefana Żółkiewskiego. Książka Kotta Mitologia i realizm, mimo dosyć szerokich założeń problemowych i tematycznych, odczytywana być musi jako jeden z najważniejszych elementów walki z postawą poakowską.
s. 50

Kazimierz Brandys wykonując zamówienie na utwór zgodny z obowiązującym na danym etapie walki klasowej stereotypem - starał się nie pominąć niczego, co mogłoby skompromitować "ośrodki reakcyjne". A każde dziecko wówczas wiedziało, dzięki odpowiednio opracowanym podręcznikom i programom szkolnym, że Armia Czerwona paliła się do udzielenia pomocy walczącej Warszawie, lecz zdradzieccy "londyńczycy" stawali na głowie, żeby jej w tym przeszkodzić. "Cóż robiły w tych dniach akowsko-londyńskie sztaby?" - rzucił dramatyczne
pytanie Kazimierz Brandys i natychmiast uwolnił czytelników od rozterki wyjaśniając:

“Wziąwszy na swoje sumienie pożary i krew, teraz czuwały nad jednym: aby odciąć Warszawę od pomocy radzieckich wojsk ludowych, walczących o przyczółek na Wiśle. Biuletyny faszystowskiego podziemia (czyli niepodległościowego - przyp. S.M.) roiły się od oszczerstw rzucanych na Czerwoną Armię i Kościuszkowców. Alowcy bronili się samotnie w wąskich uliczkach Starego Miasta (...) Sztab frontu białoruskiego usiłował nawiązać łączność z kierownictwem powstania. Kawalerzysta, mianowany wodzem przez Londyn, odpowiadał milczeniem. Mimo to, za pomocą zwiadowców i łączników przerzuconych na lewy brzeg, radzieckie dowództwo zdołało przekazać wiadomość o posiłkach, jakie zostaną pchnięte na oznaczone punkty walki w celu wsparcia powstańczej obrony. Nazajutrz wycofano z tych punktów oddziały AK i bez wystrzału oddano je Niemcom. Zdrada była jawna, ale żołnierze ginęli jak skazańcy - kłamstwem przewiązano im oczy (...) Przeciwko tym właśnie wojskom, które oparły się o Wisłę u kresu olbrzymiej letniej ofensywy, przeciwko ludowym armiom przybyłym na pomoc załodze i mieszkańcom Warszawy - dowództwo powstańcze, grupujące wokół siebie wszystkie odłamy politycznego wstecznictwa (...) pchnęło milion ludzi (...) na bezowocną śmierć. Radziecki zwiadowca, który przedarł się w końcu września przez Wisłę i dotarł do sztabu Bora, aby zadzierzgnąć łączność, nigdy już nie powrócił do swojego oddziału: sztabowcy londyńscy nie lubili pomocy ze wschodu.” (K. Brandys: Człowiek nie umiera, Czytelnik 1951, s. 21)

Prymitywizm zademonstrowanych tutaj paru chwytów propagandowych można by względnie łatwo wytłumaczyć właściwościami intelektu tych, co je wymyślali, ale byłaby to jedynie prawda częściowa. Dezynwoltura partyjnych propagandystów musiała wynikać z przeświadczenia, iż społeczeństwo odcięte przez cenzurę od źródeł informacji, zdane na łaskę i niełaskę upaństwowionych środków masowej komunikacji, nigdy nie pozna prawdy. Sprawa wydaje się względnie prosta, dopóki nie przyjrzymy się działalności ludzi inteligentnych, wykształconych, I w dodatku posiadających dostęp do informacji w znacznie szerszym I zakresie niż przeciętny zjadacz gorzkiego peerelowskiego chleba. Tacy autorzy, jak ci, których cytowałem, nie wymyślali na ogół owych bredni, lecz tylko je upowszechniali i co najwyżej przystosowywali w zależności od gatunku czy rodzaju utworu, w jakim miały być wykorzystane. Ale ich odpowiedzialność z tej racji wcale się nie zmniejsza.
s. 72-73

Efektowniejsze i bardziej poręczne okazywały się postacie członków i komendantów różnych "band reakcyjnych". Łatwość, z jaką dawało się działania takich grup kompromitować w oczach społeczeństwa udręczonego okropnościami kilku lat okupacji – kompromitując tym samym ideę oporu czy chociażby protestu przeciwko komunistycznemu terrorowi - przyczyniła się niewątpliwie do dużej popularności tego tematu wśród literatów. Realizm socjalistyczny jako metoda twórcza nie domagał się od autorów zgodności stereotypów literackich z rzeczywistością, lecz tylko z obowiązującymi na danym etapie wytycznymi. Wystarczyło, na przykład, posuwając  się tropem wskazanym przez partie, odwrócić naturalne następstwo przyczyn i skutków, a już zaszczuwani przez NKWD i bezpiekę żołnierze Armii Krajowej przeistaczali się w zajadłych kontrrewolucjonistów. W tej sytuacji zabity w czasie akcji pacyfikacyjnej ubowiec automatycznie pojawiał się na kartach opowiadań i powieści z aureolą męczennika Nowej Wiary nad głową, a na każdego zabitego przy tej okazji “bandziora” czekało papierowe piekło literatury socrealistycznej i przesadą byłoby utrzymywać, iż los snujących się po nim potępieńców uległ po 1956 roku radykalnej poprawie. Po prostu przestano o nich tyle mówić. Przypominanie obecnie tych “dwuznacznych” postaci poczytane być może zostanie za nietakt, ja jednak podejmę takie ryzyko w przeświadczeniu, że umarłych mają powody obawiać się jedynie ci, co kiedyś z łacińskiej maksymy - mors tua vita mea - wyciągnęli właściwe wnioski.
s. 76-77 

Przyznać należy, iż powieści Tadeusza Konwickiego Rojsty, Władza, Z oblężonego miasta budząc rozliczne wątpliwości, pod jednym względem zdawały się osiągać doskonałość: autorowi udało się wmontować w nie wszystkie nieomal, lansowane przez partyjną propagandę kłamstwa, przy pomocy których usiłowano unicestwić najgroźniejszych przeciwników politycznych - reprezentowany głównie przez AK "obóz londyński" oraz Polskie Stronnictwo Ludowe. Mógł więc czytelnik znaleźć w owych powieściach Konwickiego potwierdzenie tezy, iż Armia Krajowa, dysponując niemałym potencjałem militarnym, nie tylko walkę przeciwko Niemcom zaledwie pozorowała, w gruncie rzeczy "stojąc z bronią u nogi", ale nawet miała z nimi zdradzieckie konszachty.
s. 79

Kompromitując (…) dowódców, a często również szeregowych żołnierzy AK, autorzy wypełniali tylko część zadania, należało jeszcze demaskować udział owych "najemników imperializmu" w walce przeciwko władzy ludowej. Mając za nic rozkaz komendanta AK rozwiązujący armię podziemną oraz nawołujące do nie podejmowania walki zbrojnej odezwy Delegata Rządu i Prezydenta Rzeczypospolitej, ulegający nakazom nie sumienia niestety, lecz propagandy partyjnej literaci szpikowali obficie swoje utwory majorami i pułkownikami z ukrycia sterującymi bandami, podjudzającymi do wojny domowej. Oczywiście, na rozkaz “Londynu”
s. 80

Tadeusz Konwicki w Rojstach i Władzy wali na odlew; bez skrupułów i bez litości. Przeciwnik nie ma żadnej szansy. Cel ataku jest jeden i oczywisty: unicestwić! W powieści Z oblężonego miasta Mg - drukiem ukazała się w 1956 roku - furia autora wyraźnie słabnie. Ale też czasy już inne. Sam rewolucyjny wigor nie gwarantuje sukcesu. W dodatku przeciwnik się zmienił. Co niebezpieczniejsi majorowie i pułkownicy albo przebywają na gościnnej radzieckiej ziemi, albo siedzą w pudle czy też leżą w piachu. Ich funkcję w powieści Z oblężonego miasta przejął - oczywiście tylko w pewnym zakresie - oswobodzony przez czerwonoarmistów, gdzie go wpakowali Niemcy, ksiądz-niewdzięcznik.
s. 84 

Poeci, powieściopisarze, nie działali w tamtych latach w osamotnieniu. Prócz powołanych do tego przez władzę organów wspierali ich dziennikarze, publicyści, krytycy. Każdy robił co mógł, by wokół pojawiających się dzieł tworzyć atmosferę sprzyjającą ich właściwej percepcji. Ostatecznie "pieriekowka dusz" dopiero się zaczęła. W praktyce wyglądało to mniej więcej tak: literat zasiadał przy biurku i walił powieść pt. Obywatele. Książkę w rękę brał krytyk świadomy spoczywającej na nim odpowiedzialności. Dzięki jego wysiłkowi ciężar gatunkowy dzieła, jeśli można to tak ująć, ulegał zwielokrotnieniu. Zresztą na ogół chodziło o wysiłek nie taki znowu wielki. Wystarczyło, jak na przykład uczynił to Ryszard Matuszewski, obywatelom PRL, dzięki intensywnej walce z analfabetyzmem umiejącym już jako tako czytać, wyjaśnić, że "centralnym problemem książki Brandysa jest problem krzepnięcia, i wyrastania nowego człowieka w Polsce", i czytelnik wiedział, iż sięgając po Obywateli nie tylko nie zmarnuje czasu, ale wiele może skorzystać, albowiem: "W książce ukazani zostali ludzie prawdziwi. tacy. jakich spotykamy w życiu. a jednocześnie tacy, których zdolni jesteśmy czcić i kochać..." (Życie literackie, 14.III.1954)
s. 97

Te trzy postacie - Stalin, Dzierżyński i Bierut - szczególnie mocno działały na wyobraźnię poetów. Tak mocno, że Anatol Stem, futurysta i wielki nowator, odzyskawszy niespodziewanie świeżość uczuć, prostotę ducha i klarowność stylu, napisał z okazji 60 rocznicy urodzin Bieruta wiersz pod tytułem Są dusze płomienne, w którym ze wzruszeniem, jeśli kogoś na nie stać, można przeczytać: "Bo serce Twe biło miliona serc biciem, / / Nie zlękło się nigdy ni trudów ni burz, / / Dlatego dziś patrzysz na Polskę w rozkwicie, / / Na miasta rosnące, na wioski wśród zbóż (..,) Czuwając sam zawsze, chcesz od nas czujności, / / Gdy wiedziesz nas z Partią, nie straszny nam wróg,"
s. 104

Jednym z głównych zadań, jakie stanęły w 1945 roku przed tygodnikiem "Kuźnica", była "walka o polską inteligencję". Nie przeciw inteligencji, mimo iż w swojej masie owa grupa społeczna była nosicielką "wstecznych" ideologii, lecz o inteligencję, czyli o jej pozyskanie. Doświadczenie Rewolucji Październikowej wykazało, iż wytrzebienie warstw oświeconych stawia pod znakiem zapytania prawidłowe funkcjonowanie społeczeństwa i jego rozwój, więc PPR starała się tego błędu uniknąć. Ale pozyskanie dla programu partii choćby tylko nauczycielstwa, i które przed wojną było posądzane - nie bez podstaw zresztą - o sympatie lewicowe, okazało się niełatwe.
s. 143

Okres stalinowski Szczypiorski spędził, by posłużyć się jego własnym określeniem - ,jak mysz pod miotłą". Tą miotłą było Polskie Radio w Katowicach, gdzie trafił w 1951 roku. Wcześniej był: w 1947 roku członkiem kolegium redakcyjnego pisma "Gromada", w 1948 r. dziennikarzem "Życia Warszawy", w latach 1949-51 kierował mutacją tego pisma w Lublinie i Radomiu. Jako szczególnego rodzaju szykana jawi się wysłanie Szczypiorskiego na placówkę dyplomatyczną do Danii w charakterze attache kulturalnego. Oczyszczony w ten sposób wrócił do kraju, by podjąwszy współpracę z Polskim Radiem umoralniać naród wygłaszanymi w każdą niedzielę felietonami. Zapytany o ich "ton" odpowiada wykrętnie:

.,Był to w każdym razie ton, w którym przewijała się nuta akceptacji, nuta afirmacji dla istniejącej rzeczywistości, dla tego, co w tej chwili czynimy.” (A. Szczypiorski, Początek raz jeszcze, Andy-Grafik 1991, s. 88)
s. 233

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: 
Źródło: 
Stanisław Murzański – “Między kompromisem a zdradą. Intelektualiści wobec przemocy 1945-1956”, wyd. drugie poprawione, Kraków 2002