Intelelektualiści i stalinizm - współpraca

Ponad rok temu Kałużyński wrócił do Polski i związał się z ,.Nową Kulturą", literacką urzędówką reżymu. Wstrzelił się od razu w dobry genre: niby wielce krytyczny, wręcz napastliwy popularyzator lektur z Zachodu, tych, co nie czytujemy, bo u nas nie ma, ale o nich wiemy, bo głośno na świecie. W ten sposób stał się monopolistycznym pośrednikiem pomiędzy nami a tym, co naprawdę dobre i zabronione, czyli towarem wychwytywanym z rąk na naszym pustkowiu. Dla publiczności zgłodniałej wszystkiego, co stamtąd, jest mało istotne, że Kałużyński spotwarza Zachód: publiczność jest wyrafinowana, zna kulturowy kod, oraz chce czytać o Zachodzie, tour court. Z kolei Kałutyński mruga, że sos, którym podlewa swe rewelacje, jest nie jego; sosik faktycznie trąci dialektyczną bigoterią, ale jest jakoby dla naszego dobra, po to, abyśmy mogli jeść mięso. W ten sposób daje Kałużyński do zrozumienia, że jest czymś w rodzaju pożytecznego przemytnika, lub że po prostu jest przyzwoitym człowiekiem, na co, rzecz jasna, nie ma żadnych dowodów.
s. 64-65
 
Zresztą, nie należy się łudzić, Kałużyński jest “jak trzeba”, prawowierny i prawomyślny, w porządku i na linii, tylko że w sposób nieco bardziej skomplikowany, niż się od niego wymaga. Tezą książki jest pustka i chaos kultury mieszczańskiej - zaś mieszczańską jest dla Kałużyńskiego każda kultura niekomunistyczna. Systematyczna i bezpardonowa walka z postępem, czyli komunizmem, i jej bezsens, rozpasany i zdegenerowany indywidualizm, brutalna mechanizacja odruchów ludzkich, indeterminizm umysłowy i społeczny – oto obraz kultury mieszczańskiej na Zachodzie. Kałużyńskiego nie peszą gromadzone sprzeczności ,zdaje się on nie dostrzegać konfliktu ideowego założenia z materiałem dowodowym. Każda strona książki przynosi dowody bogactwa tej kultury, jej prężności, wolności, odkrywczości, odwagi w stawianiu i traktowaniu zagadnień. A może nie chce on dostrzec, te białe jest białe czarne czarne, co my dostrzegamy poprzez jego książkę tak łatwo i wyraźnie. Stąd wniosek, ze uprawia sabotaż, ale przecież wiemy, że to niemożliwe, że nikt tu u nas nie sabotuje bezkarnie, nie przechytrza tych, co nas pilnują. Wiec w czym numer?
s. 66
 
Po południu zebranie sekcji prozy Związku Literatów. Jeżeli ktoś chce się utrzymać w związku, lepiej żeby przychodził. Lista obecności wykładana jest do podpisania.

Te zebrania mają cel dwojaki. Po pierwsze, mają pouczać pisarzy, jak mają pisać. Zaprzedani konformiści mogą ewentualnie ciągnąć z nich korzyści instruktażowe, ich usprawniony dydaktyzm może pomóc w konstruowaniu tekstów do natychmiastowej sprzedaży. Po drugie, i to jest ważniejsze, pozwalają wygadać się pisarzom trapionym przez obiekcje. W “swoim” gronie, przy drzwiach zamkniętych. Bezpieczne wentylowanie smrodliwych frustracji bez zatruwania nimi społeczeństwa, kanalizowanie i odprowadzanie nieczystości myśli w cuchnące błotko izolowanej od narodu literackiej kloaki. W ten sposób ropne materie zwątpień, protestów, różnic zdań, zostają zręcznie nacięte przez niby “otwartą” dyskusję i wydezynfekowane z organizmów twórczych. których produkt ma być czysty, higieniczny, bezbarwny, bezwonny. Oczywiście, zebrania te przyciągają tłumnie urzędników od kultury, pracowników wydawnictw i czasopism, tych wszystkich. co żyją z pilnowania pisarzy lepiej, niż pisarze żyją z samych siebie.

Nigdy nie zabierałem głosu na takich zebraniach. Po co? Mówię innym językiem niż stali bywalcy konwentyklów w rokokowej kamienicy Johna przy zbiegu Krakowskiego z placem Zamkowym. Wypracowali oni pewien dworsko-kwiecisty żargon, w którym niezależność nazywa się melancholijnie rozterką. Jest to narzecze tchórzy i totalniaków. cyników i głupców zbitych w jedną, dość nową w dziejach kultury osobowość. Cokolwiek bym im powiedział, przyczyniłoby się do usunięcia mnie ze związku. a ja ciągle jeszcze chcę jeść obiady za siedem złotych, potrzebne mi są one do fizycznego przetrwania. Wobec tego siedzę i słucham. I jest mi tak ciasno, jak wyobrażam sobie, że musi być pod pręgierzem: wydaje mi się, jakbym sam sobie się przyglądał - sobie wmontowanemu w śmiesznie upokarzającą, fizycznie upośledzającą pozycję ciała, mózgu, samopoczucia. Już dziś chciałem wyskoczyć i krzyczeć: “Ludzie! Opamiętajcie się! Idiotyzm i wazelina to magiczny preparat! Zmienia nas w glisty!" Pastwiono się nad niejakim Konwickim - młodym literatem, posłusznym i oddanym członkiem partii i wszelkich jej młodzieżowych przybudówek. Napisał opowiadanie o miłości. Z wszystkimi akcesoriami jak trzeba: szlachetny oficer UB, kochankowie pierdolą się niemal pod kontrolą podstawowej organizacji partyjnej, nigdy przeciw, zawsze za i ze Związkiem Radzieckim, w łóżku nieustanna mowa o proletariacie. A jednak okazało się “nie takie”. Ludzie w wieku przydrożnych kamieni, o powierzchowności karłów i maszkar - Melania Kierczyńska, Adam Ważyk – informowali ludzi w średnim wieku i o normalnym wyglądzie o tym, co to jest spółkowanie - dojrzałe, klasowo odpowiedzialne, a nie animalistyczne, wynaturzone, amerykańsko-imperialistyczne. Ta Kierczyńska, szara eminencja czerwonej literatury, na oko koszmarny zlepek wyschłych kości i brodawek, która w życiu wypełnionym walką o socjalizm, i przy swej urodzie, kutasa widziała chyba w atlasie anatomicznym, pouczyła nas, że zdrada małżeńska jest przeżytkiem kapitalizmu i zniknie w nowej erze. Noweli Konwickiego chyba nie wydrukują: twarze partyjnych wieszczów i mędrców pokryły się starczym wypiekiem pod wpływem tematu, audytorium jakby spuściło się przy pomocy branzlu o Wedekindach i Havelock Ellisach, odwiecznych symbolach ich bezzębnej seksuologii, czyli Konwickiego niezdarny produkt może iść na złom bez zatruwania zajętego odbudową Warszawy narodu. Litowałem się nad sobą, nie nad Konwickim; ten ma w końcu, co sam chce, o co się stara i walczy; zresztą odpowiednie komórki zawsze podsuną mu parę złotych, z głodu nie zginie, póki ma partyjną legitymację w kieszeni. Ale ja?
s. 115-116
 
Byłem na kawie z Wandą Jakubowską. Słynny reżyser filmowy. Sławę zawdzięcza okolicznościom sprzyjającym. Zrobiła Ostatni etap, pierwszy po wojnie film o hitlerowskich obozach zagłady. To był pewniak, bez względu na artystyczną wartość, światowy rozgłos murowany. Potem zrobiła Generała Zwycięstwa, komunistyczną chałę, kosmiczną o generale Świerczcwskim-Walterze, bełkot na miarę Giewontu. Ale ten drugi wszedł na taśmę komunistycznej propagandy i uczynił z Wandy monument. W rzeczywistości jest to brzydka, schludna i miła stara komunistka, ideowa sprzed wojny. "Ja jestem bardzo liberalna - mówiła dziś przy stoliku. - Jestem za kręceniem wszystkiego co nie szkodliwe albo wrogie. Tak ja uważam, inni myślą inaczej." Na zjazdach, kongresach ona też mówi inaczej, nie wspomina o tak szerokim luzie. Ciekawe, że ona wierzy w to, co mówi i na kongresach, i do mnie.
s. 121-122
 
Od kilku dni trapi mnie jakby konieczność napisania listu do redakcji “Nowej Kultury”. Ukazał się tam felieton Kałużyńskiego o Hemingwaya The O/d Man and the Sea. Czytałem tę książkę niedawno i wydała mi się niezwykłym poematem prozą, zaskakującym delikatnością drgnień w temacie, którego osnową i tkanką jest wysiłek fizyczny, pot, mięśnie, krew ,obolałe ciało, przyroda, surowe mięso ryb, głód i wyczerpanie. Kałużyński tak sfałszował i przeinaczył elementarne dane o postaciach i związkach miedzy nimi, iż sprawiało wrażenie, że w ogóle nie czytał książki. Może w istocie Kałużyński nie czyta książek, o których pisze; jest to jedyna droga, aby jego "informacja" osiągnęła pożądany “wydźwięk”, nie zmącony żadną próbą polemiki z literacką autentycznością. Mojego listu "Nowa Kultura" na pewno nie wydrukuje, lecz wydaje mi się, że obowiązkiem klerka i liberała jest zajmować stanowisko i protestować, gdy po temu okazja.
s. 178
 
Dużo mówi się o analogiach pomiędzy “Dookoła Świata” a “Przekrojem”. Są to porównania powierzchowne, podobieństwa pozorne i łudzące, zwłaszcza gdy chodzi o okres świetności “Przekroju” w latach 1946-1950. Było to pismo stworzone przez marksistów dla schlebiania gustom mieszczańskiej inteligencji - założenie poważne i nacechowane intelektualną migotliwością na znaczną skalę. Patronował mu w imieniu komunistów Jerzy Borejsza, jedyny ich polityk i administrator kultury z niezdrową skłonnością do finezji. za co później drogo zapłacił. Wśród takich marż demokratyczno-ludowej tolerancji i kazuistyki “Przekrój” wymknął się na lat parę marksistom i posterował własnym kursem, nie przestając przewrotnie służyć, czego oni, w ostatecznym rozliczeniu, nie zrozumieli i w 1950 położyli kres wszelakim perwersjom i figlom. W latach kwitnienia to, co miało być taktyką, stało się postawą. a nawet ideologią - chwilami giętką i zaskakującą pomysłowością, zawsze subtelną i urzekającą. Żonglerka szła wszystkim: formułą pomostu miedzy Wschodem a Zachodem. hasłem kultury “trzeciej siły”, różnorakością marksowskich snobizmów, tym wzglednie, co można było wmówić marksistom jako “nowy” snobizm. “Przekrój” walczył o sztukę, a w słówku tym zawierało się o wiele więcej niż plastyka, cały typ twórczości i ogromne jej połacie. Prawdziwym adresatem “Przekroju” był Wschód i jego tradycja, teraz właśnie ustrojona w emblemat nowoczesnej filozofii na baranim baszłyku, chciał on nieść dowcipy rysunkowe “New Yorkera” do Nowosybirska, krzewić Wodehouse'a i ideały “Elle” w Olsztynie, pokazywać Tadeusza Makowskiego. Saula Steinberga i Andre Francois Ukraińcom. W tym celu potrzebna była jakaś zasada operacyjna.-mówiło się przeto, że Picasso jest członkiem partii komunistycznej, Wodehouse niszczy angielską arystokracje, zaś “Elle” propaguje użyteczność i prostotę.

Zaś przy okazji nasycało się numery Gałczyńskim, Zieloną Gęsią, Uniechowskim, Lengrenem, karykaturą Augusta Bęc-Walskiego, doskonałymi przekładami z tego co bieżące w literaturze Zachodu, jazzem, Grodzieńską, Wiechem, bon-tonem, kampaniami na rzecz zdrowego rozsądku, lub choćby sportem w moim ujęciu. Zaś przy okazji tej okazji przestawało jakoś znaczyć, że “New Yorker” i tegoż dowcipy wyrastają z całkiem odmiennej sytuacji społecznej i psychicznej, tkwią w diametralnie różnej rzeczywistości, i tak absurdalny efekt miał jakieś właściwości kojące i inspirujące mikroklimat polskiej inteligencji post-mieszczańskiej na bielącym etapie historii. Założeniem “Przekroju” była całkiem szczera wiara, przynajmniej na samym początku, że komunizm świetnie się do takiego przedsięwzięcia nadaje, że czegoś takiego potrzebuje, że Marian Eile i Janka Ipohorska-Kamyczek staną się Cyrylem i Metodym fantastycznych obszarów kulturowego neopogaństwa, Waldorf zaś św. Wojciechem barbarzyńskich Radzyminów i Kobyłek. Była to abstrakcyjna wierność inteligenckiej lewicy nigdy nigdzie nie stwierdzonemu umiłowaniu światłości przez komunizm, o którym komuniści nie mówią jakoby ze względów historycznych konieczności, intencjonalny wishfull thinking radykalnej inteligencji na całym świecie, źródło oszałamiających sukcesów komunistów w skali światowej i jedno z najmisterniejszych oszustw w wymiarze dziejów - gdy prosty brak wyjaśnień i zagadkowy uśmiech wystarczą komunistom do inkasowania gigantycznych kredytów, o które nie proszą i których nie przyrzekają spłacić. 
s. 190-191

Na pierwszej stronie “Trybuny Ludu”, w miejscu przeznaczonym dla podretuszowanych portretów Leninów, Bierutów, Piecków i Thorezów, dziś konterfekt Jarosława Iwaszkiewicza. 6O-lecie urodzin, a wiec uroczystość w Polsce skopanej przez komunizm. Jest nawet finezja w tej komedii. W 1945 Iwaszkiewicz, dobry pisarz, viveur i namiętny kolekcjoner sukcesów, ruszył do rozpaczliwej obrony Stawisk - swej podwarszawskiej posiadłości, posagowego daru teściów, znanych bankierów i krwiopijców warszawskich, Lilpopów – przed ludem i wywłaszczeniem. No i udało mu się, a teraz za swą bohaterską postawę otrzymuje Order Odrodzenia Polski i inne bolszewickie medale oraz renty, apanaże, akademie ku czci. Dwór w Stawiskach został wmontowany w historię; przywozi się tam dziś francuskich i włoskich idiotów, aby im pokazać, jak żyje w komunizmie pisarz postępowy, czyli taki, z którym władcy nie mają kłopotów, lecz same z niego korzyści. Żaden komunista, uchowaj Boże, Iwaszkiewicz obraziłby się, gdyby mu coś takiego powiedzieć, jest tylko gorącym zwolennikiem pokoju. W związku z czym pisze odpowiednie wiersze i wygłasza właściwe przemówienia na przeznaczonych do tego zjazdach i kongresach. Jakie proste! I jak lukratywne, ileż honorów i zaszczytów! Nie-komunista głoszący żarliwie, co mu przepiszą w KC partii, nie sprzeczający się nigdy o nic, kordialny, wylewny, i na którym można polegać, że zażyruje każde kłamstwo dobrym przedwojennym nazwiskiem i umiejący w dodatku pisać, jest na wagę złota, a raczej na wagę realnych beneficjów i przywilejów - złota socjalizmu. Iwaszkiewcz jest jak okazała marionetka, której sznurki zbiegają się przy biurku w Wydziale Kultury: ktoś pociąga, Iwaszkiewicz reprezentuje, przewodniczy, przemawia, przykłada rękę do serca, pisze poematy, nowele, scenariusze. Gwiazda Ruchu Pokoju, zawieszona na polskim firmamencie przez Politbiuro. Kisiel i ja mieliśmy uciechy co niemiara czytając jeden z jego sonetów, o pokoju , rzecz jasna. “Bardzo ładne-rzekł Kisiel. - Zobaczysz, jak ładnie napisze o wojnie. Kiedy mu każą..."
s. 228-229

Kałużyński na rogu Foksal i Nowego Światu i od razu dysputa. Kałużyński stwierdził, że jak walczy się z jedną tyranią, to walczy się z każdą. Spytałem uprzejmie, z jaką on walczy. Odparł, że z tyranią urzędników, policjantów i biurokratów w kulturze, gdyż ,jak patronujący jej marksizm, kultura ma w sobie coś wielkiego i czystego, lecz jest nieustannie dławiona, krzywiona i szargana przez owych cieciów, gryzipiórów i stupaje. Do wyrodków marksizmu Kałużyński zaliczył kompletnie wszystkich w Warszawie, prócz siebie. Po czym oświadczył, że z tyraniami jest zawile, ale że ciągle napisać można dramat o tyranii Kaliguli wnikając w psychikę, czyli usprawiedliwiając figle owego antycznego łobuza, a tym samym walczyć gorąco przeciw wszystkim i każdej tyranii. Była to karkołomna wolta, ale przyklasnąłem jej gorąco, zastanowiłem się tylko głośno, czy dramat taki nie będzie toczka w toczkę oskarżeniem marksizmu. Na co Kałużyński wywiódł, raczej mętnawo,  że bynajmniej, albowiem komunizm to złoto i sama doskonałość, zaś ostrze dramatu przebije jego wulgaryzatorów i sklepikarzy, sprzedających go jak śledzie z beczki, w brudnych gazetach. Przyznać muszę, że zachwyciła mnie ta metafora, jak również ogólna Kałużyńskiego koncepcja: łotrami są wszyscy, którzy się Kałużyńskiemu nie podobają. Ponieważ w ogólnym zarysie ma on największe pretensje do marksistów, więc mi nie przeszkadza, a nawet go popieram. Ale byt Kałużyńskich w komunizmie jest, jeśli nie kruchy, to upokarzający: w gruncie rzeczy opiera się na prawie, według którego w podręcznikach nie ma wzmianki o Trockim przez cały przebieg rewolucji październikowej, zaś trockizm zjawia się deus ex machina w latach trzydziestych w ramach procesów moskiewskich. Nigdy w życiu nie słyszałem o uczniu, który spytałby, skąd to słowo. Gówno to uczniów obchodzi, skoro jest, widocznie ma być. Boję się, że cała nasza cywilizacja zasadza się na niepytaniu o nic: gdyby zamiast “Trocki” było “makagigi”, równie dziś niedostępna autopsji nastolatka rzecz, też nikt by nigdy nie spytał, co to znaczy. Tylko w tym kontekście można zrozumieć zjawisko Kałużyński: o ile reżym może kłamać monumentalnie, wymazywać prawdę w każdy sposób, unicestwiać ludzi i logikę, Kałużyński ma koncesję na doliniarstwo, na drobniutkie szachrajstwa, które jeśli są, to czemuś służą. Kałużyński to Teofil Piecyk dla intelektualistów: on ma wyjaśniać Lillę Wenedę tak, żeby nikt nie wiedział, o co chodzi, z tym że Wiech to robi dla śmiechu, a Kałużyński, bo tak ma być. Niedawno rozpoczął felieton: “Kiedy trzy lata temu Le Corbusier wydał swą książkę Quand les carthedrales etaient blanches…” Książka ukazała się w 1927 roku i nie wydaje się, żeby “Nowa Kultura”, reprezentacyjne pismo, gdzie felieton się ukazał, nie była zdolna wyłapać takiej gafy. Ale skoro stoi w niej czarno na białym, to widocznie tak ma być.
s. 264-265
 
Subtelność rozumowania znamionowała wystąpienie prof. Adama Schaffa, filozofa i nauczyciela nowych pokoleń marksistowskich kaznodziejów i apostołów, który wyrzucanie opornych profesorów z wyższych uczelni, skazywanie niemarksistowskich naukowców na nędzę, terror wobec ludzi starych i schorowanych, drżących o swe życie i rodziny, totalne zglajchszaltowanie wydawnictw naukowych i kompletną eliminację otwartej dyskusji światopoglądowej z uniwersytetów nazwał ze scjentystyczną ścisłością “ofensywą nauki marksistowskiej”. I zapewnił swych mocodawców, że acz do roku 1948 “na uczelniach dominowała w naukach społecznych ideologia burżuazyjna”, to teraz “w wyniku usilnej pracy sytuacja zmieniła się radykalnie”. Nie wyjaśnił, co miał na myśli jako pracę i jakie są jej faktyczne rezultaty. Czy to, że UB wyczyściło stan personalny, czy że stary profesor, w obawie o rudymenty utrzymania, przystał na Lenina i Łysenkę? Sam Schaff, jak mówią, pochodzi z rodziny żydowskich dorobkiewiczów-milionerów, więc chyba zna najgłębszy sens słowa “praca”.
s. 298-299

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: 
Źródło: 
Leopold Tyrmand – “Dziennik 1954”, wyd. Res Publica, Warszawa 1989