Intelelektualiści i stalinizm - motywy

Wokół "sztandaru postępu" skupiło się w tak trudnym dla narodu czasie zbyt wielu ludzi godnych lepszego losu, by można było przejść nad tym do porządku. Swoiście pojmowana postępowość stała się nie tylko przewrotnym hasłem, żetonem, za który można było sprzedać lub kupić prawie wszystko prócz czystego sumienia, zwykłego ludzkiego szacunku i trwałego miejsca w historii. Mimo to z dnia na dzień zaroiło się w szacownych instytucjach społecznych i kulturalnych, na wyższych uczelniach, w instytutach, wydawnictwach, redakcjach od “postępowych” redaktorów, naukowców, poetów, pianistów, aktorów, malarzy. Omawianie tej kwestii stało się zadaniem “niewdzięcznym” także z tego względu, że nie sposób uniknąć tematów i spraw uznanych za drażliwe przez odłam tak zwanej “opozycji demokratycznej”. Odłam, który w osobach niektórych swych prominentów zaangażowany był w latach stalinizmu w działalność zgoła niedemokratyczną.
s. 117-118 

Niestety, jakoś trudno o słowa uznania. Chyba jednak nie było rzeczą najwłaściwszą obarczanie tak trudnym i odpowiedzialnym zadaniem bohatera lirycznego czy narratora wymienionych utworów. Nie ulega wątpliwości, iż najbardziej wzniosłe komunały, którymi powracający na drogę prawdy bardowie rewolucji zaczęli faszerować swoje "odwilżowe" poematy i metaforyczne przypowiastki w połowie lat pięćdziesiątych, nie miały szansy stać się odtrutką na jady wsączane latami jako lekarstwo.
s. 126 

Do pierwszego zespołu "Kuźnicy", (…), należeli - jak podał Żółkiewski - on sam i A B. Dąbrowski; później dołączyli Kazimierz Brandys, Stanisław Dygat, Seweryn Pollak, Paweł Hertz, Adam Ważyk, Juliusz Żuławski, Albert Sowiński, Ryszard Matuszewski; współpracowali: Władysław Bieńkowski, C. Bobińska, Jerzy Borejsza, Tadeusz Borowski, Władysław Broniewski, J. Chałasiński, Paweł Hoffman, W. Kierczyńska, Tadeusz Kotarbiński, Wacław Kubacki, Witold Kula, Stanisław Ossowski, Jerzy Putrament, Artur Sandauer, Adam Schaff, Włodzimierz Sokorski, Stanisław Wygodzki, Kazimierz Wyka, Karol Wiktor Zawodziński, Maciej Żurowski.

Zbigniew Żabicki wymienił jeszcze następujące osoby: K. Budzyk, Edward Csato, Tadeusz Drewnowski, B. Korzeniewska, Zdzisław Libera, Mieczysław Porębski, Andrzej Stawar, Jacek Bocheński, S. Brusz, Tadeusz Hołuj, Stefan Otwinowski, Julian Przyboś, Leon Schiller, Roman Werfel, T. Wojeński.

Żółkiewski przyznawał, iż nie wszyscy współpracujący z pismem zostali "trwale zdobyci przez program partyjny". dzięki temu - to już uwaga me Zołkiewskiego, lecz moja - kilku wybitnym osobom udało się dla nauki i sztuki uratować rozum i talent, a na własną chwałę - godność. Skądinąd wiadomo, że wielu z wymienionych twórców i uczonych miewało później ze strony partii spore kłopoty. Inne oczywiście miał Władysław Bieńkowski czy Stanisław Ossowski, a inne - Adam Schaff czy Stanisław Wygodzki.
s. 150

Za błąd, także popełniony w dobrej wierze, jeśli jego skutki okazały się dla kogokolwiek krzywdzące, trzeba ponieść pełną odpowiedzialność. Domagają się tego tak moralność, jak i prawo. Poza tym pojęcie błędu zostało nadużyte przez komunistów do maskowania i zacierania śladów najcięższych zbrodni i człowiek rozsądny powinien je omijać z daleka. Tymczasem Lech Bądkowski, którego rozsądku nie mam zamiaru kwestionować, nałożywszy togę obrońcy w sprawie - mówiąc oględnie - mocno zagmatwanej, starał się przekonywać czytelników "Zapisu" (Twarzą do przyszłości - nr 13), iż "dyskredytuje przede wszystkim cynizm, zła wola, a nie błąd popełniony w dobrej wierze". Mamy więc i "błąd", i "dobrą wiarę", do tego w narzuconej przez autora symbiozie.

Pora wyjaśnić, kogo autor Twarzą do przyszłości bronił. Otóż Bądkowski brał w obronę osoby, "które kiedyś należały do partii komunistycznej i odznaczały się w niej głośną ruchliwością, a później zrewidowały stanowisko i przeszły do obozu demokratycznego, z kolei tutaj zajmując poczesne miejsca".
(…)
Nie sposób odmówić racji Gustawowi Herlingowi-Grudzińskiemu, który omawiając Matkę Królów Kazimierza Brandysa napisał:
"Rzecz w tym, że dla pisarzy typu Brandysa raport Chruszczowa nie był w ogóle szokiem: wiedzieli wszystko lub prawie wszystko, co powiedział burzyciel mitu Stalina, a tragedię przeżyli jedynie dlatego że ich tajemnica prywatno - partyjna stała się odtąd tajemnicą publiczną i narodową, rzucając snop światła na każde napisane przez nich w przeszłości słowo” (G. Herling-Grudziński, Kultura, 1957, nr 9)
s. 158-159

Problem odpowiedzialności za "stalinowską" przeszłość wyłonił się po Październiku, ale nie wynikło z tego - jak można się było spodziewać - żadne trzęsienie ziemi. Ten i ów padł co prawda na kolana, ale tylko po to, żeby go było mniej widać. Natomiast do posypywania sobie głowy popiołem brakło chętnych. Partia, jak wiadomo, całą winę zrzuciła na aparat bezpieczeństwa, a właściwie na niezbyt liczną i wyselekcjonowaną pod określonym kątem grupę funkcjonariuszy wyższego szczebla, co do jednego, zresztą, ludzi partyjnych, ale był to chwyt prymitywny i literaci nie mogli się nim posłużyć. Tym bardziej, że, jak wyjaśnił Wirpsza, nikt ich pałkami do pisania tych idiotyzmów nie zapędzał ani łańcuchami nie przykuwał do redakcyjnych stołków.
s. 163

Nie ulega wątpliwości, że sposoby "rozliczania się" ze stalinowskiej przeszłości polskich komunistów (także pisarzy, a może nawet ich przede wszystkim) od samego początku budziły rozmaite zastrzeżenia, sprzeciwy i pozostawiały niedosyt. Niektórzy ze stalinowców rozstawszy się z partią utrzymywali, iż "odchodzenie od komunizmu" w ich przypadku rozpoczęło się już w roku 1953. Prostą konsekwencją takiego postawienia sprawy było wyliczenie, iż okres stalinizmu w Polsce trwał zaledwie cztery lata. Tak postąpił Witold Wirpsza w artykule opublikowanym w paryskiej "Kulturze". W dodatku polemizując ze "studentem" miał mu za złe, że nie docenia dysproporcji zachodzącej jakoby między trzema, czterema latami stalinizmu i dwudziestoma latami opozycji.

"Mało tej różnicy?" - pytał Wirpsza dotknięty do żywego tak wielką niesprawiedliwością. - Czyżby najprostszej arytmetyki uczyć trzeba było? Nie tylko tej na paluszkach, ale także arytmetyki napięć osobniczych i społecznych?" (W. Wirpsza, Łatwizna, Kultura 1979, nr 9)

Dla wielu Polaków, tych chociażby, których komuniści, żeby ułatwić sobie zadanie pakowali do więzień i obozów w latach 1944 - 1945, okres "stalinizmu" zaczął się znacznie wcześniej, i trwał dłużej niż sugerował Wirpsza. Bramy więzień otwarte bardzo szeroko, żeby wchłonąć setki tysięcy ludzi jeszcze, zanim na frontach umilkły działa, uchyliły się (dopiero po 1956 roku, a najwięcej ofiar pociągnął za sobą "rewolucyjny" terror do 1948 roku. Postępowi intelektualiści popełniają charakterystyczny błąd, nastanie w Polsce stalinizmu utożsamiając ze wzmożonym naciskiem na sferę kultury. Błąd ten popełnił nawet Aleksander Wat.
s. 165

Czort z taką rewolucją! - myślał wtedy niejeden w żalu i gniewie, nie mając żadnej szansy wykrzyczeć tego publicznie - niech do niedawna "zaczadzeni" płaczą nad jej grobem lub nie, ich sprawa. Nie dajmy się wciągnąć w ten pozorny dramat sumień ludzi, którzy nie są w stanie zrozumieć, że zapłakać powinni nie nad grobem rewolucji żyjącej jedynie w ich wyobraźni i propagandowych sloganach, lecz nad jak najbardziej rzeczywistymi mogiłami ofiar komunistycznego terroru. Ta prawda wydaje się do tej pory nie mieć dostępu do serc i umysłów większości eks-stalinowców, co znalazło dobitny wyraz w sposobie "rozliczania się". Tak rzecz oceniać doradza pozbawione wszelkiej wartości świadectwo, jakie temu nie pięknemu czasowi wystawili polscy pisarze.
s. 176 

A któż kazał Iwaszkiewiczowi “stać blisko władzy”? Taką pozycję zajmował w okresie międzywojennym i tak ustawił się, kiedy władzę w Polsce zagarnęli wasale Moskwy. Jakoś nie przychodzi do głowy obrońcom Iwaszkiewicza i jemu podobnych, że pisarz liczyć powinien się nie z tym, czego oczekuje od niego władza, lecz społeczeństwo, że jego obowiązki, misja, jakkolwiek by to nazwać, nie polegają na dogadzaniu władzy.
(…)
Nie wyłonił się ze środowiska polskich "dysydentów" żaden Koestler, nie zastąpi Ciemności w południe Andrzejewskiego Apelacja ani Brandysa Nierzeczywistość: Nie powstała żadna książka, która uczciwie i w miarę chociażby wyczerpująco odpowiedziałaby na stawiane tamtemu ponuremu czasowi pytania. Milczą lub zagadują sprawę ci, na których spoczywa obowiązek torowania drogi prawdzie o złym czasie, złych ludziach, złych czynach. Dlatego między innymi, że był to czas ich złudnych tryumfów i rzeczywistego upadku. Tego właśnie zdają się nie rozumieć ci, którzy na stalinowską przeszłość proponują zapuścić kurtynę milczenia, jak gdyby już na ten temat wszystko zostało powiedziane. A tym, którzy “od początku się nie mylili” doradzają: “niech cieszą się w sobie”. Tymi, co tej radości dostąpić nie mogą, bo od dziesięcioleci spoczywają w ziemi nigdy się nie przejmowali ani podsądni, ani ich wyrozumiali obrońcy. Dla nich dramat, jaki rozegrał się po wojnie na polskiej ziemi, zdaje się mieć wciąż jeszcze ten sam wymiar: zawodu, jakiego doznali zbyt łatwo uwierzywszy w wielkość "ery komunizmu". Nadal nie widzą - bo to ich zwalnia od odpowiedzialności - dramatu narodu.
s. 179-181

Brzemienne w skutki rozwarstwienie polskiej inteligencji dokonało się na tle ideologicznym, to nie ulega wątpliwości. Jednakowoż lewicowe skłonności i upodobania intelektualne znacznego odłamu tej warstwy nie przesądzały o jej stosunku do kwestii niepodległości. Tym bardziej zastanawia udział niemałej części polskiej inteligencji najpierw w przygotowywaniu, potem w realizacji podboju Polski przez wschodniego sąsiada. Rzecz inna, że świadomość ostatecznego celu mieć mogli tylko działacze tworzący elitę partii komunistycznej. Nieszczęście polegało na tym, że wsparli ich liczni naukowcy, literaci i publicyści. Oni też, nie przestając być częścią polskiej inteligencji, stali się zalążkiem, jeśli można tak to ująć, inteligencji nowego typu.

Upraszczając można powiedzieć, iż czas od wkroczenia wojsk sowieckich na obszar państwa polskiego do przepędzenia ich stamtąd przez wiarołomnego sojusznika Stalina stanowił okres, w którym zaczęła się kształtować "nowa" polska inteligencja. Jej istotę stanowić miało nie przywództwo duchowe, lecz posłuszne wykonywanie powierzonych jej przez partię zadań. Błędne byłoby jednak mniemanie, iż wyznaczenie po wojnie polskiej inteligencji roli służebnej w miejsce przywódczej, zdjęło z owej grupy jakąś część odpowiedzialności. Najcięższe brzemię wzięli na siebie ci, którzy na zlecenie władzy podjęli się unicestwienia formacji, której "nowa" , inteligencja - będąc pozorną kontynuatorką - w rzeczywistości stała się zaprzeczeniem. Nie był to wyłącznie konflikt idei, na jego tle rozegrał się dramat konkretnych, żywych ludzi. Tych przede wszystkim, których ogromny wysiłek pozwolił w latach wojny uratować i wynieść w lepszą przyszłość wiarę w wyższe wartości. Ludziom i tym wyrządzono ogromną krzywdę, natomiast całe społeczeństwo' poniosło nieobliczalne straty. Ogół Polaków zdawał sobie sprawę, że hałaśliwie przez komunistów reklamowana niepodległość jest fikcją. "Nową rzeczywistość" - jak się wówczas mówiło i pisało - traktował jako nową okupację.

Wbrew temu, co głoszą niektórzy historycy powołując się na zapał, z jakim różne grupy zawodowe, środowiska, kręgi społeczne przystępowały do dźwigania z ruin miast, uruchamiania fabryk, organizowania szkolnictwa, służby zdrowia itp. Jeśli w latach powojennych udawało się  czegoś dokonać, to dzięki temu, że partia nie zdążyła - nie była jeszcze w stanie - na wszystkim położyć ręki. W miarę "zaostrzania się walki klasowej", ludzi dla partii niewygodnych zaczęto poddawać szykanom i rugować. Utracili możność działalności naukowej i pedagogicznej uczeni tej miary co Władysław Tatarkiewicz, Konrad Górski, Roman Ingarden, Juliusz Kleiner, Henryk Elzen- berg, Kazimierz Ajdukiewicz i wielu innych, ich miejsce zajęli ludzie pokroju Krońskiego, Baczki, Żółkiewskiego, Kotta czy Schaffa.
s. 185-186

Ten mit "elity intelektualnej" na uwagę zasługuje przede wszystkim: dlatego, iż zdradzając skłonność do wypierania prawdy, przeistacza się i w osobliwą więź między chwilą bieżącą a przeszłością. Zasięg owego mitu do czasu był niewielki. Jeden z jego elementów stanowi wydarzenie, któremu w ciągu dziesięcioleci przydawano niezasłużonego znaczenia. Proces ten nie musiałby się stać przyczyną jakichkolwiek komplikacji, gdyby w polemikach wokół "wydarzeń marcowych", bo o nich mowa, nie pojawiło się egzekwowane jako nakaz moralny żądanie, by na stalinowską przeszłość części bohaterów owych wydarzeń zapuścić i kurtynę milczenia. Gdyby nie podejmowane z uporem próby przedstawiania owego epizodu w dziejach PRL, jako wydarzenia, które zadecydowało o losie Polski.
s. 195 

Wyjaśnijmy: działania i zachowania wspierające i umacniające wasalny komunistyczny system nie miały nic wspólnego z obecnością w życiu narodu. Również "obrona tego, co wydawało się możliwe do obrony" prezentuje się nieszczególnie jako kryterium oceny zachowań i postaw. Po prostu nie jest to żadne kryterium. Każdemu może się wydawać co innego.
s. 211

Noc stalinizmu sprzyjała nikczemnieniu i nikczemnienie musiała na ludzi sprowadzić. Nieuchronność tego procesu teoretycy rewolucji na policyjnych etatach wywiedli na drodze przewrotnej dedukcji z najmroczniejszych zakamarków ludzkiej duszy, duszy człowieka zepchniętego na dno i poniżonego. Z jego bełkotu wymuszonego torturami i krzyku rozpaczy sklecili jedno z fundamentalnych praw, które od tej pory miało określać i kształtować życie podległych totalitarnej władzy jednostek i społeczeństw. Wynikało z niego niezbicie, że człowiek, który
nie dopuścił się zdrady wewnętrznej, który nie zaparł się samego siebie, nie wyrzekł się wyznawanych dotychczas zasad oraz ideałów na rzecz "ducha czasu", nie może być dobrym, to znaczy lojalnym, to znaczy - gotowym na każde wezwanie czynem potwierdzić ów akt zrzeczenia obywatelem, czyli owej władzy poddanym.
s. 212-213 

Zdarza się, że dla rozwikłania trudnych zagadek ludzkiego losu! najwznioślejszy duch czasem zstąpić musi z wyżyn, na których bytowanie traktować zwykł jako przywilej, obowiązek, czy powierzoną mu nie wiadomo przez kogo misję. Tam, na dole, by nie powiedzieć na dnie, rozgrywały się w czasie, którego dotyczą te rozważania, najrzeczywistsze z ludzkich dramatów. Kwitowane nie oklaskami, lecz głuchym milczeniem, które zakłócić mógł tylko głos sumienia. Tłumienie owego głosu stało się jednym z naczelnych zadań reżymowej propagandy, i udział w tym procederze licznych przedstawicieli elity umysłowej budzi nie tylko zdumienie. Chciałoby się bowiem móc wierzyć, że rozum oraz talent idą w parze z godnością, bezinteresownym umiłowaniem prawdy i piękna, uczciwością. Dla oceny zachowań osób z owych kręgów nie trzeba opuszczać się na samo dno. Na ogół ich dramaty rozgrywały się w sferze pośredniej, między wielkością a zdradą, na pograniczu znikczemnienia i słabości.
s. 215

Przypadek Miłosza, niestety, zdaje się tu stanowić raczej ostrzeżenie niż zachętę. Z tą wolnością wewnętrzną w jego wypadku sprawa nie jest wcale pewna, ręka odcięta wiele lat temu zdaje się ścigać poetę przez kontynenty i oceany, dopadając raz po raz. Czy to nie ona dopisała mu w jego dziełach niejedną stronicę? Miłosz jakby tego był świadom, ale nie daje za wygraną. W Roku myśliwego tnie na lewo i prawo, lecz chybia raz po raz. Na przykład pisze, że przed 1939 rokiem "stanowi istniejącemu" nie dawał wiele szans i powinien zostać komunistą, ale wiedza o tym, czym jest stalinowska Rosja na to mu nie pozwalała. Dlaczego jako jedyna alternatywa jawi się poecie akurat komunizm, nie wiadomo. Sytuacja, wydać by się więc mogło, bez wyjścia, tymczasem miliony Polaków próbowały coś robić, były osiągnięcia. W niektórych dziedzinach wcale niemałe.

Jest niezupełnie jasne, dlaczego Miłosz polską patriotyczną umysłowość oceniał "fatalistycznie" jako "skazaną". Intuicja poetę całkowicie zawiodła.
s. 254

O ile w przypadku Konrada Wallenroda motywacja jest jasna - za cel postawił sobie złamanie potęgi Zakonu - o tyle żaden z eks-stalinowców nie próbował dowieść, iż to, co robił w tamtych tragicznych dlaPolski latach - mówił czy pisał - było maską, pod którą skrywał gniewną twarz spiskowca. Ich świadomości nie cechuje charakterystyczne dla Konrada Wallenroda rozdarcie między racjami sprzecznymi z punktu widzenia etyki wyższej, ale w perspektywie dziejowej zbieżnymi. Celu i ceny nie przeciwstawia sobie wyższa racja - stanowią żenującą jedność.

Wallenrod Mickiewicza - wewnętrznie rozdarty - przemierza dziejową scenę w pełnym rynsztunku bohatera tragicznego; intelektualista "postępowy" w kostiumie Wallenroda przypomina wracającego z balu maskowego chwiejnym krokiem birbanta, który przed powrotem w małżeńskie łoże pozbywa się dowodu zdrady. Jest żałosny i budzi niesmak. Szczególnie kiedy kolejny raz przybiera pozę autorytetu moralnego i pretenduje do stanowisk dla takiego autorytetu przez społeczeństwo zastrzeganych. jeżeli okres schyłkowy peerelu przypominał pod wieloma względami maskaradę, to maska Wallenroda nie robiła na tej imprezie furory. Nie tylko dlatego, że przepaść oddzielająca "socjalizm realny" od snu o niepodległości była nazbyt głęboka. Ci z intelektualistów, którzy zdecydowali się wkroczyć na scenę, kiedy robociarska brać popsuła im zabawę w kotka i myszkę z "władzą ludową", do ostatniej niemalże chwili śnili o "socjalizmie z ludzką twarzą". Sen ten niejednemu z nich przerwali dopiero pamiętnej grudniowej nocy łomoczący w drzwi esbecy.

Wstydliwa postać powojennej dramy, jaką stanowi "postępowy" intelektualista, wolna jest od napięcia, które w sumieniu Konrada Wallenroda wytwarza rozdarcie między dyrektywą moralną a wymagania- mi historii. To, co różni stalinowskiego pseudorewolucjonistę od Wallenroda, to niechęć - niezdolność? - do przyjęcia na siebie odpowiedzialności za swoje działania. Jego stosunek do własnych czynów z przeszłości nadal nie ulega zmianie, nie budzą w nim obrzydzenia. Gesty, którymi próbuje oszukać świat - również samego siebie? - nie mają
siły mogącej przywrócić naruszony ład moralny. Wiele wskazuje na to, że zaproponowany przez Marię Janion termin "wallenrodyzm pojałtański" sprowadza na fałszywe tory myśl szukającą nie usprawiedliwienia, lecz wytłumaczenia dla zachowań znacznego odłamu polskiej inteligencji w okresie powojennym. Nasuwa się przypuszczenie, że uczona, dużo obcując z dziełem Mickiewicza, tak bardzo nasyciła się emanującą z postaci Konrada Wallenroda energią, iż nie mogło to pozostać bez wpływu na jej interpretację postaw tych Polaków, którzy znalazłszy się w bicie wpływów sowieckiego imperium, nie oparli się pokusie uczestniczenia - chociażby jako wasale - w jego potędze.
Postawić należy sprawę jasno: pożytek z klucza "wallenrodycznego" jest niewielki. Szukając uzasadnienia dla wysuniętej przez siebie tezy, Maria .Janion podparła się opinią Krystyny Kersten, iż polski intelektualista, próbując znaleźć dla siebie miejsce w "rozpadającym się świecie", ratować usiłował nie tylko siebie - "ale i tyle, ile się uda z mości kultury europejskiej, chrześcijaństwa, polskości". Byli i tacy, na pewno oni stanowili większość dziesiątkowanej w latach wojny przez obydwu okupantów inteligencji, jednak w miarę jak komuniści umacniali się na zajętych z woli Moskwy pozycjach, możliwości rzeczywistej intelektualnej elity malały w zatrważającym tempie. Ale już zupełnym nieporozumieniem lub naiwną próbą uwolnienia od odpowiedzialności i tych, co pokusie się nie oparli, jest twierdzenie, iż "świadomy wallenrodyzm był wówczas praktycznie postawą lansowaną przez krajowe ośrodki niepodległościowe". Sądu tego w żadnej mierze nie potwierdza przytoczony przez Marię Janion z odezwy zrzeszenia WiN następujący cytat:

"Cały sens dzisiejszej walki polega na tym, byśmy byli wszędzie, we wszystkich urzędach, instytucjach państwowych i samorządowych. W ten sposób możemy stale i uparcie tępić ostrze niszczenia sowieckiego skierowanego przeciw narodowi i państwu".

Sens i cel zalecanej w ten sposób "obecności" był oczywisty. O ile naczelne władze państwowe postrzegane były jako sowiecka agentura, tyle instytucje niższego szczebla traktowano na ogół jako "własne". Znajdowało to logiczne uzasadnienie w fakcie, że do czasu "oczyszczenia" aparatu administracyjnego z "elementów reakcyjnych", większość stanowisk obsadzona była przez ludzi, którzy przystępując do odbudowy zniszczonego kraju kierowali się etyką obowiązku, a nie ideologicznymi przesłankami. Miejsc opróżnianych z osób politycznie "niepewnych" nie zajmowali niestety Wallenrodzi, lecz osobnicy cyniczni lub słabi.
s. 261-263

W Polsce po 1945 roku komuniści byli garstką osobników cieszących się względami ościennego mocarstwa, lecz pozbawionych oparcia we własnym społeczeństwie. W tej sytuacji jedynym dla nich wyjściem mogło być zawarcie sojuszów z tymi grupami czy stronnictwami, które za cenę udziału we władzy byłyby skłonne udzielić poparcia ich poczynaniom. Owa taktyka przysporzyła komunistom szereg sukcesów, przede wszystkim w stosunkach z socjalistami, ułatwiając ich wchłonięcie. Natomiast w rozgrywce z PSL sprawdziła się tylko częściowo.

Ze względów taktyczno-propagandowych pożądane było pojawienie się na arenie politycznej partii katolickiej wspieranej przez Kościół, ale do tego nie doszło. Próżno by wśród katolików kolaborujących z komunistami szukać Wallenrodów. Nie na wallenrodycznych założeniach oparł Bolesław Piasecki stowarzyszenie PAX, bez masek wstępowali na scenę polityczną "księża patrioci". Okoliczności, w jakich inna grupa katolików zdecydowała się przystąpić do gry z komunistami, nie zostawiały pola dla nadziei, że w ten sposób uda się Polskę chociażby o krok zbliżyć do niepodległości. Uwaga ta dotyczy osób, które po Październiku uformowały Koło Poselskie "Znak". Przy całym uznaniu dla wielu inicjatyw "Znaku" (na przykład wydawniczej, chociaż na tym polu również PAX legitymować się mógł nie byle jakimi osiągnięciami), trud- no nie dostrzec, iż działalność owej grupy od początku naznaczona była piętnem dwuznaczności, jako że samym swoim istnieniem Koło wspierało kłamstwo reżymowej propagandy o pluralistycznym i demokratycznym charakterze PRL.
s. 266-267

Można sobie stawiać cele skromne i czerpać satysfakcję z sukcesów pozornych, ale nie jest obojętne, za jaką się to robi cenę i kto za to płaci. Niezrozumiałe wydaje się przekonanie Stanisława Stommy, iż to właśnie działalność Koła, któremu przewodniczył, sprawiła, iż Polska "dryfując" od Października do połowy lat siedemdziesiątych na falach zmiennych koniunktur stała się państwem “inaczej rządzonym, wzrosła praworządność, istniał pewien pluralizm w kulturze...” Jest to oczywisty przypadek brania skutków za przyczyny; właśnie dlatego, że Polska "sta- ła się państwem inaczej rządzonym", mogło powstać i do czasu prowadzić działalność na zasadach odmiennych niż było to do tej pory możliwe, Koło Poselskie "Znak".
s. 268

W Polsce po 1945 roku mit postępu przeżywać zaczął renesans. Był on co prawda odgórnie zarządzony, ale wielu naiwnych uwierzyło, iż zwiastuje nadejście nowej ery. Najpierw oszołomieni wspaniałą perspektywą, potem zaabsorbowani krzątaniną wokół sprawy rewolucji, długo nie zauważali, w jakim stosunku do wzniosłej idei postępu jest to, czego się od nich wymaga i co robią. A kiedy w końcu co bystrzejsi zaczęli dostrzegać pewne rozbieżności między praktykami dnia powszedniego a swoimi dawnymi wyobrażeniami o postępie, i kiedy z niepokojącą wyrazistością rysować zaczął się problem odpowiedzialności za to, co się w Polsce w ciągu minionych lat stało, pielęgnowany przez entuzjastów postępu mit zaczęły z ich serc i umysłów wypierać racjonalizacje. Za przykład posłużyć może teza o wallenrodycznej istocie omawianych tutaj zagadnień i postaw, podobnie zresztą jak Miłoszowe koncepty ze Zniewolonego umysłu, czy Witolda Wirpszy pomysły z książki Polaku, kim jesteś?

Skomplikowana natura racjonalizacji nie ułatwia rozstrzygnięć jednoznacznych. Psychologia rozpatrując zjawiska z zakresu woli, dążeń i działania wyjaśnia, iż człowiek, dokonując wyboru, kieruje się pobudkami, które podzielić można na rozumowe i uczuciowe, ale najsilniejszego motoru każe się dopatrywać w tych drugich. Czyżby miało to dotyczyć również sfery polityki? Powszechne jest przekonanie, że polityk nie powinien się kierować emocjami. Tak być powinno, niekiedy bywa, ale całkowite uwolnienie się od emocji jest bardzo trudne, jeśli nie wręcz niemożliwe. Dlatego człowiek świadomy swojej odpowiedzialności za dokonywane wybory i podejmowane działania przybiera po- budki uczuciowe - a w każdym razie stara się tego dokonać - w szaty rozumowe czyli. poddaje racjonalizacji. Szukając potwierdzenia tego, co zostało wcześniej napisane o postawach i zachowaniach intelektualistów zaangażowanych w stalinizację Polski, natrafiamy na wyraźne ślady obydwu tych pierwiastków - emocjonalnego i rozumowego. Decydująca wydaje się w wielu przypadkach rola tego pierwszego. Wskazuje na to wymienianie takich przyczyn "przystąpienia do", jak nienawiść do "endecji", "Londynu", "akowskiej góry", gniew na to, "co przegrało", rozczarowanie Zachodem itp. Przywołanie w tym miejscu licznych deklaracji miłości do Stalina też nie byłoby nadużyciem, mimo iż genialny Językoznawca symbolizował w oczach marksistowskiej elity intelektualnej pierwiastek rozumowy. A jednak chciałoby się móc wierzyć, iż to, co, zadecydowało o stosunku większości "postępowych" intelektualistów do własnej i nie tylko własnej stalinowskiej przeszłości było bardziej złożone niż na to wygląda.

Jednostka odczuwa potrzebę logicznego wyjaśnienia swych zachowań. Niemożność zaspokojenia owej potrzeby rodzi niepokój - tak ów niemiły stan ducha, o którym mowa objaśnia, psychologia. Z drugiej strony, takie "logiczne" wyjaśnienie może wywołać lęk lub poczucie winy. Jednostka chcąc tego uniknąć stara się znaleźć takie wyjaśnienie, które nie pociągnie za sobą psychicznego dyskomfortu. A że wyjaśnienie, żeby mogło odegrać rolę racjonalizacji, musi być zgodne z normami rozsądku właściwymi dla danego kręgu kulturowego, trzeba umysł nieco wysilić. Ale warto, w wyniku udanego zabiegu słabną lub ustępują lęk oraz poczucie winy, niebezpieczeństwo popadnięcia w konflikt z sumieniem zostaje zażegnane. Nic dziwnego, że po załamaniu się systemu komunistycznego powstało takie ogromne zapotrzebowanie na racjonalizacje. Pod tym kątem - funkcji terapeutycznej - należałoby spojrzeć na tzw. literaturę obrachunkową. W tej sferze również - rodzi się podejrzenie - znaleźć można by wytłumaczenie obecnego oporu przeciw odkłamywaniu przeszłości ze strony wielu osób, w stosunku do których zarzut współodpowiedzialności za to, co się w Polsce w ciągu minionych czterdziestu kilku lat działo, nie wydaje się bezzasadny. Tym, którzy domagali się przyjęcia przez intelektualistów na siebie współodpowiedzialności za to, co się w Polsce wydarzyło zarzucano chęć upokorzenia ich, zmuszenia do "bicia w piersi", publicznego wyznania win itd., itp.
s. 271-272

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: 
Źródło: 
Stanisław Murzański – “Między kompromisem a zdradą. Intelektualiści wobec przemocy 1945-1956”, wyd. drugie poprawione, Kraków 2002