Intelelektualiści i stalinizm - motywy

Słów parę o instytucji pokazów filmowych, bardzo interesującej. Zbiera się na nich elita. Jest to słowo pokraczne i mało precyzyjne, ale lepszego nie ma dla określenia zjawiska. W każdej złożonej społeczności elity są różne. W demokracjach elity współżyją, konkurują, zwalczają się, lecz w zasadzie ich wpływy są zrównoważone. W komunizmie elity są zhierarchizowane: jedna elita ma gdzieś inne elity i robi z nimi, co się jej żywnie podoba, co nie znaczy, że innych elit nie ma. Ta elita, która zapełnia pokazy filmowe, oficjalnie pracuje na niwie kultury. Nie jest to znów tak ścisłe, bo oprócz reżyserów, operatorów i aktorów, mnóstwo tu różnych takich, co nie wiadomo, co robią. Na przykład ja. Kiedyś coś tam pisałem dla filmu, potem pisałem recenzje filmowe, a od czterech lat już nic z tym nie mam wspólnego. Ale różne dziewczyny, które pracują w Centralnym Urzędzie Kinematografii i organizują pokazy, ciągle mi przysyłają zaproszenia, bo mnie lubią za to, że się sprzeciwiam. Tak się o mnie mówi na mieście. Wobec tego oglądam filmy z Zachodu, których nie pokazuje się masom, zaś którymi zachwyca się dana elita. Masy do takich filmów nie dorosły. I chyba już nigdy nie dorosną, bo jak dojrzeją według marksistowskiej recepty, to zgodnie z kontrolowanym procesem dorastania powinny pluć na takie filmy jak na zjełczałe masło. Tak przynajmniej twierdzi owa elita w redagowanych przez siebie gazetach i pisanych książkach o tych samych filmach. Zaś wieczorami, w starannie ukrytych przed masami salkach projekcyjnych, elita zachwyca się i onanizuje kulturą wynaturzoną, ale jakże atrakcyjną, dywersją wrogą, ale jakże fascynującą. Rozkosz tarzania się w kłamstwach imperializmu na filmowych pokazach CUK-u, to właśnie arcyprzywilej tej elity, jej chwała i rozanielenie dwa razy w tygodniu.
s. 29
 
Budrewicz jest cząstką zjawiska ogólniejszego, skomplikowanego, groźnego i w gruncie rzeczy nader nikczemnego. Jest w Warszawie jednym z licznych przykładów owej kasty ludzi, którzy widzą zło i nienawidzą zła, a jednak ulegają złu. Powody ustępstw i uległości są niezliczone i niezgłębione, tak różne w każdym wypadku jak różnice między ludźmi. Na tym zagadnienie się nie kończy, raczej od tego zaczyna. Po pewnym czasie, gdy ludzi codziennie i świadomie konfrontujących zło i zgadzających się na współżycie i współpracę ze złem, jest jut bardzo dużo - coś zaczyna ich łączyć. Metodologicznym spoiwem tej komasacji jest wspólna moralność, ściślej niemoralność: łudzi tych najefektywniej zbliża i scala próba przekucia niegodziwości w godziwość, niewłaściwości we właściwość, moralnej szkody w moralny pożytek, niskiego instynktu służby swym potrzebom i ambicjom w wysoki ideał służby swemu narodowi, bądź dobrym zasadom społecznym. Można to prościej nazwać karierowiczostwem z aspiracjami i hipokryzją, lecz właśnie to nie jest proste, bowiem w komunizmie sprzedajność nabrała pewnych ambiwalencji jadowitości, nie znanych w innych formacjach społecznych. Nowa wspólna moralność, czy niemoralność, jest dla wielu ją wyznających czymś zastępczym, zrodzonym przez konieczności, porają się z nią podczas nie przespanych nocy, niektórych wtrąca w rozpacz. Rzecz jasna, to kazuistyka, lecz zupełnie odrębnego rodzaju niż w znanych nam z uprzednich epok dylematach dusz. Ta kategoria ludzi w komunizmie zagryza się, że świat zewnętrzny nie wie, jakimi są naprawdę, to zapoznanie ich, przeciw któremu wystąpić nie mogą otwarcie, jest ich psychiczną trucizną. Ich złotym marzeniem jest przekazanie światu, jak cierpią, czym płacą, jak kluczą, jak wymykają się i jak to im się nie udaje, czyli jak gwałt dokonywany jest na nich przez zło, któremu się zaprzedali, przed którym płaszczą się, któremu służą. W ten sposób sumują sami siebie w Nowe Dobro, cholernie zawiłe i niezrozumiałe dla nikogo poza nimi samymi, ale którego gotowi są bronić do ostatka i ta desperacka obrona, upór w widzeniu czarnego jako białe, wiąże ich ze sobą w rodzaj społecznej potęgi. Zapominają dodać, oczywiście, nawet gdy prowadzą dialog wewnętrzny, że ich stopa życiowa, materialne wynagrodzenie i egzystencjalne ułatwienia dają im wyniesienie w doczesności, które odmówione jest milionom, skazanym na udręki ich braku. Są trywialnym Faustem, który wmawia sobie i innym, że pomaga szatanowi w produkcji koksu poprzez usprawnianie kas chorych, urlopów wczasowych dla ludzi pracy i żłobków dla dzieci, lecz uchyla się od rozważań na temat, czemu służyć koks w piekle. Budrewicz do nich należy, aczkolwiek, być może, przypisuję zbyt wiele subtelności jego wewnętrznym rozliczeniom.
s. 370-371

Ciekawe, jak ta familia umiejętnie, czyli z ostentacyjną radością, wsiąkła w komunizm ,jak ta radość przyniosła im powodzenie ,jak łatwo przyszło im wszystko zaakceptować i jak umiejętnie wyciągają z tej akceptacji korzyści nie tylko materialne, lecz i psychiczne. (…) Rozumiałem i czułem, jak strasznie jestem ważny dla Koźniewskich: potwierdzam ich najukochańsze pozytywy, najczulsze słuszności. Tyrmand nie aresztowany, ani nie umarł z głodu, czyli nie jest źle! Jest dobrze, błogo, humanitarnie i w drodze do najszczytniejszych ideałów polsko-ogólnoludzkich. Do głowy im nie przyjdzie, że niewinny i nie aresztowany facet to normalność, a nie objawienie cudów ideologii.
s. 118-119

Kategoria trzecia to ludzie uważający mnie za niemrawego abnegata, wybierającego wygodne lenistwo i inercję z mętnych. niezrozumiałych przyczyn. Mówią: “Taki zdolny facet jak ty, żeby się tak marnował. Tak biedował, tak mieszkał. Dlaczego nie napiszesz czegoś-  książki, artykułu? Dlaczego nie załapiesz parę złotych jak inni literaci i dziennikarze, którzy robią kokosy. każde słowo sprzedają za grube setki? Że komuniści? Przecież nie musisz całować Bieruta w tyłek, możesz się jakoś migać a jednocześnie robić forsę. A zresztą, gdyby nawet, to co? Nikomu od tego korona z głowy nie spadła, a z tobą to jeszcze i tak, że jak coś zrobisz nie tego, to wszyscy będą wiedzieli, żeś musiał, że ty to co innego, że żyć trzeba...” To jest kategoria niedorozwiniętych, zaś pierwotniaków jest pełno w Polsce: stanowią istoty poruszające się instynktem samoobronnego amoralizmu, są pozbawione zmysłu orientacji właściwego organizmom wyższym. Są pierwszym autentycznym triumfem komunizmu, który wepchnął ich w ciemność odruchów, egzystencję robaków ziemnych, którym wzrok jest niepotrzebny, tylko czułki wymacujące przeszkodę, aby natychmiast ją wyminąć. Aby się prześliznąć i coś wchłonąć, co sprolonguje samo gołe istnienie.
s. 127-128 

Są jednak tacy, którzy karierę już zrobili, boją się mniej, pozwolić sobie mogą na wychylenie z norm. Janusz Minkiewicz, Eryk Lipiński, jego żona Haga, Kazimierz Brandys, Tadeusz Breza, Jurek Broszkiewicz, Stefania Grodzieńska, Adam Tam, Antoni Słonimski i wielu innych sztandarowców nie mają na sobie guzika u kalesonów czy tasiemki u majtek krajowej produkcji. Wszystko z Ameryki, Londynu, Paryża, Mediolanu.
s. 139-140

Dziś był Jan Paweł Gawlik, rumiany i prostoduszny entuzjasta, jeden z tak zwanych młodych wokół "Tygodnika". (…) Dziś mówił bez przerwy o "Ketmanie" - jest to termin z Witkacego, obrabiany i nicowany przez publicystykę emigracyjną z kręgu paryskiej "Kultury". Uprawiający "Ketmana" jest swoistym marranem naszego czasu, przechowuje czystość moralną i wierność starej wierze służąc nowej, na dnie duszy gardząc nią i nienawidząc jej. Dość skomplikowane i nie bardzo wiem, kto jest dziś marran czy "Ketman" w Polsce: jedynym odczynnikiem byłby sukces i powodzenie. Stąd wynika, te Ketman, pomyślany jako raczej perwersyjne Dobro, płacące jakimś cierpieniem za swą wielodenność, jest w gruncie rzeczy niezwykle wygodnym stanem ducha i ciała: ten, kto go uprawia, jest przeświadczony o swej immanentnej szlachetności, bo on jeden wie jak jest naprawdę, opływając jednocześnie w dostatek wszelki, gorliwie dostarczany przez komunistów, którzy już wiedzą, jak wynagrodzić tych co im służą, choćby tylko na pokaz. Mnie to hadzi. Gawlik utrzymywał, że póki istniał "Tygodnik", dopóty był sens stawiania oporu, tak moralnego jak ideowego, lecz wraz z jego upadkiem trzeba iść na koncesje. Tylko jakie? On sam nie bardzo wie. Powiedziałem mu, że wygląda mi na to, jakby on uważał, iż dzielnie zrobił swoje, a skoro wygrali silniejsi, to nie warto dłużej się handryczyć. Odparł otwarcie i szczerze, że tak właśnie i że radzi mi zwawo zabrać się do drukowania moich nowel w reżymowych czasopismach, a nie marnować czasu na jałową elegijność, z której nikt nie będzie miał chleba. Jest to postawa gospodarska, aby tylko nic się bezużytecznie nie psuło i nie gniło, nawet dość sympatyczna. Gawlik chce mieć coś ze swojej młodości i ze swych zdolności, nie tracąc jednak miłego poczucia, że postępował właściwie, przyzwoicie, odważnie i po męsku, póki było można. Każdy lubi z narażeniem życia spełnić swój święty obowiązek, ale skoro jut życie nie doznało uszczerbku - spokojnie i wygodnie sobie odpocząć. Cóż przyjemniejszego niż wynagrodzenie od zwycięzcy za to, że mu się we własnym przekonaniu nic a nic nie ustąpiło?
A przecież to jakoś nie dla mnie.

Zadumałem się solennie po Gawliku. Od śmierci Stalina różne skurwysyny przebąkują tu i ówdzie, że oni chcieli inaczej, że to nie ich wina, że aczkolwiek mogłoby się wydawać to i owo, to jednak w istocie oni to właściwie dużo lepiej i przyzwoiciej, niż by się na pozór mogło wydawać. Odwieczna zabawa zaczyna się na nowo. Każdy funkcjonariusz Zła zrobi wszystko, aby przedstawić się światu jako agent Dobra w łonie Zła.
s. 168-169

Musiałem przysiąść się do stolika, przy którym ludzie, jakich z zasady unikam. Nie chcę rozmów, po jakich wszyscy czują się niewyraźnie, zaś których konsekwencje są nie do przewidzenia. Tym razem naprzeciw mnie spożywali szaszłyk barani po 22 złote porcja dziennikarze ze "Świata" - polsko-komunistycznej imitacji "Life 'u"- niejaki Gembicki , sekretarz redakcji i niejaka Kamila Chylińska, jej publicystka i członek. Gembicki musi być herbowym szlachcicem, wynika to z tego, co nosi na palcu, a to dziś fason w Warszawie, że ludzie nie kryją dobrego pochodzenia w służbie rewolucji, zwłaszcza gdy służą jak rewolucja się po nich spodziewa. Jest to prosiakowaty , tęgi blondyn, ubrany bogato w suty, jedwabny krawat z ostatniej podróży na Zachód, zdawkowo uśmiechnięty i uprzejmy, albowiem grzeczniutka maniera ma być tym, co różni tych z lepszego domu od tych z gorszego w łonie wspólnej ideologii. Chylińska ma wiecznie przyklejony. do zębów głupawo-dobrotliwy uśmieszek, zmieniający najłagodniejszego gentlemana w zdziczałego sutenera kopiącego bezbronną kobietę w twarz. Za to, co nosili na sobie Chylińska i Gembicki, dwie rodziny robotnicze utrzymać się mogą przez parę miesięcy. Za to, co zjedli, aby nabrać sił do zajadłej walki piórem o proletariat, przeciętny proletariusz polski - którego w swych dziełach nazywają swym suwerenem – żywi się przez tydzień. Albowiem po szaszłyku przyszedł sandacz w galarecie po 14 złotych porcja , popłukany białym węgierskim Aszu po 9 złotych kieliszek, po czym zadysponowano po kawce i serniku, czyli znów po 6 złotych na twarz. Przy tak wykwintnych daniach rozmowa toczyła się odpowiednio naszpikowana błyskotliwą światowością i tow. Gembicki z tow. Chylińską opowiadali sobie o uciesznej polemice emigracyjnego intelektualisty Józefa Czapskiego z francuskim deputowanym Loustenau-Lacau; ten ostatni brał udział w niedawnej, usilnie promotowanej przez obie strony wycieczce polityków francuskich do Polski, inicjującej nową "przyjaźń" polsko-francuską; wśród wycieczkowiczów byli sami gaulliści i radykałowie, którzy z wyjątkiem starego durnia Daladier wykazali daleko posuniętą powściągliwość po powrocie i powstrzymywali się od komentarza do tego, co ujrzeli; jedynie gaullista Loustenau-Lacau, po przyjrzeniu się Polsce z autokaru prowadzonego przez agenta UB, którego drzwi otwierał i mu i zamykali za nim inni agenci UB, napisał po powrocie w paryskiej gazecie: "Pojechałem do Polski, by zobaczyć, co się tam naprawdę dzieje, a nie, co chciano, abym tam zobaczył..." co wzbudziło w Czapskim ostrożne podejrzenie, czy aby pan  Loustenau zrealizował czcigodną intencję. Francuz-idiota to rzecz w istocie smutna, lecz dla Gembickich i Chylińskich sama słoneczna radość i szczęście, więc długo cieszyli się taką specyficznością natury, po czym raczyli wzajemnie paryskimi plotkami, demonstrującymi ich polityczną savvy: o sodomii w kręgach paryskiej "Kultury", o tym, ile redaktor Giedroyć dostaje rocznie od CIA – rewelacje, rzecz prosta, serwowane w modnych aluzjach, nie bezpośrednio, lecz zręczniutko, co tak smacznie nasila słodycz rozmów. Ostatecznie byli świadomi, że ja słucham, zaś wiedzą kto jestem, więc nic nie było na żywioł, wszystko umiejętna kalkulacja. W końcu, rozochoceni i rozświergotani, zamówili po porcji sernika ekstra, zapakowali w serwetki, wsiedli do redakcyjnej Pobiedy i udali się w stronę budowania socjalizmu.

Piękne rozwinięcie tego wątku stanowił stolik sąsiedni. Biesiadowali przy nim były polski ambasador w Londynie Michałowski z żoną, niejaki pan Koczorowski, jeden z trzydziestu sześciu ministrów jakiegoś budownictwa, z żoną, oraz małżonka pisarza Tadeusza Brezy. Orgia zamszowych kurtek, szkockich szalów, szwajcarskiego obuwia, londyńskich krawatów, paryskich torebek i kapeluszy. I to wszystko wprost z Faubourg St Honore i Regent Street, nic - uchowaj Boże- z "ciuchów". Łączna suma strojów przy tym stoliku, na oko roczne utrzymanie licznej robotniczej rodziny, zaś przyjąć trzeba, że nie jest to jedyne, co mają w szafie. Jeśli chodzi o strawę, to pan Michałowski, obecnie "tylko" wyższy urzędnik MSZ, a więc trafiający oficjalnie nie więcej niż 200 złotych miesięcznie, konsumował na trzecie danie już same pieczarki. Rachunek za obiad stolika ponad 150 złotych, jedna czwarta miesięcznej pensji kolejarza. Skąd wiem? Powiedziała mi kelnerka, jestem z nią w przyjaźni, mnie lubi, ich nie. Skąd oni na to biorą pieniądze? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że ci Michałowscy , Kaczorowscy i ich akolici ,jak Kazimierz Rudzki, konferansjer i dyrektor teatrzyku Syrena, czy Edward Trojanowski, redaktor "Sportowca" a dawniej "Wieczoru", kilku bogatych architektów i wycofanych dyplomatów, to zjawisko osobliwe i mało zbadane. Są to faceci po czterdziestce, sprytni, inteligentni, obrotni, którzy potrafili się przeobrazić w rodzaj leciutkiej pianki społecznej socjalizmu, w sam zapach i miód unoszący się nad otchłanią potu, smrodu, krwi i udręki. Jak oni to robią, tego znów nie wiem, czy mają swe odpowiedniki w Rosji i innych demoludach, także nie wiem. Są środowiskiem paradoksalnym, które za nic nigdy nie płaci w warunkach, gdzie wszystko kosztuje najwyższą cenę zdrowia i życia, wolności, rozwoju, nadziei. A oni nic, spokojniutko, z dnia na dzień ciągle to samo, w najwytworniejszych szatkach najsmaczniejsze korytko, i jakby zagwarantowane bezpieczeństwo przechodzenia z etapu w etap na tych samych prawach. Czy mają jakieś obowiązki? Na pewno mają. Na pewno także pracują na swój sposób, może się i trochę użerają z kimś o coś, ale to nigdy nie narusza ich statutów, paktu, jaki mają nie wiadomo z kim. Przed wojną byli złotą młodzieżą z bardzo zamożnych domów, ich indywidualne uzdolnienia były gwarancją błyszczącej przyszłości w ramach systemu, już to kwalifikowałoby ich dziś na wrogów, nie mówiąc o ich ówczesnych psycho-emocjonalnych afiliacjach: liberalny kosmopolityzm, "Wiadomości Literackie" jako Mekka mądrości i sumienia. W czasie wojny siedzieli w oflagach: także punkt w hierarchii klasowych cnót. Tam jakoś skumali się z bolszewizmem. Jak - nie wiem, ale zaraz po wojnie napłynęli do Polski, gdzie nerwowa, rozedrgana świeżą władzą koalicja talmudystów i pastuchów obdarzyła ich niebywałym kredytem. Dlaczego ich właśnie - tego nie wiem, jakoś musieli sobie zasłużyć. Ich wystawione na widok publiczny kariery trochę przerażały, lecz bardziej śmieszyły, tak jak nie oburzało, lecz śmieszyło ich prokomunistyczne zelanctwo. Dziś mają najlepsze mieszkania, najelegantsze auta i najkosztowniejsze akcesoria codzienności niedostępne dla innego Polaka, bez względu na to, czy jest członkiem spółdzielni produkcyjnej czy Komitetu Centralnego. W swych duńskich szezlongach nadal czytują sobie stare roczniki "Wiadomości Literackich" i nowe książki Faulknera i Camusa, z których nie nauczyli się niczego i niczego się już nie nauczą. Przed wojną lektura taka kojarzyła się im z niezależnością, dziś wydaje im się, że jak znają Dżumę, to coś naprawiają w otaczającym ich świecie. W miejsce przedwojennych zasobów finansowych rodziców mają dziś skrzętnie uciułane zaufanie swych panów, to znaczy Bierutów, Jóźwiaków, Radkiewiczów. Fakt, te ich pracodawcy odnoszą się do nich łaskawie, daje im najwyższą rację ich istnienia: każe im myśleć, te właśnie oni coś zmiękczają w żelaznym uchwycie historii, w betonowym zeskorupieniu nieludzkości. Lecz łaskawość owa nie znaczy nic: Witaszewscy, Mijale i Mazury mają ich w gruncie rzeczy za swołocz i glisty, mówią o nich: "To nasz człowiek..." takim tonem jak ongiś podkomorzowie o Żydzie-arendarzu. W zamian za duszę otrzymali paszport dyplomatyczny i fularową apaszkę od “Hernesa”, w ten sposób ich aparycje zewnętrzna i wewnętrzna wyrównały się i skutecznie pokryły komunistyczny śmietnik poza nimi, ulatującymi w wielki, lśniący świat. W końcu czeka ich za to śmietnik, bo wrócić muszą, jak barwista mucha zafascynowana gównem.
s. 180-183 

Każdy z nas nosi w sobie potrzebę aprobaty i negacji otaczającej go rzeczywistości w indywidualnych proporcjach. Komunizm dokonuje w nas, czy na nas, zadziwiającego zabiegu: mechaniczny i formalny zakaz negacji sprawia, że naturalny w każdym z nas gruczoł aprobaty chorobliwie puchnie, podczas gdy unerwienie negacji ulega patologicznej atrofii, znieczula się i więdnie. Tak zoperowany przez komunizm człowiek zaczyna po pewnym czasie postrzegać wszystko, co jest mu z natury należne, jako dar, najwyższą łaskę, niebotyczny sukces, uruchamiające z kolei nadtarczycę aprobaty. Wiedzą o tym dobrze komuniści, też czytali Robinsona Crusoe, wiedzą jak zrobić, by z czasem uznanym zostać za Dobrą Opatrzność, której dziękuje się na klęczkach. Tu małe rozróżnienie: inna klinika jest dla ludu, inna dla inteligencji. Łatwiej jest wyciąć coś intelektualiście, artyście, nawet buchalterowi, trudniej chłopu, metalowcowi czy szewcowi. W inteligencie limfa imaginacji, inteligent łatwiej się boi. łatwiej wykształca nowe organy w miejsce usuniętych lub szczątkowych. Stąd zostawiona sama w sobie potrzeba aprobaty rośnie w nim w postępie geometrycznym, pączkuje, rodzi nowe biologiczno-psychiczne fatalizmy. Taki Koźniewski, na przykład, wyhodował w sobie taką potrzebę aprobaty. że już nawet nie wie za dobrze, z czego się cieszyć, a z czego nie, wobec tego cieszy się ze wszystkiego, nawet jak pociąg spóźni się tylko o cztery godziny. Jeśli zaś zoperowanemu zaaplikować jako odżywkę trzy razy tyle miesięcznego zarobku niż ma metalowiec czy szewc, jego aprobata staje się tykaniem zegara, czyli warunkiem istnienia. Zresztą, aprobata ma niuanse: znam uczciwszych, którzy tak chcą się cieszyć i aprobować, że znając własną niemożność i klęskę, radują się z tego, co im wydaje się dokonaniem innych. Znam głupszych, którzy wpadają w euforię w obliczu okropności: entuzjazmują się kilku swobodniejszymi słowami w artykule lub książce, jakby urzędowy gips w ustach, uszach i na oczach człowieka był prawem natury, zaś wyłupanie minimalnej szczeliny powodem do krzyku “Hosanna!”. Zresztą, wobec tych, którzy nie zatracili do reszty sensu normalności stosuje się chwyty. Na przykład urządza się publiczną dyskusję projektów architektonicznych na rozwiązanie śródmieścia Warszawy: każdy ma prawo zapytać, dlaczego domy, w jakich mamy mieszkać, przypominają grobowce w starożytnym Rzymie, po czym domy będą jak groby i my będziemy w nich mieszkać.
s. 203-204 

Na pierwszej stronie “Trybuny Ludu”, w miejscu przeznaczonym dla podretuszowanych portretów Leninów, Bierutów, Piecków i Thorezów, dziś konterfekt Jarosława Iwaszkiewicza. 6O-lecie urodzin, a wiec uroczystość w Polsce skopanej przez komunizm. Jest nawet finezja w tej komedii. W 1945 Iwaszkiewicz, dobry pisarz, viveur i namiętny kolekcjoner sukcesów, ruszył do rozpaczliwej obrony Stawisk - swej podwarszawskiej posiadłości, posagowego daru teściów, znanych bankierów i krwiopijców warszawskich, Lilpopów – przed ludem i wywłaszczeniem. No i udało mu się, a teraz za swą bohaterską postawę otrzymuje Order Odrodzenia Polski i inne bolszewickie medale oraz renty, apanaże, akademie ku czci. Dwór w Stawiskach został wmontowany w historię; przywozi się tam dziś francuskich i włoskich idiotów, aby im pokazać, jak żyje w komunizmie pisarz postępowy, czyli taki, z którym władcy nie mają kłopotów, lecz same z niego korzyści. Żaden komunista, uchowaj Boże, Iwaszkiewicz obraziłby się, gdyby mu coś takiego powiedzieć, jest tylko gorącym zwolennikiem pokoju. W związku z czym pisze odpowiednie wiersze i wygłasza właściwe przemówienia na przeznaczonych do tego zjazdach i kongresach. Jakie proste! I jak lukratywne, ileż honorów i zaszczytów! Nie-komunista głoszący żarliwie, co mu przepiszą w KC partii, nie sprzeczający się nigdy o nic, kordialny, wylewny, i na którym można polegać, że zażyruje każde kłamstwo dobrym przedwojennym nazwiskiem i umiejący w dodatku pisać, jest na wagę złota, a raczej na wagę realnych beneficjów i przywilejów - złota socjalizmu. Iwaszkiewcz jest jak okazała marionetka, której sznurki zbiegają się przy biurku w Wydziale Kultury: ktoś pociąga, Iwaszkiewicz reprezentuje, przewodniczy, przemawia, przykłada rękę do serca, pisze poematy, nowele, scenariusze. Gwiazda Ruchu Pokoju, zawieszona na polskim firmamencie przez Politbiuro. Kisiel i ja mieliśmy uciechy co niemiara czytając jeden z jego sonetów, o pokoju , rzecz jasna. “Bardzo ładne-rzekł Kisiel. - Zobaczysz, jak ładnie napisze o wojnie. Kiedy mu każą..."
s. 228-229

Kazik twierdzi, że też walczy. Z imperializmem, biurokracją, zacofaniem, kumoterstwem, chuligaństwem, o nową moralność, nowe społeczeństwo i nową literaturę. Tylko te to jest walka silniejszego ze słabszym, taka, co daje zyski, a nie szacunek, doraźne korzyści, a nie pamięć ludzką. Prowadzona jest z wysokiego konia i spoza niezawodnej zbroi totalnego organizmu politycznego u władzy. Surmy, blaski, limuzyny, jubileusze, złoto-czerwone godła zawieszone ponad tłumem, panujące, nieosiągalne dla rewanżów. Ja toczę walkę ze śmietnika historii, wśród śledztw o afery warszawskich kurew, ofiara politycznych gangsterów o nie do rozpoznania twarzy. O której walce pamięć nie zginie? Trudno powiedzieć. O walce Kazika, nawet jeśli zamurowana zostanie w kilku wierszach oficjalnej encyklopedii, ludzie dziś mówią ze śmiechem, skrywanym i jadowitym, to prawda, ale tylko na taki mogą sobie na razie pozwolić. Ze mnie - choć śmierdzę klęską i ludzie odwracają się ode mnie, może mnie i nie lubią, drażnię ich uporem i degrengoladą, o której przyjemniej nie wiedzieć - nie śmieją się. Nie ma mi czego zazdrościć, nie ma mnie po co szukać, ale też i nie ma co się ze mnie śmiać.
s. 232 

W kilka minut później spotkałem Kałużyńskiego na Nowym Świecie. Spytałem go, czy uważa mnie za agresywnego aroganta. “Uchowaj Boże! - obruszył się Kałużyński. - Pan jest przyzwoity i inteligentny, najobrzydliwsza kombinacja dla postronnych, a także dla pana samego, ponieważ czyni pana bezradnym wobec tanich oszczerstw.” Powiedziałem mu o M., Kałułyński roześmiał się: "No i co innego on panu może powiedzieć? Wszystko, co pan mówi i robi, wykazuje jak na dłoni, że on jest łajdakiem, który marzy o aureoli męczennika. Pan mu codziennie sra na aureolę. Samym swoim istnieniem zatruwa mu pan jego odor sanctitatis pisarza i społecznika. Co on może o panu powiedzieć?"
 
"A pan? - uśmiechnąłem się. – przecież ja panu też psuje rachunek?" „Ja się sprzedaję za pieniądze - obruszył się Kałużyński z godnością - a nie za miejsce stojące w komunistycznym Panteonie. Niech pan mnie nie miesza z arywistami, ja uprawiam najstarszą profesje. Oni wrzeszczą, wywijają czerwonymi płachtami i maczugami deklaracji w druku. Ja się uśmiecham i inkasuje. A że przy okazji ugryzę Hemingwaya w tyłek, to co to komu szkodzi? Najmniej jemu. Mnie pan nie przeszkadza. Dla mnie pan jest idealistą cichego serca i pełnym taktu, który nawet mnie stara się nie obrazić. Ja pana lubię.”
s. 240

Autor publikacji: 
Ubekistan: materiały i opracowania: 
Źródło: 
Leopold Tyrmand – “Dziennik 1954”, wyd. Res Publica, Warszawa 1989