NA PROMOCJI W PODKOWIE

„TO NIE TO...”, Jadwiga Staniszkis i Kazimierz Kutz, opracował Jerzy Sławomir Mac.

Piękne letnie popołudnie, piękny dworek Iwaszkiewiczów w Stawisku w Podkowie Leśnej, urzekający park, obszerne pachnące starymi meblami pokoje, przestronne tarasy, herbata i kawa w porcelanie, w powietrzu ślady westchnień za przeszłością.

Jak zwykle jaśniejąca urodą Jadwiga Staniszkis z dwoma panami, piękniejszymi w każdym razie od diabła. Z Kazimierzem Kutzem, sławnym reżyserem filmowym i marszałkiem senatu, opowiadali o nowej wspólnie napisanej książce „To nie to..” pod opieką Tomasza Jastruna (tzw. młodego Jastruna), świeżo upieczonego krytyka, a może nawet przeciwnika Michnika, jak to oznajmił na wstępie. I wspaniała publiczność, zainteresowana Polską, jej kulturą, losami, urządzeniem świata i innymi ludźmi. Pełne cztery sale, pełne schody na piętro, sporo osób stojących, młodych, starych i średnich. Publiczność, jaką trudno spotkać gdzie indziej, w zalewie wszechobecnego, zadekretowanego, uwiarygodnionego i zalegalizowanego, można by powiedzieć koncesjonowanego, chamstwa.

Porażająca rzeczywistość Polski początków XXI wieku, odsłaniająca się z książki Staniszkis i Kutza. To nie tak miało być w Polsce. Oj, nie tak, oj, prawda!

Zagaił Jastrun. Mówił o tym, co miało pewien związek z tematem spotkania, a o czym zwykle pisuje – o swoich kłopotach z Polską. Która jest taka a nie inna, boli go itp. I tu od razu mały komentarz. Jeżeli o mnie chodzi, o moich przyjaciół i bliskich (że pozwolę sobie wypowiedzieć się za nich), nie mamy żadnych kłopotów z Polską. My mamy kłopoty z różnymi facetami, którzy na Polsce siedzą, którzy Polskę doją, i którzy Polsce szkodzą, a pomijając fornalską hołotę, która nie chce ustąpić z rządów, z arogancją facetów, którym się zdaje, że są w Polsce jedyną elitą i ciągle się skręcają na sam dźwięk słowa Polska, a najbardziej im dokucza, że skręca ich raz w lewo, ale i nie raz w prawo.

Jastrun opowiedział, jak poznał Staniszkis. Było to na pewnym spotkaniu w 1983 czy 1984 roku w głębokim podziemiu, był na nim także Jan Józef Lipski i inne osoby, wymienione z nazwiska. Był też pewien robotnik, jako przedstawiciel świata robotniczego. Niestety, nazwiska tego robotnika nie podał.

Opowiedział także o swoich kłopotach z Michnikiem, którego przestał lubić i z jego gazetą, którą ostatnio zaczął widzieć w gorszym świetle. Nie powiedział, dlaczego, ale wyznanie to spotkało się z przyjaznym pomrukiem części publiczności. Zaprotestował Kutz, który nadal ceni zarówno gazetę, jak jej redaktora. Jastrun powiedział, że Kutz jest po prostu źle poinformowany, a w gazecie tej istnieje czarna lista autorów. Wydało mi się wręcz zabawne, że zauważył to dopiero po tylu latach!

Staniszkis i Kutz opowiedzieli, jak powstała ich książka. Nie znali się przedtem, ale oboje zaakceptowali pomysł dziennikarza „Wprost” Sławomira Maca. Nagrania trwały łącznie paręnaście godzin, było to kilka spotkań w Senacie, przy whisky. Potem autoryzowali teksty, i tyle. Więcej się nie widzieli, do dziś.

Kutz, zatroskany sprawami polskimi, opowiadał ciekawie o sytuacji Śląska, o żonach zwolnionych górników, które dojeżdżają do agencji towarzyskich w Krakowie, żeby zarobić na jedzenie dla rodziny. Malował obrazami dzisiejszą Polskę, jak w filmach.

Żałował Unii Wolności, braku jedności w obozie antykomunistycznym i martwił się o jego perspektywy. I opowiedział niemal jednym tchem anegdotę o dyżurnych od 15 lat chłopcach do bicia, czyli Kaczyńskich. Otóż dopiero rok czy dwa lata temu – mówił Kutz – Miłosz dowiedział się, że w dzieciństwie to właśnie Kaczyńscy grali w filmie „O dwóch takich, co ukradli księżyc”. Nie mają państwo pojęcia, jak się Miłosz śmiał! Spotkało się to z przyjaznym pomrukiem innej części publiczności. Oj, chyba ciągle trudno o to porozumienie, i chyba nie tylko „kłótliwi” Kaczyńscy tu zawinili... Czego była Unia Wolności nigdy nie rozumiała i jak widać, nadal nie rozumie (patrz też niedawny wywiad radiowy Tadeusza Mazowieckiego).

Kutz kazał zwracać się do siebie per „feldmarszałek”. Robił to tak konsekwentnie, że zarówno współautorka książki, jak i publiczność dostosowały się w końcu do tego oryginalnego oczekiwania. Ale szczerze mówiąc, nie brzmiało to dobrze, a upór, z jakim poprawiał każdego, kto powiedział „panie marszałku”, rodziła troskę, czy aby nie woli tracić energii na sprawy mało istotne, za to bez szans na zrozumienie i poparcie.

Opowiedział też kilka zabawnych dykteryjek z życia parlamentarnego. Np. jak to komuniści nie umieją się dogadywać, muszą ciągle coś uzgadniać przez telefon (a telefony komórkowe dzwonią im „Międzynarodówką”). I kiedy oni tam razem w Senacie obradują, to czasem pan Longin („...a wiedzą państwo, co on robił w PRL...”) prosi pana Kazimierza, żeby na chwilę wyszedł, aż się porozumieją. Anegdotka ta spotkałaby się z przyjaznym pomrukiem publiczności, ale Kutz dodał, że zawsze wtedy wychodzi i wraca, jak go zawołają, i publiczność zmilczała.

Panie marszałku Senatu III Rzeczypospolitej, czwarta czy piąta osobo w naszym państwie, niech Pan nie wychodzi z sali, gdy komuniści Pana wyganiają! Staniszkis opowiedziała o niesterowności państwa polskiego, na tle procesów globalizacji. Że nie panuje na tym interesem już właściwie nikt, a ci, co kradną systemowo, zdali już sobie sprawę, że złota kaczka nie będzie znosić złotych jajek, jeżeli się ją zarżnie i czasami nawet usiłują zaradzić katastrofie. Np. układ korupcyjny w Starachowicach ratował jednocześnie Hutę Częstochowa, setki miejsc pracy dla lokalnych robotników.

Stwierdziła, że jednym z poważniejszych problemów gospodarczych w tej chwili jest sprawa zagospodarowania pieniędzy, napływających z funduszy emerytalnych. Ludziom mówi się, że ich wkłady będą rosnąć, bo pieniądze tymczasem „pracują”. A one nie pracują, nie są zagospodarowane, giełda nie jest w stanie ich wchłonąć, a chwalony przez Staniszkis minister Socha próbował coś jednak z nimi zrobić, ale traci właśnie na znaczeniu i możliwościach działania...

Opowiedziała też, jak po wyrzuceniu ze studiów w 1968 roku pracowała jako pielęgniarka. Nie pamiętała spotkania u Jastruna w 1983 czy 1984 roku, ale powiedziała, że właśnie wtedy, gdy byliśmy u dna beznadziei, w ZSSR powstawała koncepcja wyjścia z socjalistycznego układu wojskowego i przekształcenia gospodarczego kadeelów.

Nawiązała do michnikowszczyzny i ich gazety. Jak wielkim problemem, jej zdaniem, jest dziś wykluczenie znacznej części inteligencji, prawdziwych elit z życia publicznego, rodzaj ostracyzmu, z którymi się spotykają ludzie tacy jak my. Jak ona, której doczepiono na trwałe etykietkę „wariatki” i „paranoiczki”, jak tyle innych osób. Nie publikują, nie pracują w instytucjach państwowych, zmagają się z ośmieszaniem... „Oni niszczą” – powiedziała Staniszkis, nie mając oczywiście na myśli odrzuconych – „ja też niszczę”. Pomyślałam smutno: ja też niszczę.

Powiedziała też, że w rozmowie z Kutzem zwykłym potocznym językiem powiedziała to, co w paru poprzednich książkach, napisanych trudnym naukowym żargonem i ze sztafażem naukowym, jak określiła.

Wszystko na tym spotkaniu było znaczące. PRL mieszał się tu z nową Polską i z Polską, jaka mogłaby być, a niestety nie jest. Promowanej książki zabrakło od razu, ale za to na stoliku pełno było tomików poezji Jastruna. Będą dosyłać na zapisy. Organizacja spotkania jednak była poza tym bez zarzutu, aparatura nagłaśniająca doskonała, a gospodarze przemili, za to gorzej było z umiejętnością wykorzystania mikrofonów przez uczestników rozmowy.

A potem zaczął się wspaniały film Janusza Kijowskiego o Kazimierzu Kutzu – reżyserze, i wszystko wróciło na właściwe miejsce.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: