Zniszczyć tę atrapę dziennikarstwa

Z Krzysztofem Czabańskim, byłym prezesem Polskiego Radia (2006–2008), członkiem Rady Nadzorczej TVP (2007–2009) i prezesem PAP (1992), kandydatem do Sejmu z 2. miejsca na liście PiS w okręgu wyborczym nr 27 Bielsko-Biała, obejmującym także Cieszyn, Pszczynę i Żywiec – rozmawia Józef Darski.

Czy przechodzisz do polityki dlatego, że media osiągnęły taki poziom zniewolenia, że kto nie ma swego oficera prowadzącego, nie ma w nich czego szukać?

Media się zdegenerowały, a co gorsza degenerują życie publiczne w Polsce, co widać gołym okiem. Różne gwiazdy mediów, zwłaszcza elektronicznych, które brylują na polskim rynku, to są ludzie ok. pięćdziesiątki. Zaczynali kariery dziennikarskie w stanie wojennym. Byli przyjmowani do oficjalnych mediów. Odnowiony 5 kwietnia 1982 r. Programu 3 Polskiego Radia miał przyciągnąć młodzież do gen. Jaruzelskiego. Tam część obecnych gwiazd zaczynała, takie były ich początki, a teraz się świetnie wpisują w media establishmentowe, które nadal kochają gen. Jaruzelskiego. I oni też nadal kochają generała. Podobnie jak właściciele prawie wszystkich prywatnych stacji telewizyjnych i radiowych. Też się wywodzą ze środowisk władzy PRL-u, często z mrocznych obszarów służb specjalnych. To wiele tłumaczy, jeśli chodzi o przyczyny degeneracji mediów.

Czy to znaczy, że startujesz w wyborach, gdyż uważasz, że by cokolwiek zmienić w mediach, trzeba najpierw zmienić politykę?

Tak uważam. Zamysł jest taki, by zająć się naprawą Polski, w tym polskich mediów. Są potrzebne działania na poziomie parlamentu, by zmienić polską scenę medialną. Czy jest to możliwe, zależy od wyników wyborów. Ale najbardziej na mojej decyzji zaważyło to, że poprosił mnie o to Jarosław Kaczyński, z którym się przyjaźnimy ponad 20 lat i w różnych sprawach współdziałaliśmy. Jeżeli lider opozycji, który ma sensowny program naprawy Polski, zwraca się z propozycją, by pójść z nim do parlamentu i pomóc w jego realizacji, to jaki zostaje wybór?

Dlaczego startujesz z Podbeskidzia? Czy coś Cię łączy z tym regionem?

Lider opozycji ma prawo dobrać sobie ludzi o kompetencjach w różnych dziedzinach i musi ich gdzieś na listach poumieszczać, bo nie ma listy krajowej. Na listach PiS widać kilkanaście utytułowanych osób na czołowych miejscach w różnych okręgach wyborczych. To są ludzie niezbędni w parlamencie, by naprawiać Polskę. Koncepcja, że lista składa się z liderów krajowych, regionalnych i ekspertów, jest bardzo dobra. To są wybory ludzi, którzy mają rozstrzygać sprawy na poziomie krajowym, a nie na poziomie lokalnym. Ale niezależnie od tego muszę dodać, że Podbeskidzie znam i przyjaźnię się tam z wieloma ludźmi. To bardzo ciekawy region, o bogatej tradycji, wielokulturowy, w którym zamieszkują ludzie przedsiębiorczy. Naprawa całego państwa – a do tego zaprosił mnie Jarosław Kaczyński – jest w najlepiej pojętym interesie Podbeskidzia i jego przyszłości.

Byłeś kandydatem na przewodniczącego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich z ramienia jego członków, którzy nie mieli oficerów prowadzących i teraz, tuż przed drugą turą zjazdu, porzuciłeś ich, a była szansa pokonania zetempowców, mimo że na ich korzyść działał odpowiednio zredagowany statut umożliwiający blokowanie kandydatury, która uzyskała największe poparcie, jeśli była „niewłaściwa”.

Zaangażowanie się w wybory po stronie jednej z partii wyklucza kandydowanie do władz SDP, co nie znaczy, że nie można działać politycznie, będąc publicystą.

Regulamin już na poprzednim zjeździe był taki sam, tylko nie musiano wtedy stosować jego postanowień w sprawie sposobu liczenia głosów. Ku ich zaskoczeniu, tym razem okazało się, że nie da się wszystkiego ułożyć na zapleczu. Delegaci w dużej mierze okazali się niekontrolowani.
Jestem pewien, że znajdziemy bardzo dobrego kandydata, który poprowadzi SDP wbrew interesom tych grup, które chciałyby, by ono nic nie znaczyło.

Delegaci czują się opuszczeni…

Myślę, że zrozumieją, iż intencją jest, żeby generalnie wziąć się za sprawy porządkujące polskie media i pozwalające istnieć wolnemu słowu i niezależnemu dziennikarstwu, żeby zniszczyć tę atrapę dziennikarstwa, ten pozór opinii publicznej, pozór niezależnych mediów, które zajęły prawie całą scenę publiczną. To jest przedsięwzięcie w interesie całego środowiska, któremu zależy na tym, by dziennikarstwo spełniało swoją obywatelską rolę. Jest to także w interesie moich wyborców, Podbeskidzia i całej Polski.

Co klub będzie mógł zrobić w Sejmie ze względu na swoją wielkość i czy będzie jakościowo lepszy od klubu z aktualnej i poprzedniej kadencji? Mnie uderzała niekompetencja wielu posłów.

Żaden z liderów znaczących partii nie zrobił takiego otwarcia jak prezes PiS. Zaprosił on na listy osoby kompetentne w różnych dziedzinach życia. Nie padam na kolana przed tytułem profesorskim, ale to, że Jarosław Kaczyński zaprosił wielu profesorów, pokazuje wyraźnie, iż stawia na jakość i podnoszenie poziomu w parlamencie. Mam nadzieję, że te osoby wejdą do Sejmu i zmienią charakter prac klubu. Dadzą mu wyższą rangę merytoryczną Ale nie można wykluczyć, że będzie jak w tej kadencji, czyli niezależnie od rangi merytorycznej projektów PiS i tak wszystkie będą odrzucane przez większość rządową.

Załóżmy, że wchodzisz do Sejmu, jesteś jednym z ekspertów ds. medialnych, zajmujesz się ustawą tworzącą rynek medialny, gdyż teraz jest tylko reżymowa propaganda. Jakie są Twoje priorytety?

Państwo ma obowiązek wobec obywateli wspierania niezależnych inicjatyw medialnych. Po roku 1989 niezależne inicjatywy medialne, tzw. II obieg, zostały de facto skasowane, majątek medialny został oddany głównie w ręce zespołów postnomenklaturowych i nomenklaturowych ze stanu wojennego. Nie zrobiono nic, żeby niezależne inicjatywy wydawnicze przetrwały na oficjalnym rynku. Ten ruch potrzebował wsparcia podatkowego, finansowego, gwarancji kredytowych. Mamy przykład Agory, która powstała dzięki kredytowi. Nie widzę powodu, by nie spróbować drugiego otwarcia na rynku medialnym. Są inicjatywy spoza głównego nurtu, próbują przetrwać w internecie, ale wymagają – moim zdaniem – wsparcia ze strony rządu i państwa. Nie na zasadzie darowizny, ale specjalnego systemu podatkowego, gwarancji kredytowych, może innego wzmocnienia, ale tu będziemy zależni od prawa europejskiego.

Prawo europejskie służy rządowi do uzasadniania praktyk antywolnościowych i monopolistycznych.

Za czasów rządu Jarosława Kaczyńskiego trzy spółki skarbu państwa: Polskiego Radia, którego byłem wówczas prezesem, TVP i Polkomtel, zawarły porozumienie wstępne w sprawie cyfryzacji. Chcieliśmy wejść w obszar nadawania cyfrowego, tworząc potężnego gracza na tym rynku. Oczywiście, jak rząd upadł, to Platforma pierwsze, co zrobiła, to zmieniła władze Polkomtelu, nasłała prokuratora na mnie za podpisanie listu intencyjnego i pomysł runął. Minęły cztery lata i co się dzieje? Zygmunt Solorz kupuje Polkomtel i tworzy to, co myśmy chcieli zrobić dla obywateli, dla skarbu państwa i dobra publicznego. Skoro robi to prywatny inwestor, to pomysł był opłacalny i słuszny. Ale jak on to robi? Kupuje Polkomtel za kredyty gwarantowane przez banki, które mają zastaw na firmach Solorza. Te kredyty będzie spłacał z dochodów Polkomtelu. Polskie Radio i TVP też tak mogły zrobić – powstałaby potężna grupa medialno-komunikacyjna, będąca własnością skarbu państwa i służąca obywatelom. Ale żeby tak działać, trzeba mieć wizję dobra publicznego i silnego państwa.

Druga sprawa: co zrobić z mediami publicznymi. Moim zdaniem musi być zachowana nad nimi de facto kontrola polityczna, tzn. w ich sprawie decyzje podejmują politycy weryfikowani w wyniku wyborów. Dotychczas nie wymyślono innego, lepszego sposobu. Trzeba popracować nad nową ustawą medialną, która porządkowałaby media publiczne. A może potrzebna byłaby jeszcze osobna ustawa o rynku medialnym. Na pewno wszystkie plany prywatyzacyjne czy zawłaszczeniowe, jak projekt obywatelski, oznaczałyby odebranie radia i tv tym, którzy płacili abonament radiowo-telewizyjny, i przekazanie tego majątku środowiskom twórczym. To są projekty fatalne i nie wolno się na nie zgodzić.

Jeżeli się okaże, że nie znajdzie się metody, która gwarantuje kontrolę obywateli nad mediami publicznymi, to lepiej pozostawić obecny polityczny mechanizm kontrolny i pomyśleć, jak zapobiegać patologiom.

Jest jeszcze trzeci ważny obszar. Sądownictwo w Polsce zostało przekształcone w instrument ochrony dyktatury i represji przeciwko wolności.

Tak jest i to jest ta trzecia sprawa, o której trzeba mówić w pierwszej kolejności. Wszelkie groźby więzienia czy kar finansowych, które mogą oznaczać bankructwo indywidualne, wskazują, że trzeba wziąć się bardzo zdecydowanie do systemu prawnego. Okazało się kolosalnym błędem, o straszliwych dziś skutkach, założenie z początku lat 90., że wymiar sprawiedliwości sam się oczyści. Otóż nie oczyścił się. Tylko jeszcze bardziej zdegenerował. Podobnie jak media i wiele innych obszarów życia państwowego.

Nie chodzi tylko o wysokość kar, ale też o to, że wyroki zawsze są orzekane jednostronnie. Sędziowie dokonują cudów dialektyki, jakich by się Lenin nie powstydził, by tylko opozycja została skazana, a reżymowcy uniewinnieni, propaganda zaś grzmi, że sędziowie są niezależni.

Sąd nie może być niezależny od zdrowego rozsądku i sprawiedliwości, gdyż wtedy jest to przejaw bezprawia ubrany w sędziowską togę.

Co z takim sędzią, który stale wydaje wyroki naruszające wolności obywatelskie? Przy czym najbardziej skandaliczne wyroki, niszczące wolności obywatelskie, ferują najmłodsi. Tak są dobierani, by spełniali oczekiwania reżymu.

To jest zjawisko jeszcze nieuchwycone socjologicznie, na ile totalitaryzm, który po 1989 r. usiłował wyszukać sobie miejsce w przekształcającej się Polsce i bardzo skutecznie znalazł je w sferze finansowej, opanowując ją bezwzględnie, odradza się w młodym pokoleniu; czy są to związki rodzinne, czy drogi kariery i kryteria doboru.

Autor publikacji: 
Wywiady: 
Źródło: 
Gazeta Polska Nr 38 z 21 września 2011