4. Niedemokratyczni demokraci czyli o komunistach opozycjonistach

Józef S. Wśród ludzi uważających się za lewicę społeczną istnieje przekonanie, że idee socjalizmu są nie tylko piękne, ale także słuszne, a to że w krajach realnego socjalizmu nie sprawdziły się, to wynik nie logiki tego systemu, ale wypaczeń jakim uległ. Teza, że socjalizm jest najlepszym systemem z możliwych jest bardzo rozpowszechniona zarówno wśród intelektualistów zachodnich, którzy zawsze z dużą sympatią podchodzili do pierwszego na świecie państwa robotników i chłopów, a masowe rzezie w tym kraju tylko w niewielkim stopniu zachwiały ich wiarę w ojczyznę sprawiedliwości społecznej, jak też w polskim społeczeństwie, przyzwyczajonym i przystosowanym do życia w tym systemie. Wypaczenia, jako przyczyna wszelkich kłopotów z jakimi Polska boryka się od blisko 40 lat są również hasłem wywoławczym reżymowej propagandy, zwłaszcza tej „liberalnej”. Propaganda ta wylansowała kilka myśli, które rzecz jasna mają być bezsporne – socjalizm tak, wypaczenia nie oraz to, że w Polsce wszyscy, z wyjątkiem agentów CIA, popierają socjalizm bez wypaczeń. Gdy mówimy o socjalizmie to zaraz na początku pojawia się jedna duża trudność. Mianowicie przez to słowo każdy rozumie co innego. Musimy więc najpierw zdefiniować zakres znaczeniowy tego słowa, by nie polemizować z jakąś amebą, a tylko z tworem bardziej konkretnym. Nie zamierzam tu rzecz jasna polemizować z socjalizmem realnym, bo ten jakby powiedzieli prawdziwi lewicowcy zawiera wypaczenia, lecz z socjalizmem idealnym, który swymi korzeniami sięga przynajmniej rewolucji francuskiej, o który walczyli Saint – Simon i Róża Luksemburg, Waryński i Warski, Lukkacs i Gramsci, a teoretyczne podstawy, którego zawarł w swych pracach Karol Marks. Dorobku tego myśliciela i działacz nie kwestionuje żaden szanujący się lewicowiec; Lenina krytykują za to, że przygotował grunt Stalinowi, Engelsa za zwulgaryzowanie dialektyki, lecz Marks zachowuje swą dziewiczość. Postaramy się więc w skrócie określić atrybuty prawdziwego socjalizmu, przynajmniej te bezsporne: - Celem tego ustroju jest realizacja sprawiedliwości społecznej, a jednocześnie jak najpełniejsze zaspokojenie potrzeb ludzi pracy; - Środkiem do realizacji tego celu jest uspołecznienie środków produkcji, bądź w formie nacjonalizacji, bądź też innej mniej już sprecyzowanej. Wychodzimy z tych dwóch założeń socjalizmu, lecz na samym wstępie musimy dołożyć następne, jako konsekwencje tych pierwszych. Uspołeczniona, a przede wszystkim znacjonalizowana gospodarka wymaga kierowania centralnego, wymaga tego też imperatyw realizowania sprawiedliwości społecznej. Wolna gra sił rynkowych zapewnia sprawiedliwość. Na rynku pojawia się zjawisko akumulacji, które prowadzi do rozwarstwienia społecznego. Te przedsiębiorstwa, które lepiej pracują, są lepiej zarządzane, a także mają więcej szczęścia przynoszą większe zyski, zaś inne mogą zbankrutować. Pojawia się więc szybko niebezpieczeństwo, że jedni będą bogaci a inni biedni, temu musi przeciwdziałać władza centralna. Bez ingerencji centrum nie sposób wyobrazić sobie polityki egalitaryzmu. Ingerencja może przybrać formę bardziej lub mniej bezpośrednią. Może być to więc proste wykonywanie poleceń władz centralnych, bądź też zarządzanie pośrednie. Nawiasem mówiąc modelu zarządzania pośredniego nie udało się jeszcze nigdzie zrealizować, co rzecz jasna nie musi oznaczać, że model taki nie jest możliwy. Cóż jednak robić gdy w socjalizmie pojawia się przedsiębiorca, dysponujący kapitałem, dzięki któremu rozwinie produkcję i zatrudni najemną siłę roboczą? Albo machniemy na niego ręką i pozwolimy by w krótkim czasie jego dochody były 10 czy 100 razy większe od średniej płacy, lub też zakażemy mu rozwijania produkcji. Pierwsza część tej alternatywy jest nie do przyjęcia ze względów doktrynalnych. A więc pozostaje zakaz. Za zakazem zaś musi się kryć aparat, który wykryje zbyt wysokie dochody, a następnie je ograniczy. Zapamiętajmy te dwa terminy – zakaz i aparat zakaz egzekwujący – te dwie instytucje są ceną za realizację polityki egalitaryzmu. Do sprawy tej wrócimy jeszcze wielokrotnie. Zastanówmy się teraz kto ma prawo sprawować rządy w kraju socjalistycznym. Socjalista powie, że klasa robotnicza, która jest najbardziej postępową klasą poprzez to, że jako jedyna tworzy w procesie produkcji wartość, że jest motorem historii i poprzez to wszystko jest, jak mówią socjaliści - omnipotentna (posiada wszystkie możliwości). Klasa robotnicza sprawuje więc władzę w społeczeństwie socjalistycznym, ale jak to zrealizować w praktyce. Lenin wymyślił sposób następujący: klasa robotnicza jest kierowana przez swą najbardziej uświadomiona awangardę – przez partię. Między klasą robotniczą i partią istnieje stosunek dialektyczny. Klasa robotnicza kształtuje swoja partię kierując do niej swe najlepsze jednostki, a partia kieruje klasą, wskazuje jej cele taktyczne i strategiczne. Dzięki tej sielance klasa robotnicza sprawuje władzę, nie potrzebna jest przy tym demokracja, wystarczy dialektyka. Oczywiście dzisiejszy socjalista ma prawo krytykować Lenina. Ale w jaki inny sposób klasa robotnicza ma sprawować władzę? Monopol partii jest zły. To widać jak na dłoni w krajach socjalizmu realnego. Co więcej proponuje socjalista prawdziwy? Może by tak połączyć idee socjalizmu z pluralizmem i demokracją parlamentarną? Pomysł byłyby niezły, ale co zrobimy, gdy ludzie zechcą głosować na te partie, którym obce są idee sprawiedliwości społecznej? Przecież w krajach kapitalistycznych są wolne wybory i nie doprowadziły one do zwycięstwa partii głoszących idee prawdziwie socjalistyczne. Na czym według socjalistów problem polega? Otóż klasa robotnicza nie ma szans na zwycięstwo w wolnych wyborach, bo jest mniej wykształcona, mniej elokwentna od inteligentów, którzy nie reprezentują interesów robotniczych. Poza tym społeczeństwo jest za mało wyrobione. Nie rozumie idei słusznych, wiadomo – nadbudowa zostaje w tyle za bazą. Demokracja wielopartyjna i wieloświatopoglądowa nie może zapewnić realizacji idei socjalistycznych. Co więc możemy zrobić. Może by tak nieco ograniczyć wolność wyborów. Pozbawmy prawa wyboru klasy pasożytnicze. Tylko kogo do nich zaliczymy? Na początek właścicieli środków produkcji. Zdelegalizujmy partię, których idee są sprzeczne z socjalizmem. Demokracja na tym ucierpi (demokracja burżuazyjna ma się rozumieć), ale za to zbliżymy się do ideału sprawiedliwości społecznej. Na arenie politycznej pozostaną partie, które uważają się za socjalistyczne. Mamy więc system wielopartyjny, choć wachlarz partii jest ograniczony. Pojawia się jednak następny problem. A co będzie z partiami, które są socjalistyczne tylko z nazwy? Przecież nawet partia Hitlera miała socjalizm w tytule. Sprawa następna. Jeżeli istnieją dwie partie, których program jest identyczny, to doświadczenie uczy, że albo się one połączą, albo będą ze sobą walczyć zawzięcie. Dotyczy to zwłaszcza partii o ostro zarysowanej ideologii. Model tu opisywany był z resztą realizowany w praktyce – w pierwszych latach powojennych w krajach demokracji ludowej. W Polsce były dwie partie klasy robotniczej, które czym prędzej połączyły się, a raczej jedna została fizycznie zdominowana przez drugą; socjaliści nie wypracowali nawet teoretycznie mechanizmów gwarantujących trwałość systemu wielopartyjnego w warunkach demokracji ograniczonej. Możemy więc zupełnie swobodnie założyć, że ograniczona demokracja zostanie ograniczona jeszcze bardziej. Trudno. Najważniejsze, że cel jest słuszny. Z wielu partii socjalistycznych uzyskujemy jedną. Demokracja burżuazyjna nie jest wszak naszym celem, nie oceniamy więc tego negatywnie. Spróbujemy realizować władzę klasy robotniczej przy pomocy jednej partii. Jedna partia jest w krajach socjalizmu realnego, lecz to jeszcze niczego nie dowodzi. My prawdziwi socjaliści stworzymy partię, która będzie realizowała interesy klasy robotniczej. Tylko jak to zrobić? Możemy przeprowadzać wolne wybory do władz partii. Tylko, że to nie gwarantuje wcale dominacji robotników w partii. Członkami są bowiem poza robotnikami też inteligenci, a ci jako bardziej wygadani w wyborach przejdą. Musimy więc zastosować preferencje dla robotników przy obsadzaniu stanowisk kierowniczych w partii. Ograniczamy więc ilość inteligentów i innych grup w całej partii lub w jej władzach. Co w ten sposób uzyskamy? Przypomnijmy sobie życiorysy członków politbiura z lat gomułkowskich. Ogromna większość miała w swej drodze życia pracę robotnika. I co z tego wynikło? Ano nic. Robotnicze biuro polityczne zawiodło Polskę w to samo miejsce, co profesorskie za kadencji Gierka. Można by powiedzieć – co to za robotnik z Gomułki czy Strzeleckiego? No dobrze – w dzisiejszym biurze jest czterech robotników w miarę autentycznych. Dochodzimy tu zresztą do kolejnego problemu, pomijanego przez „prawdziwych socjalistów” – kto jest w dzisiejszym społeczeństwie robotnikiem? Doktryna socjalistyczna zastała stworzona w wieku XIX, gdy rozróżnienie między robotnikiem, inteligentem, burżujem, posiadaczem ziemskim było dość proste. Marks przy całej swej omnipotencji zapomniał jednak zostawić w swym testamencie jasnych kryteriów robotnika. Kto więc jest dziś robotnikiem? Czy jest nim brygadzista? A jeżeli tak, to czy również brygadzista Siwak? Prawdziwy socjalista oburzy się na takie pomówienie. Siwak jest betonem a nie robotnikiem. A niby dlaczego. Jakie kryteria zadecydowały, że nie zaliczymy go do robotników. Że teraz nie pracuje? A czy jest możliwe, by kierownicy partii rządzącej lub powiedzmy lub powiedzmy ministrowie byli robotnikami zatrudnionymi w fabryce, czy na budowie i swą władzę sprawowali po pracy. Oczywiście naiwność. Problem rozróżnienia robotnika od nie robotnika nie wyczerpuje się na A. Siwaku. Zagadnienie jest znaczenie szersze. Czy robotnikiem jest inżynier? Pewne nie; no a jeśli obsługuje skomplikowane urządzenia i nie jest żadnym kierownikiem. Pytania te może są naiwne, na pewno nie odkryjemy teraz tajemnicy, że żądanie oddania klasie robotniczej steru władzy nie gwarantuje nie skierowania jej przeciwko samym robotnikom. W realnym socjalizmie propaganda przez 65 lat już wmawia robotnikom, że są oni klasą sprawującą władzę, że realizują w ten sposób sprawiedliwość dziejową. Straszy się ich przyjściem złych kapitalistów jeżeli nie będą grzecznie słuchać swej partii – awangardy klasy. No i rzeczywiście. Jeżeli sprawujemy władzę i jest nam źle to co będzie gdy przyjdą kapitaliści i nas władzy pozbawią. Chyba przyjdzie nam wtedy zginać z głodu. Dla socjalisty władza państwowa nie jest zagadnieniem najistotniejszym. O wszystkim przecież decyduje produkcja i w tej sferze rozstrzyga się prawdziwa władza. Co więc socjaliści proponują? Oczywiście to co proponował już Marks – oddać klasie robotniczej środki produkcji. Kraje realnego socjalizmu zrealizowały wytyczne Marksa, nacjonalizując większość środków produkcji. Dla prawdziwego socjalisty nie jest to, ma się rozumieć, właściwa forma uspołecznienia. Hasło samorządów robotniczych zrobiło w naszym kraju dużą karierę. Nie kwestionujemy przydatność tej instytucji w zarządzaniu, co więcej uważamy ją za podstawową dla tworzenia nowego systemu gospodarczego. Ale czy rzeczywiście oznaczać ona będzie sprawowanie władzy przez robotników przynajmniej w fabryce? Doświadczenia z samorządami przed grudniem wykazały, że robotnicy tylko w ograniczonym stopniu są zainteresowani w uczestnictwie w nich. W wolnych wyborach przeprowadzonych na jesieni 1981 r. znaczną większość w samorządach uzyskali inżynierowie. A więc i tu trzeba by zastosować klucz by zapewnić robotnikom właściwy udział. Czy naprawdę da się tam sposobem zapewnić. Otóż nie. Podstawowym warunkiem uczestnictwa we władzach jest chęć tego uczestnictwa. Robotnik, który stawiał swą kandydaturę do władz „S”, czy też do samorządu miał znacznie większą szansę zostać wybranym niż inteligent. Sympatia wyborców była z reguły po jego stronie. To, że stosunkowo niewielki procent robotników dostawał się do tych władz wynikało z braku zainteresowania w uczestnictwie. Nie świadczy to absolutnie o niczym. Być może w innych warunkach robotnik (ten niekwestionowany, obsługujący maszynę) miałby chęć uczestniczyć w samorządzie, być może idea samorządu była za mało rozpowszechniona, lecz czy naprawdę należy go na siłę uszczęśliwiać specjalnymi priorytetami. Coś mi to zanadto pachnie XIX wiecznym chłopomaństwem. Zresztą samorząd, nawet zdominowany przez „autentycznych” robotników będzie zarządzał jedynie pośrednio. W nowoczesnej gospodarce zarządzanie wymaga umiejętności (i talentu), których zdobycie wiąże się z wieloma latami nauki i praktyki. W krajach zachodnich, gdzie przedsiębiorstwa są własnością akcjonariuszy, wpływ tych ostatnich na bieżące zarządzanie jest minimalny. Kieruje menager i jest on w stanie przeforsować swe koncepcje wobec teoretycznych właścicieli. Samorządy będą miały to samą sytuację. Albo zgodzą się na samodzielność dyrektora, nawet wtedy gdy ten będzie realizował politykę niezbyt przyjemną dla pracowników (dyscyplina, ograniczenie bieżącej konsumpcji), albo zbankrutują. Nie znaczy to, podkreślamy to raz jeszcze, by samorząd był skazany na działalność czysto fikcyjną. Może on stać się organem wytyczającym strategiczną politykę przedsiębiorstwa. Myliłby się jednak ten kto w samorządzie upatrywałby panaceum na podstawowy problem pracy – alienację. Dla ogromnej większości robotników samorząd stanie się ciałem tego samego typu co dyrekcja. Zarządzanie przedsiębiorstwem przez robotników jest takim samym mitem, co sprawowanie przez nich władzy w państwie. Istnieje jeden sposób – przedsiębiorstwa drobnotowarowe, których właściciel jest jednocześnie pracownikiem, choć oczywiście ta forma własności nie może z powodów technicznych obejmować większości gospodarki. Czy z tego co napisałem wynikają wnioski pesymistyczne dla robotników? Otóż nie. Odrzucenie mitów o sprawowaniu władzy przez mityczna przodującą klasę wcale nie oznacza zaprzedania interesów tej klasy. Przede wszystkim należy odrzucić podział społeczeństwa na klasy w sensie marksowskim, jako podział fałszujący rzeczywistość współczesnego świata. Bycie robotnikiem jest tylko jedną z form istnienia w społeczeństwie. Jest się jednocześnie obywatelem, katolikiem, warszawianinem, kibicem piłki nożnej, właścicielem samochodu, filatelistą. To Marks stwierdził, że z tych wszystkich form bycia – bycie robotnikiem jest najważniejsze, więcej, determinuje wszystkie inne formy. W formie społeczeństwa współczesnego teza ta jest anachronizmem. Człowiek, który pracuje w charakterze robotnika może znaleźć drogę do realizacji swych pasji zarówno w pracy zawodowej, pracy samorządu, a pracy politycznej w dowolnej partii, której cele uzna za swoje, w życiu prywatnym, które dzięki wysokiemu poziomowi konsumpcji można uczynić wygodniejszym, ciekawym, lepszym. Ze statystyk wynika, że właśnie na tej ostatniej płaszczyźnie realizuje się życie większości ludzi, których prawdziwi socjaliści chcą wyzwolić z nadmiernej konsumpcji, po to by dać im miraż sprawowania władzy.

"Niepodległość" - miesięcznik polityczny 1982-1983: