SŁODKIE BETONY CZYLI WRACA NOWE

Opowiem wam pewną historię. W pewnym sensie kryminalną, gdyż bohater prawie że się otarł o kryminał. A rzecz się tak miała :

Oto pewne małżeństwo miało córkę. W trosce o jej wykształcenie wyszukali najlepszą jak mniemali szkołę państwową i tam posyłali ją do zerówki. Po roku przyszło urzędowe pismo nakazujące pod groźbą kolegium natychmiastowe udowodnienie że córka się uczy. Wymagał to jeden z oddziałów podlegający pod ministerstwo oświaty (piszę tę nazwę specjalnie małą literą bo według mojego doświadczenia pracują tam mali ludzie, nie tylko wzrostem). Rodzice pismo takowe dostarczyli. Minęły lata. Córka w ramach reformy została całą klasą przeniesiona do gimnazjum które mieściło się w tym samym budynku co szkoła podstawowa i "zerówka". Dziecko się uczyło w normie, w normie też opuszczało lekcje. Było standardowo. Aż tu nagle po dwóch latach uczęszczania ich córki do gimnazjum rodzice otrzymali list od jednej z wielu komórek ministerstwa oświaty, że są podejrzani, iż ukrywają córkę przed dobrodziejstwem jakim jest powszechna edukacja i jeśli natychmiast nie ujawnią co ich córka robi to ... bez mała areszt, nie mówiąc o karach finansowych. Widać dziewczynka była tak cenną osobą, iż przez dwa lata wydział oświaty tropił, szukał, węszył żeby w ostatniej chwili im się nie wymknęła (obowiązkowo każde dziecko musi dotrwać do końca gimnazjum). Oczywiście rodzice zlekceważyli pismo.

Jednak organ ministerstwa oświaty był nieubłagany. Tym razem zadzwonił do rodziców rano, przed godziną siódmą. Przebudzony ojciec, cokolwiek zirytowany usłyszał, że ma w te pędy w zębach przynieś do organu zaświadczenie co robi córka bo inaczej kary i więzienie. Czy znacie kogoś kto świeżo przebudzony z radością przyjąłby takową prośbę ? Ojciec grzecznie spytał się kim jest dzwoniąca, kogo reprezentuje. Potem stwierdził, iż przez telefon to każdy może podać się np. za byłego Prezydenta miasta Łodzi i to z tytułem magistra. Każdy też może grożąc kazać mu wykonać najbardziej niedorzeczną czynność. W związku z tym, jeśli cokolwiek organ chciałby się dowiedzieć to prosi o wystosowanie oficjalnego pisma z pytaniem i potwierdzającymi wiarygodność organu stemplami. A poza tym czy to nie za późno aby dopiero po dwóch latach szukać zagubionej w sprawozdaniach osoby?

List takowy przyszedł, ale po dwóch miesiącach, widać z tego, ile trudu wymagało organowi napisanie 6 zdań wraz z podaniem adresata i nadawcy. Rodzice nie mając zbyt wiele wolnego czasu przeciągnęli uzyskanie wymaganego zaświadczenia potwierdzającego, iż córka ich aktywnie uczestniczy w działaniach edukacyjnych.

Po dwóch tygodniach w miejscu ich zamieszkania zjawił się dzielnicowy i rozpoczął rozpytywanie autochtonów kim są rodzice i "gdzie pracuje" ich córka. Od dwóch autochtonów dzielnicowy dowiedział się, iż rodzice pracują ciężko a córka codziennie jeździ do szkoły (z wyjątkiem sobót, niedziel i wyznaczonych przez organ oświaty dni wolnych). Jednak aby formalnością stało się zadość pracownik Policji wysłał rodzicom wezwanie na przesłuchanie w celu urzędowym. Ojciec nie pojechał lecz zadzwonił. Odebrał policjant prowadzący sprawę. Spytał się tylko do której szkoły i klasy chodzi córka i dziękując za informację prawdopodobnie zakończył sprawę.

Sądzę że opowieść ta ukazała nam w sposób jasny dlaczego policja nie ma czasu i pieniędzy na łapanie przestępców. Licząc skromnie, na ustalenie czy dziewczynka się uczy, dwóch policjantów poświęciło jeden roboczo dzień.

Zrozumiałym też staje się twierdzenie, iż ministerstwo nie ma pieniędzy na podwyżki dla nauczycieli. W omawianym wypadku organ ministerstwa oświaty wydatkował na tę sprawę sporo pieniędzy, jeśli uwzględnimy fakt iż oprócz kosztów standartowych (pisma przesyłane listem poleconym, liczne telefony) zaangażowano przez pół roku w tę sprawę pracownika (sześć pensji + miejsce pracy). Równocześnie przykład ten ukazał w sposób jasny dlaczego poziom nauczania w naszych szkołach jest tak niski. Bo skoro mamy takich urzędników w organach ministerstwa oświaty...

Pomijam rangę i ważność samej sprawy. Wydaje mi się iż w tle słyszę Kafkę, Czechowa i absurdy carskiej Rosji. Lecz mogę się mylić.

P.S.

Wszystko wydało mi się jaśniejsze kiedy dowiedziałem się, że w Łodzi Wydziałem Oświaty od lat kieruje dużej klasy towarzysz specjalista wcześniej będąc nieprzerwanie dyrektorem (ponoć personalnym) w wielkim kombinacie budowlanym, potem zaś dyrektorujący w fabryce słodyczy. W międzyczasie dyrektorował w kilku innych instytucjach. Ponoć osoby powołujące go na to stanowisko stwierdziły publicznie, że oprócz umiejętności czytania i pisania posiada on duże doświadczenie w pracy z dużymi zespołami ludzkimi. Czyżby doświadczenia te uczyniły go społecznie użytecznym, wysoko wykwalifikowanym słodkim betonem a jego podwładnych słodkimi betonkami ? Ciekawe gdzie mu przyjdzie jeszcze dyrektorować?

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: