Szanowni Państwo

SZANOWNI PAŃSTWO

Czy zastanawiali się Państwo kiedykolwiek nad tym, co by mogło się stać, gdyby członkowie Al Quaidy zawitali nagle do Polski i tu rozpoczęli swoją zbrodniczą działalność. Ja postawiłem sobie pytanie:

Co mógłbym zrobić, gdybym był przyjacielem ben Ladena?

Oto odpowiedź.

Aż trudno uwierzyć, że wydarzyło się to naprawdę. Przypadek miał miejsce 19 listopada ub. r. późnym popołudniem. Tego dnia wraz z kilkoma innymi osobami mieliśmy odlecieć z lotniska Okęcie do Sztokholmu. Wycieczka była nagrodą za najlepsze teksty w konkursie dziennikarskim „Oczy otwarte”. Odlot był planowany na godz. 16.10. Już kilka minut po piętnastej mieliśmy za sobą pierwszą, dość powierzchowną odprawę i weszliśmy do strefy wolnocłowej. Było trochę czasu, więc postanowiłem udać się na zwiedzanie okolicznych sklepów. Zamierzałem po drodze odwiedzić toaletę. Na wprost kawiarni w pobliżu sklepu Fundacji Nissenbaumów znalazłem stosowne drzwi, nacisnąłem klamkę i... Prawdopodobnie przedwyjazdowy stres spowodował, że pomyliłem znak toalety z oznaczeniem wyjścia ewakuacyjnego. Drzwi, które bez trudu otworzyłem, należały właśnie do tego ostatniego. Łatwe do otwarcia z hali odlotów, okazały się zablokowane od strony pomieszczenia, w którym się znalazłem. Byłem w pułapce. Wyciągnąłem telefon komórkowy z zamiarem powiadomienia zarządu portu lotniczego o mojej sytuacji i poprosić o pomoc. Nie znając numeru, zadzwoniłem pod 913. Pani, zapytana o telefon na lotnisko Okęcie szybko podała mi dwa jakieś numery, podobno do dyrekcji LOT i poinformowała, że tam bez problemów powinienem uzyskać interesujące mnie informacje, po czym rozłączyła się. Oba numery (577-60-11 i 606-61-11) okazały się należeć do infolinii. Głos automatycznej sekretarki informował, że powinienem czekać na zgłoszenie się informatora, po czym po kilku sekundach połączenie zrywało się. Po kilku nieudanych próbach zrezygnowałem.

Rozejrzałem się po pułapce. Obok mnie były drzwi do jakiejś rozdzielni elektrycznej, czy czegoś podobnego. Przynajmniej tak informował napis. Inne drzwi wiodły na klatkę schodową. Udałem się schodami do góry. Minąłem jeszcze jedną rozdzielnię elektryczną i dotarłem do „Wyjścia na dach”. Nie sprawdziłem, czy było otwarte! Poszedłem na dół. W końcu znalazłem się na poziomie płyty lotniska w pomieszczeniu z dziesiątkami jakichś metalowych szafek i szuflad. Przy oszklonych drzwiach, wiodących jak się okazało na płytę lotniska, stał człowiek w kombinezonie mechanika i spokojnie palił papierosa. Przeszedłem koło niego i o nic nie pytany wyszedłem na zewnątrz. Wokół stały wózki pełne bagaży i innych pakunków. Nieopodal pasażerowie wsiadali do lotniskowego autobusu. Mimo, że byłem ubrany w bardzo rzucającą się w oczy jaskrawą jasno zieloną kurtkę, nikt nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi. Bezradnie pokręciłem się między bagażami i w końcu wróciłem do spotkanego wcześniej mechanika, palącego ze stoickim spokojem kolejnego papierosa. Wyjaśniłem mu, że zabłądziłem i poprosiłem o pomoc. Mechanik skrzywił się, wyszedł na zewnątrz i gdy ujrzał stojącego kilkadziesiąt metrów dalej żołnierza straży granicznej, krzyknął:

– Te, żołnierz!

Tamten nie zareagował. Mechanik wskazał go ręką i kazał mi iść do niego. Poszedłem. Nikogo nie interesowało, ani co tam robię, ani w ogóle nic, tak jakby widok snującego się w niedozwolonym miejscu pasażera należał do normalnych. W końcu dotarłem do młodego mundurowego i w trzech słowach opisałem swoją sytuację. Ten poprosił o mój bilet, spytał czy jestem tranzytem (nie byłem), i zainteresował się godziną odlotu. Było mało czasu, więc żołnierz stwierdził, że miałbym spore nieprzyjemności, ale... pomoże mi, jak pokażę, którędy wszedłem. Szedł krok za mną, aż stanęliśmy przed drzwiami, które zamknęły mnie w pułapce. Jeszcze raz spytał, czy na pewno tędy wszedłem, po czym odblokował zamek kartą magnetyczną. Wyraził przy tym przypuszczenie, że drzwi, które są normalnie zablokowane, odblokowują się kartą na kilka albo nawet na kilkanaście sekund – a więc musiałem z nich skorzystać zaraz po czyimś wyjściu! Na zakończenie życzył mi przyjemnej podróży i... zatrzasną za sobą nieszczęsne wierzeje. Nie sprawdzałem, czy są nadal otwarte. Biegiem udałem się do samolotu. Łącznie, przez nikogo niezauważony, spędziłem w miejscach teoretycznie niedostępnych dla pasażerów ponad pół godziny! Połowa tego czasu z powodzeniem wystarczyłaby jednemu człowiekowi na opanowanie całego lotniska Okęcie!

Na pokładzie samolotu kilka minut po starcie spotkała mnie inna niespodzianka: stewardessa wraz z posiłkiem podała... stalowe sztućce. Tak więc sprawdzanie na kilku bramkach, czy nie niosę ze sobą niebezpiecznych narzędzi było... psu na budę potrzebne. Zresztą – po co ryzykować i przemycać noże przez kontrolę, kiedy LOT da je w prezencie!

Już po przylocie do Sztokholmu nasunęło mi się kilka refleksji. Co by się stało, gdyby na moim miejscu był jakiś szaleniec, albo doskonale wyszkolony terrorysta. Włamując się do rozdzielni elektrycznych, do których przecież miałem łatwy dostęp, mógłby pozbawić całe lotnisko prądu! Nie musiałby nawet używać materiałów wybuchowych – wystarczyłoby wyłamać zamki w drzwiach i po prostu pozrywać ręką przewody w rozdzielniach. Nikt by mu w tym nie przeszkodził. Z łatwo dostępnego dachu dworca nawet kamieniami (nie do wykrycia przez bramki!) mógłby uszkodzić kilka samolotów, stojących przy „rękawach”. Mógłby zejść na płytę lotniska, ukryć się wśród bagaży, albo między pasażerami lotniskowego autobusu i przeniknąć na pokład samolotu. Mógłby też podkraść się do stojących nieopodal samolotów i je uszkodzić. Mógłby bezkarnie założyć w podwoziu bomby. A także, jako całkiem legalny pasażer, mógłby w końcu przy pomocy dostarczonego przez LOT noża sterroryzować załogę... Domysły mogę snuć w nieskończoność. Chyba tylko nigdy nie zgadnę, który z naszych wieżowców stałby się jego ofiarą. A może zarząd Portu Lotniczego Okęcie, Straż Graniczna i PLL LOT uważają, że nie ma w Polsce ani jednego World Trade Center, więc problem nie istnieje? Chętnie poznam odpowiedź.

Imię i nazwisko z oczywistych względów zastrzegam do wiadomości redakcji. Jeżeli odpowiednie władze zechcą uzyskać więcej informacji, nic nie stoi na przeszkodzie, aby redakcja podała im moje namiary. Oczywiście pod warunkiem zachowania dyskrecji. Przecież chodzi o bezpieczeństwo tysięcy osób.

Archiwum ABCNET 2002-2010: