5 ŻYCIORYSÓW I OMYŁKA PREMIERA WŁOCH

Sowiecki „nielegał”, dyplomata Kostaryki, wielokrotny morderca, historyk Papiestwa i latynoamerykanista, międzynarodowy handlarz kawą

– w jednej osobie

Pozory czasami mylą. Dobrodusznie wyglądający starszy, korpulentny pan, to wcale nie po prostu dziadek wnukom, tylko ktoś nieporównanie bardziej przerażający: to jeden z czołowych sowieckich morderców zagranicznych: Josif Romualdowicz Grygulewicz (Иосиф Ромуальдович Григулевич), który później, jako akademik - był także znany pod „literacko-naukowym” pseudonimem Josif Ławrecki (Лаврецкий). Grygulewicz (ur. 5 maja, 1913 r., zm. 2 czerwca, 1988 r.) był jednym z najbardziej niezwykłych sowieckich nielegałów – agentów-funkcjonariuszy wywiadu, pracujących bez przykrycia dyplomatycznego. „Nielegalni oficerowie”, skierowani do pracy zagranicą, nie byli tam prowadzeni przez „legalne” rezydentury w ambasadach czy konsulatach sowieckich, lecz – na ogół - bez żadnego związku z nimi. Grygulewicz, jako „nielegał” działał w Europie Zachodniej i Ameryce Łacińskiej od lat 30., aż po lata 50. Odegrał czołową rolę w organizowaniu w okresie wojny domowej w Hiszpanii - wielu morderstw lewicowców, niedostatecznie lojalnych wobec Józefa Stalina, wśród nich licznych socjalistów, anarchistów, czy też bolszewików-trockistów (rzeczywistych lub domniemanych). Odegrał wiodącą rolę w zabójstwie w Meksyku czołowego rywala Stalina – Leona Trockiego w 1940 r. i w zaplanowanym na 1953 r., lecz niewykonanym morderstwie dyktatora Jugosławii Josipa Broz Tito.

Urodził się prawdopodobnie w Trokach, koło Wilna, „jeszcze za cara”, jako litewski Karaim, wśród niezbyt licznych przedstawicieli judaizującej religii, wyznawanej przez potomków ludu pochodzenia tureckiego znad Morza Czarnego (głównie z Krymu), później rozproszonych na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej (obecnie głównie w Turcji i na Bliskim Wschodzie). Wraz z rodzicami emigrował w dzieciństwie do Argentyny. Ojciec Romuald (ur. w 1865 r.) zamieszkiwał wcześniej przez pewien czas w Stanach Zjednoczonych. Po powrocie rodziny do Wilna – już do niepodległej Polski – Grygulewicz w wieku 17 lat wstąpił w 1930 r. do nielegalnej, antypaństwowej Komunistycznej Partii Polski. Rodzina była dość zamożna i ojciec wysłał Józefa „do Europy” na studia; faktycznie w 1933 r. Józef studiował krótko na Sorbonie.

Czy to tam, czy już raczej wcześniej w Wilnie – zdolny językowo Grygulewicz został zrekrutowany z powodzeniem przez NKWD. Oprócz polskiego i rosyjskiego, znanego z dzieciństwa hiszpańskiego i dobrze opanowanego francuskiego, Grygulewicz nauczył się także i angielskiego. Dobrze na ogół poinformowany rosyjski portal agentura.ru, (którego serwer znajdują się przezornie i bezpiecznie w Stanach Zjednoczonych) - twierdzi, że Grygulewicz w czasach gimnazjalnych związał się ze szkolnymi kolegami, członkami Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi (działającej, jako filia KPP). Aresztowany w Polsce za działalność komunistyczną w grudniu 1931 r. - 13 maja 1933 r. miał zostać skazany przez sąd na 2 lata więzienia. Już w sierpniu 1933 r. został jednak zwolniony (w poczet kary zaliczono mu czas już spędzony w więzieniu przed procesem) i dostał równo dwa tygodnie na opuszczenie Polski. W Paryżu zaprzyjaźnił się z Zygmuntem Modzelewskim, późniejszym - po 1944 r. - komunistycznym ministrem spraw zagranicznych. W czasie pobytu we Francji pracował w kolegium redakcyjnym jednej z gazetek komunistycznych, ukazującej się po polsku.  (We Francji poznał nawet późniejszego I Sekretarza PZPR Edwarda Gierka). Studiował krótko - wybrał „praktyczne działania”. Z rekomendacji Gierka i Modzelewskiego, rok później, w sierpniu 1934 r. odpłynął do Argentyny. Tam Grygulewicz pisywał do „Socorro Rojo” („Czerwona Pomoc”, pismo organizacji pomocy rewolucjonistom) i miał pseudonim „Miguel”.

W drugiej połowie lat 30. Grygulewicz został wysłany przez NKWD do będącej w stanie wojny Hiszpanii z zadaniem przerwania działalności Robotniczej Partii Marksistowskiego Zjednoczenia, (w j. hiszpańskim: Partido Obrero e Unificacion Marxista, POUM). Miał tworzyć komanda dokonujące zabójstw politycznych dla Stalina. Grygulewicz pracował, używając pseudonimów „Maks” i „Felipe”, pod dowództwem generała NKWD Aleksandra Michajłowicza Orłowa (był to pseudonim Lejby Łazarowicza Felbinga, 1895-1973), który w 1938 r. uciekł do Stanów Zjednoczonych (i któremu – w przeciwieństwie do wielu, jak np. generał NKWD Walter Krywicki - udało się skutecznie ukryć, i w ten sposób uniknąć zemsty Sowietów). Inna wersja życiorysu Grygulewicza mówi, że ten uciekł do Hiszpanii z Argentyny w 1936 r., ponieważ na skutek donosu został aresztowany, aczkolwiek nierozpoznany, jako „Miguel”. W Hiszpanii miał pracować, jako tłumacz w ambasadzie Związku Sowieckiego. Zwerbować go miał mało znany rezydent NKWD Paweł Samojłowicz Fridgut, który potem zginął w Afganistanie. Grygulewicz – jako już pewny „swój” - brał udział w aresztowaniach anarchistów w Barcelonie i egzekucji trockistów pod Alcalá de Henares.

Kariera międzynarodowego mordercy nabrała rozpędu. Wydawałoby się niedoświadczony, dwudziestokilkuletni Grygulewicz zorganizował szybko tzw. “lotne brygady”, które mordowały rozlicznych przeciwników Stalina, wśród nich przywódcę POUM Andresa Nina. Działał we współpracy ze słynnym międzynarodowym siepaczem w służbie Kremla, Włochem z Triestu, „pracującym” głównie w Ameryce Łacińskiej "Comandante Carlos Contreras" (prawdziwe nazwisko: Vittorio Vidali). Grygulewicz został w 1938 r. wezwany do Moskwy – w samym środku najgwałtowniejszych czystek - a następnie wysłany w styczniu 1940 do Meksyku, gdzie występował pod pseudonimem jakże wileńskim, jakby z dzieciństwa: “Józek” (lub: „Juzik”). Wziął tam udział, razem z Vidali, w pierwszym nieudanym zamachu na Trockiego. Wykonawcą miał był ochroniarz Trockiego - Bob Sheldon Harte, zamordowany potem przez NKWD, ponieważ poznał prawdziwą tożsamość Grygulewicza. Ten w końcu 1940 r. trzeci już raz „powrócił” do Argentyny. Z nowymi pseudonimami, niezbędnymi widać w profesji nielegała: „Dax” i „Artur”. Jako "Artur" pracował w Argentynie dla Rosji do 1945 r., na czas działań wojennych sowiecko-niemieckich przeistaczając się w sabotażystę, umiejętność, której tajniki posiadł już podczas wojny w Hiszpanii. Po 22 czerwca 1941 r. organizował antyniemieckie sabotaże. Ożenił się w Argentynie z koleżanką po fachu, również agentką w służbie Stalina, Meksykanką Laurą Arayo Aguar. Na temat „Artura” znajdujemy liczne odniesienia w odszyfrowanych przez Amerykanów i Brytyjczyków depeszach sowieckiego wywiadu czasow wojny i zaraz powojennych – w ramach Projektu „Venona”.

Morderca, sabotażysta, mało? W Ameryce Łacińskiej Grygulewicz był oficerem prowadzącym m.in. noblistę Pablo Nerudę. Następnie rozpoczął karierę dyplomaty, ale bynajmniej nie wprost i jawnie w służbie Związku Sowieckiego. Stać się miał dyplomatą zupełnie innego państwa, dalekiego geograficznie i ideowo od kumunizmu. Po wojnie znowu pojawił się, jako nielegał, ale tym razem na północy Ameryki Łacińskiej, w Meksyku i tam związał się z polityczną emigracją kostarykańską. Być może inspiracją była tu przyswojona może jeszcze w Wilnie dalekosiężna myśl Lenina (przypominana „na okrągło” swoim ludziom przez Ronalda Reagana: „Najpierw zawładniemy Wschodnią Europą, gdzie zorganizujemy hordy Azjatów… Potem skierujemy się na Amerykę Łacińską, a gdy ją już opanujemy, Stany Zjednoczone, ostatni bastion kapitalizmu wpadnie w nasze ręce, jak dojrzały owoc”). „Juzik” był już przez Kreml tak ceniony, że poproszono go o stworzenie programu politycznego opozycji kostarykańskiej, a po objęciu przez nią władzy – Kreml zaproponował mu pracę w dyplomacji obcego kraju. Tak stał się ambasadorem Kostaryki w Rzymie. Co ciekawe, jako kostarykański dyplomata, nieustannie poddawał krytyce politykę zagraniczną Związku Sowieckiego, łącznie z wystąpieniami na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ!

Jak do tego doszło? W 1949 r. został wysłany, jako Teodoro B. Castro do Rzymu, na paszporcie, który opiewał na syna z nieprawego łoża pewnego bogatego Kostarykańczyka (w istocie notabl ten był zupełnie bezdzietny), zaangażowanego w międzynarodowy handel kawą. Przebywając głównie w Rzymie, Grygulewicz poczynił wiele kontaktów zawodowych i towarzyskich. Był, na przykład, bliskim przyjacielem bratanka Piusa XII, księcia Giulio Pacelli. W dwa lat później, w 1951 r. został mianowany, jak najbardziej legalnie przez nowego prezydenta Kostaryki ambasadorem tego kraju przy Stolicy Świętej, we Włoszech, akredytowanym także przy rządzie jugosłowiańskim. Był członkiem kostarykańskiej delegacji na VI Sesję Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku. W międzyczasie otrzymał tajne obywatelstwo Związku Sowieckiego i równie tajne członkowstwo Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego. Na przełomie 1952/1953 r. otrzymał rozkaz z centrali w Moskwie zorganizowania zabójstwa dyktatora Jugosławii Josip Broz Tito, z którym spotykał się uprzednio wielokrotnie ze względu na pełnioną funkcje dyplomatyczną. Śmierć Stalina w marcu 1953 r. przerwała te plany i Grygulewicz został wezwany do powrotu do Związku Sowieckiego, a jego kariera, jako oficera operacyjnego ds. najważniejszych zabójstw dobiegła niespodziewanie końca. W międzyczasie znikniecie z Rzymu, bez jakiegokolwiek śladu, kostarykańskiego ambasadora - wraz żoną i córką - zostało przypisane powszechnie udziałowi w całej aferze… nieznanych bliżej gangsterów. Rzeczywiście, był w całej tej historii solidny wkład gangsterów, ale nie jakichś mniej znanych latynoamerykańskich, czy sycylijskich, ale tych - wówczas “trzymających władzę” nad 1/3 świata.

W 1953 r., po śmierci Berii, Grygulewicza zawezwano do Moskwy. Czy chodziło o to, aby nie „spalić” metody prowadzenia polityki zagranicznej za pomocą skrytobójstw? Tak, ale nie tylko. Winien był także upadek Berii. Według słów generała Pawła Sudopłatowa, szefa nielegałów-morderców NKWD za czasów Stalina, Beria miał plany zjednoczenia Niemiec i rozwiązania zatargu ideologicznego z Jugosławią, w których i Grygulewicz miał odgrywać rolę, jako morderca Tity. Do realizacji planu nie doszło na skutek aresztowania Berii, po śmierci Stalina. Grygulewicza, zagorzałego stalinowca zwolniono, (jak i aresztowanego Sudopłatowa) z pracy w sowieckich służbach specjalnych i przez pewien czas – normalna rzecz w Sowietach, dla niearesztowanych podczas czystek - znalazł się on bez środków do życia. Z biegiem czasu ułożył sobie jednak egzystencję, jako naukowiec i pisarz. Na tym, że nie został aresztowany i skazany, zaważyć mógł „latynoamerykański”, wprost księżycowy wobec realiów Związku Sowieckiego, charakter postaci Grygulewicza. Według córki nie nadawał się zupełnie do pracy w sztywnych, biurokratycznych ramach systemu sowieckiego, choć do końca życia pozostał wierny komunizmowi. Utrzymywał się z tłumaczeń z rozlicznych języków, które tak doskonale posiadł.

Z czasem, po wielu przemianach w Związku Sowieckim Josif Grygulewicz, już teraz bezcenny propagandowy skarb KGB, otrzymał w sposób utajniony… doktorat z historii, i to bez potrzeby obrony pracy doktorskiej. W swym późniejszym życiu był uznanym naukowcem, specjalizującym się w dwóch wielkich i ważnych dla Związku Sowieckiego tematach: w Ameryce Łacińskiej i w Kościele Rzymsko-katolickim. Napisał 58 książek, z których większość została opublikowana pod pseudonimem Josif Ławreckij (Лаврецкий). W 1979 r. został członkiem-korespondentem Akademii Nauk Związku Sowieckiego. Koledzy akademicy byli częstokroć zadziwieni brakiem jakichkolwiek informacji biograficznych, sięgających wstecz więcej niż 25 lat i konsekwentnym odmawianiem przez Grygulewicza fotografowania się. Stał się znany dopiero po rozwiązaniu Związku Sowieckiego. Zasadnicze znaczenie dla odkrycia przed światem roli Grygulewicza miała publikacja wywiadu brytyjskiego (Secret Intelligence Service, inaczej M.I.6) p.t. “Archiwum Mitrochina” (2 tomy: 1999 i 2005). Archiwum to wynoszone latami przez niezmordowanego archiwistę KGB, walczącego samotnie z tyranią Bolszewików - Wasilija Mitrochina z siedziby KGB, zostało określone przez FBI, jako “najbardziej całościowe i zasobne materiały wywiadowcze kiedykolwiek pozyskane z jakiegokolwiek źródła”. Wyniesione w bucie archiwum całkowicie zdemaskowało „kostarykańskiego dyplomatę” – oddanego całkowicie największej (obok rządów Mao-Tse-Tunga w Chinach) tyranii w dziejach świata.

Grygulewicz do ogarniętej wojną domową, a w istocie agresją Związku Sowieckiego, Hiszpanii - oficjalnie trafił z ramienia Komunistycznej Partii Argentyny. Miał tam być zastępcą szefa sztabu armii generała Rojo na froncie madryckim. Funkcja, wprost niewyobrażalna, jak na dwudziestokilkuletniego młodzieńca, który ledwie otarł się kilka lat wcześniej krótko o Sorbonę. Być może ten przyjazd do Hiszpanii z przeciwnego kierunku, z Argentyny miał już wówczas zamaskować ściśle powiązania Grygulewicza, organizatora mordów - z ich zleceniodawcami z Kremla. Dla wywiadu zagranicznego ZSRR zaczął pracować oficjalnie od marca 1937 r. Od początku 1938 r. przebywa, wydaje się po raz pierwszy w Meksyku, gdzie jest szefem grupy specjalnej, (czyli ds. zabójstw) NKWD. Za udział w pierwszym zamachu na Trockiego otrzymał order Czerwonej Gwiazdy. Do Argentyny przybywa według oficjalnych danych z KGB w końcu 1940 r. - w szczytowym okresie obowiązywania Paktu Ribbentrop-Mołotow. Stalin Jak wiadomo w uderzenie Hitlera nie wierzył, można zatem przypuszczać, iż Grygulewicz dowódcą specjalnej grupy sabotażowo-dywersyjnej staje się ad hoc, na skutek rozwoju wydarzeń. Może miał przygotowywać się do przejęcia władzy w Argentynie, ale Hitler pokrzyżował te dalekosiężne plany? Związek Sowiecki, już w latach 40. tak bardzo pragnął zdobyć przyczółek do rozprawy ze Stanami Zjednoczonymi w Ameryce Łacińskiej. Tak, czy owak, jak w okresie wojny w Hiszpanii, kiedy robił to samo, Grygulewicz działał niesamowicie sprawnie. Jego grupa dywersyjna – miedzy innymi - założyła ładunki wybuchowe na ponad 150 statkach płynących z ładunkami dla Niemiec. W szczytowym okresie – pod kierunkiem pomocnika Grygulewicza, rosyjskiego Polaka z Buenos Aires Feliksa Klimentowicza Wierzbickiego, pracowało w niej 200 ludzi. Za te osiągnięcia w dziedzinie sabotażu Grygulewicz otrzymał Order Czerwonego Sztandaru.

Kim był niezwykły Wilniuk z pochodzenia ze swoimi zdolnościami organizatorskimi i niespożytą energią? Sudopłatow, sam nie lepszy - nazwał Grygulewicza wprost: „specjalistą od mokrej roboty”. Grygulewicz był tak całkowicie nieprzenikniony dla najlepiej poinformowanych na Zachodzie, iż – przykładowo - od „Ojca-Założyciela” nie tylko włoskiej partii chrzescijańsko-demokratycznej, ale i Unii Europejskiej, kolegi Roberta Schumana i Jean Monneta - otrzymał płynący zapewne z sympatii podarunek. Dostał aparat fotograficzny w prezencie od Alcide De Gasperiego (ówczesnego premiera Włoch), polityka o posturze prawdziwego męża stanu. Czyż nie symbolizuje to znakomicie niewiedzy licznych polityków demokratycznych XX wieku, (choć przecież nie wszystkich!), i ich sztabów na temat form, metod i praktyki komunistycznej agresji?

antoni.wrega@wp.pl
dominik@smyrgala.pl

PS. Ktoś mógłby pomyśleć, że Josif Romualdowicz Grygulewicz, to już tylko historia. Okazuje się, że „dzieła jego żyją wiecznie”, wydawane wciąż w Unii Europejskiej, sprzedawane, także i we współczesnej Polsce. Dowód na to znaleźć można łatwo – Josif Grygulewicz był wszakże „znawcą” Papiestwa i Ameryki Łacińskiej z ramienia KGB. Wystarczy wbić do wyszukiwarki to nazwisko w wersji: „Grigulewicz”, aby przekonać się, iż wielokrotny morderca i organizator gangów skrytobójców, działających globalnie z ramienia Stalina…  jest sprzedawany, w jak najlepsze, jako „naukowy” autorytet… we współczesnej demokratycznej i niepodległej Polsce.

Skrócona wersja tego artykułu ukazała się p.t. „Cyngiel Stalina”, w tygodniku „Wprost” z dn. 23 stycznia, 2009 r. (nr 4/2009/1359/)

Archiwum ABCNET 2002-2010: