12. CO ROBIĆ Z SOWIECKĄ KATASTROFĄ ? (Władimir Bukowski)

Publikowany poniżej tekst został napisany jeszcze przed sierpniowymi wydarzeniami z ZSRS. Gwałtowny rozwój wypadków w już „byłym” Związku Sowieckim wpłynął w dużym stopniu na jego dezaktualizację. Niemniej jednak wiele spostrzeżeń autora, którego nazwisko nie wymaga rekomendacji, wydaje się być nadal aktualnych. Zwłaszcza tych odnoszących się do postawy Zachodu wobec przemian w świecie, wobec których tenże Zachód wydaje się być nie tylko pasywny, ale i całkowicie nie przygotowany.

Władimir Bukowski

Co robić z sowiecką katastrofą?
1. Kto wygrał wojnę?
Po 44 dniach i nocach wiernego śledzenia wojny w Zatoce, zafascynowany ludzkim dramatem, „inteligencją” broni, siłą dyskusji o „nowym ładzie świata”, musiałem zasnąć przed telewizorem akurat w decydującym momencie. Kiedy zbudziłem się rankiem 28 lutego, nie mogłem zrozumieć, co się stało. „Pustynna Burza” minęła, ale wszystko, co mogłem obejrzeć, to uroczyste wiwaty na ulicach Bagdadu. Przywódcy koalicji wypowiadali się z entuzjazmem o negocjacjach z Saddamem Husseinem na temat jeńców wojennych oraz zniszczenia pozostałych jeszcze Scudów i broni chemicznej. Zadałem sobie pytanie, kto właściwie wygrał tę wojnę? Z pewnością nie koalicja: zwycięzcy przecież nie negocjują, lecz wydają rozkazy; pokonani również nie negocjują, lecz się poddają.

Moje zakłopotanie pogłębiło się jeszcze, gdy przypomniałem sobie, jak często mówiło się, że wojna ta nie jest wymierzona przeciwko narodowi irackiemu, do którego nie mamy żadnych pretensji, tylko przeciwko Saddamowi Husseinowi i jego reżimowi. Naród iracki uważany był za sojusznika i wzywany do obalenia dyktatora, który wzniecił zbrodniczą wojnę, zasługującego na proces taki, jak norymberski. Teraz jednak Saddam wydaje się być jedyną osobą w Iraku, która nie ucierpiała na skutek wojny.

Jedynie wtedy, gdy tragedia Kurdów wzbudziła sympatię opinii publicznej, powszechnie uznano, że zachowanie się koalicji jest niekonsekwentne. Dlaczego jednak nie zauważono tego 28 lutego czy nawet wcześniej? Z jednej strony mówiono nam, że celem „Pustynnej Burzy” jest likwidacja groźby agresji w tym rejonie (ze strony reżimu Saddama Husseina) i przywrócenie „stabilizacji”; z drugiej jednak strony mówiono, że członkowie koalicji pragną zachować „integralność terytorialną” Iraku i bezwzględnie ograniczą swoje działania do wyzwolenia Kuwejtu. Przyszłość Iraku miała być „określona przez naród iracki”.

Teraz pytam, z całym szacunkiem dla mądrości naszych polityków, jak można pogodzić te dwie opcje? Jeśli reżim Saddama Husseina utrzyma się przy władzy, groźba agresji pozostanie, aczkolwiek odsunie się w czasie z powodu konieczności odbudowania potencjału militarnego Iraku. Gdyby jednak narodowi irackiemu dana była możliwość decydowania o jego przyszłości, integralność terytorialna Iraku z pewnością zostałaby naruszona. Gdzież w każdym z tych rozwiązań miejsce na „stabilizację”? Czy ktoś naprawdę spodziewa się, że Saddam stanie się orędownikiem pokoju lub że Kurdowie zaniechają swojej trwającej sto lat walki o niepodległość?

Nasi politycy nie zadali sobie trudu, by poradzić sobie z tym problemem. Przewodzące koalicji Stany Zjednoczone zajęte były raczej zażegnywaniem duchów Wietnamu niż rozwiązywaniem problemów bliskowschodnich. Raz jeszcze walczyły ze sobą i swoją przeszłością, raz jeszcze amerykańscy politycy pozbawili swoich żołnierzy należnego im zwycięstwa. Skłania to do stwierdzenia, że 200-letnia tradycja unikania angażowania się w międzynarodowe konflikty ciągle jeszcze dominuje w amerykańskiej myśli politycznej. Amerykanie ciągle chcą ukrywać się za parawanem ONZ (co angażuje ich o wiele bardziej niż wszelkie alianse) i za zasadą niemieszania się w wewnętrzne sprawy suwerennych państw. Zadziwiająca jest logika, w świetle której bezwzględne bombardowanie Iraku nie jest, a pomoc Irakijczykom w uwolnieniu się od tyranii jest mieszaniem się w wewnętrzne sprawy tego kraju.

Wyobraźmy sobie, że na początku stycznia rządząca partia Baas zdecydowałaby się na zastąpienie Saddama Husseina kimś innym, kto wystąpiłby z programem demokratycznych reform. Wówczas jakakolwiek mglista obietnica wycofania się z Kuwejtu mogłaby wystarczyć do zatrzymania koalicji. Na dodatek nasi politycy byliby z pewnością przekonani, że ich obowiązkiem jest popieranie nowego irackiego przywódcy-reformatora, a nawet zaoferowanie mu pomocy ekonomicznej, by rywalizujący z nim jastrzębie z partii Baas znów nie przejęli władzy. Jeśliby ów nowy przywódca wycofał się w końcu z Kuwejtu, byłby oklaskiwany i czczony, a może nawet uhonorowany Pokojową Nagrodą Nobla, cały świat zaś ponosiłby koszty budowy nowych koszar dla jego wycofujących się wojsk. Scenariusz ten brzmi śmiesznie, ale dokładnie przypomina to, co ostatnio dzieje się w innym o wiele ważniejszym punkcie zapalnym. Oto zbudziliśmy się pewnego ranka i zostaliśmy poinformowani o końcu wojny – zimnej wojny – i mimo najszczerszych chęci nie mogliśmy odgadnąć, kto w niej zwyciężył.

Wszystko, co mogliśmy usłyszeć, to entuzjastyczne wypowiedzi przywódców Zachodu o „nowych perspektywach poprawy stosunków” ze Związkiem Sowieckim, o negocjacjach w sprawie redukcji zbrojeń i o miłującym pokój przywódcy sowieckim Michaile Gorbaczowie, twórcy tych wspaniałych perspektyw. Podobnie było przez pierwsze 6 lat rządów Gorbaczowa, kiedy przepełniony wdzięcznością świat włożył do jego kieszeni blisko 45 miliardów dolarów, aby „ocalić” go przed „twardogłowymi”.

Poziom dialektyki, jaki osiągnęły stosunki Wschód-Zachód, mógłby oszołomić nawet Hegla: Niemcy płacą miliardy za stacjonowanie na ich terenie wojsk sowieckich, ponieważ chcą ich wycofania, Amerykanie uważają za konieczną pomoc ekonomiczną dla ZSRS, która ma skłonić Gorbaczowa do obniżenia poziomu wydatków na zbrojenia i powstrzymać finansowanie Kuby, Afganistanu i Wietnamu. A więc, kto wygrał zimną wojnę? Kto ją przegrał? Czy może zakończyła się remisem? Jeśli Związek Sowiecki przegrał (tak można by przypuszczać), zmiany, które obecnie tam zachodzą, muszą być raczej bezpośrednim rezultatem tej porażki niż wynikiem nagłej przemiany w sercach komunistycznych przywódców. I jeśli tak jest, nie potrzebujemy płacić za odwrót Sowietów, wspierać ich wszelkimi możliwymi sposobami czy obawiać się uznania niepodległości państw bałtyckich. Ale skoro ciągle jeszcze nie robimy tego w obawie przed powrotem „twardogłowych” i wznowieniem zimnej wojny, oznacza to, że Sowieci jeszcze nie przegrali, a my nie jesteśmy jeszcze zwycięzcami. Tak jak wojska koalicji w Iraku, zatrzymaliśmy się o dzień za wcześnie, pochopnie ogłaszając zwycięstwo, podczas gdy cel wojny nie został jeszcze osiągnięty. Ludzie zaś, podobnie jak w Iraku, muszą płacić za to niedokonanie krwią i warunkami życia.

2. Głasnost’ i Pieriestrojka
Wbrew powszechnemu mniemaniu głasnost’ i pieriestrojka nie zostały wymyślone przez Gorbaczowa: schemat programu reform opracowano kilka lat wcześniej przed jego dojściem do władzy, za rządów, jak się zdaje, Jurija Andropowa. Jakkolwiek głasnost’ i pieriestrojka miały stwarzać pozory wstępu do demokracji i gospodarki rynkowej, ich rzeczywistym celem było ocalenie „socjalizmu” i utrzymanie władzy w rękach partii komunistycznej. W stosunkach zewnętrznych miały poszerzyć wpływy sowieckie w Europie przez poprawienie obrazu państwa sowieckiego i rozluźnić napięte stosunki polityczne po okresie zimnej wojny z początku lat osiemdziesiątych.

Takie wahania polityki od odprężenia do zimnej wojny i odwrotnie, spowodowane sprzecznością między niedostatkami ekonomii ZSRS i jego mocarstwowymi ambicjami, są typowe dla sowieckiej historii. Tym razem jednak kryzys był na tyle poważny, że zagroził pozycji Związku Sowieckiego jako supermocarstwa: niemożliwa stała się kontynuacja rywalizacji z Zachodem w sferze militarnej, jak również w sferze ekspansji w Trzecim Świecie, bez radykalnych zmian w gospodarce. Zatem zaistniała pilna potrzeba polityki odprężenia z jednej strony i wewnątrzsystemowego uporządkowania ekonomii – z drugiej. Mówiąc prościej: przywódcy sowieccy potrzebowali zachowania swojej militarnej przewagi i politycznej klienteli przez uzdrowienie gospodarki, co jednak było niemożliwe bez znacznego wsparcia zarówno ekonomicznego, jak i politycznego ze strony Zachodu.

Chociaż poparcia ochoczo udzielano, przede wszystkim w postaci redukcji długów imperium, naprawa gospodarki okazała się być o wiele trudniejsza, niż się pierwotnie wydawało. Po prostu nie można jej było osiągnąć bez pewnych reform politycznych. Aby zwiększyć produkcję, cały system socjalistycznych „stosunków produkcji” musiałby być zlikwidowany i zastąpiony rynkowym systemem bodźców ekonomicznych, a to ograniczyłoby zakres kontroli ze strony partii komunistycznej. Dawno minęły czasy, kiedy ludzie wstępowali do partii i byli jej posłuszni na skutek rewolucyjnego zapału. Zapał ten umarł, partia musiała korzystać ze swoich wyjątkowych uprawnień dysponowania karierą i majątkiem każdego obywatela. Jeśli ludzie mogliby być awansowani z powodu swoich talentów i nagradzani według zasług, któż chciałby kłopotać się przynależnością do partii i posłuszeństwem wobec niej?

Problem polegał na tym, że reformy musiałyby być przeprowadzane przez ten sam aparat partyjny, którego władzę miały ograniczyć. Te strukturalne przeszkody całkowicie uniemożliwiły dalekosiężne reformy. Jeśliby zaś reformy nie poszły wystarczająco daleko, nie odniosłyby pożądanego skutku.

Wyjściem z tego impasu miały być głasnost’ i pieriestrojka – dobrze zorganizowane i zaplanowane wycofywanie się partii z pozycji absolutnego władcy na pozycję silnego partnera. Słabszemu partnerowi czyli sowieckiemu społeczeństwu obiecano pewien stopień samodzielności, większą autonomię kulturalną, więcej informacji, wyższy standard Życia, zmniejszenie restrykcji i represji. Drugiemu słabszemu partnerowi – Zachodowi – obiecano „pokój i współpracę”, bardziej cywilizowane zachowanie, większą otwartość. Z kolei od obu słabszych partnerów oczekiwano pomocy dla partii w odbudowywaniu jej kontroli nad krajem, modernizacji gospodarki i podnoszeniu jej produktywności, ocaleniu statusu supermocarstwa i zwiększaniu jego wpływów w Europie Zachodniej.

Lecz sukces każdego układu partnerskiego zależy od współpracy każdej z zaangażowanych stron. O ile Zachód był kompletnie zafascynowany „Nowym Porządkiem”, o tyle społeczeństwo sowieckie nie miało zamiaru zastosowania się do maksymy Marka Twaina: mieć prawa konstytucyjne i zdrowy rozsądek, aby z nich nie korzystać.

3. Naród i Partia
W końcu 1989 roku było już jasne, że Michaił Gorbaczow nie zasłużył na miano „Człowieka Dekady” przyznane mu właśnie przez magazyn „Time”. Nieprzytomna euforia towarzysząca pierwszym pięciu latom rządów Gorbaczowa nagle ustąpiła miejsca bardziej trzeźwym ocenom, a nawet niepokojom. Opinia publiczna Zachodu z niepokojem zaczęła odczuwać, że „biedny Gorby”, by zacytować Freda Barnesa z „New Republic”, ma taki sam wpływ na sytuację, „jak car Mikołaj II po wybuchu I wojny światowej”. Gorbaczow zaczął być postrzegany jako osoba nie mająca związku czy wręcz przeszkadzająca przyszłym reformom. Francuski „Le Monde” podsumował tę nową percepcję w karykaturze ukazującej tłum maszerujący pod sztandarem pieriestrojki i Gorbaczowa biegnącego za nim z okrzykiem „Zaczekajcie na mnie, jestem waszym przywódcą!”.

Jak na ironię ta zmiana stosunku opinii publicznej Zachodu pojawiła się wtedy, gdy Gorbaczow poszedł na pierwsze znaczące odstępstwo od doktryny leninowskiej, rezygnując z monopolu władzy partii komunistycznej. Ten dramatyczny moment tylko kilku obserwatorów określiło jako „zwycięstwo nad konserwatystami”, większość – jako jednomyślną manifestację poparcia dla zmian na posiedzeniu Komitetu Centralnego. A przecież od szponów „twardogłowych” i „konserwatystów” Zachód „chronił” Gorbaczowa przez te wszystkie lata.

Poza tym trudno przypisać tę decyzję Gorbaczowa jego reformatorskiemu zapałowi. Jak pamięta jeszcze wielu ludzi na Zachodzie, kwestię tę po raz pierwszy podniósł Andriej Sacharow, podtrzymali ją później strajkujący górnicy, Gorbaczow zaś kategorycznie ją odrzucił zaledwie 3 miesiące przed posiedzeniem Komitetu Centralnego, na którym ją ostatecznie przyjął.

Do tego czasu przewodnią rolę partii komunistycznych odrzuciły wszystkie państwa Europy Wschodniej (także Litwa), stawiając Gorbaczowa pod niezwykle silną presją do podążenia za ich przykładem. Gdyby Gorbaczow tego nie zrobił, partia komunistyczna, jak sam przyznał, zostałaby po prostu „zmieciona przez nacisk oddolny”.

Mówiąc krótko, zaczęło świtać w świadomości Zachodu, że jego bohater, ten wielki champion demokracji, próbował ocalić resztki systemu komunistycznego i swoją własną skórę. To, co początkowo było zaplanowane jako przemiany wewnątrzsystemowe, zyskało rangę powszechnej rewolucji zagrażającej obaleniem systemu. W rezultacie Gorbaczow skoncentrował się głównie (...) na odwlekaniu procesu nieświadomie przezeń uruchomionego.

Nie ma nic niezwykłego w tej sytuacji: jak dawno już zauważył Tocqueville, najniebezpieczniejszym momentem dla rządów despoty jest moment, kiedy zaczyna się zmieniać. Jak wielu innych despotów o zacięciu reformatorskim, Gorbaczow przyjął dwa błędne założenia: przecenił siłę rządzącej partii i nie docenił nienawiści narodu do starego reżimu. Jeśli więc mamy dług wdzięczności do kogokolwiek za spektakularne przemiany na Wschodzie, to wobec narodów, a nie despotów.

Zwłaszcza jest to prawdziwe w Europie Wschodniej. Nie trzeba chyba mówić, że Gorbaczow nie miał nigdy zamiaru zniszczenia systemu komunistycznego w Europie Wschodniej, ani nie planował podarowania NATO Niemiec Wschodnich na srebrnej tacy. Przeciwnie, chciał zastąpić „twardy” reżim komunistyczny jego „miękką” („łagodną”) odmianą i w ten sposób skończyć z NATO. Była to idea sprzedania „żelaznej kurtyny” za coś, o co w swoim czasie zabiegali Lenin, Stalin, Chruszczow i Breżniew, i czego nigdy nie osiągnęli: neutralizację „wspólnego europejskiego domu”.

Trzeba przyznać, że plan był całkiem pomysłowy, przynajmniej w teorii. Mimo wszystko nadawał on sens tezie, że Niemcy Zachodnie przyjmą prawie każde warunki, aby zjednoczyć się ze swoimi wschodnimi braćmi. Pakt NATO nie miałby wtedy żadnych powodów dalszego istnienia. Po likwidacji NATO Amerykanie nie mogliby pozostać w Europie, szczególnie jeśli trwałyby umiejętnie podsycane niepokoje na ich tyłach w Ameryce Środkowej, co odciągałoby ich uwagę od Europy. W sytuacji gdyby rozwiązano NATO, a Amerykanie wrócili do domu, odpowiednio zmodernizowana armia sowiecka stałaby się jedyną realną siłą na kontynencie. Jej wyłączna bliskość określiłaby istotę europejskiej neutralności.

Pierwsze ruchy w tym europejskim gambicie zostały rozegrane po mistrzowsku. Sposób, w jaki Moskwa wyciągnęła wtyczki – Honeckera, Jakesza, Żiwkowa, a zwłaszcza Ceausescu – będzie studiowany przez pokolenia studentów. Lecz po spektakularnym początku dalsze posunięcia były kompletną katastrofą dla strategów z Kremla. Żaden analityk z KGB nie był w stanie zbadać głębi niewiary i nienawiści społeczeństw Europy Wschodniej odczuwanych w stosunku do każdego komunistycznego przywódcy – „liberalnego” czy „konserwatywnego”. Nowi pupile Moskwy – Krenz i Modrow, Mlynarz i Mladenow – mimo starań nie potrafili „ustabilizować” wschodniej Europy ani ocalić socjalizmu przez obietnice nadania mu „ludzkiej twarzy”.

Gorbaczow został laureatem Pokojowej Nagrody Nobla za to, że nie zmiażdżył czołgami wschodnioeuropejskiej rewolucji. Ale cóż innego mógł zrobić, kiedy doskonale wiedział, że czołgi mogą tylko albo ocalić, albo pomnożyć Honeckerów i Husaków, których zdecydował się usunąć? Poza tym interwencja była wykluczona z powodu narastających konfliktów narodowościowych w Związku Sowieckim.

Gorbaczow, jak zresztą później sam przyznał, pomylił się ewidentnie w swoich przewidywaniach. Każdy, nawet pobieżnie znający historię Związku Sowieckiego, wie, że żaden naród nie przyłączył się do niego dobrowolnie. Pod koniec I wojny światowej rozpadające się, pogrążone w wojnie domowej imperium rosyjskie zostało sklejone przez Lenina marksistowską ideologią, a następnie umocnione przez Stalina w czasie II wojny światowej. Związek Sowiecki musiał się rozpaść, gdy tylko klej utracił swoją moc spajającą.

Czy Gorbaczow mógł nie przewidzieć, że w wyniku jego deklaracji zwiększenia autonomii kulturalnej i samodzielności okupowanych narodów wybuchną konflikty narodowościowe? Gorbaczow poszedł dalej. Jak wiemy dzisiaj, aktywizowanie się „frontów narodowych” w wielu republikach było faktycznie podsycane przez Moskwę w celu tworzenia narzędzi pieriestrojki, które miały być objęte ścisłą kontrolą i bezpośrednio sterowane.

Plan ten był całkiem sprytny, ale absolutnie nierealny. Jak prawie wszystko w Gorbaczowowskiej pieriestrojce zapożyczony. był od Lenina, który w okresie NEP lansował szeroką koalicję z siłami niekomunistycznymi. Później zasada „frontu” była stosowana przez KGB za granicą w manipulacjach opinią publiczną i działalnością polityczną na Zachodzie. Jeszcze niedawno partia była silna i ciągle pełna wigoru, siły niekomunistyczne Zachodu bowiem miały bardzo małe doświadczenie we „współpracy” z komunistami. Odkąd jednak pod rządami Gorbaczowa świadomość ludzi w Związku Sowieckim znacznie wzrosła i odkąd partię komunistyczną tworzą biurokraci, a nie zawodowi rewolucjoniści, cały plan stracił rację bytu. W obliczu wzrastającego radykalizmu nastrojów społecznych przywódcy narodowych frontów (przeważnie lokalni komuniści) albo musieli przyłączyć się do tłumów, albo pójść w odstawkę. Spowodowało to kryzys w lokalnych partiach komunistycznych: jedynym sposobem ocalenia ich wiarygodności było zerwanie więzów z Moskwą. Pierwsza uczyniła to partia litewska, potem łotewska, estońska i gruzińska, ale mimo to zostały odsunięte, a fronty narodowe. przekształciły się w partie naprawdę demokratyczne.

Tymczasem Gorbaczow, utraciwszy kontrolę nad głównym nurtem republikańskich ruchów narodowych, zmuszony został do oparcia się na ekstremistach. Praktycznie w każdej republice istnieje mniejszość tubylcza lub napływowa, która traktowana jest jako agresywnie nacjonalistyczna. Pomijając manipulacje. KGB historia współżycia między narodami nie malowała się w. różowych barwach, teraz zaś przy niewielkiej ingerencji, prze: kształciła się w koszmar. Nagle zaczęły się pogromy, „tarcia etniczne”, a Moskwa występowała oczywiście w obronie uciskanych mniejszości, „niechętnie” wysyłając swoje wojska dla przy-, wrócenia prawa i porządku. Czasami mieliśmy okazję oglądać prawdziwy obraz wydarzeń, jak wówczas, gdy po krwawej akcji w Baku w 1990 r., minister obrony Dymitrij Jazow przyznał w wywiadzie, że oddziały sowieckie wysłano do Azerbejdżanu nie po to, by chronić mniejszość ormiańską, lecz aby zapobiec przejęciu władzy przez nacjonalistów z frontu narodowego.

Polityka Gorbaczowa (jeśli zasługuje na tak zaszczytne określenie) jest okrutna i krótkowzroczna. Prowadzi umiarkowane i demokratyczne ruchy narodowe w otchłań ekstremizmu, popychając kraj w bagno wojny domowej. Jeśli upragniona niezależność nie zostanie osiągnięta pokojowymi, demokratycznymi środkami, a krwawe prowokacje i chytre sztuczki Moskwy będą kontynuowane, nastąpi jeszcze większa radykalizacja nastrojów społecznych i pojawią się bardziej ekstremistyczni przywódcy, jak to już stało się w Gruzji.

„Polityka” ekonomiczna Gorbaczowa wcale nie jest lepsza. W obliczu ostatecznej katastrofy z najwyższą niechęcią wyraża teoretyczną zgodę na gospodarkę rynkową i znów powtarza swoją magiczną formułę o „szansie złapania przez socjalizm drugiego oddechu”, jak gdyby kiedykolwiek był pierwszy. Można narzucić socjalistyczne zasady istniejącemu już rynkowi, ale oczekiwać stworzenia „rynku socjalistycznego” tam, gdzie rynek nie istniał przez 62 lata, to tak, jakby spodziewać się po koniu, że urodzi się w uprzęży. (...)

Gorbaczow może skończyć jako absolutny dyktator niczego. Staje się tak absurdalny jak nadzorca budowy wieży Babel kłócący się z poprzednimi budowniczymi w ich rozmaitych językach, podczas kiedy wieża się rozpada.

4. Pomóc Rosjanom
Ostatnio dostrzegane otrzeźwienie opinii publicznej Zachodu nie jest niestety wystarczające, aby oddziaływać na postawę zachodnich polityków. Wobec własnych kłopotów finansowych wycofali się z tzw. Wielkiej Transakcji (pomysłu dania Gorbaczowowi dodatkowych miliardów dolarów w zamian za nowe reformy), a zamiast tego myślą o pomocy technicznej i innych metodach pośrednich podtrzymania sowieckiego przywódcy. Nie wykluczają zastrzyków gotówki w przyszłości; Europa pod przewodnictwem Niemiec i pod wpływem Amerykanów i Japończyków może przeznaczyć nawet większe sumy dla ratowania Gorbaczowa, którego wychwalano pod niebiosa podczas szczytu ekonomicznego w Londynie w lipcu tego roku. Mniejsza o to, że pomoc ekonomiczna – jak wynika z doświadczeń w Trzecim Świecie – zawsze zwiększa znaczenie rządu i zachęca do pasożytowania, a nie wzrostu inicjatywy. Mniejsza o to, że prawdziwa reforma rynku nie wymaga pieniędzy zachodnich podatników, a przeciwnie wymaga drastycznej redukcji zakresu i siły ingerencji państwa, co jest najważniejszym warunkiem zachęcenia inwestorów. Mniejsza o to wszystko: jak się okazuje, naczelnym celem polityków zachodnich jest „ocalenie” ich idola. Nie zadali oni sobie jednak prostego pytania: ocalić go, ale przed kim? Przed jego własnym narodem, który chce demokracji, a nie „socjalistycznego pluralizmu”? Przed zniewolonymi narodami, które chcą prawa do samostanowienia?

Można ostatecznie zrozumieć, dlaczego Gorbaczow poczynił błędne kalkulacje przeceniając siłę swojej partii nie doceniając nienawiści do niej społeczeństwa. Ale dlaczego politycy Zachodu popełniają ten sam błąd? Czemu stale ignorują naród i ciągle popierają jego ciemięzców?

W czasie mojej ostatniej wizyty w Moskwie to samo pytanie zadawali mi wszyscy słuchacze, ludzie reprezentujący wszystkie zawody: dlaczego Zachód obstaje przy popieraniu nie wybranego w wolnych wyborach znienawidzonego dyktatora, który zawiódł nadzieje, i dlaczego odmawia poparcia przywódcom rzeczywiście wybranym przez naród? Czego oni od nas chcą? Co złego zrobiliśmy? (...)

Ktoś mógłby pomyśleć, że byłoby naturalne dla demokracji zachodnich, a szczególnie dla Stanów Zjednoczonych, opowiedzenie się po stronie nasilających się ruchów narodowo-demokratycznych i poparcie aspiracji narodów do wolności i demokracji. Lecz tutaj znów mamy przykład przewrotnej logiki, według której wspieranie dyktatur występujących przeciw swoim narodom nie jest mieszaniem się w wewnętrzne sprawy suwerennych państw, podczas gdy wspieranie tych narodów – jest. (...)

Tłum. A.M., „Commentary”, wrzesień 1991 r.

Orientacja na prawo 1986-1992: