8. Refleksje: OBSERWACJE (Jacek Kwieciński)

1. Kontynuujemy odnotowywanie – ku pamięci – kolejnych posunięć p. prezydenta. Nie chodzi nam przy tym o chęć uzyskania dla siebie nie kontrolowanej władzy i wolnej ręki dla realizowania, za pomocą p.p. Wachowskiego i Drzycimskiego, nad wyraz niejasnej linii politycznej. Są to bowiem – i będą – działania stałe, chociażby do ich wykonania p. prezydent znalazł osoby jeszcze bardziej kompetentne niż wspomniani panowie. Także i inne kroki podejmowane przez p. prezydenta są godne uwiecznienia.

Dawno już ustaliliśmy, że tutejszy establishment od polityki zagranicznej będzie kadził M.S. Gorbaczowowi nawet, gdy ten będzie już rządził tylko Kremlem. Z satysfakcją stwierdzamy, że pan prezydent nie zawiódł nadziei. Był ostatnim politykiem świata, który zadzwonił do tow. Gorbaczowa nie kurtuazyjnie, lecz w celu podkreślenia swojego przywiązania do idei Sojuza.

Honoru opowiadania się do ostatka za sowietyzmem (zdemokratyzowanym) nikt też już p. prezydentowi nie odbierze. Pan Prezydent użył również jako ostatni zagraniczny przyjaciel tow. Gorbaczowa nieśmiertelnego określenia „narody radzieckie”. Także jako ostatni polityk wystąpił w telewizji ZSRS, by umocnić u ludzi radzieckich przekonanie, że najgorszą rzeczą w świecie byłby koniec Sojuza. Zdaniem p. prezydenta przykład Jugosławii nie stanowi bowiem ostrzeżenia, czym grozi sztuczne podtrzymywanie nie chcianego tworu, lecz wręcz przeciwnie. P. prezydent nie przyjął bowiem do wiadomości faktu, iż przywrócenie na Wschodzie cmentarnej ciszy (stabilizacji bolszewickiej) nie jest już możliwe.

Chęć utrzymania się w absolutnej czołówce miłośników M.S. Gorbaczowa spowodowała, że p. prezydent zatracił nawet w tym przypadku swą słynną cechę: doceniania tylko silnych i liczących się. Wyprzedził jednak całą konkurencję wielbicieli ZSRS, a rzeczywistość oraz rozsądek pozostawił na boku.

Kolejnym dalekowzrocznym krokiem p. prezydenta było udanie się do klubu ob.ob. Millera i Kwaśniewskiego. W mocnych słowach potępił tam przejawy nieuczciwej niechęci okazywanej eks-komunistom w Sejmie. Potwierdziwszy ich pretensje do prezentowania „lewicy polskiej” p. prezydent obiecał wspieranie i pomaganie takiej właśnie „lewej nodze” po to, by Polska osiągnęła wreszcie normalność. P. prezydent odciął się też stanowczo od wszelkich haseł dekomunizacyjnych wskazawszy, że uprzednio posługiwał się nimi wyłącznie z przyczyn doraźnej taktyki wyborczej. Potomkowie PZPR-u pożegnali p. prezydenta owacją na stojąco.

Na zapis dalszych kroków p. prezydenta brak nam na razie miejsca. Warto już tylko teraz wspomnieć, że początkowe telefoniczne starania p. prezydenta, by odwieść niektóre osobistości od udziału w rządzie zatwierdzonego przez Sejm premiera, przejdą niewątpliwie do annałów ustroju demokratycznego.

2. Nikt nie zwrócił uwagi na podane ( przez „Rzeczpospolitą” za „Businness ???International”) dane dotyczące 20 największych inwestycji zagranicznych w krajach Europy Srodkowowschodniej. W pierwszej dwudziestce odnotowano: 13 inwestycji na Węgrzech, 5 – w Czecho-Słowacji oraz 1 w Rumunii i Polsce (szwajcarska firma ABB w Zamechu). Powtórzmy: Węgry 13, Czecho-Słowacja 5, Polska 1. Nie zanosi się niestety na to, abyśmy oddali komuś tak wyraźne przewodnictwo, nasze pierwsze miejsce – w ariergardzie.

3. Nie wiemy, czy w czasie, gdy słowa te ukażą się w druku, pragmatyczny minister z pragmatycznego Kongresu Liberałów będzie nadal w rządzie. Niemniej jednak jego działalność wobec zakładów w rodzaju E. Wedel, nazwana figlarnie „prywatyzacją”, zasługuje niewątpliwie na utrwalenie w tzw. annałach. Rzecz należy ująć pragmatycznie. Minister uznał za godną wsparcia leninowską zasadę kradzieży własności przez tzw. nacjonalizację (bez odszkodowania).

Można to zrozumieć – jest wszak liberałem i do prawa własności prywatnej ma stosunek niejednoznaczny. Dodatkowe podkreślenie tego stanowiska przez zawłaszczenie znaku firmowego wydaje się wszakże pewną przesadą. Z drugiej strony nie można z przecież przerywać w tym względzie ciągłości z Bierutem i Gomułką, bo wywołałoby to nadmierne komplikacje. Jak rozwiązać ten dylemat? Uderzające pragmatycznością wyjście wydaje się dość proste. Zakłady można wszak nazwać p tak: „J. Lewandowski d. 22 Lipca”

4. Z niewiadomych przyczyn gazety ja ??? polskie marnują miejsce i farbę drukarską ki na wielkie tytuły w rodzaju: „Warszawa centralą prania komunistycznych pieniędzy” bądź „Agent KGB nr 09549 przekazał Millerowi pieniądze”. Po co to czynią, skoro nic z tego nie wyniknie, trudno o dociec. Tytuł o KGB sąsiaduje zresztą z innymi: „Prezydent w Klubie SLD. Muszę bronić lewicy”. Jak już wspomniano, chodzi tu o znanego obrońcę „grubej kreski” – Lecha Wałęsę – który w ramach tej obrony przejął komunistyczną terminologię: lewica (demokratyczna oraz cała) – to my, spadkobiercy PZPR-u. Oba tytuły znalazły się zaś w znanym z przywiązania do idei ciągłości z PRL-em „Życiu Warszawy”. W tymże numerze dziennik ustawia zresztą pierwszy tytuł we właściwej perspektywie: najbardziej obiektywny obserwator, znany demokrata, ambasador RP S. Ciosek wyjaśnia, że chodzi tu tylko o wewnątrzmoskiewską grę polityczną. Z trudno uchwytnych powodów twierdzenia S. Cioska pokrywają się z wyjaśnieniami L. Millera. Cieszy, gdy w nowej Rzeczypospolitej czołowi politycy demokratyczni są tak zgodni w swych ocenach.

5. Sprawa eks-politruka p. Kołodziejczyka nabiera cech precedensu. Reakcje na decyzję ministra Parysa stały się znakomitym papierkiem lakmusowym. Dokładnie można się było przekonać, kto jest kim w dzisiejszej Polsce. Większość reakcji można było przewidzieć, ale mimo to wyłaniający się z nich obraz skłania do smętnej zadumy. Najbardziej przygnębiające były komentarze „neutralne”, udające naiwność i niewiedzę, mówiące o niezrozumiałej decyzji. Nieco inaczej należy ocenić reakcje bezczelne, jak ta red. Podemskiego („Polityka” i „Panorama IV”) porównująca sprawę do „dawnych, niezbyt dobrych wzorów”.

Przypominamy, że p. Kołodziejczyk jest nie tylko kandydatem p. prezydenta i M. Wachowskiego, ale przede wszystkim W. Jaruzelskiego. Ten ostatni zgodził się kiedyś na odwołanie Siwickiego tylko pod warunkiem, że zastąpi go p. Kołodziejczyk. Wielokrotnie stwierdzano, że p. Kołodziejczyk hamuje zmiany w wojsku. Grupy młodych oficerów pisały w tej sprawie listy otwarte do p. prezydenta. P. Kołodziejczyk demonstrował wielokrotnie publicznie, jak dobre nauki pobrał w Moskwie: a to stwierdzał, że ZSRS jest gwarantem naszej niepodległości, a to nonszalancko mylił personalia dowódców AK. Usunięcie dobrze okopanego p. Kołodziejczyka jest niezbędnym warunkiem dokonania zmian w wojsku, które zapowiedział premier w swym expose. Mianowanie właśnie tej postaci na szefa GISZ byłoby kpiną z III Rzeczypospolitej.

Znakomita część Unii Demokratycznej oraz bezideowego (co wielokrotnie podkreślaliśmy) Kongresu dołączyła do posłów komunistycznych żądając postawienia min. Parysa na dywanik. Organ unionijnych demokratów traktuje zresztą jakiekolwiek zwolnienie komunistów skądkolwiek jako zamach na „państwo prawa” (PRL?). Gdyby słuchać owego organu, dla którego wszelkie strzały w pozostałości komunizmu są z założenia „be”, budowę III Rzeczypospolitej należałoby odłożyć do lamusa i udać się na ryby.

Z kolei dla p. prezydenta próby usunięcia komunistów z kluczowych stanowisk stanowią naganny przykład „rozgrywek partyjnych”. Warto wreszcie odrzucić całkowitą przypadkowość w zestawie kolejnych ulubieńców p. prezydenta (Ziółkowska, Ciosek, Kołodziejczyk). P. prezydent obiecuje, że wraz ze swą trójcą (ks. Cybula został wymieniony w oficjalnym komunikacie Belwederu jako uczestnik rozmów na ten temat) oraz mającym, mówiąc delikatnie, fatalną opinię w emigracyjnych kołach solidarnościowych J. Milewskim, zrobi wszystko, aby p. Kołodziejczyk został szefem sił zbrojnych – i można mu wierzyć.

Gdyby W. Jaruzelski zajmował jeszcze ważne stanowisko, p. prezydent pewno zachowałby się podobnie wobec niego. Wręczył przecież p. Kołodziejczykowi list osobisty, w którym znajdujemy słowa zaiste kuriozalne: „W okresie zmian ustrojowych, jakie przechodzi kraj, nie może zabraknąć ludzi pańskiego pokroju”. Można z dużą dozą pewności założyć, że dopóki L. Wałęsa będzie prezydentem, ludzi pokroju p. Kołodziejczyka we władzach nie zabraknie. Słowa powyższe dedykujemy zaś wszystkim, którzy głosowali na L. Wałęsę. Wydaje się wszakże, że o ile oglądali 7 stycznia telewizję z podrzuconą na pierwsze miejsce wszystkich dzienników pompatyczną i skłaniającą do nudności relacją ze spotkania skromnego żołnierza z pryncypialnym prezydentem, to nigdy już na L. Wałęsę głosować nie będą.

Na razie jednak jest jak jest. Jeszcze raz podkreślamy precedensowość całej sprawy. Okaże się niebawem, czy p. prezydent może nadal hamować skutecznie niezbędne zmiany w państwie, czy też obecnie będzie mu to szło trudniej. Przekonamy się też, czy resortem obrony kierować taktycznie będzie minister stanowiący rzadki u nas przypadek właściwego człowieka na właściwym stanowisku, czy też będzie to czynił p. Wachowski oraz czy p. Wachowskiemu uda się utrzymać skomunizowane struktury dowódcze wojska. Przede wszystkim okaże się jednak, czy w Polsce możliwe jest jeszcze przeprowadzenie jakichkolwiek zmian na drodze do normalności i oderwania się od komunizmu, czy też jest to już niemożliwe, bo doszliśmy do punktu, w którym nawet objęcie stanowisk decyzyjnych przez odpowiednich ludzi nie jest w stanie nic zmienić.

6. W chwili gdy piszemy te słowa, nasz ulubieniec Już od 1980 roku) Andrzej "jestem najlepszy" Celiński oskarża jednego z najwybitniejszych działaczy "Solidarności" roku 1981, najdłużej głodującego więźnia Jaruzelskiego - ministra Kropiwnickiego. Nie wchodząc nawet w meritum oskarżeń proponujemy p. Celińskiemu, by zajął się działaniami B. Geremka podczas jego aktywnej 18-letniej obecności w PZPR w najgorszym okresie komunizmu. By to uczynić, nie potrzeba uciekać się do odbywanych w dogodnym momencie tajemniczych rozmów telefonicznych. Mamy tu zaś zachowaną pewną ciągłość – B. Geremek przeniósł do dzisiejszej rzeczywistości wiele cech z tamtej epoki (obłuda, dialektyczne myślenie, posługiwanie się nowomową). Potem p. Celiński mógłby opisać niszczenie przez J. Kuronia polskiego harcerstwa. Mógłby, lecz tego nie uczyni, bo – jak mawiał Kali – byłoby to przejawem niskiej kultury politycznej. A. Celińskiego cechuje zaś, jak wiadomo, niesłychanie wielka, największa w Europie, kultura polityczna i wszelka inna. Natomiast co do larum o „karuzeli stanowisk” to warto zapytać wszystkich, którzy je podnoszą, ilu wiceministrów prawicowych zostawili na stanowiskach socjaliści francuscy. No ilu?

Trzeba też sprostować kolejny fałsz red. Podemskiego, powołującego się na brytyjską instytucję stałych sekretarzy stanu w poszczególnych ministerstwach, czego jeszcze jako żywo się nie dorobiliśmy. Otóż permanent secretaries są całkowicie i absolutnie bezpartyjni.

(J.K)

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: