7. Refleksje: MOJE OBSERWATORIUM WYBORCZE ??? (Jerzy Przystawa)

I. Eksperyment własny
Przez dwa tygodnie do dnia wyborów parlamentarnych (tylko na tyle pozwalały środki, jakie udało mi się zgromadzić) prowadziłem intensywną uliczną kampanię wyborczą na ulicach miast i miasteczek województwa wałbrzyskiego (Wałbrzych, Świdnica, Dzierżoniów, Kłodzko, Strzegom, Świebodzice, Nowa Ruda, Ząbkowice Śląskie, Niemcza, Lądek Zdrój, Słupiec, Bielawa, Kamieniec Ząbkowicki). Kandydowałem do Sejmu z listy marginalnej „Partii Wolności” Kornela Morawieckiego. Moimi środkami były: odpowiednio udekorowana ciężarówka Magirus-Deutz oraz średniej mocy radio (tzw. ghetto-blaster) z mikrofonem, który podsuwałem każdemu, kto tylko miał ochotę ze mną dyskutować. Do pomocy miałem około dziesięcioosobową grupę krewnych i przyjaciół, którzy z pełnym poświęceniem pracowali razem ze mną (notabene jest to obserwacja nie bez znaczenia, nie było wśród nich żadnego współkandydata z tej samej listy!). Rozdaliśmy ze 30 tysięcy ulotek, z ręki do ręki, co oznacza, że fizycznie zetknąłem się z kilkunastoma tysiącami wyborców. Trzykrotnie, z kandydatami innych partii, uczestniczyłem w organizowanych publicznych spotkaniach, ale była to, praktycznie, strata czasu, bo w sumie w tych spotkaniach, łącznie z kandydatami (naliczyłem 15) i ich „sztabami” wzięło udział mniej niż 100 osób.(...)

Podkreślam tak oryginalność mojej kampanii wyborczej, gdyż wszystkie środki przekazu wylewały a la longue krokodyle łzy, że kampanii wyborczej w ogóle nie widać, że żadni kandydaci do wyborców nie wychodzą, że kampania jest niemrawa itp., itd. Kiedy jednak pojawił się na ulicach taki zawodnik jak ja, to „dziennikarze” woleli patrzeć w inną stronę. Nie sądzę, żeby nasza działalność mogła przejść nie zauważona: zawsze stawaliśmy w najbardziej uczęszczanych miejscach, na rynkach, u wejść do urzędów miejskich itp. Żeby nas nie słyszeć, trzeba było wkładać zatyczki do uszu, żeby nie zobaczyć, trzeba było wykręcać szyję. (...)

Cała nasza uliczna kampania to było jedno przejmujące spotkanie z frustracją, gniewem i agresją. Dostało mi się za wszystkich: za Wałęsę, za Mazowieckiego, za Bieleckiego, za Kościół, za „Solidarność”, za oddawanie majątków Kościołowi, za wyprzedawanie Polski Niemcom. Krzyczeli na mnie: „złodziej, taki sam złodziej jak inni, wszyscy jesteście złodzieje”, „chcesz się tylko dostać do koryta, a potem będziesz tak samo kradł jak wszyscy”. Nieustająca procesja ludzi, którzy podsuwali mi pod nos odcinki rent i zasiłków i pytali, jak mają żyć za 400, 500 czy 600 tys. zł? Gwałtownie domagali się, bym im powiedział, gdzie mają szukać pracy? Nie interesowało ich, kim jestem, co czy kogo reprezentuję. Na rynku w Świebodzicach napadł na mnie jakiś krewki wyborca, z lekka pod dobrą datą, i zaczął mi wymyślać najgorszym publicznym słowem za Morawieckiego. Kiedy z zaciśniętymi pięściami rzucił się na mnie z ostatnią obelgą „ty..., ty... siło spokoju!” zdałem sobie sprawę, że zachodzi tu error in personae, i że biedny Kornel Morawiecki został pomylony z dostojnym Przewodniczącym UD! „Ach, to chodzi o innego?!” – zdziwił się niezmiernie, grzecznie przeprosił i uszedłem bez szwanku.

Ponieważ w czasie tej peregrynacji nie spotykałem zwolenników ugrupowań, które odniosły „sukcesy” wyborcze (może poza KPN), więc wolno się domyślać, że moi przypadkowi rozmówcy tworzyli ten elektorat, który – przeważnie – zbojkotował wybory. (...)

II. Interpretacja (cudza),czyli bicie się w cudze piersi
Jak się wydaje, wyniki wyborów usatysfakcjonowały jedynie KPN i ugrupowania, które się określa jako „postkomunistyczne”.

Tzw. obóz solidarnościowy przeżywa ciężkiego kaca, ale ponieważ w jego ręku znajduje się większość środków przekazu, on też nadaje ton komentarzom prasowym, radiowym i telewizyjnym.

W powodzi uczonych i błyskotliwych komentarzy można wyodrębnić następujące przyczyny opłakanego stanu rzeczy: l – fatalna ordynacja wyborcza, i – niedobry termin wyborów, „wojna na górze”, która podzieliła obóz „Solidarności”, – społeczeństwo nie przygotowane do demokracji, nadmierne oczekiwania ekonomiczne, złe rządy – fatalna polityka gospodarcza Balcerowicza. Niewątpliwie wszystkie te czynniki mają swój udział w zbojkotowaniu wyborów przez społeczeństwo. Wypreparowana ordynacja wyborcza stanowi całkowite kuriozum, choć, moim zdaniem – ta, którą proponował Wałęsa, była jeszcze gorsza. Jej główną wadą było to, że wielomandatowość okręgów uniemożliwiła wyborcy identyfikację z jednym wybieranym posłem i zamiast na konkretnych ludzi (kogo zresztą wybrać z anonimowej masy kilkuset, niekiedy, kandydatów na liście wyborczej?) zmusiła go do głosowania na jakieś dziwne „osobopartiotwory”, które udawały partie polityczne. Czyż można bowiem uważać za partię polityczną UD, POC czy WAK? Zresztą przedstawiciele tych ugrupowań, przyciśnięci do muru, przyznawali, że nie są to partie polityczne, ale sui generis koalicje wyborcze. Termin wyborów o tyle był kiepski, że każdy dzień zwłoki przynosił dalszy zanik złudzeń i upadek autorytetu czy też mitu „Solidarności”, Kościoła i całego obozu „solidarnościowego”. Można więc przypuszczać, że gdyby wybory zostały ogłoszone na wiosnę, to porażka nie byłaby tak dotkliwa. Oczywiście, „wojna na górze” ma swoją cenę, trudno prowadzić wojny za darmo. Nie jestem jednak pewny, że koniecznie trzeba było ją „ogłaszać”: obserwując kulturę i obyczaje jej głównych uczestników, wolno podejrzewać, że byłaby ona równie gorsząca, nawet gdyby jej nie ogłaszano.

Argumenty powyższe są próbą przerzucania odpowiedzialności wewnątrz obozu „solidarnościowego”. Dwa następne – nieprzygotowanie do demokracji i nadmierne oczekiwania ekonomiczne – to wskazywanie, jako na źródło kłopotów, niedojrzałego, zdeprawowanego przez komunizm, społeczeństwa. „Elity to mamy jeszcze nie najgorsze (Wałęsa, Kuroń, Mazowiecki, profesor Chrzanowski, ksiądz profesor Tischner, a choćby i posłanka Ziółkowska...)... ale społeczeństwo...?! Gdyby w parlamencie zasiadali sami Święci i Męczennicy, też z takim społeczeństwem daleko by nie ujechali.” Tworzy się więc przekonanie, że aczkolwiek wynik wyborów jest nadzwyczaj nieprzyjemny, to jednak na pionierskiej drodze przechodzenia z totalitaryzmu do demokracji inny być po prostu nie mógł.

Argument ostatni, że społeczeństwo jest zniechęcone w wyniku błędnej, a nawet wręcz fatalnej polityki gospodarczej Balcerowicza, jest, oczywiście, z pełną satysfakcją podnoszony przez tzw. postkomunistów (ponieważ, tak naprawdę, byłoby niesłychanie trudno zdefiniować, kogo dzisiaj w Polsce należałoby zaliczyć do „postkomunistów”, a kogo nie – wyjaśniam, że mianem tym, obiegowo, określa się byłych członków PZPR, ZSL i SD, jednakże wszystkich „dobrych postkomunistów”, tzn. tych, którzy opowiadają się po słusznej, a więc „naszej” stronie, automatycznie się z tego zbioru wyłącza. Niemniej jednak, jak to można było wysłuchać z ust posłów w ostatnich miesiącach obradowania Sejmu albo z wypowiedzi w ramach kampanii: wyborczej, polityki gospodarczej rządu nie bronił nikt, nawet sam... rząd! A taki np. ekonomista z obozu liberałów i PC jak profesor Stefan Kurowski wypowiedział się ostatnio, expressis verbis, że polityka gospodarcza Balcerowicza pozostawiła po sobie tylko „ruiny i zgliszcza”. Trudno się więc dziwić, że pogląd, jakoby dwa lata rządów „Solidarności” przyniosły Polsce więcej szkód niż ponad cztery dekady rządów komunistów, coraz bardziej się upowszechnia i zatrzymał bardzo wielu wyborców w domu albo skłonił do oddania głosu na Sojusz Lewicy Demokratycznej czy też byłych ZSL-owców, przefarbowanych dziś na Mikołajczykowski PSL. Zastanawiająca jest tu tylko kompletna klapa SD? Chyba jednak przedobrzyli w powoływaniu się na swój rodowód z 1937 roku, Orła w Koronie i Konstytucję 3 Maja, a może po prostu ilość wazeliny, którą smarowali po równo i lewicę, i prawicę, wywoływała już wyłącznie odruchy wymiotne?

Tak czy inaczej, pogląd, że absencja wyborcza spowodowana była postrzeganiem gospodarczych rządów „Solidarności” jako: fatalnych i rujnujących kraj, jest jednym z wyżej wymienionych, w którym opinia części elit politycznych pokrywała się z tym, z czym spotykaliśmy się w czasie naszych ulicznych spotkań z tzw. elektoratem.

III. O czym się nie pisze i nie mówi?
We wszystkich dyskusjach i komentarzach na temat rezultatów wyborów zastanawia całkowity brak jednego elementu: jaki wpływ na te ostatnie wybory miało czy mogło mieć doświadczenie poprzednich wyborów, jakich całą serię przeżyliśmy w ciągu ostatnich dwóch lat? Mam tu na myśli wybory: (1) parlamentarne z czerwca 1989, (2) prezydenckie w Zgromadzeniu Narodowym z lipca 1989, (3) związkowe do władz w NSZZ „Solidarność”, (4) samorządowe w maju ub. r. i wreszcie (5) wybory prezydenckie z listopada 1990. Jaka lekcja demokracji została przy okazji tych; ogólnokrajowych akcji wyborczych udzielona spragnionemu demokracji społeczeństwu? Czy ten długi szereg, wykonanych w bardzo krótkich odstępach czasu, kosztownych i spektakularnych eksperymentów z demokracją mógł zachęcić lub zmobilizować społeczeństwo do wzięcia udziału w kolejnym eksperymencie, na dodatek takim, którego autorzy od początku ostrzegali, że będzie to eksperyment nieudany, bo ordynacja wyborcza jest bardzo kiepska? Warto też zwrócić uwagę na fakt, że dominującym tonem komentarzy przedwyborczych był ton, który głosił, że – ze względu na kiepską ordynację – nowo wybrany Sejm będzie dużo gorszy od tego, który właśnie, odchodzi. Trudno zrozumieć, jak takie dywagacje miały zmobilizować widzów czy słuchaczy do powszechnego entuzjastycznego pójścia do urn?

Przyjrzyjmy się w retrospekcji owym wyborczym eksperymentom.

(1) Podejrzewam, że niewiele osób ma dzisiaj wątpliwości co do tego, iż owe „pierwsze wolne i demokratyczne wybory” w czerwcu 1989 z demokracją niewiele miały wspólnego, a były raczej wyborczą manipulacją, w której wyniku do Sejmu dostali się wyłącznie ci, których wybrano czy też wytypowano gdzie indziej. Nie chcę tutaj otwierać sporu, czy owe „wybory” były czy nie były historycznym zwycięstwem nad komunizmem i początkiem „rewolucji kopernikańskiej” (słowa G. Busha). Interesuje mnie tutaj wyłącznie jeden aspekt: jaką „lekcją demokracji” były czerwcowe wybory parlamentarne i w jaki sposób przygotowywały społeczeństwo do kolejnych prób?

Uważam, że dotychczas dla demokracji nie może być satysfakcją rezultat, że „ten mecz wygrali nasi”, że wynik wynosi, powiedzmy, 100:0. Z punktu widzenia procesu budowania demokracji nie może być obojętne, jakimi sposobami to zwycięstwo zostało odniesione? Niestety, trzeba stwierdzić, że nie była to lekcja budująca: wszyscy kandydaci niezależni, tzn. tacy, którzy ośmielili się wysunąć swoje kandydatury bez fotografii z Lechem Wałęsą, zostali ogłoszeni za zdrajców, kryptokomunistów i Bóg wie co jeszcze, a niektórzy krewcy duchowni osobiście zrywali plakaty nie koncesjonowanych kandydatów. Pewien wybitny wrocławski kaznodzieja wydał drukiem swoje kazanie wyborcze, w którym nauczał, iż człowiek, owszem, powinien się kierować sumieniem, ale tylko zdrowym, a zdrowe sumienie może mieć tylko ten, kto stosuje się do wskazań Wałęsy!

(2) Po wyborach parlamentarnych wybierano, w Zgromadzeniu Narodowym, Prezydenta. Na oczach milionów telewidzów odegrano farsę wyborczą, której wynik był, od początku do końca, przesądzony i umówiony. Wiemy doskonale, że wybrańcy „Solidarności” i Wielkie Autorytety Moralne wrzucili do urny dokładnie tyle nieważnych głosów, ile było potrzeba, aby Jaruzelski został wybrany. Natomiast cały Obywatelski Klub Parlamentarny odegrał komedię „odcinania się” od tego wyboru.

Podkreślam: nie chodzi tu o to, czy w owym czasie możliwy był wybór kogoś innego, np. Wałęsy, jakie były „za” i „przeciw” owej manipulacji. Chodzi o to, że to była czysta manipulacja wyborcza, a jeśli się takich manipulacji dokonuje, to trzeba mieć świadomość, że przyjdzie za to zapłacić, bo nie znam nikogo, kto lubi, aby nim manipulowano.

(3) O ile jednak oba powyższe „wypadki demokracji” można próbować usprawiedliwiać „warunkami bojowymi”, konfrontacją z „czerwonym”, koniecznością zwierania szeregów za wszelką cenę itp., to sprawa wyborów do władz „Solidarności” przedstawia się zupełnie inaczej i śmiem twierdzić, iż tamte wybory, sposób ich przeprowadzenia są w pierwszym rzędzie odpowiedzialne za erozję procesu wprowadzania demokracji w Polsce. Związek, który na swoich sztandarach, w programie Zjazdu i w statucie, zapisał, że „fundamentem życia Związku jest demokracja”, dał najgorszy przykład antydemokracji, manipulacji, eliminacji ludzi niewygodnych, którzy mieli zastrzeżenia do polityki aktualnych, w dodatku samozwańczych, liderów. Lech Wałęsa, z grupą doradców (warto może przypomnieć, że w owym czasie najbliższymi doradcami byli Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek), dokonał samowolnej zmiany statutu Związku, a na jego członków nałożony został obowiązek ponownej rejestracji i uznania tych zmian. Udział w wyborach mogli wziąć tylko ci, którzy ugięli się przed tym dyktatem. Wyeliminowano w ten sposób skutecznie wszystkich czy prawie wszystkich przywódców związkowych, którzy nie zgadzali się z polityką Wałęsy. Nastąpił rozłam w Związku, a 80% jego dawnych członków znalazło się poza nim. „Solidarność”, która na pozór objęła władzę w państwie, de facto poszła w rozsypkę, a pozostała tylko fasada i zawłaszczone sztandary.

Można dzisiaj nieomal z pewnością powiedzieć, że taki rozwój wydarzeń nie był ani przypadkowy, ani też nie był to „naturalny proces różnicowania się Związku po odniesionym zwycięstwie”. Jest rzeczą oczywistą, że Związek „Solidarność”, o takim stopniu niezależności, autentyczności i spontaniczności, jakie cechowały „Solidarność” sprzed stanu wojennego, byłby poważną przeszkodą w zaplanowanym „procesie reform”. Został więc, z całą świadomością, podzielony i rozbity. Dzisiaj zresztą różni jego przywódcy sami przyznają się do współudziału w tej „pluralizacji” (np. Wałęsa ponad rok temu oświadczył: „to ja podzieliłem «Solidarność»”). Inni, jak np. Adam Michnik czy Bronisław Geremek, wolą odpowiedzialnością obarczać swoich dzisiejszych antagonistów. Oczywiście śp. Stefan Kisielewski zawsze głosił, że związek zawodowy „Solidarność” jest i będzie przeszkodą na drodze do kapitalizmu, podobnie zresztą jak niezmiennie głoszą to liberałowie od Korwina-Mikkego i inni. Mieli i mają do tego prawo. Gorzej jest jednak, kiedy poglądy takie wyznają przywódcy związkowi, a na dodatek wprowadzają je w czyn. Wówczas noworodek o nazwie „demokracja” zostaje zaduszony własną pępowiną.

(4) Po wyborach w „Solidarności” przyszły natychmiast pośpieszne, nie przygotowane wybory samorządowe. Zmobilizowano do ostatniego lotu, gwałtownie płowiejące sztandary „Solidarności”, wykorzystano wszystkie środki państwa (i, notabene, pomoc zagraniczną), aby jeszcze raz zapewnić druzgocące zwycięstwo „obozowi «Solidarności»”. W efekcie, w wielu samorządach lokalnych, obóz ów dysponuje większością stuprocentową! Dzisiaj, z perspektywy półtora roku trudno nie podziwiać nierozumności tego zabiegu: komu potrzebny był tego rodzaju „sukces”? Czyż nie można było pozwolić na autentyczny eksperyment z demokracją i pozwolić społecznościom lokalnym, żeby wybrały się tak jak im wygodniej? Stało się inaczej. Nie przygotowani, niekompetentni, ale za to spragnieni władzy i zaszczytów przedstawiciele odnowionej „Solidarności”, przejęli sto procent władzy lokalnej, nie zdając sobie sprawy, że sto procent władzy to sto procent odpowiedzialności. Ostentacyjnie manifestowana pseudojedność pęka teraz w obliczu problemów i konfliktów lokalnych, a odpowiedzialności za nieudolność, brak kompetencji – nie mówiąc już o aferach – podzielić nie ma z kim. Wszystkie pomyłki, błędy itp. lokalnych kacyków idą na konto „Solidarności”, a brak rzetelnej opozycji pozbawił nawet tych, którzy działają w najlepszej wierze, prostych sygnałów alarmowych. I tak kręci się ten circulus viciosus.

(5) Ubiegłoroczne wybory prezydenckie to osobna historia, ale również swoista „lekcja demokracji” w wykonaniu jej głównych koryfeuszy. Póki rywalizacja toczyła się „między swymi”, to było jeszcze jako tako. Kiedy jednak pojawił się „obcy” w osobie Stanisława Tymińskiego, to wszelkie względy na jakiekolwiek zasady poszły w kąt. Casus Tymińskiego obnażył w całej pełni nicość moralną (ale, niestety, także intelektualną) naszych elit politycznych. Całymi godzinami wysiadywali przed kamerami polityczni idole, aby widzom wmawiać, że Tymiński to psychopata, agent KGB i Kadafiego, sadysta maltretujący żonę, zwykły przestępca kryminalny, narkoman, antysemita z żoną Żydówką itp., itd. Rekord, jak sądzę, należy tu do wykwintnego „dżentelmena”, byłego ministra spraw wewnętrznych Krzysztofa Kozłowskiego: wykrył on najpierw, że Tymiński uzyskiwał w Libii, u Kadafiego, wizy wjazdowe do Polski, a po wyborach przyznał, że to bzdura, za którą odpowiedzialny jest... wadliwy system komputerowy MSW! Jeśli do tego dodać, że wyborcy, którzy poparli Tymińskiego, zostali urbi et orbi przedstawieni jako prymitywny, niewykształcony motłoch pokomunistyczny, wymagający leczenia psychiatrycznego – to może nie należy się dziwić, że ten „motłoch” nie bardzo ma ochotę bawić się w gry wyborcze z tego rodzaju „dżentelmenami”? Istotne bowiem nie jest to, że tego rodzaju poglądy były głoszone i rozpowszechniane, istotne jest, że były to poglądy i opinie obowiązujące w środkach masowego przekazu, i to na zasadzie wyłączności.

Wszystkie te zdarzenia wyborcze z ostatnich dwóch lat odbywały się na oczach i przy udziale całego społeczeństwa, a stosowane przy tych okazjach antydemokratyczne procedury, manipulacje i machinacje nie mogły pozostać bez wpływu na stosunek do wyborów. Czyż nie jest więc zastanawiające, że ten element został całkowicie pominięty milczeniem, a może nawet nie zauważony?

Jestem przekonany, że to milczenie naszych elit politycznych posiada swoją wymowę. Nie ma tu bowiem nikogo, na kogo można by zrzucić odpowiedzialność, samemu zachowując cnotę. Pozostaje pytanie: do ilu razy sztuka? Jak długo można bezkarnie hasać na polu publicznym, jak długo rozdzierać szaty nad powolnym procesem „demokratyzacji”, a machinacje i manipulacje wyborcze nieodmiennie przedstawiać jako kolejne zwycięskie etapy przechodzenia od komunizmu do demokracji?

Gdzie są kraje demokratyczne, w których funkcjonują podobnie kuriozalne, odpersonifikowane ordynacje wyborcze? W jakim kraju demokratycznym wprowadza się poprawki do konstytucji, aby odebrać bierne prawo wyborcze jednemu człowiekowi? (Przy okazji: we Wrocławiu uzyskał mandat poselski dżentelmen, który był na tyle małoduszny i krótkowzroczny, że jeszcze w roku 1986, a więc wtedy gdy w niewinności swojej dobijaliśmy ostatecznie komunizm, zdecydował się na emigrację, aby powrócić do kraju już po epokowym zwycięstwie! I nie przeszkodziło mu to ani w kandydowaniu, ani w uzyskaniu mandatu.) Kiedy, mimo wszystko, można się było zasadnie spodziewać, że Partia X i tak ma szansę stworzenia poważnego zagrożenia, wtedy dopuszczono się rzeczy niesłychanej: unieważniono ogłoszoną już wcześniej rejestrację! Obawiam się, że niewielu jest w Polsce ludzi, którzy wierzą, że wszystko tu odbyło się zgodnie z prawem i jest w porządku. I nie bez racji: warto zwrócić uwagę, że Partia X uzyskała mandaty w trzech, spośród czterech, okręgach, w których pozwolono jej kandydować, łatwo więc wyobrazić sobie, co by się działo w obecnej sytuacji, gdyby kilkadziesiąt mandatów było dziś w posiadaniu „X”, zamiast... no właśnie, zamiast kogo? Myślę, że to właśnie groza tej perspektywy zmusiła naszych obrońców demokracji do tak surowego potraktowania Partii X i być może powinniśmy im być wdzięczni, ludzie jednak nie przepadają za tym, żeby ich traktować jak małe, nierozumne dzieci, nawet jeśli na to zasługują!

Tekst powyższy jest oskarżeniem polskich elit. Oczywiście, elity mamy takie, jakie mamy, i nie ma skąd wziąć innych. Są to w istocie te same elity, które służyły, z zapałem czy bez, upadłemu systemowi i nie ma większego znaczenia to, że dołączyły do nich dziesiątki osób z „nowego zaciągu”. Jeśli jednak elity te na serio chcą być elitami nowego, demokratycznego społeczeństwa, to muszą zacząć spoglądać w lustro i zacząć intensywną edukację... od siebie! Muszą zrozumieć, że cel naprawdę nie uświęca środków, a więc że nie da się zbudować demokracji metodami antydemokratycznymi. Muszą zrozumieć, że demokracja to nie tylko kartka wyborcza z ilomaś tam nazwiskami, nawet jeśli się przestrzega procedury co do joty! Aby można r było mówić o rządach większości, to ta większość musi mieć przede wszystkim głos i być właściwie reprezentowana!

Wybory, któreśmy właśnie przeżyli, pokazały, że mamy nadal do czynienia z milczącą większością. Ta większość zbojkotowała wybory. Mniejszość, która na wybory poszła, jak się okazało, jest politycznie zdezorientowana. Jeśli nie ma dzisiaj w Polsce wystarczającej liczby ludzi inteligentnych i wykształconych, którzy posiadają sumienie i odwagę spoglądania w lustro, to nie ma farby wystarczająco czarnej, którą należałoby malować naszą przyszłość.

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: