4. Inna polityka: WAŁĘSA MUSI ODEJŚĆ (Grzegorz Dziarski)

Obecnie panujący nam prezydent nie należy do gwiazd jasno błyszczących na polskim firmamencie politycznym. Można wręcz powiedzieć: prezydent nam się nie udał. Od ponad roku, czyli od dnia, w którym został wybrany w demokratycznych wyborach, zachowuje się tak, jakby Rzeczpospolita była krajem, w którym rządy ogółu mają umiarkowaną rację bytu. Wałęsa bardzo często mówi i powołuje się na demokrację, jednak jego rozumienie istoty tego systemu jest chyba inne, niż się to powszechnie przyjmuje.

Ludzie głosując na Wałęsę liczyli przede wszystkim na zmianę polityki Mazowieckiego i Balcerowicza. Jest to fakt ewidentny. Tak się jednak złożyło, że się przeliczyli. Olszewski, który mógł być premierem rządu przełomu i rządu bez Balcerowicza, wyraźnie nie spodobał się prezydentowi, chociaż miał duże szanse, aby spodobać się czekającemu na zdecydowane zmiany społeczeństwu. Premierem został Bielecki – słaby i podległy prezydentowi polityk; Balcerowicz pozostał w rządzie i mimo że wyniki wyborów mówiły: „czuj się odwołany”, nadal kierował, coraz bardziej schodzącą na manowce, polityką gospodarczą rządu. Ludziom dano do zrozumienia, że są jedynie przedmiotem, a nie podmiotem gry politycznej, odebrano im wpływ na politykę i pokazano, kto tu rządzi i czyj głos się liczy. Od tej chwili zaczął się upadek świetlanego, chociaż bardzo jeszcze słabego autorytetu demokracji.

Wałęsa stawiając na rząd kontynuacji zagrał nieuczciwie względem swojego elektoratu – to był błąd kardynalny pierwszy. Drugim było przesunięcie na jesień terminu wolnych wyborów do parlamentu. Właśnie prezydent jest współodpowiedzialny za taki rozwój wydarzeń na naszej arenie politycznej. To także jemu, a nie tylko komunistom i lewicy zabrakło politycznej woli przyśpieszenia w tej tak fundamentalnej dla prawidłowego funkcjonowania naszego państwa sprawie. Czyżby układ – słaby premier, kontraktowy i działający bez poparcia społecznego Sejm – był dla głowy naszego państwa wygodny?

Teraz znowu powtarza się ten sam scenariusz i te same błędy. Nie trzeba być szczególnie bystrym obserwatorem, aby spostrzec, że i tak dosyć bierne społeczeństwo jeszcze bardziej skapcaniało. Wydatnie w tym dziele pomogła wzrastająca niewiara w prezydenta, w elity polityczne, które nikogo i niczego nie słuchają, ponieważ są namiętnie wsłuchane w swoje własne duszy granie. Partie zajęte kanapowymi układami i zadowolone z osiągniętych pozycji przestały zawracać sobie głowę szarym wyborcą, który jednak na coś (może chociaż na szacunek?) liczył. W rezultacie przegrywamy wszyscy. Ostatnie wyniki wyborów wyraźnie to pokazały. Partie nie mają szerszego poparcia, przyszłość rysuje się niejasno, panuje powszechna apatia, mimo że jedynym ratunkiem jest twórczy, że tak powiem, entuzjazm.

Przegrywa także Wałęsa, pozbawiając się resztek autorytetu człowieka, który wsp6łodczuwa ze społeczeństwem. Niestety, dzwonek polityczny w postaci ostatnich wyników wyborczych Wałęsy nie ostrzegł. Jego poczynania wskazują po pierwsze na to, że człowiek ten przełomu nie chce lub się go boi, albo idei przełomu nie rozumie. A po drugie, że ma trudności w naginaniu się do zasad demokracji.

Tymi okolicznościami należało też chyba tłumaczyć niechęć prezydenta do desygnowania na premiera człowieka, który, opierając się na wytworzonej koalicji, ma największe szanse na dokonanie udanej operacji wprowadzenia w nasze ciało państwowe żywszego obiegu krwi, na przełamanie niemożności i połowiczności, która tak oplotła ostatnich „decydentów”. Który wreszcie ma szanse na pobudzenie nadziei w zbiedniałym, zmęczonym i smutnym społeczeństwie.

Wałęsa, co prawda, uległ demokracji i zdecydował się wreszcie na Olszewskiego jako szefa rządu, ale wydaje się, że zrobił to pod wpływem potężnego ciśnienia politycznego. Forma przedstawienia kandydata na fotel premiera również daje wiele do myślenia (prezydent wolał pojechać na spotkanie z komunistami, aby zapewnić b. towarzyszy, że będzie ich bronił i wspierał, niż osobiście przedstawić Sejmowi wybranego przez siebie człowieka na stanowisko prezesa Rady Ministrów).

Powiedzieć trzeba jasno, Polska nie ma czasu na to, aby rządzili nią niekompetentni prezydenci, słabe rządy i nie legitymowalne społecznie sejmy. Potrzebne jej są, jak spragnionemu woda, rządy ludzi mocnych i mądrych politycznie, zdolnych wyprowadzić kraj z ogólnoustrojowej zapaści. O ile Wałęsa (nie mówiąc już o innych) temu zadaniu nie sprosta, nie odczyta znaków czasu – to rychło może się okazać, że ze względu na dobro publiczne powinien pomyśleć o politycznej emeryturze.

Orientacja na prawo 1986-1992: