8. Nasze lektury: AGENCI WPŁYWU I 13 GRUDNIA (Jacek Kwieciński)

NASZE LEKTURY

___________________________________________________________________________

Jacek Kwieciński

AGENCI WPŁYWU I 13 GRUDNIA

Sukcesy wydziału zagranicznego NKWD/KGB

Niewątpliwie nastąpiło u nas przesycenie rynku książkami i wiadomościami na temat KGB (i jego uprzednich wcieleń). Kilka wątków nie tak dawno wydanej, a głośnej pozycji[1] warte jest jednak, mimo wszystko, przedstawienia. Chodzi tu o pewne aspekty "widzianej od wewnątrz" ("from inside") historii Zachodu w kontekście wymierzonych weń działań oraz o 13 grudnia 1981 roku w Polsce. "Od wewnątrz" oznacza zaś perspektywę znakomitą - siedzibę NKWD/KGB w Moskwie.

Książka była rzeczywiście głośna. Wspominano o niej nawet w Polsce. Paru tłumaczy przekładało ją jednocześnie, by jak najszybciej mógł się ukazać francuski przekład, Jej egzemplarz można było ostatnio zobaczyć na środku głównej półki w gabinecie ostatniego (?) szefa KGB.

Nie stanowi ona próby opisu struktury tej instytucji, nie jest też czymś w rodzaju wspomnień. Autorzy pokusili się o przedstawienie na 700 stronicach historii najważniejszych działań wydziału zagranicznego (I Zarządu Głównego) KGB i poprzedzających je tworów.

Płk. Oleg Gordijewski miał wszelkie dane, by zostać współautorem podobnej książki. Dwadzieścia parę lat był wysokim funkcjonariuszem I Zarządu - zarówno w Centrali, jak i jako rezydent w Londynie oraz w Kopenhadze. W 1980 r. powierzono mu przygotowanie części, pisanej dla użytku wewnętrznego, historii I Zarządu Głównego, przez co zyskał wgląd do wielu dodatkowych dokumentów. Co więcej, od roku 1974 Gordijewski współpracował z brytyjskim MI6 i aż do swej ucieczki, w obliczu groźby aresztowania (1985), starał się zebrać jak najwięcej informacji o dawnych i obecnych działaniach CzK, NKWD itd. przeciw Zachodowi. Jako ciekawostkę można dodać, że w czasie pierwszej wizyty Gorbaczowa w Londynie I (1984) Gordijewski przekazywał mu parę razy dziennie informacje wywiadowcze, przedstawiając jednocześnie Brytyjczykom (p. Thatcher), wskazówki Gorbaczowa dla londyńskiej ekspozytury KGB!

Niestety jako swego współautora b. pułkownik dobrał sobie szczególnie standardowego i ostrożnego brytyjskiego specjalistę. Przeto nawet język opracowania jest nadmiernie "wyważony". Ostrożność widoczna jest szczególnie przy omawianiu kwestii związanych z Wielką Brytanią. Nie jest przypadkiem, iż autorzy nie wspominają nawet (chociażby w formie zdecydowanego zaprzeczenia) o głośnej sprawie przypuszczalnego zabójstwa byłego przywódcy Labour Party, H. Gaitskella (co utorowało drogę Haroldowi Wilsonowi z jego znacznie bardziej lewicowym, a po części agenturalnym otoczeniem i co leży u podstaw zmian ideowych w kierownictwie Partii Pracy), lub o przypadku wieloletniego premiera Kanady L. Pearsona, nazywanego przez KGB "naszym człowiekiem".

Ustalenie przez Gordijewskiego, że "piątym" członkiem słynnej grupy szpiegowskiej z Cambridge był John Caincross (zostało to ostatnio potwierdzone w Moskwie i przedstawione w rojącej się od błędów relacji "Rzeczypospolitej" z Londynu), nie jest żadną sensacją. Jego agenturalna działalność - m.in. fałszowanie wiadomości z Jugosławii, co przyczyniło się do zdradzenia przez Wielką Brytanię gen. Mihajlovicia i udzielenia całkowitego poparcia komunistom - znana była od 40 lat. W 1964 r. Caincross nie tylko przyznał się, ale wskazał wielu innych szpiegów sowieckich. Oburzano się od dawna jego bezkarnością, a nawet zwano "grubą rybą" sowieckiej siatki. Przypuszczano wszakże, że "piątym" musi być ktoś jeszcze wyżej postawiony.

Przesadne, niemożliwe do zrealizowania ambicje książki powodują nieuporządkowanie narracji. Jej zaletę stanowi wszakże pomieszczenie w jednym miejscu dużej ilości wiadomości z różnych czasów i krajów. Stosunkowo mało z tych informacji stanowi nowość dla specjalistów. Jednakże ta dość standardowa zawartość, a także wspomniane nastawienie autorów sprawiają, że nieliczne rewelacje są tym bardziej wiarygodne, jak też i szczególnie uderzające.

HARRY HOPKINS

Najbardziej pouczającymi fragmentami opracowania są te, które ukazują czubek prawdziwej góry lodowej - nasycenie Zachodu nie tyle szpiegami, co tak czy inaczej określanymi "agentami wpływu".

Szkoda tylko, że przynajmniej w odniesieniu do krajów anglosaskich podane wiadomości dotyczą wyłącznie odległej, chociaż - nie tylko dla nas - niezwykle istotnej przeszłości. (O pewnym przyczynku odnoszącym się do czasów nam współczesnych wspomnimy potem). Zresztą autorzy nie tylko starają się za wszelką cenę przekonać Czytelników, że w latach późniejszych sytuacja uległa radykalnej poprawie (w co doprawdy trudno uwierzyć), ale również przy przedstawianiu dawnych przypadków wciąż mówią o li tylko "naiwności", "ogromnej naiwności", "wyjątkowej naiwności" danych polityków zachodnich. Trzeba raz jeszcze podkreślić, iż prezentacja tych kwestii wyzbyta jest zupełnie, nawet w warstwie językowej, z wszelkiej sensacyjności, toteż zarzuty dotyczące "szukania sensacji" należy oddalić.

Niewątpliwie największą sensacją zawartą w książce jest udokumentowana informacja o tym, że w latach wojny NKWD/NKGB uważało HARRY HOPKINSA za swego "najważniejszego agenta" w USA. Wiadomość ta całkowicie zaszokowała Amerykanów. Próbowano ją zdezawuować bądź ignorować. Pozycja Hopkinsa w obowiązującym dotychczas przekazie historycznym jest bowiem wyjątkowa. Był on kimś więcej niż przyjacielem i powiernikiem F. D. Roasevelta. Ten ostatni uczynił go po prostu człowiekiem nr 2 w Waszyngtonie. Hopkins miał niezwykle szerokie pełnomocnictwa, a jego ówczesne wpływy stanowią w historii nowoczesnej prezydentury amerykańskiej przypadek szczególny. Hopkins stał się prototypem zausznika głowy państwa i symbolem "szarej eminencji". Jego wizerunek został przy tym ukształtowany w sposób więcej niż pozytywny: wraz z Rooseveltem i jego żoną został zaliczony do grona "świętych". Jego stosunki z prezydentem uznano za modelowy przykład idealistycznej współpracy dla dobra - postępu, świata i Ameryki. Słabość do Sowietów potraktowano jako błahostkę, jeśli nie dodatkowy dowód troski o dobro - ogólne i szarego człowieka. Napisano dziesiątki "dzieł naukowych" i książek - panegiryków, w tym parotomowe rozprawy o współpracy, studia o przyjaźni, woluminy korespondencji - z Rooseveltem. Wydana w 1987 roku nakładem Harvard University Press pozycja pt. Harry Hopkins - sojusznik biednych i obrońca demokracji, nie jest z pewnością dziełem ostatnim. Z tak ukształtowanym wizerunkiem musiała się zmierzyć informacja Gordijewskiego. Pisze on, że jeszcze w latach sześćdziesiątych dawny nielegalny agent[2] NKWD Achmierow (w Stanach używał nazwisk: Greinke, Green i Adamec) omawiając na seminarium dla oficerów KGB ówczesną "amerykańską działalność" tej instytucji i wspominając swe liczne, potajemne spotkania z Hopkinsem określił powiernika prezydenta jak w przytoczonym cytacie...

Dochodzimy tu do kwestii zasadniczej. Kogo można nazwać agentem? Jaka jest różnica między "agentem wpływu", "tajnym kontaktem" (inny termin z żargonu KGB), osobistością "niezmiernie podatną na nasze zdanie" bądź taką, którą samo KGB klasyfikuje, jak w przypadku Hopkinsa, jako "agenta"? I czy w przypadku postaci, która z jakichś powodów - próżności, poczucia osobistej misji, potrzeby zbawiania (pospołu z ZSRS) świata - czyni stale, wciąż i z entuzjazmem to, co Sowieci uważają dla siebie za najkorzystniejsze, ma to szczególne znaczenie? Gordijewski omawiał przypadek Hopkinsa z wieloma oficerami Wydziału Zagranicznego i wszyscy z nich byli zgodni: powiernik Roosevelta był agentem o szczególnym znaczeniu. Autorzy starają się jednak przedstawić sprawę w sposób "wyważony". W końcu czytamy więc, że Gordijewski "doszedł stopniowo do wniosku, że Hopkins był raczej nieświadomym niż świadomym" spełnianej przez siebie roli. Jest to nawet wysoce prawdopodobne podobnie jak to, że KGB lubi niewątpliwie przeceniać swe osiągnięcia. Niemniej jednak warto nieco bliżej przyjrzeć się temu wręcz modelowemu przypadkowi.

Zaufany Roosevelta spotykał się wielokrotnie i w tajemnicy z Achmierowem, który nie był oficjalnym przedstawicielem sowieckim. O tych spotkaniach nikt nic (dotychczas nie wiedział. Nie ma o nich nawet najmniejszej wzmianki we wspomnieniach, korespondencji, dokumentach Białego Domu czy w spisywanych po latach i coraz mniej zdawkowych relacjach. To, czy Hopkins był przekonany, iż rozmawia ze specjalnym, wyłącznie do niego skierowanym, wysłannikiem Stalina, czy też wprowadzał w życie swą opinię, według której "pracownicy NKWD nie różnią się od naszych detektywów w cywilu", a zatem budowanie nowego, lepszego ładu światowego za ich pośrednictwem nie jest specjalnie naganne, jest chyba mało ważne. Ważniejsze jest to, że przyjmowany po królewsku w Moskwie, jeszcze przed Pearl Harbour, Hopkins stał się chwalcą Sowietów i miłośnikiem geniuszu Stalina w stopniu, który nawet wówczas odznaczał się szczególnym natężeniem uczucia. "Harry przekonał mnie" (do nieograniczonej pomocy dla Sowietów bez żadnych warunków wstępnych) - stwierdzał potem Roosevelt. Hopkins przedstawiał prezydentowi memoranda nt. konieczności "zaufania Sowietom" i ich nadludzkiemu "marszałkowi", przy czym ambasador amerykański w Moskwie stwierdził wiele lat później, iż treść rozmów na Kremlu podana w raporcie specjalnego wysłannika była różna od rzeczywistej. Te działania Hopkinsa miały decydujący wpływ na ustalenie stosunku USA do Związku Sowieckiego w tym kluczowym okresie - u zarania amerykańskiego udziału w wojnie. Hopkins spowodował zresztą odwalanie zarówno ambasadora, jak i attache wojskowego w Moskwie. Temu ostatniemu urządził awanturę za brak odpowiedniego entuzjazmu wobec osoby Stalina. Wreszcie, wbrew woli Sekretarza Stanu, usunął szefa sekcji sowieckiej w amerykańskim MSZ za podobny grzech.

Swą linię Hopkins forsował w sposób zdecydowany, "agresywny", jak piszą, na podstawie świadectw, autorzy. Miało to miejsce w czasie, gdy Anglosasi nie posiadali w Moskwie ani jednego pracownika wywiadu (CIA nie działała tam do 1953 roku), stopień zabezpieczenia ambasad zachodnich w Moskwie najlepiej opisałby Mrożek, a administracja Roosevelta i raczkujące służby specjalne USA były naszpikowane "zwykłymi", stuprocentowymi agentami sowieckimi w sposób bezprzykładny, NKGB było "zachwycone" wzrastającą jeszcze rolą Hopkinsa w okresie Jałty. Wyniki konferencji na Krymie wprowadziły zresztą doradcę w stan bliski euforii.

Harry Hopkins, najbliższy przyjaciel i zaufany doradca Roosevelta, ze Stalinem

Stany Zjednoczone nie mogą zawieść Stalina, muszą mu udowodnić swą dobrą wolę - tłumaczył prezydentowi. Po śmierci Roosevelta, mimo sprzeciwu kolejnego Sekretarza Stanu (a za radą zaliczanych dziś w Ameryce do "najmądrzejszych dyplomatów w historii" Harrimana i Bohlena), Hopkins wysłany został raz jeszcze do Moskwy. Oznaczało to dodatkowe opóźnienie w wyzwoleniu się H. Trumana z choroby czasów rooseveltowskich. Hopkins, przekraczając swe uprawnienia, wyraził na Kremlu ubolewanie z

powodu dokonującej się właśnie w opinii amerykańskiej zmiany stosunku do Sowietów i przekonanie, że wynika to z "naszej" nieumiejętności

wprowadzania w życie postanowień jałtańskich wobec Polski. Zdystansował się całkowicie od krytyki polityki sowieckiej w tym względzie, przyjmując i niejako akceptując postępowanie Kremla. Dał Stalinowi do zrozumienia, że panuje tu nadal, niczym nie zmącona, zgoda amerykańsko-sowiecka. Na jedyny czarny charakter wyszli Brytyjczycy, co Stalin podchwycił, a na co Hopkins dwukrotnie zareagował stwierdzeniem: "nasze stanowisko jest całkowicie różne". Po wyjeździe specjalnego wysłannika NKGB uznało, dosłownie, że odniesiono, z pomocą Hopkinsa, walne zwycięstwo nad amerykańskim imperializmem (zaraz potem rozpoczął się w Moskwie proces szesnastu). Hopkins przekazał Trumanowi odpowiedni raport z optymistycznymi wnioskami co do przyszłości budowy demokratycznego "nowego porządku światowego". Miało to niewątpliwie wpływ na to, że wypracowana przez Stalina i Hopkinsa formuła, zwłaszcza w odniesieniu do spraw polskich, przetrwała konferencję poczdamską (lipiec-sierpień 1945 r.). Harry Hopkins był więc współautorem zarówno zainaugurowania, jak i maksymalnego przedłużenia polityki appeasementu wobec Sowietów w tych decydujących latach. Jeśli był rzeczywiście tylko "nieświadomym agentem", to można dojść do wniosku, że starania w celu pozyskania "agentów świadomych" są w dużym stopniu stratą czasu.

ALGER HISS

Gordijewski, jako kolejne, któreś z rzędu, źródło potwierdza, że ulubieniec F. D. Roosevelta Alger Hiss był agentem sowieckim (w pełnym tego słowa znaczeniu). Podaje nawet smakowity szczegół - kryptonim, jaki nadało mu NKWD ("Ales").

Informacja wydaje się banalna. Ostatecznie Moskwa dysponowała w administracji Roosevelta całymi siatkami szpiegów (o czym jeszcze wspomnimy). Przypadek Hissa jest jednak szczególny, a podany fakt niezwykle pikantny. Nie przesadzimy bowiem, gdy stwierdzimy, iż stosunek do tej postaci - intelektualistów i dziennikarzy amerykańskich - odbija aktualny stan ideowy (jeśli tak można to określić) Ameryki. To z kolei ma, z czym chyba każdy się zgodzi, dość duże, ogólnoświatowe znaczenie.

Postać Hissa obrosła w USA pewnym mitem. Z lekka tylko przesadzając, mit ów porównać można do tych wytworzonych wokół wojny domowej w Hiszpanii, piękna "protestów" wobec wojny wietnamskiej czy działalności Salvadore Allende. Człowiek zdemaskowany jako szpieg już w roku 1939 (publicznie nieco później) urósł w okresie ofensywy Nowej Lewicy (od circa 1967 do dziś) do rangi heroicznego bohatera, idealistycznego prekursora "odprężenia" (ze Stalinem), niesłusznie prześladowanego antenata dzieci-kwiatów i "działaczy pokojowych". Nie bacząc na coraz to nowe dowody, we wpływowych kręgach intelektualnych Ameryki przedstawia się go nadal jako św. Jerzego, który z poświęceniem walczył z amerykańskim smokiem. Jest on bowiem, zdaniem tych kręgów, zarówno czymś w rodzaju męskiego skrzyżowania Jane Fondy z Angelą Davis, jak i niewinną ofiarą. W sprawie tej nie obowiązuje bowiem logika, a fakty i dowody nie liczą się. Stawka jest bowiem duża i nie chodzi w niej o przeszłość Hissa. Jest on tylko symbolem. Chodzi o stosunek do antykomunizmu, do tego, kto wywołał "zimną wojnę" (tak jest - amerykańscy intelektualiści A.D. 1991 głowią się nad tym problemem), do amerykańskiej partii komunistycznej z okresu stalinowskiego, do Roosevelta i - szczególnie - do R. Nixona, a także - do kształtu polityki zagranicznej Stanów oraz do "postępu" jako takiego. Stawka jest więc rzeczywiście wysoka, zwłaszcza że jeszcze obecnie marksizm kwitnie na amerykańskich uczelniach, a próby idealizowania "twardej lewicy" (KP USA okresu stalinowskiego) są kontynuowane.

Obrona Hissa nie wynika więc, jak mógłby przypuścić ktoś zorientowany nieco w realiach amerykańskich, z pojawienia się nowego, postępowego frontu walki - przeciwstawiania się spyizmowi (braku równouprawnienia czy też dyskryminacji szpiegów na wzór bujnie rozkwitłych zmagań z seksizmem, elityzmem i tak dalej). Stosunek do tej postaci stał się probierzem "postępowości" wśród elity amerykańskiej. Nawet jej mniej postępowi przedstawiciele pragnęli, by archiwa KGB otwarto po to, by, jak jednym tchem mówią, poznać kulisy zamachu na Papieża i rzekomą tajemnicę związaną z Hissem. Omawiana książka wyszła wszakże w Wielkiej Brytanii. Christopher Andrew jest Anglikiem, toteż nie miał oporów z pisaniem o tej sprawie. Gordijewski zaś zdawał tylko relację z tego, co odkrył w archiwach KGB...

Alger Hiss był wschodzącą gwiazdą późniejszych administracji F. D. Roosevelta. Należał też - pod każdym względem - do elity stolicy i Nowego Jorku. Przez coraz wyższe stanowiska w 3 ministerstwach doszedł wreszcie do Departamentu Stanu, gdzie rozwój jego kariery uległ jeszcze przyspieszeniu. Tymczasem, w 1937 roku działający w podziemiu łącznik między tajną częścią KP USA a Kominternem i wywiadem sowieckim, werbujący do tej pracy dostojników rządowych, wiedzący o Hissie i przekazywaniu przez niego całych stert dokumentów Departamentu Stanu, został wezwany do 3 Moskwy. Whittaker Chambers (późniejszy - wybitny antykomunista) - bo o nim mowa - zdawał sobie sprawę, że w Sowietach zaczął się wielki terror i wszyscy wzywani wówczas do Moskwy znikali bez śladu. Nie usłuchał. Po roku ukrywania się i dokonanej przez egzystencjonalne wręcz przemyślenia zmianie i nastawienia ujawnił, co wiedział (a wiedział najwięcej w całych Stanach), doradcy Roosevelta ds. bezpieczeństwa. Już w roku 1939 Roosevelt został poinformowany o roli Hissa. Wiedział też o tym State Departament, albowiem ów doradca był zarazem zastępcą sekretarza stanu. Nie przeszkodziło to ani na jotę rozwojowi kariery Hissa, ani nie podważyło wyjątkowego zaufania, jakim darzył go prezydent. A raczej wręcz przeciwnie.

Jałta, Alger Hiss po lewej ręce prezydenta Roosevelta, Stalin na lewym brzegu zdjęcia

Co prawda na jakąś jedną okoliczność Hiss został przesłuchany przez FBI w roku 1942, ale gdy zapewnił o swej niewinności - jeszcze awansował. Stał się czymś w rodzaju łącznika między Białym Domem a Departamentem Stanu z dostępem do najtajniejszych dokumentów. Autorzy nazywają go "amerykańskim MacLeanem", a trzeba - pamiętać, że szpiegowskie znaczenie owego absolwenta Cambridge niemal dorównywało roli Philby'ego. Podczas konferencji jałtańskiej Hiss był bliskim i zaufanym doradcą Roosevelta. Znawcy spierają się, czy był numerem 3 czy też 4 w hierarchii ważności delegacji amerykańskiej. Po śmierci Roosevelta - "kariera Hissa w ONZ stworzyła dla NKWD nieograniczone perspektywy" - czytamy w książce. W kwietniu 1945 roku na założycielskiej konferencji ONZ w San Francisco Alger Hiss zostaje p.o. sekretarza generalnego. Ambasador Gromyko wyrażając najwyższe uznanie dla "bezstronności i obiektywizmu" młodego reprezentanta imperialistycznej Ameryki daje do zrozumienia władzom USA, że Związek Sowiecki chętnie widziałby Hissa w tej roli - na stałe. Tymczasem już we wrześniu jedna z najbardziej spektakularnych ucieczek (oznaczała ona m.in. spóźniony początek kresu działalności "szpiegów atomowych" - w USA i Wlk. Brytanii) - szyfranta z sowieckiej ambasady w Ottawie I. Guzenki dostarcza następnych dowodów przeciw Hissowi, a prowadząca jedną z siatek Elizabeth Bentley przedstawia w listopadzie 1945 kolejne dowody. Hiss ma jednak możnych protektorów. Dopiero w 1947 roku ustępuje z Departamentu Stanu, ale zostając dyrektorem prestiżowej Fundacji Carnegie jest nadal ozdobą salonów Wschodniego Wybrzeża. Wciąż jest modelowym, wręcz typowym reprezentantem tamtejszego intelektualnego establishmentu, toteż gdy nadchodzą mroczne czasy antykomunizmu i Hiss zostaje w r. 1950 skazany za... krzywoprzysięstwo, oburzenie tegoż nie ma granic. Wtedy rodzi się też zajadła, ukryta i mająca przynieść wiele lat później tak dramatyczne owoce nienawiść "całej postępowej, oświeconej elity" do Richarda Nixona, który do upadku Hissa walnie się przyczynił. Upadek ten nie okazał się zresztą wcale ostateczny. Po "rewolucji" lat 60. zaczyna się "rehabilitacja" niczego nie żałującego Hissa. Jest on - początkowo nieco wstydliwie, z czasem w pełni i całkowicie - niemal fetowany. Odbywa prawie triumfalne tury odczytowe, ucząc młodzież uniwersytecką idealistycznego zapału. Udziela się na demonstracjach wsp6łsponsorowanych - o dziwo - przez KP USA. Pisze nasyconą troską o postęp, pokój i humanizm książkę. Jego imieniem chrzci się jedną z katedr uniwersyteckich. Umiera (niedawno) jako symbol ohydy antykomunizmu i barbarzyństwa polityki amerykańskiej oraz heroizmu przeciwstawiania się im jako symbol najlepszej części Ameryki.

Szczegóły podane przez Gordijewskiego wywołały, owszem, parę ciętych artykułów wymierzonych w obrońców Hissa - w prasie konserwatywnej. "Poprawnych politycznie", do których były skierowane, nie poruszyły nawet w najmniejszym stopniu. Nic ich nie poruszy. Cała sprawa pokazuje zaś, że analizowanie dawnych wypadków to bardzo często coś więcej niż tylko poznawanie historii...

Inauguracja ONZ (San Francisco,

kwiecień 1945). Główny organizator

konferencji, p.o. Sekretarza Generalnego

- Alger Hiss wita prezydenta Trumana.

ATMOSFERA

Przyjęliśmy mniemać, że to, co spotkało nas ze strony Zachodu w Teheranie i Jałcie (w książce znajduje się jeszcze jedno potwierdzenie tego, że jako symbol zdrady Polski powinna być używana nazwa tej PIERWSZEJ metropolii; strusia polityka rządu polskiego w Londynie ma chyba coś wspólnego z tym, że stało się inaczej) wynikło z makiawelicznego cynizmu Anglosasów lub też tylko z powodu ich skrajnej naiwności. Nie bierzemy jakoś pod uwagę atmosfery wytworzonej wówczas wokół Sowietów, atmosfery, której zaistnieniu nieco "pomagano". A przecież:

- W jednym tylko miesiącu 1943 roku w Wielkiej Brytanii propagandowe materiały sowieckie demonstrowano na 34 mityngach w halach sportowych, w 35 fabrykach, 100 stowarzyszeniach, 28 centrach obrony cywilnej i w 1 więzieniu, nie mówiąc o 30 programach BBC. W tym ostatnim na czele produkcji podobnych programów stał wówczas jeden z "piątki" - Anthony Burgess. Szefem rosyjskiej sekcji BBC był wieloletni agent NKWD Peter Smollett (Smolka). Programy o Sowietach były uzgadniane z ich ambasadą, a wszystkie wzmianki mniej korzystne dla ZSRS usuwane zawczasu. Na falach BBC wystąpił nawet inny nielegalny agent NKWD zapewniając swych kolegów w świecie o niezwyciężoności sowieckiego wywiadu (wobec kogokolwiek, a nie tylko Niemiec)! Smollett stał również na czele anglo-sowieckiej misji łącznikowej w brytyjskim Ministerstwie Informacji. Ministerstwo potrafiło nie dopuścić do publikacji "Folwarku Zwierzęcego" Orwella bądź organizować takie imprezy, jak obchody 25-lecia Armii Czerwonej. Masowa feta z tej okazji odbyła się w Albert Hall (luty 1943) z udziałem najwybitniejszych aktorów z Olivierem i Gielgudem na czele.

Prosowiecka akcja propagandowa zorganizowana była na olbrzymią skalę. Po całym kraju jeździły sowieckie wystawy i filmy propagandowe prezentowano w fabrykach. Odpowiednio nagłośniono pozorowany krok Stalina - rozwiązanie Kominternu (maj 1943), jako niemal zerwanie z komunizmem. Czy w takiej atmosferze miała szanse przebić się prawda o Katyniu? Czy można się dziwić, iż to samo ministerstwo ostro cenzurowało programy polskie? I jak można było atmosferę tę ignorować i nawet własnymi kanałami informować Kraj o niewzruszonej przyjaźni aliantów i dobrych perspektywach sprawy polskiej?

- W 1943 roku brytyjskie SOE i niedawno utworzony amerykański OSS rywalizowały w uzyskaniu ścisłych kontaktów i wymiany z NKWD/NKGB. "Wymiana informacji" polegała np. na tym, iż NKWD zażądało od Amerykanów pełnej listy kontaktów OSS w całej wschodniej Europie. Odpowiedź była pozytywna i "czarne listy" NKWD zostały w ten sposób uzupełnione, a po wojnie wykorzystane. Pod koniec 1944 r. szef OSS zdobył, via Finlandia, 1500-stronicowy kod wywiadowczy NKWD, ale ponieważ Roosevelt był zdania, iż "dżentelmeni nie czytają cudzych listów", został on zwrócony Sowietom!

- Drobnym, lecz wymownym, przejawem ówczesnych stosunków jest fakt, iż w czasie konferencji teherańskiej Amerykanie (ich własne budynki były zbyt daleko) zamieszkali na terenie ambasady sowieckiej! Roosevelt odrzucił uprzednio zaproszenie brytyjskie, by nie wytwarzać u Stalina wrażenia, że "konspiruje" z Anglikami! Natomiast w Jałcie odgadujący wspaniale, dzięki podsłuchowi, życzenia gości (np. co do menu) gen. Krugłow został pierwszym w historii oficerem NKWD/KGB obdarowanym brytyjskim honorowym szlachectwem!

- Wspomniane już zeznania Chambersa (1939) groziły Sowietom w Stanach niesłychaną wpadką. Już w 1934 roku zorganizował on wszak pierwszą siatkę składającą się z 8 wysokich funkcjonariuszy rządowych. Później powstały kolejne, liczące 10, 11 wysoko postawionych osób. Stopień spenetrowania administracji Roosevelta przez Sowietów przewyższał chyba nawet ten okres we Francji, gdy w rządzie tamtejszym znajdowali się po wojnie komuniści. Jednakże nic się nie stało i agenci działali nadal. F. D. Roosevelt, który sam był członkiem jednego z fasadowych stowarzyszeń kontrolowanych przez komunistów, uważał komunizm (stalinizm) za coś w rodzaju trochę; zbyt skrajnej, nieco przesadzonej wersji New Dealu.

Jednym z agentów wówczas ujawnionych (tzn. znanych Rooseveltowi już w 1939 roku) był HARRY DEXTER WHITE, szara eminencja w Departamencie Skarbu.

Nie przeszkodziło mu to w dalszym awansie. Stał się, wraz z Keynesem, twórcą nowoczesnego systemu finansowego (konferencja w Bretton Woods, lipiec c 1944) łącznie z planami utworzenia Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Rekonstrukcji (Bank Świata). W styczniu 1945 roku został zastępcą sekretarza skarbu, a potem pierwszym dyrektorem MFW. W amerykańskim Departamencie Skarbu funkcjonowało wielu sowieckich szpiegów, ale White formutował kształt stosunków finansowych powojennego świata. Jego pomoc dla Sowietów była wszechstronna: od sławnego memorandum swego szefa Morgentau ~ postulującego, zgodnie z życzeniem Stalina, uczynienie z Niemiec po wojnie "pustyni" (co, ujawnione, "pomogło" niewątpliwie niemieckiemu ruchowi oporu) aż po... sprezentowanie Sowietom sztanc drukarskich i próbek banknotów drukowanych dla powojennych, okupowanych Niemiec (co naraziło później amerykańskiego podatnika na wielomilionowe straty).

Krótkie memorandum dostarczone Rooseveltowi na temat szpiegów nie wzbudziło u niego nawet najmniejszego zainteresowania. Jego doradca schował je więc na parę lat do szuflady nie informując nawet FBI! Próby zwrócenia prezydentowi uwagi na tę sprawę dokonywane m.in. przez najmądrzejszego dyplomatę amerykańskiego Bullita, słynnego działacza związkowego, czy legendarnego a dziennikarza Winchella (prekursorów brzydkiego mccarthyzmu?) skończyły się niepowodzeniem. Gdy materiały te trafiły w końcu do FBI, organizacja ta zmarnowała kolejne kilka lat. Tworzony w tym czasie OSS (prekursor CIA) był już u swego zarania spenetrowany przez sowieckie służby specjalne (7 agentów, później zidentyfikowanych, w samym tylko sztabie).

By ująć rzecz skrótowo i tylko "na szczycie": Sowieci mieli wpływowych agentów w Depar1amencie Stanu (Alger, Hiss), Depar1amencie Skarbu (White), Białym Domu (asystent Roosevelta - Launchlin Currie) i w amerykańskich służbach specjalnych. Duncan C. Lee, osobisty sekretarz szefa OSS, gen. Donovana. Prezydentowi na co dzień doradzał zaś Harry Hopkins. W tym czasie w ambasadzie brytyjskiej w Waszyngtonie działał Donald MacLean, a niebawem miał się tam pojawić Philby (obaj na newralgicznych stanowiskach). Wielka Brytania, łącznie z Ministerstwem Informacji i BBC (a w szczególności Foreign Office) była zresztą, jak wspomniano, "obsadzona" osobno i dodatkowo...

13 GRUDNIA 1981

Pisano już u nas o tym, co Gordijewski ma do powiedzenia na temat 13 grudnia 1981 roku. Nie wywołało to specjalnego oddźwięku, co swoją drogą dużo mówi o sytuacji w Polsce. Sytuacja ta powoduje, że nawet wielu rzeczywistych antykomunistów podnosi wyłącznie, skandalicznie zresztą nie załatwioną, sprawę nielegalności stanu wojennego. Mit "mniejszego zła" czy wręcz ratowania przez Jaruzelskiego kraju przed najgorszym jakby się ugruntowywał bez mała jak ten o zbawienności "okrągłego stołu". B. pułkownik przebywał wtedy w Centrali. Wszystkie inne jego informacje okazały się ścisłe, a książka, jak wspomniano, napisana została w sposób "wyważony". Z drugiej strony autorzy traktują rzecz całą marginesowo i poświęcają jej mało miejsca, a sam Gordijewski nie zajmował się bezpośrednio Polską. Zajmowało się jednak nami KGB - do tej instytucji dochodziło z Polski o wiele więcej informacji niż przez kanały par1yjne czy rządowe. Gordijewski był zaś bardzo zainteresowany wszystkim, co działo się w KGB. Stwierdza:

1. Zaniepokojenie sytuacją w Polsce nie owocowało, zdaniem I Zarządu Głównego KGB, odpowiednio silnym naciskiem na władze komunistyczne w Polsce (np. w kwestii niezwoływania w 1981 r. zjazdu PZPR). Breżniew nie lubił już, gdy zaprzątano mu głowę "kłopotami", a szykujący się do objęcia pozycji zapewniającej sukcesję Andropow nie chciał obniżać swych szans i doprowadzać do podziałów w Politbiurze. Na Kremlu nie było "klimatu" do podejmowania jednoznacznych, ryzykownych decyzji. Panował tam raczej immobilizm.

2. Sowieci przestał i dowierzać PZPR jako organizacji. Żaden cywilny kandydat na następcę Kani nie miał w Moskwie poparcia.

3. Związek Sowiecki z założenia był "znacznie bardziej niechętny, niż to się wydawało Zachodowi", do podjęcia "ostatecznego kroku". Z wielu źródeł autor słyszał stwierdzenie, że ewentualna interwencja w Polsce, przeprowadzona tak niedługo po Afganistanie, zniweczyłaby na wiele lat wszelkie widoki na odprężenie i rozmowy rozbrojeniowe. Na tym ostatnim zależało Moskwie szczególnie, sądzono też, że Reagan rychło wyzbędzie się swej "retoryki". Nawet zajmujące w sprawie Polski stanowisko "jastrzębia" KGB podkreślało ogromne problemy, jakie wynikłyby z podjęcia podobnego kroku. Nic w relacji Gordijewskiego nie wskazuje, aby go poważnie rozważano. (Potwierdza to tezę, że ruchy Armii Czerwonej miały na celu tylko zastraszenie; Polaków i ich "rozmiękczenie", m.in. za pośrednictwem Waszyngtonu, który jak to uczynił Brzeziński, mógł się powoływać, na zdjęcia satelitarne).

4. We wszystkich instancjach sowieckich LWP, ze swym dowództwem, cieszyło się znacznie większym zaufaniem niż r władze PZPR. Ustalono, że JEDYNYM rozwiązaniem może być akcja peerelowskiego wojska. Taka też była konkluzja KGB. Kandydatem do wykonania tej operacji był Wojciech Jaruzelski.

5. Moskwa zastosowała wszystkie" naciski, by został on pierwszym sekretarzem PZPR. Był on niejako wybrany a nie tylko zatwierdzony przez Związek Sowiecki. W I Zarządzie Głównym panowała zgodna opinia, że już przed swym wyborem W. Jaruzelski uzgodnił z Kremlem wprowadzenie stanu wojennego. Szczegóły dopracowano podczas tajnych wizyt Kriuczkowa i Kulikowa w Warszawie.

6. Dostojnicy KPZS, w tym nawet tow. Falin, byli wobec nadchodzącej operacji nastawieni pesymistycznie, a nawet defetystycznie. W centrali KGB wierzono jednak w zdecydowanie wsparte ideową, bolszewicką pryncypialnością pupila.

7. Koledzy Gordijewskiego zarówno z sekretariatu szefa Zarządu Głównego Kriuczkowa, jak i z polskiej sekcji poinformowali go, niezależnie od siebie, iż W. Jaruzelski przed 13 grudnia dwukrotnie zwracał się do Moskwy o pozwolenie na przeprowadzenie akcji. Prosił Kreml, by pozwolono mu na dokonanie "zamachu stanu".

W. Kriuczkow, pierwszy w historii szef I Zarządu Głównego (wydziału międzynarodowego), który został przewodniczącym KGB

PREZYDENT WOJCIECH JARUZELSKI PRZYJĄŁ WŁADIMIRA KRIUCZKOWA

26 bm. prezydent Wojciech Jaruzelski przyjął przebywającego z roboczą wizyta w Polsce przewodniczącego Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR Władimira Kriuczkowa.

Tego samego dnia prezes Rady Ministrów Tadeusz Mazowiecki przyjął Władmira Kriuczkowa. W spotkaniu uczestniczył gen. broni Czesław Kiszczak.

Notka o wizycie Kriuczkowa, jako pierwszego sowieckiego dostojnika w Warszawie w r. 1989. 8 lat wcześniej "odwiedzał" on Polskę w celu inspekcji przygotowań do stanu wojennego i opracowania ostatnich szczegółów z W. Jaruzelskim.

8. Pozwolenia wówczas nie otrzymał, ponieważ Breżniewa cechowało coraz większe niezdecydowanie. Na posiedzeniu Politbiura musiano go bardzo przekonywać, by zatwierdził wreszcie datę 13 grudnia. Jeśli uzyskanie zgody na dokonanie tego maksymalnie wygodnego dla Moskwy i już ustalonego kroku, wymagało tylu wysiłków, to co dopiero mówić o posunięciach bardziej ryzykownych... (Warto dodać, że następny pan na Kremlu, Andropow, wykazywał w czasie swego panowania paranoiczne wręcz obawy przed Reaganem - w szczerość poglądów prezydenta USA już wówczas w Moskwie uwierzono).

Powyższe informacje nie stanowią w zasadzie rewelacji. Potwierdzają tezę, że W. Jaruzelski został wyznaczony przez Moskwę. I to on sam nalegał na umożliwienie mu wyciągnięcia Sowietów z kłopotu. "Stan wojenny" był rozwiązaniem sowieckim. W Moskwie uznano, że nie. można inaczej załatwić "polskiego problemu". Przez wiele miesięcy po 13 grudnia 1981 roku było to, wśród ludzi przeciwstawiających się tutaj reżimowi, uznane za oczywiste i jasne jak słońce. Powszechnie oburzano się na Zachód za to, iż usiłuje udawać, że było to rozwiązanie "wewnętrznie polskie" i "mniejsze zło". Magdalenka jakby zamąciła spojrzenie, a dalszy bieg wypadków, związany z sytuacją w samych Sowietach, utrwalił ten stan i pozwolił na zamącenie spojrzenia innym.

KALEJDOSKOP

Warto jeszcze, wyrywkowo, odnotować nieco informacji zawartych w książce (znaczna ich część była już znana specjalistom): 1. Według Gordijewskiego UB zatrudniało specjalnego oficera, którego przebierano za księdza różnych wyznań, o ile skazani na śmierć życzyli sobie ostatniego widzenia z osobą duchowną, a sprawa była prowadzona "praworządnie" (podane jest jego nazwisko - Łobanowski). - Trudno wyobrazić sobie, by jakikolwiek inny system w dziejach był zdolny wymyślić coś podobnego.

2. Przed "wyborami" roku 1952, mimo iż było to apogeum "stalinizmu" (prawdopodobnie z uwagi na złe wspomnienia związane z wyborami w 1947 r.) Sowieci urządzili 3-miesięcznie szkolenie dla komunistycznych funkcjonariuszy z Polski. Tematem szkolenia było szybkie i sprawne podanie "wyników" typu: frekwencja - 98,4%, poparcie 99,2 %.

3. Agentem sowieckim był szef gabinetu premiera Francji okresu Monachium i początku wojny - Daladiera. Stopień nasycenia francuskich sfer rządowych agentami Moskwy był (i przypuszczalnie jest) ogromny. Nie ma dotychczas na ten temat chociażby częściowego opracowania. Było tak już przed wojną, podobnie działo się w rządzie Wolnej Francji de Gaulle'a (był nim m.in. minister informacji). Po wojnie we francuskim wywiadzie działała cała rozgałęziona siatka sowiecka. Najważniejszym agentem był ośmiokrotny minister III Republiki Pierre Cot. Mimo że już w 1937 r. sławny sowiecki uciekinier W. Kriwicki poinformował Francuzów o jego działalności, nie uczynili oni z tej informacji użytku. P. Cot z ramienia rządu de Gaulle'a jeździł nawet w 1944 roku z "misją" do Moskwy. Po wojnie był sławnym i długoletnim "postępowym" deputowanym, szanowanym aż do śmierci.

4. Niemieckim Philby'm czy też Hissem był Heinz Felfe - szef sekcji sowieckiej kontrwywiadu RFN (1958-61). W latach sześćdziesiątych zastępca szefa wywiadu niemieckiego pracował "dla Czechów". Przypadków takich było bardzo wiele, nawet jeśli pominiemy działalność Miszy Wolfa (ma on także obywatelstwo sowieckie) i zorganizowanego przez niego imperium.

5. Spośród tych członków słynnej "piątki z Cambridge", którzy uciekli do Sowietów, Donald MacLean i Guy Burgess literalnie zapili się na śmierć. Philby do końca nie uzyskał stopnia w KGB i - mimo reklamy robionej "na złość Anglikom" - pozostał tylko "agentem Tomem". Jednym z jego protektorów, który uważał, że talenty Philby'ego są marnowane, był sławny dziś generał Kaługin.

6. W długości szpiegowania dla Sowietów "piątce" dorównał kanadyjski ekonomista Hugh Hambleton. Całą jego karierę naukową i zawodową "planowało" KGB, przewidując dla niego w przyszłości stanowisko polityczne. W latach 1957-61 pracował on w centrali NATO i przekazywał Sowietom tyle dokumentów, iż musieli oni utworzyć nowy dział do zajmowania się nimi. Również około 20 lat trwała kariera szefa kancelarii paru gabinetów IV Republiki i doradcy ministrów Georgesa Paquesa, którego przypadek stanowi niemal wyjątek w dziejach francuskiego kontrwywiadu: został on mianowicie pociągnięty do odpowiedzialności.

7. Autorzy z naciskiem podkreślają specyficzną sytuację Finlandii. Twierdzą też, że KGB w tym wypadku świadomie przeceniało swą rolę, a wspomniany niżej polityk był przede wszystkim patriotą. Niemniej jednak lider Fińskiej Partii Ludowej U. K. Kekkonen, spotykający się regularnie z sowieckim rezydentem, traktowany był w Moskwie jako "agent". W Centrali zapanowało "radosne podniecenie", gdy został prezydentem w r. 1956. Odtąd jednym z głównych celów polityki sowieckiej w regionie było utrzymanie go na tym stanowisku, m.in. przez wywieranie nacisku na nominalnie bardziej lewicową partię socjaldemokratyczną. Kekkonen był prezydentem przez 25 lat. Chociaż wydaje się, że przeciągał on nadmiernie w czasie wyjątkowo "miękkie" stanowisko wobec Sowietów, trudno ocenić, czy prawie każdy polityk fiński nie zachowywałby się podobnie. Kekkonen miał wszakże dziwny zwyczaj uwzględniania w swych przemówieniach "tez" przygotowywanych przez Wydział Międzynarodowy KPZS i dostarczonych mu przez rezydenta KGB. Każdy podobny przypadek odnotowywany był triumfalnie przez moskiewskie Centrum. W wyjątkowo licznej ekspozyturze helsińskiej powstały zresztą spory o to, kto ma "zajmować się" prezydentem. Ostatni zwycięzca w tym sporze, dzięki uzyskanemu splendorowi, awansował na generała KGB. Po ustąpieniu Kekkonena Sowieci starali się zapewnić prezydenturę innemu politykowi z Partii Ludowej A. Karlajainenowi, chociaż nazywali go już ostrożniej "tajnym kontaktem". Spotkało ich jednak niepowodzenie i w roku 1981 prezydentem został socjaldemokrata, M. Koivisto.

Centrala moskiewska nie musiała za to szczególnie "wpływać" na Olofa Palmego - sympatie prosowieckie i obsesyjny antyamerykanizm premiera Szwecji były szczere, ideowe. Nadzieje związane z jego działalnością były wszakże tak duże, że, jak podaje Gordijewski (będący specjalistą od Skandynawii), do Sztokholmu wysłano dodatkowo wysoce kwalifikowanego agenta KGB o nazwisku Nejland. Pochodził on, podobnie jak matka Palmego, z Łotwy. Zaprzyjaźnił się serdecznie z premierem i spotykał regularnie z nim oraz z jego doradcami. Moskwa poświęcała wiele czasu i wysiłku, by zaopatrzyć "oficera prowadzącego" w materiały formułujące politykę sowiecką w sposób "atrakcyjny" dla Palmego nadający się do dalszego rozpowszechniania. Kriuczkow donosił Andropowowi, że I premier Szwecji "jest podatny na sugestie: KGB". Jak było w rzeczywistości, trudno dociec. Autorzy ograniczają się do wyrażenia zdziwienia z powodu regularnych i pozaoficjalnych kontaktów premiera z "korespondentem agencji "Nowosti»" (stanowisko to stanowi notoryczną "przykrywkę" dla agentów KGB i jest to fakt powszechnien w świecie znany).

8. Gordijewski dokładnie wyjaśnia znane mu szczególnie dobrze wyjątkowe znaczenie Norwegii dla Sowietów (jak można wnosić na podstawie ostatniej ekspulsji sowieckich szpiegów w październiku 1991 r., znaczenie to najwyraźniej utrzymuje się). Słynny był zwłaszcza przypadek Arne Treholta "postępowego działacza pokojowego" zatrudnionego w i wielu różnych komórkach rządowych, w tym w agendach NATO i ONZ. Inny wybitny organizator marszów i demonstracji pacyfistycznych, Duńczyk Arne Petersen, trudnił się w latach 1973-81 (pod opieką i czterech kolejnych kontrolerów sowieckich) płodzeniem artykułów i pamfletów w języku angielskim dla wydziału A (dezinformacja), szeroko rozprowadzanych potem po świecie.

9. W moskiewskiej centrali Gordijewski i słyszał niejednokrotnie głosy, iż prezydenta A. Sadata "należy wykończyć".

10. W roku 1976 Kriuczkow zarządził i osobiście intensyfikację i systematyzację działań szpiegowskich (w tym "środków aktywnych" - chodzi m.in. o dezinformację) skierowanych w lekceważoną dotychczas EWG i jej centralę.

11. Gordijewski ujawnił fakt dostarczenia Bułgarom wyprodukowanych przez specjalne laboratorium KGB słynnych kapsułek z trucizną wystrzeliwanych z parasola. Sowieci uczyli swych bułgarskich podwładnych posługiwania się tym, sprzętem i w ogóle prowadzili całą operację. Jej wynikiem było zamordowanie znanego emigranta G. Markowa i druga, nieudana próba w Paryżu (w 1978 roku).

Na osobiste zlecenie Kriuczkowa sprawą zajmował się gen. Gołubiew z Dpartamentu K Pierwszego Zarządu Głównego KGB.

12. Tylko połowa kolegów Gordijewskiego uważała, podobnie jak kategorycznie twierdzi dziś korespondent "Życia Warszawy" w Waszyngtonie K. Wróblewski, że udział Sowietów w zamachu na Papieża jest mało prawdopodobny. Druga połowa podejrzewała, iż wydział B Departamentu S, zajmujący się "operacjami specjalnymi", zamach zorganizował. Większość rozmówców wyrażała żal z powodu niepowodzenia akcji przeprowadzonej przez A. Agccę.

13. Prawdą jest, że Gorbaczow był kandydatem KGB. Na długo przed mianowaniem był regularnie i indywidualnie informowany na specjalnie dla niego urządzanych odprawach - tak jakby już był generalnym sekretarzem. Sukces promowanego kandydata wywołał entuzjazm w KGB. Spodziewano się zdynamizowania zarówno samego systemu, jak i działań służb specjalnych. Posunięcia Gorbaczowa po objęciu stanowiska genseka (po raz pierwszy, mimo znacznie liczniejszej od zachodnich obsady ambasad sowieckich zastosował on wobec W. Brytanii zasadę całkowitego "odwetu" za 31 wyrzuconych sowieckich szpiegów nakazano opuścić Sowiety 31 Brytyjczykom - przełom 85/86 roku) zmierzały właśnie w tym kierunku.

14. Bezprecedensowe związanie Gorbaczowa z KGB podkreśla fakt, iż w czasie pierwszej wizyty w Waszyngtonie (1987 r.) towarzyszył mu, incognito, szef wydziału zagranicznego (1974-88) Kriuczkow. Był to pierwszy taki wypadek w historii KGB i jego poprzednich wcieleń.

15. Gordijewski, opierając się na zaobserwowanej reakcji zarówno w Centrali jak i w ogóle na Kremlu, ukazuje przełomowe wręcz znaczenie wyboru Ronalda Reagana. W Moskwie panowało powszechne przekonanie, że przedwyborcze hasła Reagana stanowią wyłącznie retorykę. Sądzono, iż po zwycięstwie "zmięknie" on i przystosuje się do "zasad gry" - tak jak czynili to jego republikańscy poprzednicy.

Gdy przekonano się, że tak nie jest, a antykomunizm nowo wybranego prezydenta wypływa z jego głębokich przekonań, popadnięto w popłoch. Szczególnie zwiększenie i unowocześnienie amerykańskich zbrojeń (przy czym rola projektu SDI - "Gwiezdnych wojen" - była tu decydująca) wywołało panikę. Uczyniono wiele, by zdyskredytować Reagana (dezinformacja) oraz by zapobiec jego ponownemu wyborowi. Sowieci jakby zdali sobie sprawę, że temu wyzwaniu nie będą już w stanie sprostać. Wówczas to, po raz pierwszy, Gordijewski zaczął słyszeć opinie głoszące, że nie warto trzymać na siłę Europy Środkowo-Wschodniej, lecz skupić się na samym Związku Sowieckim...

16. Gordijewski opisuje szczegółowo "środki aktywne", w tym zwłaszcza fałszowanie pism i inne rodzaje dezinformacji, a także sposoby, dzięki zastosowaniu których podobne "dokumenty" (mające np. kompromitować R. Reagana czy M. Thatcher) trafiają na szpalty znanych pism zachodnich, do telewizji - BBC bądź niemieckiej lub na agendę obrad Parlamentu Europejskiego. W czasie przemówienia prezydenta Reagana przed tym ostatnim gronem (1985) KGB nie tylko zorganizowało manifestację protestacyjną, ale przygotowało nawet treść "okrzyków oburzenia", które wydawali z siebie parlamentarzyści.

17. Ani w czasie wielkiej kampanii reklamowej KGB (1988), ani nawet później, w okresie częściowego dyskredytowania tej instytucji, jej działalność w trzecim świecie nie uległa żadnej zmianie, ani w sensie jakościowym ani ilościowym. Wobec USA zwiększono jeszcze natężenie działań KGB (luty 1990), zwłaszcza w zakresie kradzieży technologii. To wszakże nie stanowi już żadnej sensacji, a autorzy opierają się tu na innych, powszechnie znanych źródłach...

Jak wiadomo, KGB zostało formalnie rozwiązane. Zamierza się jednak utworzyć (czy też - utrzymać) trzy "międzyrepublikańskie" Komitety. Oficjalnie stwierdzono, że "międzyrepublikański" Komitet ds. wywiadu przejmie w całości I Zarząd Główny KGB, czyli wydział zagraniczny, o którym cały czas była tu mowa. Oczywiście każde państwo posiada wywiad. Jaki on będzie w przypadku potomków KGB, czy chodzi tylko o kolejną zmianę nazwy, czy zacznie działać rosyjski wywiad zagraniczny i czy będzie on "normalny" - rozstrzygną wypadki, jakie rozgrywają się właśnie przed naszymi oczyma.

Specjaliści zachodni wyrażają tu duży sceptycyzm, chociaż oficjalnie twierdzi się co innego; podkreślają też, że nic nie mówi się o "reformie" GRU. Tymczasem Gordijewski wydaje właśnie nową książkę, zawierającą dokumenty sprzed kilku zaledwie lat...

--------------------------------------------------------------------------------

[1] Christopher Andrew i Oleg Gordijewski KGB. The inside story of its foreign operations from Lenin to Gorbachev. Hodder and Stoughton, Londyn 1990 (Oparta na informacjach z wewnątrz historia działań zagranicznych CzK. GPU. OGPU, NKWD, NKGB, MG B, KGB), Nazwa KGB użyta jest dla uproszczenia jako dzisiejszy symbol powstałej 20 XII 1917 roku. nie mającej precedensu w dziejach świata, instytucji. Opis obejmuje cały okres rządów bolszewickich łącznie z latami 1947-1951, kiedy to połączone wydziały zagraniczne MGB i GRU (wywiad wojskowy) zwały się „Komitetem Informacyjnym”, W podbitej Polsce wprowadzano struktury oraz nazewnictwo sowieckie. Działała więc i u nas osławiona „Informacja”. Nazywanie tych, którzy wpadli w jej szpony, ofiarami „Kontrwywiadu wojskowego” jest więc błędne. Książka zaopatrzona jest m.in. w bogaty indeks i listę rezydentów KGB w głównych stolicach zachodnich.

[2] Określenia „illegal agent” używa się w stosunku do osób nielegalnie pod fałszywym nazwiskiem przebywających w danym kraju i nie związanych formalnie (a czasem i faktycznie) z siatką szpiegowską ambasady i innych oficjalnych przedstawicielstw.

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: