9. Anatol Arciuch - CZY PAN BÓG JEST PRZECIW EKONOMII?

W STRONE RYNKU

Jego Świątobliwość Papież Jan Paweł II

Watykan

Ojcze Święty,

Czyżby Kościół kochał ubogich tak gorąco, że stara się uczynić wszystko, żeby ich przybywało?

Oto dręczące pytanie, jakie zadaje sobie wielu katolików działających w sferze ekonomicznej. Widzą oni bowiem, jak przedstawiciele Kościoła lansują teorie prowadzące wręcz do sabotowania rozwoju gospodarczego, szczególnie szkodliwe dla najuboższych w naszych krajach i w Trzecim Świecie. Zbyt wielu biskupów, księży i innych pasterzy duchowych aprobuje ideologię, która nie tylko dławi swobody polityczne i religijne wszędzie tam, gdzie dochodzi do władzy, ale jest też nie do pogodzenia z dobrobytem mas. W STRONE RYNKU

Jego Świątobliwość Papież Jan Paweł II

Watykan

Ojcze Święty,

Czyżby Kościół kochał ubogich tak gorąco, że stara się uczynić wszystko, żeby ich przybywało?

Oto dręczące pytanie, jakie zadaje sobie wielu katolików działających w sferze ekonomicznej. Widzą oni bowiem, jak przedstawiciele Kościoła lansują teorie prowadzące wręcz do sabotowania rozwoju gospodarczego, szczególnie szkodliwe dla najuboższych w naszych krajach i w Trzecim Świecie. Zbyt wielu biskupów, księży i innych pasterzy duchowych aprobuje ideologię, która nie tylko dławi swobody polityczne i religijne wszędzie tam, gdzie dochodzi do władzy, ale jest też nie do pogodzenia z dobrobytem mas.

Wasza Świątobliwość wie najlepiej, że ten chrześcijanizm-leninizm, przejawiający się między innymi w postaci ideologii trzecioświatowej i "teologii wyzwolenia", zagraża jedności Kościoła. W nie mniejszym też stopniu podważa jego wiarygodność.

Dziś bowiem prawa rozwoju ekonomicznego są dobrze znane. Nie można poważnie wypowiadać się w kwestiach ekonomicznych ignorując je. Co więcej, wskazują one, że postęp gospodarczy i społeczny zależy od trzech nierozdzielnych czynników: odpowiednich warunków politycznych i gospodarczych, ale także - uwarunkowań na- tury kulturowej, etycznej, duchowej.

Ta wiedza, potwierdzająca klęskę ideologii materialistycznej, powinna zachęcać chrześcijaństwo do ponownego podjęcia swej misji przewodnika i nauczyciela cywilizacji. Sto lat po Rerum Novarum, dwa tysiąclecia po Dobrej Nowinie, nadszedł czas, żeby sformułować "teologię postępu".

Chrześcijanie mogą jedynie aprobować "opowiedzenie się za ubogim" ale nieznajomość realiów ekonomicznych sprawia, że w rzeczywistości jest to opowiedzenie się za ubóstwem, a to nie to samo ani dla ubogich, ani dla Kościoła, ani dla naszego, niesłusznie spotwarzanego, zachodniego świata.

Wasza Świątobliwość zatytułował swą ostatnią encyklikę „Sollicitudo rei socialis”. Należałoby do tego dodać to, co pozwoliłoby przekuć zamiary w czyny: Sapientia rei economicae.

Pozwalamy więc sobie, Ojcze Święty, przedłożyć Ci z największą czcią te rozważania w nadziei, że Kościół wyposaży się wreszcie w jakąś spójną doktrynę ekonomiczną, wnoszącą do jego doktryny społecznej niezbędną praktyczną skuteczność, bez której nie sposób skutecznie uprawiać podstawowej cnoty chrześcijańskiej - miłosierdzia."

Ten dramatyczny apel do Ojca Świętego otwiera książkę „Czy Pan Bóg jest przeciw ekonomii?” (Dieu est-li contre l'economie?), która ukazała się pod koniec zeszłego roku budząc duże zainteresowanie czytelników, ale także wściekły atak "postępowych" osobistości i organizacji kościelnych oraz chętnie służących im za trybunę "poważnych" (czytaj: lewicujących) pism. Powód tej wściekłości będzie nietrudny do zrozumienia, jeśli zapoznamy się z tezami zawartymi w książce. Najpierw warto chyba jednak pokrótce przedstawić jej autorów.

Obaj są praktykującymi katolikami. Jacques Paternot, inżynier i przemysłowiec, pracował w ponad 30 krajach tzw. trzeciego Świata. Pisarz i publicysta Gabriel Veraldi należał do bliskich współpracowników przewodniczącego FAO, agencji ONZ do spraw rolnictwa i wyżywienia.

Po osobistym zapoznaniu się z sytuacją na kilku kontynentach i przeanalizowaniu ewolucji chrześcijańskiej myśli społecznej obaj autorzy doszli do wniosku, który przekonująco uzasadniają w swej książce, że Kościół katolicki (i ogólnie biorąc, Kościoły) nigdy nie zrozumiał - i nie usiłował zrozumieć - jak działa mechanizm nowoczesnej gospodarki. Od ponad 30 lat papieże i hierarchia kościelna wiele mówią o postępie gospodarczym i społecznym, ale ujmując go w kategoriach ideologii odgórnego, etatystycznego pobudzania i kierowania; ideologii, której fiasko jest już dla każdego oczywiste. Przyjęli też jako swoją "opcję trzecioświatową", jakby nie dostrzegając, że doktryna ta stanowi jedynie maskę określonej (leninowskiej) ideologii politycznej - "otoczenia" świata rozwiniętego i utrzymuje ubogich w ubóstwie.

Co więcej, ta herezja ekonomiczna i historyczna jest koniem trojańskim herezji religijnej - "teologii wyzwolenia", dla której ma stanowić teoretyczne uzasadnienie. (Zauważmy, nawiasem mówiąc, że obowiązuje tu schemat rozumowania rodem prosto z marksistowskiego "diamatu": z analizy "bazy" ekonomicznej wynika wybór odpowiedniej "nadbudowy" ideologicznej czyli właśnie - teologii wyzwolenia). Służy też ona skompromitowaniu jedynego systemu rodzącego prawdziwy powszechny dobrobyt: gospodarki zwanej kapitalistyczną w połączeniu z ustrojem demokratycznym.

Jakie są zasadnicze źródła tej, jak ją nazywają Paternot i Veraldi, "herezji ekonomiczno-historycznej Kościoła?

Autorzy widzą cztery takie "grzechy główne ignorancji', które sprawiają, że Kościół, zamiast sprzymierzyć się ze swym naturalnym - i jedynym - sojusznikiem w walce z ubóstwem, liberalnym kapitalizmem, zwalcza go, a w najlepszym razie wrzuca do jednego worka z jego (i przede wszystkim swoim) najgorszym wrogiem: socjalistycznym, kolektywistycznym totalitaryzmem.

Pierwszy z nich i najbanalniejszy, to po prostu nieznajomość ekonomii. Co to bowiem takiego "rozwój gospodarczy"? Od zarania cywilizacji aż do końca XVIII wieku produkcja dóbr materialnych utrzymywała się na mniej więcej ustabilizowanym i niskim poziomie, zaspokajając jedynie w najniezbędniejszym stopniu popyt, lecz nie stymulując go. Innymi słowy, cały ówczesny świat można było zaliczyć do tego, co dziś nazywa się światem rozwiniętym.

Później "rewolucja przemysłowa" umożliwiła wytworzenie niewyobrażalnej dawniej masy dóbr i bogactwa, co z kolei przyniosło ze sobą zdobycze i udogodnienia socjalne, sto lat wcześniej wręcz nie do pomyślenia, jak powszechnie (w praktyce) dostępna opieka lekarska, stopniowe skracanie czasu pracy, emerytury, powszechna oświata, urlopy. Zrodziło to też nieznane dawniej problemy, jak chociażby ten, że wydłużenie średniej życia spowodowało eksplozję demograficzną i, jako jej pochodną, często bezrobocie.

"Postęp" ma też to do siebie, że nigdy nie jest totalny ani ciągły. Przeżywa okresy większej i mniejszej dynamiki, a nawet kryzysy. Pozostawia też na marginesie pewną liczbę ludzi, którzy czy to z przyczyn osobistych (nieudolność, brak wykształcenia lub kwalifikacji, nieszczęśliwe okoliczności), czy też od nich niezależnych, w niewielkim tylko stopniu uczestniczą w ogólnej prosperity, nawet w okresach dynamicznego rozwoju. Poza tym wciąż jeszcze wielkie połacie naszego globu pozostają poza granicami rozwiniętego świata.

Jak piszą Paternot i Veraldi: "W obliczu tego zasadniczego zwrotu w wielkiej przygodzie ludzkości Kościół mógł postąpić na kilka sposobów. Na przykład potwierdzić swą naturę duchową i zajmować się tym, co w naturze ludzkiej wykracza poza wymiar historycznej codzienności. Albo też za- angażować się u boku ludzi w proces rozwoju gospodarczego i społecznego, rozumiejąc istotę zachodzącego procesu i to, jaka jest w tym jego rola. Niestety, Kościół wybrał trzecią, najgorszą drogę: spektakularnego komentowania i krytykowania za- chodzących przeobrażeń, nie próbując jednocześnie naprawdę zrozumieć o co chodzi i jaka powinna w tym być jego rola. Za ten błąd drogo płaci.

Doktryna społeczna Kościoła została zbudowana w 1891 roku na mocnych podstawach religijnych, moralnych, ludzkich, ale bardzo chwiejnych ekonomicznie. Nie podbudowawszy się ani trochę pod tym względem przez 70 lat burzliwej ewolucji współczesnego świata, doktryna ta okazała się niezdolna do udźwignięcia II Soboru Watykańskiego. Załamała się całkowicie pod naporem ataków ze strony ojców soborowych. Od 25 lat Kościół biwakuje na gruzach i nikt, jak się wydaje, nie wie, jak skonstruować nową doktrynę społeczną, stanowiącą odpowiedź na potrzeby i wyzwania naszych czasów, oraz zachować autorytet i jedność Kościoła."

Drugi błąd, to dramatyczne poszukiwanie przez Kościół przesłanek "wszechstronnego i powszechnego rozwoju", o którym mówi on równie chętnie, co ogólnikowo, podczas gdy przesłanki te są doskonale znane i co więcej ~ sprawdzone w praktyce. W gospodarce jest to system zwany niezbyt precyzyjnie "kapitalizmem". Bardziej na miejscu byłby tu termin "przedsiębiorczość", jako że motorem jego jest inicjatywa prywatna. W polityce, to po prostu demokracja reprezentatywna, umożliwiająca obywatelom w sposób co prawda niedoskonały, ale w stopniu nieznanym chociażby w przybliżeniu w żadnym innym systemie politycznym, korzystanie z praw obywatelskich i współuczestniczenie w rządzeniu krajem.

"Jednak - piszą Paternot i Veraldi - te dwa elementy nie zapewniają jeszcze zadowalającej równowagi społecznej. Muszą one być wsparte trzecim, o charakterze kulturowym, etycznym, krótko mówiąc - religijnym." Socjalizm, który jest systemem stworzonym sztucznie, świadomie przechwycił wartości chrześcijańskie. Nie przypadkiem manifest socjalistyczny opublikowany przez Saint Simona w 1825 roku nosił tytuł "Nowe Chrześcijaństwo'" a cała doktryna polityczna marksizmu-leninizmu, z jej determinizmem historycznym i przejrzystą transpozycją Sądu Ostatecznego (rewolucja oddzielająca dobrych od złych), obietnicą raju ziemskiego (społeczeństwo komunistyczne) wykazuje oczywiste i nieprzypadkowe analogie z herezjami żydowskimi i chrześcijańskimi, jak chociażby millenaryzm. Rzadziej pamięta się, że kapitalizm wiele zaczerpnął z chrześcijaństwa, ale jako system przede wszystkim pragmatyczny i sprawdzony w praktyce nie potrzebuje szukać uzasadnienia swej racji bytu w doktrynalnych konstrukcjach.

Stąd - jak słusznie zwracają uwagę autorzy "Czy Bóg jest przeciw ekonomii?" - kapitalizm z czasem "utracił swój tradycyjny legitymizm, zasadzający się na systemie rekompensat moralnych wypływających z uświęconego charakteru pracy. Sądził błędnie, że może go zastąpić - mówiąc słowami Daniela Bella - hedonistycznym ideałem obiecującym wszystkim obfitość dóbr i dobrobyt, nie uwzględniając jednak przy tym wszystkich historycznych konsekwencji sybaryckiego systemu, źródła dekadencji społecznej i moralnej."

Tymczasem, zamiast wnieść wymiar moralny do tego na pewno niedoskonałego, ale jedynego, kto re potrafi zapewnić ogromnej większości swych członków wolność i godziwe warunki życia, a także dynamiczny rozwój ekonomiczny, społeczeństwa, Kościoły obficie służą mu całkiem amatorskimi radami. Rezultat: z jednej strony utrata prestiżu Kościoła, z drugiej - zaufania do niego...

Trzeci błąd, to lekceważenie potrzeby dysponowania przez Kościół wszechstronnie przygotowanymi pod względem ekonomicznym kadrami i specjalistami. A w tej dziedzinie zaniedbania są wręcz żenujące. Oto jeden tylko przykład, jaki przytaczają Paternot i Veraldi. Monsignore Kuhn, jeden z uznanych autorytetów kościelnych w kwestii ekonomii, w swej pracy "O ekonomii" zadaje retoryczne pytanie: "Czy można uznać jakiś system ekonomiczny za niemoralny tylko dlatego, że przyniósł fiasko?" "Monsignore - tłumaczą cierpliwie Paternot i Veraldi - system ekonomiczny, który nie funkcjonuje, jest sprzeczny z duchem ekonomiki, dokładnie tak, jak kuracja, która zabija pacjentów, jest sprzeczna z duchem medycyny. Jeśli autorytet duchowy, który uznajemy - Kościół - głosi, że nadrzędnym nakazem jest walka z ubóstwem, z natury rzeczy musimy uznać na niemoralne popieranie niefunkcjonującego systemu, nawet jeśli powołuje się on na etykę chrześcijańską, nawiasem mówiąc - w sposób równie bezpodstawny, jak na swój rzekomo naukowy charakter.

To właśnie w imię tego obowiązku moralnego troski o ubogich, jaki nakłada na nas wiara w Boga, Kościół powinien wspierać system ekonomiczny, który z jednej strony dowiódł, że jako jedyny potrafi zapewnić rozwój gospodarczy, niosący z sobą poprawę bytu dla wszystkich, a z drugiej - potrzebuje wsparcia duchowego po to właśnie, żeby nie ulec degeneracji i służyć ludziom.

"Dobro wspólne wymaga, aby Kościół kierował ostrze swego autorytetu nie przeciw demokratycznemu kapitalizmowi, jak to się często dzieje, lecz przeciw błędom, wypaczeniom, grzechom wewnątrz systemu. Bóg jeden wie, ile jest tu do zrobienia! Co się zaś tyczy Trzeciego $wiata, to Kościół powinien podjąć tam ogromne dzieło mora- lnego wychowania tych społeczeństw w duchu przygotowania ich do podjęcia wysiłku na rzecz rozwoju gospodarczego, podczas kiedy obecne jego działania w kierunku "rozbudzenia świadomości mas" w duchu marksistowskim prowadzą jedynie do rewolucji, która nie może przynieść tym narodom nic dobrego."

I wreszcie ostatni z "grzechów ekonomicznych". Otóż Kościół nie pojął podstawowej prawdy mechanizmu rozwoju gospodarczego, a mianowicie, że nie można go sfinansować. Co prawda, jest to błąd bardzo rozpowszechniony. Społeczeństwa na Wschodzie i na Zachodzie, organizacje międzynarodowe, partie polityczne, zwłaszcza lewicowe, cała niemal prasa, a nawet sporo ekonomistów, uważa za rzecz oczywistą, że napływ kapitałów może wydźwignąć z ubóstwa kraje, które dotąd nie zabrały się do pociągu rozwoju gospodarczego. Doskonałym tego przykładem może być chociażby sprawa dźwignięcia gospodarek krajów wschodnioeuropejskich. Tylko nieliczni specjaliści zwracają uwagę, że zacząć trzeba od prywatyzacji i zerwania z kolektywistyczną mentalnością. Większość tzw. poważnych ekonomistów, zarówno w tych krajach, jak i na Zachodzie, a przede wszystkim w instytucjach międzynarodowych zajmujących się udzielaniem im pomocy, uważa, że wystarczy zastrzyk kapitałów, żeby nastąpił jakiś przełom gospodarczy. W jeszcze większym stopniu dotyczy to Trzeciego Świata. Kościół domaga się wręcz "redystrybucji" na korzyść południowej półkuli, widząc w tym cudowny środek na wydźwignięcie tego obszaru z ubóstwa.

Tymczasem - jak słusznie zauważają autorzy książki - za pieniądze można sobie sprawić lotniska, gmachy publiczne, floty mercedesów, a nawet fabryki. Ale jest to jedynie namiastka rozwoju, podobnie jak za pieniądze można mieć tylko namiastkę miłości. Nie można kupić prawdziwego uczucia. I nie można też kupić określonej mentalności, systemu wartości, twórczych, pełnych inicjatywy postaw. Najbogatszy kraj świata - Kuwejt - jest zarazem krajem nierozwiniętym. Meksyk roztrwonił bez śladu pomoc finansową czterokrotnie wyższą niż Niemcy Zachodnie otrzymały w ramach planu Marshalla i ogromne kwoty uzyskane z eksportu własnej ropy naftowej, podczas kiedy z drugiej strony Korea Południowa w ciągu życia jednego pokolenia dokonała gigantycznego skoku gospodarczego. Te dwa kraje dzieli nie Pacyfik, ale całkowicie odmienna mentalność ich mieszkańców.

Tzw. światowy problem długów istnieje dlatego, że blisko dwa biliony dolarów, jakie Zachód podarował Trzeciemu Światu i Europie Wschodniej - bo jaka jest różnica miedzy darem, a pożyczkami, o których każdy wie, że nigdy nie będą, przynajmniej w lwiej części, spłacone? - zostały roztrwonione. Posłużyły głównie do finansowania wydatków bieżących, pokrywania deficytów budżetowych, spowodowanych przez przedsiębiorstwa państwowe i dotowanie podstawowych produktów oraz wydatków prestiżowych.

Jak podkreśla inny ekonomista, któremu przywiązanie do Kościoła nie przeszkadza widzieć błędów i zgubnych skutków jego opcji ekonomiczno-społecznych, Amerykanin Michael Novak (nota bene z wykształcenia także teolog katolicki), najbardziej dobitnym przykładem "materialistycznego ! błędu" Kościoła jest obowiązująca w nim analiza sytuacji Ameryki Łacińskiej. Jedyne, co jest w tej analizie zgodne z prawdą, to stwierdzenie, że w regionie tym panuje powszechne ubóstwo, ale już przyczyny tego są całkowicie wymyślone, wyprowadzone z najgorszych schematów marksistowskiej socjologii.

Jeśli bowiem porównać sytuację wyjściową Ameryki Łacińskiej i Ameryki Północnej jeszcze ok. 150 lat temu, czyli w momencie, kiedy na dobre rozpoczynała się rewolucja przemysłowa, okaże się, że Ameryka Łacińska znajdowała się w nie gorszej sytuacji niż jej północna siostrzyca, a pod pewnymi względami (surowce) nawet lepszej. Co więcej, w latach 1945---1975 produkt narodowy tego subkontynentu wzrastał w tempie wyższym nawet niż na półkuli północnej. Rzecz w tym jednak, że nie tylko nie spowodowało to, jak w USA i Kanadzie, powszechnego wzrostu dobrobytu lecz pogłębiło kontrasty społeczne i spowodowało wzrost liczby żyjących w ubóstwie. Skąd ta różnica?

Nie da się jej wyjaśnić ani różnicami etnicznymi, ani klimatycznymi, ani geopolitycznymi, ani tak modną obecnie teorią "naczyń połączonych", głoszącą, że bogactwo jednych "siłą rzeczy" musiało być zabrane innym. Autorzy tego sofizmatu, na którym zasadza się między innymi teologia wyzwolenia - i, mówiąc szerzej, cała doktryna trzecioświatowa - najwyraźniej pozostają na etapie ekonomiki o sumie zerowej, jaka panowała na świecie zanim wkroczył on w erę przemysłową, kiedy to została ona zastąpiona przez ekonomikę o sumie dodatniej, to znaczy taką, w której bogactwa się tworzy.

Czołowy przedstawiciel "Kościoła zaangażowanego", osławiony brazylijski arcybiskup Dom Helder Camara, który swe gorące sympatie prohitlerowskie z lat czterdziestych zmienił na równie gwałtowną miłość do komunizmu, oburza się z powodu "smutnego faktu, że 80% światowych bogactw znajduje się w dyspozycji 20% ludzi". Ale przecież niemal wszystko to, co dziś zaliczamy do bogactw, zostało za takie uznane dopiero w warunkach gospodarki kapitalistycznej. A przecież potencjalnie nic nie stało na przeszkodzie, żeby na przykład mieszkańcy jednego z najobficiej zaopatrzonego w bogactwa naturalne krajów świata potrafili je wykorzystać, czy też dokonać wynalazków umożliwiających korzystanie z nich, jak silnik spalinowy, samolot, energia jądrowa itp. Nic, poza kulturą polityczną, azwłaszcza moralną, nie sprzyjającą rozwojowi indywidualnej inicjatywy...

Jeden z apostołów teologii wyzwolenia, Gustavo Gutierrez, cudowny lek na ubóstwo widzi w likwidacji własności prywatnej, podczas gdy w rzeczywistości rozwój gospodarczy, a więc i dobrobyt jest nierozłącznie związany z takim właśnie typem własności, który pozwala obywatelom decydować w sprawach, na których się znają i w których są osobiście zainteresowani. Zwiększa też zakres ich wolności, uniezależniając ekonomicznie od państwa, a tym samym ograniczając ich zależność polityczną. Państwowa - czy ogólniej biorąc "społeczna" - własność, oprócz tego, że niesie ze sobą zgubne skutki czysto ekonomiczne, jak brak zainteresowania, a co za tym idzie, niską wydajność, nieelastyczność itp., jest nieustającym źródłem konfliktów z uwagi na to, że udział obywateli w decyzjach jest czysto formalny, a swych pretensji nie mogą nawet rozładować wobec konkretnych osób, gdyż cała władza należy do stugłowej anonimowej hydry - partii, biurokracji, kasty. Rację mają biskupi brazylijscy oburzając się na kontrasty społeczne i przejawy jaskrawego ubóstwa, ale ignorancją - żeby nie powiedzieć: złą wolą - z ich strony jest krytykowanie z tego powodu kapitalizmu. Dlatego, że ubogie masy w Brazylii, to ci właśnie, którzy pozostają poza systemem kapitalistycznym - drobni rolnicy, bezrolni chłopi i bezrobotni, a te 30% Brazylijczyków, którzy wydobyli się z ubóstwa, to w ogromnej większości właśnie pracownicy przedsiębiorstw kapitalistycznych. Jak celnie zauważa Guy Sorman: "Niemoralne w brazylijskim kapitalizmie jest nie to, że wykorzystuje zasoby ludzkie i naturalne kraju, lecz to, że czyni to w tak niewielkim stopniu i tak mało intensywnie." Nic więc dziwnego, że Paternot i Veraldi stawiają kilka zasadniczych pytań, na które Kościół musi znaleźć odpowiedź, jeśli nie chce odgrywać roli swoistej moralnej podpory zgubnej z ekonomicznego i zbrodniczej z politycznego punktu widzenia marksistowsko-totalitarnej utopii, zbudowanej na przywłaszczeniu sobie ewangelicznych nakazów moralnych. Czy jest rzeczą etyczną podtrzymywanie nieudolnych i skorumpowanych rządów tylko dlatego, że szermują one hasłami walki z wyzyskiem czlowieka przez człowieka? Czy należy się solidaryzować z rządami, które trwonią ogromne kredyty pod pretekstem, że "wszystkie narody mają prawo wybierać drogi rozwoju zgodne z ich cechami kulturowym! (Paweł VI, Justitia in mundo)? Czy solidarność powinna być ślepa? Czy też należy ją okazywać przede wszystkim innym krajom, które ze swej strony czynią wysiłki na rzecz stworzenia kulturalno-moralnych podstaw swego rozwoju? Czy obowiązkiem moralnym bogatych jest redystrybucja wypracowanych przez nich bogactw na rzecz narodów, które same nie poczuwają się do żadnych obowiązków moralnych? I na zakończenie jeszcze jeden cytat. Jest to końcowy fragment uwag Guy Sormana po lekturze książki Paternota i Veraldiego. "To, co dotyczy Trzeciego Świata, w równym stopniu dotyczy też świata sowieckiego. Pod tym względem decydującym testem dla Kościoła będzie Polska. Jeśli Kościół poprze rzeczywistą liberalizację polskiej gospodarki, to będzie ona miała w ostatecznym rozrachunku szansę zaspokojenia potrzeb Polaków. Jeśli jednak Kościół, podobnie jak Solidarność, będzie obstawać, jak to dzieje się obecnie, przy iluzjach jakiejś "trzeciej drogi", spółdzielni pracowniczych, i innych utopiach samorządowych, Polska nie wydźwignie się, a pomoc zachodnia pójdzie na marne. Również i na Wschodzie, sojusz Kościoła z liberalną ekonomią stanowiłby nieodpartą siłę, zdolną do materialnego przeobrażenia świata bez osłabienia jego wiary."

oprac. ANATOL ARCIUCH

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: