10. Co piszą inni: MARK FALCOFF - CASTRO, OSTATNI KOMUNISTA

CO PISZĄ INNI

________________________________________________________________

Mark Falcoff

CASTRO ostatni komunista

Przyjrzyjmy się przez chwilę karierze pewnego karaibskiego dyktatora: objął władzę jako reformator, ale wkrótce dał się poznać jako człowiek o ogromnej, wręcz nieograniczonej żądzy władzy. Był w stanie utrzymać się w swojej roli częściowo dzięki poparciu jednego z supermocarstw, które uważało go - mimo wszystkich jego braków i ograniczeń - za konkretny atut geopolityczny. U siebie wyeliminował wszystkie przejawy niezależności; patrzył przez palce na obalanie rządów sąsiednich państw, zaopatrując lokalnych sympatyków w broń, pieniądze i doradców. Traktował swoje państwo jak prywatny folwark, ingerując i kontrolując każdy jego szczegół w sferze ekonomicznej, politycznej i militarnej. Aby móc realizować te cele, poważną część kompetencji powierzył swemu bratu. Jego państwo - według słów byłego ambasadora amerykańskiego - stało się "prawdziwym nowoczesnym państwem totalitarnym, z perfekcyjnie wykorzystywanym rasizmem, aparatem szpiegowskim, salami tortur i fabrykami śmierci".

Przez trzydzieści lat imię dyktatora stało się synonimem jego kraju i pomimo że jego więzienia są przepełnione, szpiedzy i donosiciele wszechobecni a naród doprowadzony do nędzy, dyktator jest często chwalony przez zagranicznych zwolenników i wielkich tego świata. Ale pewnego dnia jego tron zachwiał się od podmuchu nowych wiatrów demokracji i wolności. Lecz mimo wszystkich przepowiedni i spisków na jego życie nadal utrzymuje się przy władzy albo dlatego, że (jak utrzymują jego apologeci) bez względu na wszystko cieszy się on trwałą popularnością wśród swoich rodaków, albo dlatego (jak twierdzą jego przeciwnicy), że opozycja jest słaba i podzielona, jej działacze bądź nie żyją, bądź pozostają na wygnaniu. Tylko śmierć wydaje się być zdolna położyć kres jego władzy.

Taka charakterystyka dyktatury może wskazywać na Generalissimusa Rafaela Leonidasa Trujillo, który żelazną ręką rządził Dominikaną od 1930 do 1962 roku. Lecz czytelnik, który przypuszcza, że chodzi tu o Fidela Castro, nie jest w błędzie. (...)

Zasadnicza różnica to ta, że Trujillo w przeciwieństwie do Castro cierpiał na brak ideologii, a zagraniczna aktywność władcy Kuby była popierana i sponsorowana przez sprzymierzone z nim supermocarstwo.

Teraz jednakże, kiedy Castro stracił (czy też traci) poparcie Związku Sowieckiego i państw, które zwykło nazywać się Blokiem Wschodnim, kiedy międzynarodowy ruch ideologiczny, którego dyktator był uczestnikiem, rzeczywiście rozpada się na naszych oczach, znaczenie Fidela Castro nagle zmalało do odpowiednich proporcji, zaś "castrizm" wkrótce nie będzie niczym więcej niż niefortunną subkategorią karaibskiego folkloru politycznego. Jednak nawet wtedy nie będziemy w stanie ogarnąć całej jego istoty.

W rzeczywistości, aby zrozumieć zjawisko, należy brać pod uwagę oba jego aspekty - narodowy i ideologiczny - w mniej więcej jednakowym stopniu. W przeciwnym razie prowadzi to do jałowych dyskusji: czy Castro został "wepchnięty" w ramiona Związku Sowieckiego w latach 1960-61, czy sam w nie "wskoczył"; czy eksport terroryzmu rewolucyjnego do Ameryki Łacińskiej, na Bliski Wschód i do Afryki był wynikiem "rozkazów" Związku Sowieckiego, czy jego własną "inicjatywą"; czy Castro jest - obok Kim Il-Sunga z Korei Płn. - ostatnim poważnym praktykiem marksizmu-leninizmu, czy jest jedynie ekstrawaganckim latynoskim nacjonalistą.

Dyskusje te prawdopodobnie więcej nam mówią o nas samych niż o Castro, o naszym pragnieniu znalezienia racjonalnego wytłumaczenia dla tego, co irracjonalne, o naszej potrzebie trywializacji przelotnych i odpychających politycznych fenomenów po to, aby nas dłużej nie straszyły. W przypadku Fidela Castro można powiedzieć, że w trzydzieści lat po wtargnięciu na scenę naszej politycznej świadomości, nadal pozostaje dla nas zagadką. Po części jest to problem braku informacji, lecz po części także kwestia niemożności znalezienia odpowiednich ram, by nadać sens temu, o czym na pewno wiemy.

Nieocenioną pomocą w zrozumieniu Castro jest nowa biografia pióra zasłużonej korespondentki zagranicznej i znanej publicystki Georgie Ann Geyer, która od połowy lat sześćdziesiątych zajmuje się Kubą i Karaibami. Książka Geyer Guerilla Prince: „The Untold Story of Fidel Castro” ukazuje ogromny wysiłek prawie dwudziestu lat podróży nie tylko na Kubę, ale także do wielu innych krajów, z którymi Castro jest w jakimś sensie związany - do Hiszpanii (gdzie krewni jego ojca radzą sobie z trudami życia na wsi galicyjskiej), do Meksyku, Nikaragui, Argentyny i Wenezueli; a także do Związku Sowieckiego, Polski, Niemiec, Angoli, Etiopii i Indii. W trakcie wszystkich tych podróży autorka przeprowadziła wywiady z ponad sześciuset osobami, włączając w tę liczbę nie tylko samego Castro (4 razy) i jego zastępcę Carlosa Rafaela Rodrigueza, ale także ludzi, którzy się z nim wychowywali (Luis Aguilar), którzy byli jego nauczycielami na studiach prawniczych (Herminio Portell-Vila), którzy znali go jako młodego polityka i rewolucjonistę (Melba Hernandez, Jose Prado Llada, Martha Frayde, Huber Matos), czy takich, którzy byli jego sojusznikami (Nikita Chruszczow, Regis Debray, Salvador Allende, Michael Manley, Juan Bosch, Anastas Mikoyan, Eldridge Cleaver, Daniel Ortega, Jonas Savimbi), czy tych, którzy byli jego przeciwnikami (Richard Nixon, generał Vernon Walters, William Colby, Robert McNamara). Najbardziej dramatyczne informacje zostały zebrane od kubańskich uchodźców wysokiego szczebla (w ostatnich latach było ich znacznie więcej, niż się powszechnie uważa) - od generała Rafaela del Pino, byłego dowódcy kubańskich sił powietrznych; Carlosa Franqui, byłego wydawcy „Revolucion” i oficerów wywiadu: Juana Benemelisa i Florentina Aspillagi.

Od tych i innych rozmówców dowiadujemy się o wielu szczegółach życia osobistego dyktatora, które nie były podawane przez prasę światową. Na przykłał, że była żona Castro, Mirta, ponownie wyszła za mąż i spokojnie żyje w Madrycie (nie mówi nigdy dziennikarzom o swoim byłym mężu i o życzeniu zobaczenia się ze swoim synem); że dyktator posiada pięciu nieślubnych synów ze związku z olśniewającą kubańską pięknością - Dalią Soto dei Valle Jorge; że, podobnie jak Fidel Castro Dfaz-Balart (zwany Fidelito), pierwszy syn z małżeństwa z Mirtą, pozostali synowie wykształcili się w Związku Sowieckim, że Castro, niezależnie od głoszonej przez siebie surowości obyczajów, ma wiele wspaniałych domów, między innymi domek myśliwski, który tak bardzo przypomina posiadłości nomenklaturowych arystokratów komunistycznych Europy Wschodniej (ponieważ Castro jest amatorem gry w kręgle, w jednej z jego rezydencji urządzono kręgielnię specjalnie sprowadzoną aż z Japonii); że, wbrew purytańskim zasadom, które rzekomo wyznaje, Castro pro- wadzi ożywione interesy z kolumbijskim kartelem narkotykowym, często za pośrednictwem urzędników generała Manuela Noriegi z Panamy; że wiele fikcyjnych kubańskich "korporacji" czerpie zyski idące w dziesiątki milionów dolarów z podejrzanych interesów, takich jak fałszowanie wiz czy nielegalne wykorzystywanie ciał osób zmarłych; że "sekretny fundusz" w wysokości 4,2 miliona dolarów został zdeponowany w bankach szwajcarskich do dyspozycji kubańskiego przywódcy itd.

To nie mnogość pojedynczych informacji, (...) lecz sposób ich zestawienia czynią nakreślony przez autorkę portret Castro tak sugestywnym. Intencją Geyer, jak sama wyznaje, było przedstawienie portretu "psychologicznie skończonego". "Co jest istotą czaru - pyta autorka - którym Castro omotał masy? Jak to możliwe, aby człowiek z małej i niewiele znaczącej wyspy był zdolny utrzymać taką władzę, że mógł rzucić wyzwanie potędze Stanów Zjednoczonych?" Nasuwa się jeszcze jedno kłopotliwe pytanie: co takiego jest w Castro, co - bez względu na jego dławiący autorytaryzm, upadek ekonomiczny, rekordowe w historii Ameryki Łacińskiej polityczne odosobnienie dysydentów - uczyniło zeń niewzruszoną polityczną ikonę dla tak wielu demokratów Zachodu?

Kuba jest bardziej łacińska od innych krajów Ameryki Łacińskiej. Zawsze była na skrzyżowaniu dwóch głęboko antagonistycznych kultur - jednej wywodzącej się z tradycji Kontrreformacji i drugiej - z Oświecenia. Wiele wątków kubańskiej historii jest odtworzeniem w miniaturze rywalizacji anglo-hiszpańskiej w XVI i XVII wieku, ze wszystkim, co dotyczy religii, wartości społecznych i instytucji politycznych. Hiszpański wpływ na życie Kuby był nadzwyczaj silny: aż do porażki ze Stanami Zjednoczonymi w 1898 roku Madryt rządził wyspą nieprzerwanie przez 400 lat, jeszcze trzy pełne generacje po tym, jak inne społeczeństwa hispanoamerykańskie pozbyły się statusu kolonii. Z drugiej strony, aż do 1901 roku, kiedy formalnie przyznano wyspie niepodległość, perspektywa natychmiastowego przyłączenia do Stanów Zjednoczonych była konkretnym zagrożeniem. Istnienie Stanów Zjednoczonych pozostawało zawsze w historii Kuby najistotniejszym czynnikiem w jej życiu narodowym. Lecz - przy najlepszej woli - czyż mogło być inaczej; z samego tylko powodu położenia geograficznego Stany Zjednoczone były po prostu zbyt potężne i zbyt bliskie, aby mogły być ignorowane. Inną komplikacją był fakt, że Kubańczyków zawsze silnie pociągał amerykański styl życia, lecz zawsze pozostawał on nieosiągalny. Wprowadzało to kubańskich polityków w nieustającą frustrację, której logicznym produktem końcowym i spadkobiercą jest Fidel Castro.

Jego ojciec, Angel, był sierżantem artylerii pochodzącym z hiszpańskiej Galicji, który walczył przeciwko kubańskim powstańcom w wojnie o niepodległość (1895-98). Następnie osiedlił się na Kubie i żył z kubańską służącą, która była matką Fidela i kilku innych dzieci. Startując jako robotnik dniówkowy w jednym z ogromnych przedsiębiorstw rolnych United Fruit Company, Angel Castro w końcu (dzięki własnej pracy) stał się bogatym posiadaczem ziemskim i dorobił się hacjendy o powierzchni 10 tys. akrów w prowincji Oriente. Jego dzieci wzrastały w dobrobycie, ale bez statusu społecznego, zawsze jako społeczni "outsiderzy", ponieważ w kubańskiej republice pozycję społeczną określał w dużej mierze stopień zbliżenia do Amerykanów.

Fidel Castro, z jego nietolerancją, dogmatyzmem, personalizmem, skłonnością do indywidualnych aktów bezużytecznego heroizmu i z jego nienawiścią do Stanów Zjednoczonych, jest typowym produktem hiszpańskiego dziedzictwa - dziedzictwa, którego nie może się zaprzeć. W istocie rzeczy, do niedawna Hiszpania była jedynym państwem zachodnioeuropejskim, które utrzymywało zakrojony na szeroką skalę program pomocy dla Kuby[1]. Nie można tego przypisywać wyłącznie (czy nawet częściowo) faktowi obecności socjalistów w rządzie Hiszpanii; jak podkreśla Geyer, stosunki Castro z ostatnim hiszpańskim dyktatorem Francisco Franco były szczególnie serdeczne, podkreślane ciągłą wymianą prezentów i grzeczności. Obaj politycy tęsknili do spotkania (chociaż nigdy do niego nie doszło), a kiedy Franco - atakowany przez lewicę - zmarł w 1974 roku, Castro ogłosił tydzień oficjalnej żałoby na Kubie.

Odchylenie kulturowe wyjaśnia również wiele w kwestii niechęci Castro do kubańskiej klasy średniej, która świadomie wzorowała się na amerykańskiej middle class, czasem - jak to miało miejsce w przypadku rodziny byłej żony dyktatora - do tego stopnia, że przechodziła na protestantyzm. Jak na ironię, kiedy Castro zniszczył i rozproszył tę klasę (kubańska middle class była największa i najpotężniejsza w Ameryce Łacińskiej) - w dalszym ciągu jako towarzyszki preferował kobiety wywodzące się z jej szeregów, zawsze - jak pisze Geyer - "Zamerykanizowane, mówiące po angielsku, piękne (przeważnie, ale nie wyłącznie... blondynki), pochodzące ze «starych rodów» zasłużonych w walce przeciwko Hiszpanom".

Jedyna rzecz, którą można powiedzieć o okresie poprzedzającym obecne ideologiczne sympatie Castro, to ta, że od najwcześniejszych lat na uniwersytecie interesowała go polityka. Pewien kolega ze studiów wspomina, że Castro fascynował się europejskim faszyzmem lat czterdziestych; inny pamięta wypowiedź, że chciałby być komunistą "tylko, jeśli mógłby być Stalinem". Jeśli Castro ostatecznie zdeklarował się jako komunista, to zrobi/ to dlatego, że, jak przedstawia to jego towarzysz walki Huber Matos, który jednocześnie z nim wstąpi/ do partii, ze wszystkich ideologii marksizm-leninizm "oferował mu największą możliwość stania się niekwestionowanym władcą kraju na resztę jego życia".

Z pewnością jedynym pewnikiem charakteryzującym początki kariery Castro by/a bezwzględna żądza władzy i skłonność do stosowania przemocy dla osiągnięcia celu. W czasie studiów Castro należał do kilku grup "strajkowych", które trudniły się rozbojami i zabójstwami w imię bliżej nie sprecyzowanych celów ideologicznych. Chociaż w końcu otrzymał stopień prawnika, nigdy w rzeczywistości nim nie był i faktycznie przez całe swoje życie żył z owoców pracy innych. Nawet koszty miesiąca miodowego w Nowym Jorku w 1948 roku zostały pokryte przez ówczesnego eks-prezydenta, a późniejszego dyktatora - Fulgencio Batistę, przyjaciela jego teścia. Fidelowi Castro nigdy nie brakowało energii, ale jednocześnie cierpiał na brak dyscypliny niezbędnej do wytrwałej i systematycznej pracy.

Dwa całkowicie różne czynniki umożliwiły Castro jego ostateczny sukces. Pierwszy to politycy kubańscy, którzy nawet przy sprzyjających okolicznościach nie zdobyli się na nic więcej niż rodzaj gangsterskiego populizmu. Przez pierwsze 30 lat niepodległości Kuby życie publiczne nie było niczym więcej niż rozkradaniem społecznego majątku, pełnym rozmaitych bohaterów wojny o niepodległość dzielących łupy między swoich zwolenników. System załamał się w latach trzydziestych pod wpływem rewolucji prowadzonej przez studentów i podoficerów armii, ale to, co nastąpiło, nawet jeśli trochę bardziej demokratyczne, by/o jeszcze gorsze. Pozując na ludzi demokratycznej lewicy (obaj byli wcześniej radykała- mi), prezydenci Ramon Grau San Martin (1944-48) i Carlos Prio (1948-52) byli wyjątkowo skorumpowani. Tylko niewielu uważało, że system jest wart obrony, w momencie, kiedy w przeddzień wyborów 1952 roku generał Batista przechwycił władzę. Ten ostatni, chociaż w latach 1940-44 był dość umiarkowanym prezydentem, po 1952 roku stał się bardziej pobłażliwy wobec siebie i z biegiem czasu coraz bardziej autorytarny. Taki stan rzeczy ostatecznie przygotował Kubańczyków do radykalnego rozwiązania - w końcu lat pięćdziesiątych - istniała tylko kwestia pojawienia się przywódcy.

Nie ma przekonującego powodu, dlaczego tym przywódcą okazał się Fidel Castro, który w 1952 roku, kiedy Batista sięgnął po władzę, był nikomu nie znanym prawnikiem (i kandydował do Kongresu w wyborach, które udaremnił zamach Batisty). Hagiografowie Castro lubią podkreślać, że był on na tyle śmiały, aby zaskarżyć pucz Batisty przed Trybunałem Konstytucyjnym, a w następnym roku wraz z grupą zdeterminowanych (czy zdesperowanych) zwolenników próbować obalić rząd przez zajęcie koszar Moncada w Santiago, drugim co do wielkości mieście Kuby. Jednak najbardziej skutecznie pomogło mu w dojściu do władzy pozbycie się we właściwym czasie ludzi, którzy mogliby być przywódcami opozycji przeciwko Batiscie, chodzi tu głównie o Eduardo Chibasa, komentatora radiowego, którego wieczorne sobotnie audycje skupiały uwagę całego społeczeństwa i który pod wpływem oskarżeń popełnił samobójstwo pewnej nocy w 1951 roku.

Oto inne ponure przykłady stosunku Castro do potencjalnych rywali. Niektórzy z nich znikli w nie wyjaśnionych i budzących wątpliwości okolicznościach: Frank Pais, przywódca ruchu oporu przeciwko Batiscie został wydany policji kubańskiej przez Vilmę Espin, ówczesną żonę brata Castro, Raula; Camilo Cienfuegos, najpopularniejszy dowódca partyzancki w wojnie przeciwko Batiscie, zginął w tajemniczej katastrofie lotniczej, krótko po zwycięstwie rewolucji; czy sam Che Guevara, wysłany na pewną śmierć najpierw do Kongo, a później do Boliwii. Inni byli eliminowani przy pomocy spektakularnych pokazowych procesów - Huber Matos, przywódca robotniczy David Salvador, czy ostatnio generał Armando Ochoa, najwybitniejszy wojskowy w kubańskiej armii. Geyer szczegółowo ukazuje, jak Castro - dowódca małego oddziału partyzanckiego, który rzadko brał udział w prawdziwych starciach w końcu lat pięćdziesiątych - zawładnął wyobraźnią społeczeństwa kubańskiego przez kreatywną manipulację środkami masowego przekazu - najpierw na Kubie, później w nowojorskim „Times” dzięki Herbertowi Matthewsowi, a także przez skłócenie wzajemne przeciwników Batisty. Zatem po zajęciu przez Castro Hawany w Nowy Rok 1959 nie było alternatywnego przywódcy i cały naród był gotów poddać się nowemu idolowi. Jego rewolucja zwyciężyła - do niego należał wybór jej dalszej drogi.

Wybór należał tylko do niego. Przekonanie o okrutnej i nieżyczliwej reakcji Stanów Zjednoczonych na młodą rewolucję kubańską, stało się legendą, która zmusiła Castro do zwrócenia się do Związku Sowieckiego. Geyer cierpliwie analizuje wszystkie szczegóły obalające ten mit: poza ścisłym kręgiem ambasadora Earla E. T. Smitha i jego wojskowych doradców, większość amerykańskich dyplomatów na Kubie przyjęła rewolucję Castro z otwartością i entuzjazmem. Były agent CIA wspominał w 1987 roku, że podobnie było nawet w jego Agencji. Departament Stanu - rozdarty między doniesieniami Smitha a informacjami z innych źródeł - próbował uprawiać politykę, którą Geyer określa jako "upodobanie ludzi żyjących w społeczeństwach uporządkowanych do wysuwania żądań politycznych w imieniu członków społeczności zdezorganizowanych".

Ostatecznie jednak rola Stanów Zjednoczonych w przypadku rewolucji kubańskiej była żadna. Batista uciekł, Castro przejął władzę, a Waszyngton postanowił robić wszystko, co można, dla nowego kubańskiego lidera. Kiedy przybył on do USA w 1960 roku - wbrew jego własnym późniejszym opisom - był, jak pisze Geyer, "fetowany, admirowany i czczony gdziekolwiek się pojawiał". Przyjęcie było tak serdeczne, że w czasie tej oszałamiającej podróży Fidel dostawał powtarzające się telefony od swego brata Raula (który pozostał na Kubie) z zarzutami, że "zaprzedał się Amerykanom". Teresa Casuso, obecnie ambasador Kuby przy ONZ, wspomina moment, kiedy Fidel "o mało się nie rozpłakał" z powodu zarzutów brata.

Jednakże politycy amerykańscy, chociaż robili, co było w ich mocy, nie zdołali zmusić gości do skoncentrowania się na poważnych rozmowach dotyczących ekonomii. Powód był prosty - nowy przywódca kubański zdecydował już o innym kursie polityki jego kraju. Tym właśnie Geyer tłumaczy pozorne nawrócenie ideologiczne Castro:

Fidel Castro nigdy "nie stał się" komunistą tak, jak inni stają się masonami, katolikami, oficerami SS, wyznawcami Kriszny czy Zaratustry. Nie podporządkował się ideologii, zauważył, że może ideologię podporządkować sobie..., utożsamił komunizm z władzą, do której doszedł nie dzięki ideologii, ale przez działanie.

Castro nigdy nie został naprawdę komunistą. Ewenementem historycznym jest fakt, że zniszczył on partię komunistyczną i stworzył swoją własną partię Fidelista, którą nazywał komunistyczną, aby przeciwstawić się Stanom Zjednoczonym i zyskać poparcie Związku Sowieckiego. Po raz pierwszy w historii przywódca nawrócił partię komunistyczną na siebie!

Wybór Castro był logiczny: wybierając sojusz ze Stanami Zjednoczonymi musiałby zgodzić się na "burżuazyjny legalizm" i rządy konstytucyjne, co naraziłoby go na naciski ze strony Waszyngtonu, które ograniczały władzę poprzednich kubańskich dyktatorów. Oczywiste było, że nic takiego nie mogło mu grozić ze strony Kremla. (...)

Więcej korzyści wyniósł Castro z apologii akcji sponsorowanej przez Stany Zjednoczone w kwietniu 1961 roku - lądowania w Zatoce Świń na południowym wybrzeżu wyspy kilku tysięcy kubańskich przeciwników Castro. Zdarzenie to ujawniło zahamowania Stanów Zjednoczonych: jeśli rzeczywiście zależałoby Waszyngtonowi na zniszczeniu Castro, nie powinien on odmówić powstańcom powietrznego wsparcia, którego żądali, błędem było również niewysłanie oddziałów amerykańskich, co mogłoby zapobiec klęsce całej operacji. Nasuwa się pytanie, dlaczego prezydent John F. Kennedy podjął walkę z Castro z jedną ręką przywiązaną za plecami; jakkolwiek było, nie było woli obalenia kubańskiego dyktatora za wszelką cenę.

Porozumienie Kennedy-Chruszczow, które zakończyło kryzys w październiku 1962 roku, było jeszcze jednym przejawem amerykańskiego niezdecydowania. Zobowiązanie Stanów Zjednoczonych do pozostawienia Kuby w spokoju, w zamian za wycofanie sowieckiej broni: nuklearnej z wyspy, było oceniane jako zwycięstwo Moskwy, a także Hawany.(...)

Stosunek Castro do Stanów Zjednoczonych był bardziej bezceremonialny. O ile USA uznały w końcu reżim Castro, o tyle on nigdy się nie zrewanżował, o czym świadczy jego ukryte poparcie dla portorykańskich terrorystów czy czarnych "rewolucjonistów" amerykańskich. Jak zostało ujawnione w pośmiertnie opublikowanych pamiętnikach Chruszczowa, Castro nalegał, aby Sowieci użyli broni nuklearnej przeciwko Stanom Zjednoczonym w wypadku, gdyby doszło do inwazji amerykańskiej na Kubę w celu rozbrojenia wyrzutni rakietowych - rada, którą nawet sowiecki przywódca uznał za samobójczą (żeby nie powiedzieć za apokaliptyczną) .

Przypominane są często liczne spiski CIA na życie Castro (żaden z nich nie doszedł do skutku). Geyer podaje kilka dowodów - niedostatecznie pewnych, ale zbyt ważnych, aby je zignorować - na to, że Castro mógł być zamieszany w sprawę zabójstwa Kennedy'ego. Czas nie złagodził bynajmniej stosunku Castro do USA; generał del Pinto powiedział Geyer, że po inwazji amerykańskiej na Grenadę w 1983 roku Castro wydał rozkaz swoim siłom powietrznym do lotu, którego celem miały być instalacje nuklearne w Turkey Point, 24 mile na południe od Miami. Del Pinto był zszokowany; czy dyktator nie zdawał sobie sprawy, że "zniszczenie tych obiektów nie tylko unicestwi wszystkich Kubańczyków żyjących w Miami, ale także... radioaktywna fala dosięgnie Kuby?"

"Jesteśmy silni i niebezpieczni" - entuzjazmował się Che Guevara na łamach magazynu wojskowego Verde Olivio w 1960 roku. "Jakże wspaniale i wygodnie jest przynależeć do takiej światowej potęgi, tak niebezpiecznej jak Kuba!" Bardziej elegancko ujął tę myśl dwadzieścia lat później politolog z Harvardu Jorge Dominguez pisząc, że Kuba "jest małym kra- jem prowadzącym politykę zagraniczną dużego państwa". (...) Kuba zawsze była zbyt małą sceną dla ambicji politycznych Castro. Prawie od samego początku usiłował on podkreślać swoją obecność na kontynencie południowo- amerykańskim. Aspillaga wspomina, że nawet w połowie lat osiemdziesiątych Castro marzył o prezydenturze całej Ameryki Łacińskiej. Wizja Kuby jako potencjalnego mocarstwa - jakkolwiek dziwna dla cudzoziemców - miała swoje korzenie w tradycji politycznej wyspy lecz bez ekonomicznego i politycznego poparcia ze strony Związku Sowieckiego mogła pozostać tylko snem na jawie sfrustrowanych egzotycznych polityków. Jednak z takim poparciem Castro był w stanie osiągnąć quasimocarstwowy status. Na początku lat siedemdziesiątych, u szczytu "militarnego globalizmu" Fidela Castro, przy ośmiomilionowej ludności wyspy, było 250 tysięcy "międzynarodowych bojowników", którzy rozprzestrzenili się po całym świecie. Podczas wojny domowej w Etiopii wszystkie, kubańskie siły ekspedycyjne zostały przetransportowane do Afryki, gdzie walczyły pod dowództwem sowieckich generałów. Ponadto Castro sponsorował 27 aktywnych organizacji partyzanckich liczących 25 tysięcy uzbrojonych i wyszkolonych ludzi z innych krajów, wspieranych przez dodatkowe 20 tysięcy z Afryki i Nikaragui, którzy przeszli polityczną indoktrynację na Kubie. Hawana stała się jednym z dwóch ośrodków światowej wojny partyzanckiej - drugim był palestyński ruch narodowy na Bliskim Wschodzie.

Ewidentne jest znaczenie powyższych faktów dla polityki międzynarodowej. Bez rady i poparcia Castro nie byłoby nikaraguańskich (Sandinistów, amerykańskiej inwazji na Grenadę, rozprzestrzeniania się ruchów partyzanckich z Salwadoru do Urugwaju i Chile, zniszczenia demokracji w Ameryce Południowej, nie byłoby marksistowskiej Angoli, Mozambiku czy Etiopii. Nie byłoby nowego politycznego, ideologicznego i strategicznego układu sił w południowej Afryce, nie byłoby ponadnarodowych "państw narkotykowych", bronionych przez lewackich partyzantów. (...) Od 1959 roku Stany Zjednoczone zaczęły przeżywać kryzys swojej polityki zagranicznej. Z pewnością Castro przyłożył do tego rękę.

Motorem tego wszystkiego nie była ideologia marksistowska ani plany strategiczne Związku Sowieckiego. Nie to zadecydowało o sukcesie Castro. Kamieniem węgielnym jego rewolucyjnej kariery na Kubie były raczej urazy i resentymenty. Geyer pisze: "Nie był politykiem kierującym się kalkulacją, lecz kompleksami". Zniszczył starą Kubę "nie dlatego, że Amerykanie się od niego odwrócili, ale dlatego, by zwalczyć dręczące poczucie niższości, podobnie jak zniszczył kulturę, której nie mógł znieść tylko dlatego, że Kubańczycy jej pragnęli".

Polityka zagraniczna Castro była jedynie projekcją jego postawy przełożoną na skalę globalną, militarno-politycznym przymierzem z innymi "straceńcami" historii. Gdzieś po drodze utracił świadomość faktu, że jego osiągnięcia prawie w całości bazowały na potędze i woli Moskwy. Niezrozumiałe jest, że kubański dyktator nie zawsze był posłuszny instrukcjom Kremla, czasami przeciwstawiał się swoim pa- tronom, zmuszając ich do przyjmowania za dobrą monetę jego dziwnych i ryzykownych posunięć. Jak zauważył sowiecki uchodźca Arkadij Szewczenko, Moskwa nie miała nigdy klienta, który by tak nadużył jej cierpliwości. Castro z powodzeniem manipulował swoimi sponsorami. Lecz dzisiaj komu jest potrzebny Fidel Castro i jego kraj?

Więcej broni oznacza niewątpliwie mniej masła. Castro umocnił swoją siłę na Kubie i poza jej granicami kosztem ogromnych ofiar własnego narodu. Fakt ten jest godny zastanowienia dlatego, że jest dalece sprzeczny z tym, co początkowo obiecywał Kubańczykom. W słynnym przemówieniu w 1953 roku ("Historia mnie rozgrzeszy"), zwolniony po procesie wytoczonym mu po ataku na koszary Moncada, przyszły dyktator powiedział, że "Kuba będzie miała znakomite oparcie w populacji trzykrotnie większej niż obecna... nie będzie powodu, aby jej mieszkańcy żyli w biedzie. Rynek zostanie zalany towarami, spiżarnie się zapełnią, wszystkie ręce będą pracowały dla przemysłu". Jednak dzisiejsza Kuba pod rządami Castro jest przykładem nie postępu, lecz regresu. Daleka od tego, aby samodzielnie zbudować niezależną potęgę gospodarczą, wyspa nie jest nawet w stanie wyprodukować wystarczającej ilości cukru i od 1983 roku musi uciekać się do otwartego handlu, aby wywiązać się z kontyngentów eksportowych wobec Związku Sowieckiego. (...)

Kraj jest biedniejszy, niż był kiedykolwiek. Zamiast "rynku zalanego towarami i pełnych spiżarni" ludność żyje na granicy nędzy, wszystkie artykuły pierwszej potrzeby są skąpo racjonowane. Pewna Amerykanka kubańskie- go pochodzenia, po niedawnej wizycie u rodziny, przytoczyła wypowiedź swojej kuzynki: "Powiedz naszym krewnym w Stanach, aby się nie martwili - jest nam tu na Kubie dobrze; jedyna rzecz, której nam brakuje, to jedzenie i wolność". Samobójstwa są obecnie jedną z głównych przyczyn śmierci Kubańczyków między 41 a 49 rokiem życia. Nie ominęło to również najbliższego otoczenia Castro - samobójstwo popełnili jego bliski towarzysz Haydee Santamaria i marionetkowy prezydent Osvaldo Dorticos.

Byli i ciągle jeszcze są tacy, którzy bronią takiego stanu rzeczy nawet w warunkach amerykańskiej "blokady" ekonomicznej (faktyczne embargo handlowe nałożone przez Stany Zjednoczone nie powstrzymuje Castro od zawierania handlowych transakcji z większością krajów świata, chociaż jego niewypłacalność uczyniła zeń najbardziej niepożądanego klienta) czy planowanych rozwiązań w sferze edukacji i lecznictwa. Nie brak w dzisiejszych doniesieniach z Kuby stwierdzeń w rodzaju: "Nie ma na Kubie ludzi głodnych i bezdomnych" - zapewnia czytelników „Washington Post” Lee Hockstadter (6 lutego 1991), "a bezpłatna opieka lekarska i edukacja niwelują niedobory niektórych artykułów spożywczych i dóbr konsumpcyjnych".

Nieco inne spojrzenie na zagadnienie opieki zdrowotnej prezentuje Dr Maria Isabel Gonzalez Betancourt, była minister zdrowia, która zbiegła do Meksyku we wrześniu 1990 r. Twierdzi ona, że w kubańskich szpitalach wielu pacjentów umiera wskutek infekcji pooperacyjnych, ponieważ brak środków antyseptycznych, takich jak mydło czy woda destylowana; chorzy cierpiący na nerki umierają z powodu braku części zamiennych do aparatów do dializy. Co więcej, pani minister twierdzi, że "nie jest prawdą, jakoby, tak jak w Meksyku, rząd zapewniał bezpłatne lekarstwa; na Kubie pacjent otrzymuje receptę w gabinecie lekarskim i sam musi próbować zrealizować ją. Dzieje się tak dlatego, że państwowe apteki nie posiadają około 320 podstawowych leków, w tej liczbie penicyliny, bez której trudno sobie wyobrazić działalność szpitali choćby przez kilka tygodni".

Co do systemu szkolnictwa, sądząc z publikacji amerykańskich na ten temat, można by przypuszczać, że przed 1959 rokiem na Kubie w ogóle nie było szkół, podczas gdy od ponad pół wieku przed dojściem Castro do władzy Hawana była jednym z dwóch czy trzech najważniejszych hispanojęzycznych centrów wydawniczych, teatralnych i literackich. Z pewnością istniała ogromna różnica między miastem a wsią, lecz mimo to Kuba zajmowała trzecie lub czwarte miejsce w dziedzinie literatury wśród państw Ameryki Łacińskiej. Stoi to w sprzeczności z oszukańczymi deklaracjami Castro na ten temat. Jacopo Timerman zauważa, że "jeśli prawdą jest to, że dzisiaj każdy Kubańczyk umie pisać i czytać, to również prawdą jest to, że każdy Kubańczyk nie ma co czytać i musi bardzo uważać na to, co pisze". Timerman dodaje także, że w 12 lat po wojnie w Afryce i jej doświadczeniach nie pojawił się na Kubie ani jeden utwór prozatorski czy poetycki, "który byłby czymś więcej niż pamfletową głupotą". Ani jeden wybitny pisarz kubański nie mieszka w kraju.

Ileż razy w naszym stuleciu przewidywania Marksa zostały udaremnione przez rozwój wydarzeń! Najpierw, wielka rewolucja, którą przewidywał, nie rozpoczęła się w uprzemysłowionych krajach zachodniej Europy, lecz na obszarach barbarzyńskiego Wschodu. Później została przyniesiona Zachodowi nie przez zbuntowanych robotników, lecz przez czołgi, bagnety i system policyjny. Ostatecznie rozprzestrzeniła się na peryferyjnych, dekolonizujących się obszarach nowoczesnego świata. Obecnie centrum tego, co zwykło się określać mianem "świata socjalistycznego", wali się, zagrażając przetrwaniu swoich peryferyjnych poddanych. Któż mógł przypuszczać w 1848, 1917 czy 1945 roku, że ostatnią redutą komunizmu będzie tropikalna wyspa na Karaibach?

Tego rodzaju system nie może skończyć się tak łatwo, nie będzie miękkiego lądowania. Nikt nie jest w stanie powiedzieć, kiedy i jak nastąpi upadek, chociaż ani kontynuacja pokoleniowa (nagłe pojawienie się syna Castro "Fidelito" pretendującego do schedy po ojcu), ani stopniowe otwarcie systemu (zarówno wewnątrz kraju, jak i w stosunku do Stanów Zjednoczonych) nie wydają się prawdopodobne. W ostatnich miesiącach Castro kilkakrotnie podkreślił, że bez względu na to, co się dzieje gdziekolwiek indziej, Kuba będzie niosła sztandar marksizmu do końca. Nie ulega wątpliwości, że tak długo, jak Castro będzie wpływał na rozwój wypadków, przyszłość Kuby będzie podobna do jej przeszłości. Na dłuższą jednak metę nie jest prawdopodobne, aby deklaracje Castro zdołały oprzeć się biegowi historii, działaniu czynników geopolitycznych i kulturowych, działaniu tego wszystkiego, co w końcu sprowadzi tego człowieka i jego kraj do wymiaru groteskowego i smutnego epizodu.

Tłum. A. M. Commentary, czerwiec 1991

--------------------------------------------------------------------------------

[1] Program ten był czasowo wstrzymywany, ponieważ Castro odmawiał pozwolenia Ambasadzie Hiszpanii w Hawanie na przyjmowanie Kubańczyków proszących o azyl polityczny.

Orientacja na prawo 1986-1992: