8. Za granicą: GORBACZOW W LONDYNIE (Tomasz Morawski)

ZA GRANICĄ

___________________________________________________________________________

Tomasz Morawski

GorbaCZOW W Londynie

Przywódcy siedmiu najbogatszych państw świata zbierają się co roku, aby omówić najważniejsze ze spraw nurtujących społeczeństwa wysoko rozwiniętych krajów zachodnich. Każdy ze szczytów "siódemki" niósł zwykle wiele mniej lub bardziej istotnych decyzji wpływających na bieg politycznych i gospodarczych wydarzeń światowych.

Tym razem londyńskie spotkanie przywódców tych państw w zasadniczy sposób różniło się od dotychczasowych. Można właściwie zauważyć, że problemy Zachodu w powszechnym odczuciu opinii publicznej zeszły na drugi. plan omawianych w Londynie spraw. Oto bowiem największym "showmanem" lipcowego szczytu był, zaproszony na jego koniec, Gorbaczow. To on skupiał na sobie największe zainteresowanie mass mediów. Jako mniej istotne potraktowano inne rozmowy, ogólną uwagę skupiając na pytaniu, czy Gorbaczow uzyska pomoc najbogatszych dla swych wizji uratowania sowieckiej gospodarki.

Sowiecki przywódca przyjechał do Londynu, aby przekonać Zachód, że tylko zastrzyk wielkiej gotówki może uratować proces znany na świecie jako pieriestrojka. Sowiecka gospodarka albowiem coraz bardziej przypomina grzęzawisko, które bezlitośnie wciąga wszystkich, którzy próbowali jej do tej pory pomóc. W istocie rzeczy z owego bagna nie da się niczego tak naprawdę uratować. Jedynym wyjściem jest bowiem zasypanie grzęzawiska i zbudowanie na tym terenie czegoś zupełnie nowego. Jednak tego typu proces w warunkach sowieckiego systemu jest zupełnie nierealny. Aby stał się możliwy, należałoby totalnie zmienić system panujący w ZSRS, ale jak myślę, trudno wymagać tak "szalonego" kroku od komunistycznych przywódców. W związku z tym sowiecka gospodarka weszła w stan katastrofalnej zapaści. Jedynym praktycznie wyjściem, które mogłoby uratować (oczywiście tylko doraźnie) komunistyczną ekonomikę ZSRS bez obalania ustroju, jest rzeka dolarów, które bogaci tego świata mogli- by dać swojemu sowieckiemu ulubieńcowi. Komunistyczny aparat rządzący w Związku Sowieckim doskonale zdaje sobie z tego sprawę i od kilku lat robi wszystko, co w jego mocy, aby tę pomoc uzyskać. Dlatego na czele państwa stoi Gorbaczow i dlatego także pieriestrojka, a co za tym idzie i wszelkie próby reformowania tego, co w istocie jest niereformowalne. Reformy wprowadzane przez Gorbaczowa są tylko propagandowym wybiegiem, obliczonym na poklask Zachodu. A ten przeważnie daje się na ten lep nabrać widząc w "Gorbim" ideał przywódcy pragnącego odmienienia sowieckiej rzeczywistości. To, że sytuacja w ZSRS w pewnej (pytanie jak dużej) części wymyka mu się spod kontroli, jest nie tyle zasługą Gorbaczowa i jego partyjnych przyjaciół, ile pewnych grup społeczeństw zamieszkujących ten kraj, których aspiracje przy okazji pieriestrojki zostały nieświadomie uwolnione z wieloletniego uśpienia. Zresztą i z tego obudzenia pragnień demokratycznych i niepodległościowych Gorbaczow robi w pewnym stopniu jeden ze swych głównych oręży przeznaczonych na użytek zagranicy. Państwa zachodnie, jak i sąsiadujące z ZSRS, jak ognia boją się bowiem destabilizacji komunistycznego imperium. Gorbaczow jest więc dla nich najpoważniejszym gwarantem, że Związek Sowiecki nie upadnie nagle, a tym samym wewnętrzna sytuacja w nim nie będzie miała, według nich, niebezpiecznego wpływu na światową stabilizację.

Jednak pomimo politycznego wsparcia dla pieriestrojki, gorzej jak do tej pory było ze wsparciem finansowym. Owszem, tu i ówdzie Gorbaczow otrzymywał pewną pomoc, ale była to kropla w morzu potrzeb, która zresztą grzęzła w sowieckim bagnie. Tajemnicą pozostaje tak naprawdę jedynie skala wsparcia Niemiec dla ZSRS w zamian za zgodę na zjednoczenie. Zapewne musi być ona niemała, ale jej rzeczywiste rozmiary nie są właściwie nam znane.

Żeby uzyskać pomoc, która by rzeczywiście mogła zmienić bieg wydarzeń, potrzebne było Gorbaczowowi prawdziwie spektakularne wydarzenie. Taką możliwością stał się dla niego lipcowy szczyt w Londynie. Wiele miesięcy temu rozpoczął on więc starania o zaproszenie go do Londynu. I zaproszenie to, mimo wielu obiekcji, uzyskał. Dano mu więc ogromną szansę na wmówienie Zachodowi, że posiada on plan, który przestawi Związek Sowiecki na tory gospodarki wolnorynkowej, a którego wprowadzenie jest uzależnione jedynie od ogromnych sum (mowa była nawet o kilkuset milionach dolarów), jakie najbogatsze państwa świata byłyby skłonne dać mu do ręki.

Wyniki szczytu nie mogły jednak zaspokoić sowieckich "reformatorów". Żadne ogromne kredyty nie zostały bowiem, jak na razie, im przyznane. Oprócz wielu dość mglistych obietnic (m.in. o przyjęciu ZSRS do Międzynarodowego Funduszu Walutowego), Gorbaczow nie uzyskał spodziewanego wsparcia. Oczywiście nie znaczy to, że pewne z obietnic nie zostaną spełnione, zapewne jednak nie będą to tak wielkie sumy, o jakie występowali twórcy pieriestrojki.

Dlaczego tak się stało? Odpowiedź na to pytanie jest dość prosta. Zachodni przywódcy i bankierzy nauczyli się cenić swoje pieniądze, a przecież tak naprawdę zdają sobie doskonale sprawę, że żadna skuteczna reforma ekonomiczna w warunkach systemu sowieckiego nie jest możliwa, a tym samym ich pieniądze zostałyby bądź utopione w grzęzawisku, bądź wzmocniłyby, ale nie gospodarkę wolnorynkową w ZSRS, lecz aparat partyjny, policję i wojsko. Nikt nie chce tracić więc swych pieniędzy w tak ewidentny sposób. Można jednak znaleźć inne sposoby pomocy dla Gorbaczowa. Wspiera się go więc w ograniczony do pewnych, nie tak dużych rozmiarów sposób finansowy, a przede wszystkim udziela mu się znacznego poparcia propagandowego i politycznego.

Dowiódł tego także londyński szczyt. Gorbaczow tak jak poprzednio uzyskał zapewnienie Zachodu o niezmiennym poparciu, jakim się cieszy. Politycy zachodni traktują go jako jedynego sowieckiego przywódcę zdolnego do uratowania podupadłego imperium i zwolennika szeroko zakrojonych reform, gorąco pragnącego przybliżenia swego kraju do demokracji. Wprawdzie szczyt "gorbimanii" mamy już chyba za sobą, jako iż nawet najbardziej wyrozumiali jego wielbiciele nie mogli choć w umiarkowany sposób nie odnieść się krytycznie do niego po zbrojnych interwencjach na Litwie, to jednak nadal uważają, że warto inwestować swe zaangażowanie w obronę jego pozycji.

Na tym tle zaobserwować można nawet rodzaj pewnego podziału wśród przywódców "siódemki". Część z nich - Kohl, Mitterand czy Andreotti - gorąco wyrażała przed szczytem, jak i w jego trakcie, swe poparcie dla genseka i jego planów gospodarczych. Pozostali liderzy traktowali go z większą rezerwą (najchłodniej potraktował go premier Japonii), nie chcąc angażować się w dużą pomoc gospodarczą i ograniczając się do słów otuchy dotyczących linii politycznej Gorbaczowa.

Londyński szczyt nie mógł globalnie rozwiązać problemów "Gorbiego", jako że każde z państw w nim uczestniczących czego innego oczekuje od ZSRS. Nikt nie jest skłonny do zaangażowania niewyobrażalnej sumy pieniędzy, której żądał Gorbaczow, wiedząc, że interes to dość niepewny. Jednocześnie jednak każde z państw byłoby skłonne dać Gorbaczowowi pomoc gospodarczą w imię świętego spokoju i zachodniego mitu o groźbie destabilizacji świata mogącej zaistnieć po jego upadku. Każdy z uczestników spotkania w zamian pragnąłby uzyskać jakieś korzyści dla siebie. Niemcy już takie otrzymali, ale nadal gotowi są wspierać pieriestrojkę, bo nadal na ich terytorium stacjonuje wielotysięczna armia sowiecka. Stany Zjednoczone kładą nacisk na rokowania rozbrojeniowe i wygląda na to, że po bliskim już szczycie Gorbaczow-Bush można się spodziewać obietnic pomocy. Japończycy twardo odrzucają propozycje sowieckie i obstają przy żądaniu zwrotu Kuryli. Najlepiej też z całego towarzystwa znają wartość posiadanych przez siebie pieniędzy. Własne interesy i różnice w poglądach spowodowały więc, że sam szczyt nie mógł przynieść efektów, jakich oczekiwał dla siebie Gorbaczow. Może jednak stać się dla niego dobrym punktem wyjścia do dalszych starań i pertraktacji.

Gorbaczow jest politykiem zręcznym i ł wiedzącym, czego chce. Z pełną świadomością stara się wpłynąć na światową opinię publiczną i demokratycznych polityków, aby stworzyć wrażenie, że dla jego rządów nie ma żadnej alternatywy. Zachód to "kupuje" (co nie znaczy oczywiście, że idzie za tym bezwarunkowa pomoc gospodarcza) widząc w powszechnie szanowanym - choć może już nie uwielbianym - polityku pioniera demokracji w ZSRS i partnera dla siebie. W związku z tym nikt nie dopuszcza do siebie myśli o możliwości rzeczywistej zmiany systemu sowieckiego. Zachód entuzjazmuje się bowiem walką "liberalnego" Gorbaczowa z "konserwatywnym" skrzydłem KPZS, z sympatią odnosi się do rywalizacji dwóch "demokratów": Gorbaczowa i Jelcyna, widząc w tym "autentyczną" walkę polityczną, prowadzoną według cywilizowanych reguł, a już z największym szacunkiem spogląda na Eduarda Szewardnadze, który wystąpi! z KPZS i zakłada własną, oczywiście bardzo demokratyczną, partię polityczną. Scena polityczna ZSRS (pomijając republiki walczące o suwerenność) została znakomicie zabudowana w ciągu krótkiego czasu. Są na niej konserwatyści, liberałowie, demokraci, socjaldemokraci i Bóg wie kto jeszcze. Nikomu jednak nie przeszkadza, że wszystkie te ruchy tworzone są przez aktualnych lub byłych wysokich przywódców komunistycznych, którzy z ogromnym talentem i wdziękiem grają całkowicie dla nich nowe role. Brak jedynie miejsca dla rzeczywistych ruchów opozycyjnych, które nie wyrosły z KPZS. Ale o nich mało kto na świecie ma ochotę cokolwiek wiedzieć.

Dzielenie się sowieckich komunistów jest znakomicie odbierane na Zachodzie. Ze szczerą sympatią nagłaśniane są tam, tak zresztą jak i u nas, kolejne posunięcia Gorbaczowa i jego aktualnych i byłych kolegów. Szczególnie mocno było to widać właśnie w okresie poprzedzającym wizytę Gorbaczowa w Londynie. Sowieckie wewnętrzne gry polityczne przybrały na dynamizmie. Codziennie działo się w ZSRS coś nowego. Gorbaczow opracowywał nowe plany reform gospodarczych mających przekonać wszystkich, że gospodarka wolnorynkowa w Związku Sowieckim jest możliwa w ramach istniejącego systemu. Jelcyn nawiązywał z nim współpracę, co przekonać miało niedowiarków, że Gorbaczow rzeczywiście dąży do demokracji, a jego przynależność partyjna jest tylko grą. Nina Andrejewa zakłada- ła frakcję prawdziwych bolszewików, aby postraszyć opornych, że alternatywą dla "liberałów" w KPZS są właśnie oni. Szewardnadze na wszelki wypadek założył nową partię, aby udowodnić wszystkim, że prawdziwy komunizm ma wielu przeciwników i, aby w razie czego zastąpić Gorbaczowa. Sam gensek kilka razy złożył rewolucyjne oświadczenia: a to, że przestanie być sekretarzem generalnym KPZS lub że prezydentem ZSRS może zostać polityk bezpartyjny i temu podobne komunały. Można śmiało przypuszczać, że całe to zamieszanie miało stworzyć wrażenie, że demokracja w ZSRS jest już faktem i Zachód powinien wzmóc swe wysiłki dla ratowania sowieckiej gospodarki. Świat albo z naiwności, albo z wyrachowania połyka gładko kolejne doniesienia z ZSRS o demokratycznych komunistach i demokratycznych byłych komunistach obawiając się, że jeśli oni upadną, władzę w Moskwie przejmą bolszewicy.

Z tego też powodu niechętnie mówi się o poparciu dla dążeń niepodległościowych narodów zamieszkujących Związek Sowiecki, bo to przecież mogłoby znacznie osłabić pozycję "reformatorów". Szczytem takiego zakłamanego postępowania była niedawna wizyta J. Delors w Moskwie, gdzie nie tylko uczestniczył w posiedzeniu sowieckiego rządu, ale oświadczył wobec wszystkich, że nie warto odłączać się od ZSRS, bo należałoby za tego typu krok zapłacić olbrzymie odszkodowanie do kasy związkowej.

Z rezerwą również podchodzi się do problemów byłych państw socjalistycznych ZSRS, ostrożnie popierając ich dążenia do pełnej emancypacji (skądinąd ciekawe, że Układ Warszawski został przez ZSRS rozwiązany akurat tuż przed szczytem londyńskim).

Wizyta Gorbaczowa w Londynie nie przyniosła na pewno spektakularnych efektów, o które tak zabiegał. Stała się jednak możliwością zaprezentowania Gorbaczowowskich "dalekosiężnych" planów i przez swą otoczkę propagandową znacznie wzmocniła jego nadszarpniętą na początku roku reputację. Jakie będą rzeczywiste efekty rozmów Gorbaczowa z zachodnimi przywódcami, okaże się zapewne dopiero za jakiś czas. Oby tylko najbogatsze państwa świata nie doszły do wniosku, że w imię ratowania pieriestrojki warto poświęcić nawet własne pieniądze.

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: