5. W stronę państwa: MORALNOŚĆ I POLITYKA (Zbigniew Ruta)

W STRONĘ PAŃSTWA

___________________________________________________________________________

_______________________________________

Zbigniew Ruta

MORALNOŚĆ I POLITYKA

Zestawienie tych tak, zdawałoby się, diametralnie różniących się od siebie zjawisk życia społecznego może wydać się dla wielu szokujące. W obiegowej opinii polityka bowiem kojarzy się z czymś zgoła przeciwstawnym etyce. Uważa się, że jest ona tylko zimną, wyrachowaną grą o zdobycie i utrzymanie władzy, w której liczy się jedynie skuteczność. Moralne wartościowanie działań politycznych nie ma więc większego sensu. Zwycięzcy zawsze mają rację, a cel uświęca środki. Takie konkluzje nasuwają się zarówno z wielowiekowych doświadczeń historii, jak i analizy technik sprawowania władzy. Dzieło Niccolo Machiavellego Książę stało się na długo intelektualnym potwierdzeniem tego stanowiska. To sprawia, że tak często czujemy wstręt do polityki. Byli jednak i tacy, którzy nie podzielali takiego poglądu i nie wyobrażali sobie uprawiania polityki bez użycia tej nieocenionej busoli, jaką stanowią dla niej normy moralne. Paul Tiry D'Holbach pisał, że "Polityka nigdy nie może odłączyć się od moralności ani też stracić jej nawet na chwilę z oczu, nie stwarzając tym samym zagrożenia tak dla panujących, jak i poddanych"[1]. Zwłaszcza dzisiaj sentencja ta nabiera szczególnej wymowy, jeśli zważymy, jakimi potwornymi środkami technicznymi dysponuje władza. Bezwzględne zastosowanie np. w polityce zagranicznej zasady racji stanu prowadziłoby do szybkiego zniszczenia, przy użyciu posiadanych arsenałów broni, wielu narodów słabszych i mniej licznych przez narody silniejsze i liczniejsze. Polityka zna wiele takich ogólnych zasad znanych od tysięcy lat, począwszy od państw egipskich faraonów, a na współczesnych demokracjach parlamentarnych kończąc. Ale od każdej zasady są wyjątki. Trzeba wiedzieć jeszcze, w jakich okolicznościach można daną zasadę zastosować. Kierowanie współczesnym państwem, gdzie procesy społeczno-ekonomiczne uległy ogromnemu skomplikowaniu, wymaga nie lada wiedzy i umiejętności. Dlatego głowy państw, rządy, a także liderzy partii politycznych korzystają w coraz większym stopniu z usług sztabów doradców. Korzystanie z doradców jest jednak również swego rodzaju sztuką. Nie tylko trzeba potrafić ocenić wartość danego doradcy, ale na ogół dobrze jest przy tym samemu coś niecoś orientować się w temacie, aby mimo woli nie być nabitym w butelkę.

Wystrzegać się zwłaszcza należy natrętnych pochlebców, różnej maści i upierzenia cwaniaków węszących jedynie dla siebie możliwości zrobienia u boku władzy kariery, a za którymi stoją całe sfory chciwych łatwych beneficjów interesantów.

Najlepiej jest, gdy doradcami stają się wybitni fachowcy w danej dziedzinie, odznaczający się zdolnością do szerokiego, systemowego rozumienia zagadnień. Ale za podejmowane decyzje zawsze ponosi odpowiedzialność polityk piastujący dany urząd czy funkcję. Nie może on więc zwalać winy za ewentualne niepowodzenia na doradców. Najlepsza wiedza okazuje się czasami zawodna w sytuacjach, gdzie dają o sobie znać czynniki psychologiczne, emocjonalne, o wysokim stopniu irracjonalności.

Takimi trudno przewidywalnymi w reakcjach zmiennymi są: opinia publiczna oraz nastroje mas. Co prawda dla urabiania opinii publicznej wprzęgnięto dzisiaj najbardziej wyrafinowane środki techniczne, możliwe przede wszystkim do zastosowania dzięki zniewalającej roli telewizji, ale i one okazują się niekiedy niewystarczające. Cyniczne koncentrowanie się w polityce tylko na samej grze bez uwzględnienia funkcjonujących w społeczeństwie systemów wartości, w tym wartości moralnych, może sprowadzić niekiedy zbyt zadufanego w sobie polityka na manowce. Na fałszu, obłudzie i bezceremonialnym łamaniu prawa nie można budować pomyślnej przyszłości państwa.

Wcześniej czy później szydło wyjdzie z worka, co może się stać katastrofalne dla ludzi sprawujących władzę. Uciekanie się do użycia przemocy na dłuższą metę też na nic się nie zda, gdyż jak mawiał jeden z mistrzów gry politycznej Talleyrand - "bagnetami można dużo zrobić, ale nie można na nich siedzieć". Autorytet władzy trzeba zdobywać za pomocą innych argumentów. Nawet sposób bycia i zachowania może tu mieć znaczenie. Nie- rzadko politycy sądzą, że właściwy respekt u rządzonych wywołuje się sztywną postawą, przyjmowaniem nadętego oblicza i dystansem w stosunku do każdego, kto stoi niżej na drabinie społecznej. To nienaturalne zachowanie, ściąganie mięśni twarzy, brak uśmiechu mają samo przez się sprawiać wrażenie niewzruszoności i potęgi władzy. Nic bardziej mylącego! Wyśmienity francuski twórca aforyzmów Rochefoucauld twierdził nie bez racji, że "powaga jest obrządkiem ciała wymyślonym dla pokrycia braków ducha". Niektórzy twierdzą, że w polityce liczy się wszystko - wiedza, siła charakteru, zdolności krasomówcze, a nawet sposób wiązania krawatu. I chyba są to trafne spostrzeżenia. Nie bez kozery na plakatach reklamujących poszczególnych kandydatów na posłów i senatorów w krajach zachodnich widzimy troskliwie wypielęgnowanych przez fryzjerów i kosmetyków facetów o nienagannie skrojonych garniturach. Tak dzieje się na Zachodzie, ale wystarczy popatrzeć na nasze podwórko, aby zobaczyć, co się dzieje na rodzimej scenie politycznej. A dzieją się tu rzeczy coraz bardziej zadziwiające i ekscytujące. W powodzi wydarzeń dwa z nich wybijają się niewątpliwie na plan pierwszy i zasługują na odnotowanie. Wydarzeniem pierwszym jest sprawa przydziału lokalu dla kabaretu Jana Pietrzaka, a drugim weto prezydenta wobec uchwalonej przez Sejm i Senat ordynacji wyborczej. Wydawałoby się, że pierwsze wydarzenie jest tak błahe, że nie jest warte szerszego potraktowania. Ale w rzeczywistości tak nie jest. Rzuca ono światło na pewien styl sprawowania władzy. Ponadto historia przydziału lokalu dla nestora rodzimej sceny kabaretowej jest sama w sobie wielce wyborna i pouczająca. Otóż Jan Pietrzak zwrócił się do władz gminy Warszawa-Śródmieście z prośbą o przydział lokum, gdzie mógłby kultywować swoją działalność artystyczną. Jakież było jednak jego zdziwienie, gdy dowiedział się, że takiego lokum nie dostanie. Widać srodze narazić się musiał urzędnikom gminy, skoro tak dotkliwie go pokarali. Atoli Jan Pietrzak skonfundowany niewymownie tym, że taki afront go spotkał, nie dał za wygraną i zwrócił się o pomoc i wstawiennictwo do prezydenta L. Wałęsy. Prezydent nie opuścił w potrzebie swego pupila i natychmiast wysłał gotowych na jego każde skinienie swoich przedstawicieli z Zespołu do Spraw Interwencji w Kancelarii Prezydenta, aby przywołali do porządku krnąbrnych i złośliwych urzędników gminy. Ale nie ulękli się oni wcale, a nawet powołali komisję, która autorytatywnie stwierdziła, że Jan Pietrzak nie jest godzien tego, aby mieć swój przybytek rozrywkowy w Śródmieściu. Pomimo zakończenia fiaskiem całej akcji nie da się zaprzeczyć, że prezydent L. Wałęsa dzięki tej śmiałej i błyskotliwej interwencji zapisał się złotymi zgłoskami w historii polskiego kabaretu. Swoją drogą lokal dla kabaretu "Pod Egidą" Janowi Pietrzakowi powinno się przydzielić. Toć przecież nawet komuniści byli dla niego bardziej łaskawi i aż trzy razy przydzielali mu siedlisko w bliskim sąsiedztwie gmachu Komitetu Centralnego partii. Nie byłoby wtedy tego całego zgiełku o posmaku sensacji, a władze gminy mogłyby spokojnie i z większym impetem zająć się walką z brudem, smrodem i nieopisanym bałaganem, jaki powodują uliczni handlarze w centrum stolicy, zwłaszcza pod Pałacem Kultury i Nauki. Drugim wspomnianym wyżej wydarzeniem było zgłoszenie przez prezydenta L. Wałęsę weta wobec uchwalonej przez Sejm i Senat ordynacji wyborczej. Oczywiście prezydent zgodnie z przysługującymi mu uprawnieniami mógł to uczynić i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie szczególny moment, w jakim to nastąpiło, oraz niekorzystny ciąg wypadków poprzedzających tę decyzję prezydenta. Uchwalenie przez Sejm ordynacji poprzedzone było długotrwałymi dyskusjami i sporami. W sporach tych brał udział również prezydent L. Wałęsa, który przysłał do Sejmu swój projekt ordynacji, który sam uznał szybko za dość niewydarzony i go w sposób istotny zmodyfikował. Był on równie skomplikowany i nie dający większych szans na wyłonienie większości parlamentarnej zdolnej do powołania stabilnego rządu jak ten uchwalony przez Sejm. Ponadto wyraźnie dyskryminował on partie polityczne. Prezydent L. Wałęsa nalegał wtedy, aby przyznać koniecznie prawo zgłaszania kandydatów do parlamentu związkom zawodowym, na co Sejm ostatecznie się zgodził. Właściwie chodziło mu o jeden najmilszy jego sercu, związek - "Solidarność". Zapomniał jedynie o tym, że wystawienie przez związek zawodowy kandydatów w wyborach parlamentarnych udowadnia namacalnie, że dany związek pełni rolę partii politycznej.

Ustawa o partiach politycznych zabrania działalności partii na terenie zakładów pracy. Są więc prawne podstawy ku temu, aby usunąć dany partio-związek poza obręb przedsiębiorstwa czy instytucji. Prezydent L. Wałęsa w trakcie polemiki z Sejmem i Senatem kwestionował także zapisaną w uchwalonej ordynacji wyborczej słuszną zasadę tzw. domicylu dla kandydatów na posłów i senatorów, zapisaną w dodatku do Konstytucji.

Ar1ykuł 96 Konstytucji Rzeczypospolitej r Polskiej mówi, że każdy obywatel może być wybrany do Sejmu i Senatu po ukończeniu 21 lat, jeżeli stale zamieszkuje na terytorium Polski co najmniej od 5 lat. Różne może mieć prezydent zastrzeżenia do ordynacji, ale nie takie, które podważają zapisy konstytucyjne. Prawdopodobnie chodziło o to, aby któryś z (kolegów prezydenta L. Wałęsy mógł kandydować do parlamentu. W życiu prywatnym rzeczywiście często czyni się różne t uprzejmości tylko po to, aby zadowolić ( naszych starych kumpli, ale w sprawach wagi państwowej jest to niedopuszczalne. Również czynne prawo wyborcze może być zarezerwowane tylko dla obywateli polskich. Zarzut prezydenta, że ordynacja jest skomplikowana i mało zrozumiała, skądinąd uzasadniony, mógł być zgłoszony znacznie wcześniej, w trakcie jej opracowywania. Zresztą prostych ordynacji współcześnie już nie ma. Sejm w głosowaniu nad wetem prezydenta nieznaczną liczbą głosów nie odrzucił go. Procedura legislacyjna rozpoczęła się od początku. Ale jakby zamętu politycznego w Polsce było jeszcze mało, posłowie klubu Unii Demokratycznej zgłosili karkołomną propozycję przyznania ekipie rządzącej prawa do wydawania dekretów z mocą ustawy. Natychmiast podchwycił ją prezydent L. Wałęsa. Nie zwrócono przy tym uwagi, że ekipa rządząca nie pochodzi z wolnych, demokratycznych wyborów oraz że demonstruje ona znaczną niekompetencję i nieudolność w sprawach gospodarczych. Nawet wydawane przez nią rozporządzenia zawierają szkolne błędy z elementarza ekonomii. Ale kto w ferworze walki zwracałby dzisiaj na takie drobiazgi uwagę!

--------------------------------------------------------------------------------

[1] P. T. D'Holbach Etokracja, czyli rząd oparty na moralności, PWN, Warszawa 1979, str. 7.

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: