16. Polemika: BRAKUJE BARDZO WIELE (Jacek Kwieciński)

POLEMIKA___________________________________________________________________________

Jacek KWIECIŃSKI
BRAKUJE BARDZO WIELE

Błyskotliwa prognoza oblicza tutejszej sceny politycznej przedstawiona w kwietniowym numerze „Orientacji” (Piotr Majchrzak „Brakuje nie tylko Adenauera”) nie wydaje się być prognozą trafną. Polska pod żadnym względem nie przypomina powojennych Niemiec Zachodnich. Oczekiwanie, że w niedalekiej przyszłości będą się u nas praktycznie liczyć wyłącznie partie chadecka i liberalna, jest zupełnie nierealne. Wątpliwe zresztą, czy układ taki będzie realny w Polsce kiedykolwiek.

Jeżeli odsuniemy na bok idealizm autora, to możemy zauważyć, że koncepcja ta przypomina nieco forsowany ongiś przez lewicę projekt „amerykanizacji” polskiej sceny politycznej: podział na dwa obozy, oba wywodzące się z „okrągłego stołu”. Co prawda autor na miejsce partii wyraziście lewicowej wysuwa „partię liberalną”, traktując ją przy tym jako bohatera pozytywnego i jednoznacznie prawicowego, lecz przyznaje zarazem, że nazwy ugrupowań mają znaczenie drugorzędne. Wiadomo, że w Stanach „partią liberalną” są lewicowi, jak na tamtejsze stosunki, demokraci, w Kanadzie „partia liberalna” to odpowiednik brytyjskiej Partii Pracy, w samym Zjednoczonym Królestwie liberałowie sytuują się dziś bardziej na lewo od socjaldemokratów.

Przeżywamy niewątpliwie renesans klasycznego (choć nieco rozwodnionego) hayekowskiego liberalizmu, lecz nie „partii liberalnych”. Bliskie autorowi ideały realizują w świecie głównie partie konserwatywne. Niezmiernie charakterystyczny jest tu casus Czecho-Słowacji. Jak wiadomo, Forum Obywatelskie podzieliło się na dwa ugrupowania. Autentycznie wolnorynkowe, pod przywództwem Vaclava Klausa, określa się jako konserwatywne i poczuwa się do powinowactwa z brytyjskim odpowiednikiem. To drugie, w najoczywistszy sposób lewicowe, nazwało się „liberalnym”. Pouczający jest ciąg dalszy tej historii. Oto nominalnie prawicowy Hans Dietrich Genscher natychmiast nobilitował ruch lewicowy, uznając jego „liberalizm”. Połączył to zresztą z kolejnym peanem na cześć Gorbaczowa i demokratyzującego się właśnie jeszcze bardziej Związku Sowieckiego. W świecie dzisiejszym „liberalizm” zinstytucjonalizowany postrzegany jest, niestety, dość jednoznacznie jako kierunek „postępowy”, toteż występująca u nas nadmierna fetyszyzacja samego tego terminu jest w dużym stopniu myląca.

Zastanówmy się teraz, czy ci, którzy posługują się w Polsce tym określeniem, a niedawno wkroczyli do tutejszego establishmentu, różnią się od swych zachodnich kolegów, czy też nie?

Różnią się niewątpliwie tym, iż są oni właśnie partią „jednej idei”: interesuje ich wyłącznie gospodarka. Zostawiwszy na razie to, w jaki sposób realizują swe zainteresowanie, zauważmy, że jeżeli chcieliby w przyszłości zaistnieć jako duża partia, musieliby poszerzyć swe zainteresowania, nabrać oblicza ogólnopolitycznego. Wszystko wskazuje na to, że byłoby ono tak „prawicowe”, jak jest obecnie. Liberalnemu premierowi najwyraźniej nie przeszkadza zupełnie zachowanie na stanowiskach całej kadry Układu Warszawskiego i powiązanego z GRU wywiadu wojskowego, prosowiecka polityka MSZ, być może wysmażającego właśnie układ z Sowietami, definitywnie Polskę finlandyzujący, „kontynuacyjna” linia kolejnych ministrów MSW i wiele innych podobnych detali. Trudno zresztą, by mu to przeszkadzało, skoro liberalny minister ogłasza publicznie przywiązanie do idei „Polska z każdą Rosją”, przy czym z kontekstu wypowiedzi (i podjętych działań) jasno wynika, że chodzi mu po prostu o Związek Sowiecki.

Wydaje się, że Piotr Majchrzak pisząc o trudnościach z dekomunizacją Polski ma na myśli wyłącznie gospodarkę. Nie zauważa wszakże, że współrządzący Polską liberałowie nie tylko wykazują podobny brak zainteresowania wszelką inną dekomunizacją, ale także tę dotyczącą kwestii gospodarczych realizują w sposób nad wyraz umiarkowany (por. np. sprawę reprywatyzacji, a także wypowiedzi min. Lewandowskiego dla „Le Monde”).

Prawdopodobnie są oni jednak w tych kwestiach przywiązani nieco bardziej do autentycznych idei liberalnych niż ich zachodni koledzy, ale okazywany „pragmatyzm” i „realizm” jest tego rzędu, że być może spowodowałby skierowanie Polski na właściwe tory, o ile owi „realiści” mieliby na to 20 lat czasu. Na razie kontynuują kultywowanie biurokracji i grzęźnięcie w uwarunkowaniach cechujących państwo komunistycznego prawa; nawet w kluczowej kwestii prywatyzacji zafundowali sobie „consensusową” Radę ze sztandarowym antyliberałem p. Dąbrowskim na czele.

Przedstawiona w tym samym numerze „Orientacji” krytyka poczynań w jedynej sferze ich zainteresowań, pióra dr. Jędraszczyka, jest ze wszech miar uprawniona. Okazuje się nawet, że to wysoki funkcjonariusz obecnego rządu walczył ramię przy ramieniu z europejskimi socjalistami (a przeciwko Amerykanom), by bank p. Attali nie przeznaczał wszystkich funduszy dla Europy Wschodniej na przedsiębiorczość prywatną, lecz dotował również własność państwową i odniósł sukces. Jest to jeden z dowodów na to, że w toczącej się batalii o kształt zjednoczonej Europy polscy liberałowie rządowi są najwyraźniej gotowi poprzeć socjalistyczne wizje Monsieur Delors’a, a na płaszczyźnie politycznej anty atlantyckie plany Niemiec i Francji, a nie stanowisko Wielkiej Brytanii.

Czyż można się zatem dziwić, że najpotężniejsze tutejsze formacje lewicowe zaczęły bardzo reklamować rządzących liberałów, nazywać ich swymi naturalnymi sojusznikami, a nawet podkreślać ich „socjalistyczność”. Flirt jest zresztą obopólny i być może dojdzie do koalicyjnego zbliżenia. Skoro komuniści przezwali się socjaldemokratami, to doprawdy nic nie stoi na przeszkodzie, by bystrzejsi z tutejszych lewicowców nazwali się, wzorem praskich, „liberałami”.

Być może jednak Piotr Majchrzak widzi znakomitą przyszłość polityczną zarysowującą się przed polskimi liberałami „prawdziwymi”? Jeśli tak, to chyba i tu się myli. Jest wykluczone, by ten nurt stał się jedną z głównych sił politycznych w Polsce. Opiera się on bowiem na utopijnym, „książkowym” programie, lekceważy, podobnie jak autor artykułu, dość liczną jednak warstwę chłopską, karmi się wreszcie złudzeniem, że społeczeństwo nasze jest prawie w pełni odsocjalizowane. Marksowskie jest już zresztą samo założenie, że ludzie w swych politycznych wyborach kierują się wyłącznie interesem ekonomicznym, a zwykłe poglądy nie i mają tu żadnego znaczenia. Na całym świecie duża część „przedsiębiorców i menedżerów” głosuje, nie zawsze z głupoty, na partie lewicowe, a wielu nie grzeszących zaradnością pracowników najemnych na ugrupowania prawicowe. Nie można więc także z tego punktu widzenia, podkreślać stale swej jednowymiarowości. Tymczasem, owi „inni” liberałowie są także owładnięci wyłącznie „jedną ideą”. Są oni właściwie apolityczni i ani im w głowie dekomunizować i cokolwiek poza zasadami funkcjonowania i gospodarki. Zwłaszcza starania o zapewnienie Polsce prawdziwej politycznej niepodległości mało ich obchodzą. Te sprawy zostały już, ich zdaniem, załatwione (stanowiły zresztą dla nich kwestię drugorzędną), a zatem nie warte są zainteresowania.

Mimochodem można wspomnieć także, że cechuje ich skrajny ekonomizm, czyli redukowanie potrzeb, dążeń i pragnień człowieka do wyłącznie materialnego wymiaru.

Obraz ten można uzupełnić bardzo specyficznym, a smutnym zabarwieniem sporej części polskich ugrupowań chadeckich. Protestują one przeciw „wyprzedaży majątku narodowego”. Są niechętne obcemu czy wręcz indywidualnemu kapitałowi, a przywiązane do wielu elementów etatyzmu i kolektywizmu. Tego typu ich cechy można mnożyć. Nic więc dziwnego, że oni z kolei odnajdują nieoczekiwane pokrewieństwo ideowe (zostało to już nawet publicznie wypowiedziane) z ortodoksyjnymi socjalistami, którzy swoją drogą uczciwie i odważnie wyłamali się z obozu „etosiarzy”. W skrajnych a nierzadkich przypadkach duże człony wspomnianych ugrupowań prezentują, w sposób mniej lub bardziej zakamuflowany, opcję „prorosyjską” (prosowiecką) wraz ze wszystkimi tego konsekwencjami, a w tym podsycaniem niechęci do praktycznie wszystkich bezpośrednich sąsiadów Polski, a także do Amerykanów jako takich.

Zważywszy, że prawdziwa prawicowość zawiera się w trzech złączonych ze sobą sferach: gospodarczej, kulturowej oraz politycznej (rzeczywisty antykomunizm), można dojść do wniosku, że sił współcześnie, autentycznie i rozsądnie prawicowych obecnie w kraju prawie nie ma. Gdy dodamy do tego, że lewica wcale nie musi posługiwać się określeniem „socjalistyczna”, a sojuszników na poszczególnych polach odnajduje, jak zauważyliśmy, w zupełnie nieoczekiwanych miejscach, to wypadnie stwierdzić, że przyszłość polskiej sceny politycznej rysuje się znacznie mniej optymistycznie niż w artykule Piotra Majchrzaka. Także w sferze gospodarczej. Zaiste, brak nam Adenauerów, ale brak nam też dużo, dużo więcej.

Nie z wyboru spadła na mnie rola niejako etatowego polemisty. Już dziś muszę zadeklarować także całkowitą niezgodę wobec stanowiska Józefa Szaniawskiego podkreślającego ciągłość i kontynuację „Rosji carskiej przez Rosję radziecką, a carskiego absolutyzmu i samodzierżawia przez dyktaturę i komunistyczno-bolszewicki totalizm” (artykuł Kidnaping – rosyjska specjałność, także „Onp” nr 4).

Dotyczy to także opinii ostatniej redaktorki londyńskich „Wiadomości” p. Stefanii Kossowskiej, która w książce wspomnieniowej stwierdziła, że „pomyłką” Józefa Mackiewicza było to, iż „nie rozumiał”, że naród polski walczy nie z systemem (komunistycznym), lecz z „Rosją”. Skądinąd bystra i sympatyczna autorka zauważyła też, na szczęście nietrafnie, że „żaden Polak” nie zgadza się z – antykomunistycznym a nie antyrosyjskim – ujęciem sprawy przez autora Drogi donikąd.

Zestawienie tych głosów jest istotne, ponieważ ukazuje, jak pewne szkodliwe i fałszywe stereotypy przechodzą ze starszego pokolenia na młodsze. Zastrzegając sobie przyszłe rozwinięcie tego niezwykle istotnego dla teraźniejszości i przyszłości Polski tematu, powiem dziś krótko: to przez tragicznie błędne a szeroko rozpowszechnione przed wojną utożsamianie „Rosji” z bolszewickimi Sowietami zginął w Starobielsku, wraz z tysiącami polskich oficerów, mój dziadek. Był przekonany, że idzie do niewoli rosyjskiej.

J. K.

PS Irytującym drobiazgiem, wskazującym na zasięg i trwałość upowszechnienia się socjalistycznych terminów, jest nazywanie nazistów (narodowych socjalistów) „faszystami”. Stefan Kisielewski zauważył kiedyś, że wciąż poznajemy nowe sensacje historyczne: oto coraz więcej źródeł potwierdza fakt, iż to Włosi do spółki z Sowietami zajęli Polskę w 1939 roku...

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: