15. Inżynierowie dusz: INTELEKTUALNY INTELEKT INTELEKTUALISTÓW (Zbigniew Cieśliński)

INŻYNIEROWIE DUSZ

__________________________________________________________________________________

Zbigniew CIEŚLIŃSKI

INTELEKTUALNY INTELEKT INTELEKTUALISTÓW
Każda epoka posiadała ludzi, którzy pretendowali do bycia „sumieniem narodów”; uwidaczniało się to zawsze w chwilach wielkich zmian społeczno-politycznych. Dwudziesty wiek pozwolił tym ludziom odegrać rolę, o jaką od dawna zabiegali.

Intelektualiści – ludzie, którzy przejawiają ogromną chęć sprawowania „rządu dusz”, są wykształceni – niejednokrotnie z tytułami profesorskimi – uchodzą za autorytety w kwestiach społecznych, nierzadko politycznych. Trudno ich sklasyfikować jako określoną grupę zawodową. Zresztą określenie „grupa zawodowa” napawa ich niesmakiem, chropowatość tego zwrotu jest dla nich nie do zaakceptowania; bliższe im są sformułowania takie jak „profesor” (czego? nieważne), „eseista”, „humanista”, „krzewiciel”, czy też „autorytet”. Prywatnie są aktorami, pisarzami, fizykami; socjologami, zoologami, inżynierami itp., jednak zawód intelektualisty pozwala im na pełniejszą kreację siebie i możliwość wpłynięcia na postawy innych ludzi w zakresie moralności, etyki czy polityki.

Ta, dla niektórych złośliwa, charakterystyka intelektualistów, nie jest bynajmniej próbą zdyskredytowania inteligencji i tworzenia postaw antyinteligenckich. Wręcz przeciwnie, myślę, że już czas, aby zacząć cenić ludzi, którzy służąc swoją wiedzą wzbogacają dorobek kultury duchowej naszej cywilizacji. Ale najpierw musimy sobie coś wyjaśnić...

Przeglądając liczne słowniki angielskie nie znalazłem definicji intelektualisty, w Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN także, jednak termin ten jest swego rodzaju nieoficjalnym tytułem nadawanym ludziom, którzy prócz dyplomu ukończenia uczelni posiadają niezwykłą cechę – chęć bycia „nauczycielem społeczeństwa”.

ARGUMENTACJA PRZEZ ZASTRASZENIE

Wiek XX naznaczony jest piętnem intelektualistów. Dlatego też powinno się na nich spojrzeć z dystansu, spróbować skruszyć mit intelektualisty. Ojciec J. M. Bocheński charakteryzuje intelektualistę jako człowieka, który „... chce uchodzić za autorytet w sprawach moralności, polityki, filozofii i światopoglądowych. (...) Zabobon dotyczący intelektualisty – a chodzi tu o bardzo gruby zabobon – polega na mniemaniu, że intelektualiście przysługuje jako takiemu autorytet w dziedzinie etyki, polityki i poglądu na świat (...) Jedną z przyczyn tego zabobonu jest brak zaufania do własnego rozsądku, (...) a także mir, jakim są otaczane nauka, sztuka itd. – mir, który się niesłusznie przenosi na intelektualistów”.

Ów mir, niczym aureola, dodaje ich poglądom blasku NIEZMIENNOŚCI, OBIEKTYWNOŚCI i TRWAŁOŚCI, a im samym poczucie MISJI. To sprawia, że argumenty, jakich używają, są miałkie, banalne, porośnięte wzniosłymi słowami, starannie przykryte naukową nomenklaturą.

Gdy mówią o obecnej sytuacji w kraju, potrafią wyrazić opinię, że jeden obóz polityczny dąży do zdobycia władzy, drugi zaś – ma na uwadze dobro kraju. Niby to samo, bo przecież partie, żeby maksymalnie mieć wpływ na bieg wydarzeń w państwie i w konsekwencji dbać o dobro kraju, władzę tę muszą zdobyć (dla uspokojenia – w wolnych wyborach); no, ale jakże inaczej brzmią te dwa zdania! Emocjonalne zaangażowanie się intelektualistów po stronie określonej opcji politycznej owocuje takową argumentacją, której stylistyka często zasłania pusto brzmiące słowa. Kiedy wypowiadają swoje poglądy na świat tudzież w kwestiach społeczno-politycznych, bardzo często stosują groźniejszą w konsekwencjach argumentację – „argumentację przez zastraszenie”.

Termin ten został użyty przez amerykańską pisarkę Ayn Rand w książce pt. Cnota egoizmu. Definiując „argumentację przez zastraszenie” dla pełniejszego zrozumienia posłużyła się przykładem bajki pt. „Nowe szaty cesarza”. Chyba wszyscy znają bajkę o „królu, który był nagi”; zademonstrował on swojemu ludowi szaty, których w rzeczywistości nie było. Groźba moralnego potępienia przez „krawców-oszustów” była dla niego większa niźli paradowanie nago wśród osłupiałego tłumu, który także poddał się takiemu samemu odruchowi strachu (przed groźnym królem), zachwycając się jego pięknymi niby-szatami. Wydaje się, że intelektualiści czynią podobnie jak owi „krawcy-oszuści”. W swoich wywodach, oświadczeniach czy, często zawiłych, esejach wytaczają przeciwko swoim adwersarzom najcięższą z posiadanych broni, argument zawierający li tylko GROŹBĘ MORALNĄ.

Prof. L. Kołakowski, wybitny „tropiciel” myśli marksistowskiej, zamieścił w „Gazecie Wyborczej” (nr 147) artykuł, w którym przedstawia Polskę jako miejsce, gdzie „...ścierają się ze sobą dwie mentalności, których kolizja może okazać się decydująca dla kwestii: do jakiej cywilizacji chcemy należeć (...) Jest zwyczajnie mentalność zamknięta i mentalność otwarta: jedna – plemienna, szowinistyczna, ksenofobiczna, druga – wyznająca zasady tolerancji, równości obywatelskiej, dyskusji racjonalnej”.

W określonym kontekście walki wyborczej (przed wyborami prezydenckimi) słowa pana profesora mają wydźwięk stricte polityczny. Nie sposób polemizować z wypowiedzią prof. Kołakowskiego, bo użył on słów oczywistych dla każdego; a jeżeli tak, jeżeli bliska nam jest mentalność otwarta, powinniśmy oddać głos w wyborach na kandydata X.

Trzeba było aż 222 podpisów ludzi nauki i sztuki pod listem-protestem, zamieszczonym w „Tygodniku Powszechnym” (22/90), żeby przekonać się, że Unia Polityki Realnej tudzież Liberalno-Demokratyczna Partia „Niepodległość” są partiami, które w swoich programach i propagandzie politycznej wykorzystują „szowinistyczne i antysemickie akcenty”. „Uważamy, że antydemokratyczne ostrze takiej propagandy zwraca się w równym stopniu przeciw mniejszościom zamieszkującym Polskę jak i przeciwko Polakom (...) Często jest ledwie maskowaną próbą utrzymania politycznych wpływów przez byłą nomenklaturę (...)”. List intelektualistów kończy się bardzo dla nich charakterystycznie: „Ostrzegamy przed uleganiem tej propagandzie posługującej się, jak każdy totalitaryzm, kalumnią i oszczerstwem zamiast argumentu”. Idąc tropem tego listu zadałem sobie trud, aby przeglądnąć wiele pism UPR i LDP „N” i spojrzeć na ich programy. Rezultat tego wysiłku był iście szokujący, nie dość że nigdzie (nawet w najmniejszym zdaniu) nie znalazłem akcentów szowinistycznych i antysemickich, to okazało się, że partie te szowinizm programowo odrzucają i bardzo często akcentują swoje obrzydzenie do antysemityzmu. Przeprosiny redaktora „TP” za ów list nie zmieniają faktu, że łatwość, z jaką intelektualiści poddają się różnym wpływom i fascynacjom, owocująca groźbami moralnymi, jest zastanawiająca,

„Argumentacja przez zastraszenie” polega „nie na treści, ale na zabarwieniu głosu”, Ayn Rand pisze, że w ten sposób udaje się zwieść szczególnie ludzi młodych, wrażliwych i ufających takim autorytetom, „Dzieje się tak szczególnie często w salach wykładowych wyższych uczelni („,)

«Arystoteles? Ależ drogi kolego... (ciężkie westchnienie) gdyby pan przeczytał artykuł prof. Spiffkinsa w – (głosem pełnym czci) – numerze czasopisma ze stycznia 1912 r., którego (pogardliwie) – którego oczywiście pan nie czytał, wiedziałby pan wówczas – (beztrosko) że teorie Arystotelesa zostały obalone.»

Profesor X? – (X oznacza tu nazwisko wybitnego teoretyka gospodarki wolnorynkowej) – „Pan powołuje się na profesora X? Och, nie, doprawdy! – tu następuje sarkastyczny chichot, mający dać do zrozumienia, że prof. X został doszczętnie zdyskryminowany (Przez kogo? Nieważne)”.

Pisząc te słowa mam wrażenie, że siedzę na ławie oskarżonych, starając się bronić głosu, którego wbrew mojemu zdrowemu rozsądkowi nie powstrzymałem w cichym zakątku sumienia. „POPATRZMY PRAWDZIE W OCZY” – NIE WSZYSCY ZA DEMOKRACJĄ PRZEPADAJĄ, a jej przeciwnicy nigdy nie występują z otwartą przyłbicą, Wolą atakować elitarność, mafijność, salony”, „(,,,) W obecności tych, co pilnują miar i hierarchii, trudniej robić kariery ludziom z «elektrycznością w gębie», jak to się mówiło w ubiegłym stuleciu. Dla tych ambitnych grup, jednostek ze skłonnościami do odrzucania wszelkich reguł, elita to jakiś bezsenny areopag, który zawsze gotów jest wszcząć alarm”.

Słowa, jak bicz łajający mnie za krytykę intelektualistów, udzielone zostały „Gazecie Wyborczej” (64/91) w wywiadzie „Elita zbyt kochana traci sens” przez prezesa PEN-Clubu p. Artura Międzyrzeckiego. Oczywiście p, Międzyrzecki nikogo imiennie nie karci, za to daje do zrozumienia, że to elita intelektualna wytycza wartości moralne, a inni, którzy to negują, tworzą swoistego rodzaju „królestwo sztucznych miar”.

„Trzeba stawiać na lepsze strony istoty ludzkiej, podczas gdy oni żerują na ciemnej, co wyjaśnia niechęć do moralnych autorytetów, Na przekór temu co się mówi, jest w ludziach głód wartości i potrzeba pierwszych prawd”,

Jasne i zrozumiałe słowa p. Międzyrzeckiego ostrzegają przed tymi, co żerują na ciemnej stronie istoty ludzkiej. A kto żeruje? Wszyscy, którzy wątpią w moralny autorytet intelektualistów. Pan Międzyrzecki jest przekonany, że to intelektualiści wytyczają drogę do prawdy, Oczywiście każdy ma prawo szukać wartości i przekazywać je innym, nie można nikomu tego zabronić, Nie można internować poglądów intelektualistów w ciasnych budynkach uniwersyteckich, ale nikt nie ma prawa do uzurpowania sobie roli „strażnika wartości” i wytyczania drogi do prawdy. Zwłaszcza jeżeli bardzo często wskazane przez nich w przeszłości wartości były drogą do owego „królestwa sztucznych miar”, Powiem więcej: jestem pewien, że bez zachodnich intelektualistów, nierzadko wykładowców szacownych uczelni, komunizm nie wyszedłby z izolacji i moralnego potępienia, Owi intelektualiści idealnie

GRALI ROLĘ AMBASADORÓW KOMUNIZMU

Dla dezinformacji komunistycznej szczególnie ważne było poparcie intelektualistów dla reżimów w ZSRS, Nikaragui, Wietnamie czy na Kubie. Naiwność tych ludzi, przecież wykształconych, była tak wielka, że mnie nie zdumiewa opis sowieckiego systemu resocjalizacji podany przez G.B. Shawa: „W Anglii przestępca idzie (do więzienia) jako zwykły człowiek, a wychodzi jako «kryminalista», podczas gdy w Sowietach idzie... jako kryminalista, wyszedłby jako zwykły człowiek, z tą różnicą, że trudno go skłonić do wyjścia. O ile mogłem się zorientować, wolno przebywać tam, jak długo się zechce”.

Podczas gdy w Związku Sowieckim rozbudowywano sieć obozów koncentracyjnych, nie należały do rzadkości umizgi intelektualistów do systemu komunistycznego.

Prof. Paul Hollander, socjolog z Uniwersytetu w Amherst, w artykule „Więzienia socjalistyczne a zniewolone umysły” zamieszczonym w „The National Interest” (10/87) pisze, że „do największych curiosów ubiegłego półwiecza należy podziw ze strony intelektualistów dla wyjątkowo brutalnych systemów politycznych oraz szczególny zachwyt nad najbardziej represyjnymi instytucjami – więzieniami i obozami pracy przymusowej”. Tak więc mordercza i niewolnicza praca w obozach koncentracyjnych jawi się politologowi angielskiemu Haroldowi Laski’emu jako „...twórcze organizowanie czasu wolnego, aby zapobiec degeneracji charakterów, jakże częstej w zwykłych społeczeństwach więziennych...” Niemal z zachwytem pisze Corlis Lamont, że w maoistowskich Chinach „...mimo że panuje dydaktura, do przeciwników się nie strzela, lecz ich reedukuje...”, a były premier Kanady Pierre Trudeau entuzjastycznie stwierdza, że w chińskim zakładzie karnym (po którym został oprowadzony) jest tylko jeden wartownik. „Wita was (w więzieniu – przyp. autora) ogród pełen zieleni i pięknych, pachnących drzew. I to ma być więzienie?” – pyta raczej retorycznie ów soc-liberał. Felix Greene dodaje, że Chińczycy”... nie ograniczają się do kary więzienia, lecz starają się też pozostawić moralne piętno na skazańcu” (!). Jeden z wieszczów młodzieży zachodnioeuropejskiej, wybitny pisarz Gunter Grass, zachwycony był rewolucją kubańską i nikaraguańską; tak przedstawia obóz dla więźniów politycznych w Nikaragui: „...Tomas Borgie – sekretarz Stanu (w rządzie Ortegi – przyp. autora) natychmiast zaproponował zwiedzenie zakładu karnego w Tipitopa... Różni się on od somozowskich katowni humanitarnym traktowaniem skazanych... żyje tu kilkuset byłych gwardzistów..., którzy odsiadują od trzech do trzydziestu lat. Nie ma kary śmierci. Więźniowie pracują od poniedziałku do piątku, wybudowano dla nich szpital i dwa nowe zakłady z większymi celami. Soboty i niedziele zarezerwowane są na odwiedziny najbliższych, którzy mogą przychodzić co tydzień i przebywać trzy – cztery godziny. Znajdują się tam również pokoje... dla małżeństw, którym zezwala się na tzw. intymne spotkania.”

Czas pokazał, jak bardzo różny jest obraz więzienia zaprezentowany przez Grassa od rzeczywistego. Nauczką dla niemieckiego pisarza był charakterystyczny incydent, do którego doszło na konferencji „Anatomia nienawiści” w sierpniu ub.r. w Oslo. Jak podaje „Contra” (4/90), do Guntera Grassa zwrócił się Kubańczyk Armando Valladares: „Siedziałem w więzieniu (22 lata – przyp. red. „Contry”), byłem torturowany, moi przyjaciele byli torturowani, a pan opiewał «rewolucję» kubańską (...). Gdy mówimy dziś o nienawiści, pan powinien reprezentować tu tych, którzy torturowali”. Grass stwierdził tylko, że on nigdy nie popierał tortur na Kubie. Oczywiście, nie popierał ani tortur, ani morderstw, ani obozów koncentracyjnych. Dla niego istotne było tylko

ABSTRAKCYJNE POJĘCIE HUMANIZMU

tak charakterystyczne dla intelektualistów. Zniechęceni zachodnią demokracją łakomym wzrokiem spoglądali na idee płynące ze Wschodu. Bardzo długo opierali się prawdzie o komunizmie, ze wstrętem spoglądając na ludzi, którzy prezentowali postawę antykomunistyczną. Każdy, kto sprzeciwiał się bałwochwalczemu uwielbieniu rewolucyjnych rządów Castro, Ortegi czy kolejnych „reformatorów” systemu sowieckiego, był poddawany przez nich miażdżącej krytyce i pogardzie. Norman Podhoretz, wybitny pisarz i krytyk literacki, kiedy opuścił środowisko intelektualistów niechętnych systemowi społeczno-politycznemu USA i zaczął otwarcie krytykować szukanie prawdy w totalitarnych systemach, został na łamach elitarnych pism skrytykowany za swój oportunizm i niechęć do humanistycznych wartości.

Warto przypomnieć Józefa Mackiewicza, jednego z najbardziej interesujących pisarzy powojennych, który żył i tworzył na emigracji. Jego bezkompromisowa postawa wobec intelektualistów flirtujących z komunizmem spowodowała jego całkowitą izolację w środowisku literackim zarówno w kraju, jak i na emigracji, a w konsekwencji skazała go na zapomnienie, a nawet oskarżenie o kolaborację z hitlerowskim okupantem!

Szukanie abstrakcyjnych idei legło u podstaw systemu komunistycznego. Lenin nie był rosyjskim Dżingis-chanem, jak niektórzy go sobie wyobrażają. Gdy Kamieniew, jeden z przywódców Rewolucji Pażdziernikowej, przyniósł Leninowi do podpisania dekret uchylający karę śmierci w wojsku, Lenin gniewnie odparł: „Czy myślicie, że można dokonać rewolucji, nie rozstrzeliwując ludzi?” Ale niebawem, gdy Dzierżyński dał mu do zaakceptowania listę rozstrzelanych kontrrewolucjonistów, Władimir Ilicz dostrzegając realność śmierci i ciężar odpowiedzialności krzyczy: „To mnie nie obchodzi!” Za każdym razem, gdy jest informowany o głodzie, nieszczęściach spowodowanych przez rewolucję, nerwowo odpowiada: „Po co mi opowiadacie takie historie (...) Nie chcę o niczym wiedzieć. Te rzeczy mnie nie dotyczą”.

[1] Lenin nie jest proletariackim Mahometem. OKRUCIEŃSTWO JEGO JEST PLATONICZNE. Najchętniej przebywał w zaciszu gabinetu kreśląc idee wolności. Dla niego „przywołać do porządku ludzi przeciwnych rewolucji” ma charakter szkicu myślowego; inny niźli dla Dzierżyńskiego. Oderwanie od rzeczywistości, błądzenie po świecie złudnych idei, pełnych „wartości”, „humanizmu”, „sprawiedliwości”, często przypomina ratowanie rybek z akwarium przez naiwne dzieci przekonane, że je uratują przed utonięciem.

Jedna z bardziej znanych pisarek amerykańskich lat sześćdziesiątych, także krytyk sztuki, Susan Sontang, z uwielbieniem pisała o stalinowskim reżimie Wietnamu Północnego, określając ten kraj jako „społeczeństwo etyczne”, ba, „społeczeństwo nadmiernie etyczne”. Błyskotliwym piórem pouczała: „Przyłączenie się do takiego społeczeństwa wielce ulepszyłoby życie większości ludzi na świecie”. Wspomniany Norman Podhoretz w książce pt. Dlaczego byliśmy w Wietnamie podaje liczne przykłady „ludzi pióra” i naukowców zaangażowanych emocjonalnie po stronie reżimu komunistycznego w Wietnamie, którzy apoteozowali system tam panujący. Pisarka Marcy McCarthy opisując „piękny ustrój Wietnamu” nie omieszka skarcić dwóch żołnierzy amerykańskich przebywających w wietnamskiej niewoli. Kiedy władze Wietnamu pozwoliły jej porozmawiać z owymi żołnierzami, zaskoczyło ją pytanie skierowane do niej przez jednego z żołnierzy US Army – „Czy możesz mi powiedzieć, jak się mają Chicago Cubs?” Co za prostackie pytanie, patrzcie, ten żołnierz jest identyczny jak nasze społeczeństwo – zepsuty i niemoralny – wydaje się z pogardą mówić McCarthy. Taki sam styl zaprezentowała Frances Fitz-Gerald w książce Fire In The Lake cmokając z zachwytu nad nowym społeczeństwem Wietnamu.

Nostalgia za światem, „którego nie ma”, idealnym ustrojem społecznym przysłaniała ludziom światłym rzeczywistość i tworzyła z intelektualistów narzędzie w rękach totalitarnych systemów. Poszukiwaniem „sprawiedliwości społecznej” zajmowały się tak renomowane uniwersytety jak Oxford, Cambridge czy Sorbona. To na tej ostatniej uczelni powstał rewolucyjny program, napisany z niesamowitymi szczegółami w pracy dyplomowej w 1959 r. przez Khieu Samphana, który ów plan urzeczywistniał z przerażającą dokładnością w Kambodży jako dowódca naczelny Czerwonych Khmerów. Wymordowanie prawie połowy narodu, zniszczenie miast, wypędzenie ludzi do lasów nie wynikało z sadystycznych skłonności Pol-Pota – wynikało z abstrakcyjnego pojmowania takich słów jak „wolność”, „humanizm”, „sprawiedliwość” czy „szczęście”. Być może, że odezwą się głosy oburzenia: „jak to, porównywać elity intelektualne z takim rzeźnikiem jak Pol-Pot, wybacz, ale...” Być może przesadziłem z tym obszczekiwaniem ludzi, było nie było, światłych, ale w naszym stuleciu za wiele było przypadk6w używania autorytetów czcigodnych intelektualistów do podpierania kłamstw, zbrodniczych systemów i zabójstw. W rzeczywistości, jak napisał Jean Fr. Revel w „Encounter” (nr 400) „...intelektualiści, którzy wkraczają w życie publiczne, podlegają – TAK JAK KTOKOLWIEK INNY (podkr. autora) – motywom osobistym, naciskom, interesowności, gniewności, tchórzostwu, snobizmowi, ambicjom, uprzedzeniom i obłudzie.” Odpowiedzialność za słowa ludzi wykształconych, posiadających autorytet w jakiejś dziedzinie życia, musi być większa niźli „szarego człowieka”, a jednak

NIGDY NIE STARALI SIĘ WAŻYĆ SŁÓW

Kiedy w 1959 r. Lucien Bodard opublikował książkę „Chiński koszmar” traktującą o zbrodniach reżimu maoistowskiego, mówiącą o 60 milionach ofiar głodu, oburzenie wśród elit było jednomyślne, a autor został obrzucony inwektywami.

Kiedy Europa Zachodnia dziurawiona była akcjami terrorystów, Jean Genet na pierwszej stronie „Le Monde” usprawiedliwiał morderstwa Bader-Meinhof.

Kiedy oburzenie i potępienie intelektualistów dla systemu „apartheidu” w RPA, „Contras” w Nikaragui, reżimu w Chile sięgało zenitu, polskiemu pisarzowi emigracyjnemu, panu Odojewskiemu, wydawnictwo frankfurckie nie chciało wydać książki, uzasadniając tę decyzję akcentami antysowieckimi zawartymi w tejże książce.

Kiedy przywódca „Contras” na spotkaniu w jednej z amerykańskich uczelni został wygwizdany przez studentów i nauczycieli akademickich, w obozach pracy i więzieniach Nikaragui były tysiące „resocjalizowanych” przeciwników sandinistów.

Kiedy wszystko to, za czym się intelektualiści opowiadali, okazało się (oczywiście dla nich) wierutną bzdurą, bez cienia wstydu i zakłopotania stanęli na czele ruchów antytotalitarnych, uzurpując sobie prawo do wytyczania miary człowieczeństwa.

„Autentyczna elita twórcza nigdy w pełni nie utożsamia się z żadną ekipą polityczną. Musi ją cechować – TRWAŁOŚĆ, poczucie HIERARCHII i właściwa MIARA RZECZY, bez których nie ma ani prawdziwego życia publicznego, ani prawdziwej sztuki” – słowa prezesa PEN-Clubu, przytoczone ze wspomnianego w tym artykule wywiadu, brzmią jak dobre życzenie, bo, niestety, z rzeczywistością nie mają nic wspólnego. Warto przypomnieć słowa prof. Leszka Kołakowskiego (który, nomen omen, nie uniknął pokusy bycia „profeserem społeczeństwa”) ze szkicu

INTELEKTUALIŚCI PRZECIWKO INTELEKTOWI

„Intelektualiści nie są w żaden sposób powołani do zbawienia świata. Ich najważniejszym zadaniem jest zachowanie i przekazanie nagromadzonego bogactwa kultury duchowej, stanowiącej wspólne dziedzictwo całej ludzkości”. I tylko tyle, i nic więcej – jeżeli autorytet uczonych, literatów, artystów ma być autentyczny.

--------------------------------------------------------------------------------

[1] Curzio Malaparte Legenda Lenina, Wydawnictwo Delikon 1990 r.

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: