10. Co piszą inni: DWIE AMERYKI (Hilton Kramer)

CO PISZĄ INNI

_________________________________________________________________________________

Zakończona już dekada lat osiemdziesiątych wciąż stanowi przedmiot różnorodnych, często zupełnie sprzecznych, ocen. Neokonserwatywny miesięcznik „Commentary”, wydawany przez Amerykański Komitet Żydowski w Nowym Jorku, postanowił uporządkować rozchwianą skalę wartości i zorganizował ankietę poświęconą kondycji ekonomicznej USA w minionym dziesięcioleciu oraz pozycji tego mocarstwa w świecie.

Zamieszczone odpowiedzi ujawniły jednak raz jeszcze, w jak wysokim stopniu lewicowe pojęcia i wyobrażenia wpływają na postawy amerykańskiego establishmentu kulturalnego i naukowego. Znaczna część uczestników ankiety obciążała bowiem rządy Ronalda Reagana odpowiedzialnością za – jak to określano – obecny wzrost nędzy i recesję gospodarczą, a także „1 wszczynanie niepotrzebnych „awantur” w świecie.

Poniżej publikujemy wypowiedź wydawcy pisma „New Criterion” Hiltona Kramera, który naszym zdaniem najpełniej wyraził istotę i charakter dominacji lewicy nad amerykańskim życiem intelektualnym i społecznym. Zasługuje ona na szczególną uwagę, ponieważ niektóre aspekty działalności amerykańskich liberałów (czyli według realiów USA – zwolenników interwencji państwa oraz głosicieli permisywizmu moralnego) przypominają nam polską rzeczywistość...

Tytuł artykułu Hiltona Kramera pochodzi od redakcji „Onp”.

Red.

Hilton KRAMER

DWIE AMERYKI
Jedną z niewielu rzeczy, w które możemy z całą pewnością wierzyć w odniesieniu do lat osiemdziesiątych – dekady trudniejszej do oceny od jakiejkolwiek innej, którą przeżyłem – jest przekonanie, że zimnowojenni antykomuniści dowiedli swej racji nie tylko przez moralne potępienie komunizmu, lecz także dzięki polityce, jaką prowadzili w celu jego zniszczenia. Inną oczywistość stanowi opinia, że amerykańska lewica, obejmująca dzisiaj niemal (jeżeli nie całkiem) wszystkich dziennikarzy, 1 naukowców, artystów, wydawców, literatów, ludzi show businessu oraz członków partii demokratycznej, nigdy nie wybaczy im „prawicowego” stanowiska wobec najważniejszych zagadnień politycznych naszych czasów. Lewica będzie walczyła do ostatniego naboju – albo inaczej mówiąc, do ostatniego opublikowanego artykułu – by podtrzymać przekonanie, w które niewierzy nikt przy zdrowych zmysłach na wschód od obalonego już berlińskiego muru, że nieugięta zimnowojenna polityka Zachodu nie miała żadnego związku z klęską komunizmu w. Europie Wschodniej i postępującym rozkładem Związku Sowieckiego.

Pojawiają się nawet opinie – wyrażane nie tylko w takich pismach, jak „Nation”, lecz także „Time” – że Stany Zjednoczone, przez stawianie oporu komunizmowi, opóźniały jego upadek (wiem, że są to szalone poglądy, ale należą one do rodzaju; ogólnego szaleństwa, które mamy obowiązek zwalczać). Zada, nie uwierzytelnienia takich opinii powierzono, zawsze gotowemu! do podporządkowywania historii celom liberalnej mitologii, Arthurowi M. Schlesingerowi Jr. Dowodził on, że wydarzenia roku 1989 stanowią dowód słuszności koncesji, jakie Franklin D. Roosevelt poczynił na rzecz Stalina w Jałcie. W krótkiej per spektywie – pisał ostatnio Schlesinger na łamach „The Wall Street Journal” – Stalin zyskał. Ale prawdziwą wielkość polityka weryfikuje upływ czasu. Obecnie, czterdzieści pięć lat później, Związek Sowiecki zaczyna dotrzymywać jałtańskich zobowiązań. Inaczej mówiąc, to Franklin D. Roosevelt, a nie Ronald Reagan, rozstrzygnął losy „zimnej wojny”. Zresztą, czy nie jesteśmy zmuszani do tego, by wierzyć, że ostatecznie nie było żadnej „zimnej wojny”, którą można byłoby wygrać? W tego rodzaju historiagrafii, rodem z „Alicji w krainie czarów”, realizm można z łatwością odrzucić, nawet jeżeli miałoby to kosztować miliony istnień ludzkich oraz powodować przechodzące wszelkie wyobrażenie straty i cierpienia.

Wygodnie byłoby przypisać te absurdy czystemu cynizmowi lub głupocie – czynnikom, których nigdy nie należy pomijać, gdy myśli się lub pisze o starej liberalnej gwardii. Ale w rzeczywistości łączy się z tym coś o wiele bardziej znaczącego i złowróżbnego, w czego rozwijaniu stara gwardia w rodzaju prof. Schlesingera – wciąż żywiącego nadzieję na powrót do New Dealu lub New Frontier (Nowej granicy – liberalnego programu polityki wewnętrznej prezydenta Johna F. Kennedy’ego, proklamowanego w roku 1960 – przyp. tłum.) – jest po prostu zbyteczna. Jej reprezentanci będą jeszcze wzywani do zadań ceremonialnych, by nadawać intelektualny blask pewnym teoriom – na przykład takim, że polityka Ronalda Reagana nie miała związku z upadkiem komunizmu w Europie Wschodniej – ale to nie oni będą odgrywać główną rolę przy ustalaniu spraw, którymi będzie się zajmować lewica. Kwestie te będą ujmowane o wiele bardziej radykalnie niż mógłby to sobie wymarzyć prof. Schlesinger.

Stanowisko takie, co warte jest przypomnienia, ma swe źródła w radykalnym ruchu kontrkulturowym lat sześćdziesiątych, który zrodził przekonanie, że Ameryka, a raczej – Amerika, jest nietolerancyjnym, represyjnym społeczeństwem, a także główną przyczyną politycznego zła za granicą. Tempo, z jakim ta bzdurna i zasadniczo kłamliwa fantazja zakorzeniła się w naszym życiu kulturalnym z siłą wystarczającą do przetrwania z górą dwóch dekad, a która wciąż obejmuje coraz szersze obszary amerykańskiej rzeczywistości, nigdy nie zostało zadowalająco wyjaśnione. Może istnieje zatem coś takiego, jak zbiorowa chęć śmierci (collecitve death-wish), która dotyka niektóre społeczeństwa, kiedy wiele potrzeb materialnych jest zaspokajanych, ale nie nasycony pozostaje głód wartości duchowych, co prowadzi społeczność w stronę różnych dziwnych bogów. Pragnąłbym bardzo myśleć o amerykańskim społeczeństwie w innych kategoriach, ale materiał dowodowy, którego co dzień dostarcza nam życie, nakazuje ostrożne odrzucanie takich niesmacznych przecież teorii. Cokolwiek możemy jednak powiedzieć o stanie ducha w Ameryce, to pozostaje faktem, że ta zgubna, całkowicie zmyślona idea dominuje obecnie na wszystkich poziomach naszego życia kulturalnego. Potwierdzenie tego dają nam zarówno nasze szkoły prawa, jak i żałosne produkty muzyki rozrywkowej. Ta idea panuje nad poglądami telewizji komercyjnych, jednak nie w tak gwałtowny i systematyczny sposób, jak w telewizji kablowej Public Broadcasting System i rozgłośni National Public Radio. Stanowi również składnik życia akademickiego. Jest to powodem, dla którego żadnego miejsca w Stanach Zjednoczonych nie można uważać za polityczne centrum. Podział amerykańskiego społeczeństwa na „my” i „oni”, do jakiego dążył radykalny ruch lat sześćdziesiątych, jest obecnie rzeczywistością w odniesieniu do życia kulturalnego, wydaje się też, że utrzyma się on bardzo długo. W rzeczywistości bowiem staliśmy się dwoma narodami – albo przynajmniej dwoma społeczeństwami – tak głęboko podzielonymi w zasadniczych kwestiach, że spory wokół rozstrzygnięć Sądu Najwyższego, finansów administrowanych przez Narodowy Fundusz na Rzecz Sztuki i sposobów zwalczania AIDS przekształcają się nieubłaganie w kulturalną wojnę domową.

W związku z podziałami nie było żadnej szansy, by prawdziwe osiągnięcia Ameryki w latach osiemdziesiątych – sukcesy gospodarcze i zwycięstwo w „zimnej wojnie” – mogły być uważane za coś innego niż kolejne przejawy klęski. Zwłaszcza w stosunku do administracji Ronalda Reagana oraz amerykańskiego społeczeństwa w ogóle, nasz kulturalny establishment stosował model sowieckiej sprawiedliwości: najpierw należy wydać werdykt (a ten zawsze jest taki sam – winny!), a dopiero potem postawić konkretny zarzut. Czy może zatem dziwić, że środki przekazu znajdują się w tak powszechnej pogardzie, albo że liczne czasopisma i gazety cierpią na historyczny wręcz spadek liczby czytelników? Inna Ameryka – to ta Ameryka, która jest tak zacofana, że nie potrafi zrozumieć, dlaczego dzieci ze szkoły podstawowej, ledwo umiejące czytać, muszą być instruowane, jak używać prezerwatyw, nie wspominając już o roztaczanych przed nimi przyjemnościach stosunku analnego. Ta Ameryka nie może również zrozumieć, dlaczego pieniądze podatników muszą być poświęcane na organizację wystaw obrazów przedstawiających młodych chłopców poddających się wzajemnie seksualnym torturom. Ta Ameryka dobrze wie, kiedy jest oszukiwana w sprawach o istotnym wymiarze moralnym. Ta druga Ameryka – która, ośmielam się to powiedzieć, obejmuje większą część oświeconej klasy średniej niż mogliby to przyznać najwięksi nawet „reakcjoniści” – czuje się moralnie skrępowana, a nawet więcej – sterroryzowana. Ilekroć zwraca się ona o moralne wsparcie do szkoły, ambony czy systemu prawnego, a nawet przedstawicieli rządu – spotyka się zazwyczaj z jedną odpowiedzią: dokładnie opracowanym, troskliwym i wyszukanym wyjaśnieniem, dlaczego wczorajsza droga ku zatracie jutro będzie prowadzić do zbawienia. Nie dziwi zatem, że tak powszechne w naszym kraju jest poczucie paniki moralnej.

Wobec wypowiedzi o zachłanności, egoizmie i bezładnym życiu w naszych miastach i szkołach nie mam zamiaru pobierać lekcji etyki czy moralności, nie wspominając już o polityce społecznej, od tych, których idee i programy doprowadziły do tragicznego stanu obecnego. Wiemy, z której strony wyszedł skoncentrowany atak na instytucję rodziny i jakie przyniósł rezultaty. Wiemy, jakie siły naszego życia politycznego spowodowały w latach sześćdziesiątych zniszczenie systemu szkolnego w Nowym Jorku – do tej pory najlepszego na świecie. Wiemy, które kręgi kulturotwórcze zapoczątkowały akcję na rzecz legalizacji, a raczej – wysławiania narkotyków (Allen Ginzberg może tu przyjąć szczególne podziękowania). Wiemy, kto zainicjował ruch Black power niszcząc tym samym ruch na rzecz praw obywatelskich dla czarnej ludności USA we wczesnych latach sześćdziesiątych, co więcej kosztowało samych Murzynów niż resztę społeczeństwa. W polityce społecznej dezintegracji, która nas otacza, podobnie jak w dekadenckiej kulturze, w której ugrzęźliśmy, można dostrzec wszystkie deprawujące idee lat sześćdziesiątych, przekazane przez poprzednią generację. Jeżeli kiedyś byliśmy społeczeństwem o silnie wykształconym poczuciu wstydu, to ci, którzy opowiadają się za teoriami lat sześćdziesiątych ograniczą się zapewne do pełnego skruchy milczenia.

„New Republic” – periodyk nie będący bynajmniej wyznawcą „reaganomiki” – pisał w siedemdziesiątą rocznicę swego powstania, w 1984 roku, o potwornych patologiach społecznych powstałych w wyniku weltare state i podkreślał, że liberałowie przechodzą kryzys, ponieważ z największym trudem przychodzi im udzielenie całościowej odpowiedzi, po pierwsze: na nieszczęśliwe takty społeczne, a po drugie: na wszelkie odstępstwo wyborców od liberalnej orientacji w polityce społecznej. Od tego czasu zmieniło się tylko tyle, że te potworne patologie przybrały na sile, co nie przeszkadza lewicy uznawać je za skutek rządów Reagana. Należy pozostawić do rozstrzygnięcia innym, czy jest to tylko historyczna amnezja, czy też cynizm polityczny, albo może oba te przypadki naraz.

Podobne połączenie historycznej amnezji i politycznego cynizmu, wraz z dodatkiem nieczułości moralnej, przesłania obecnie dyskusję nad doniosłymi wydarzeniami rozgrywającymi się na świecie. Sposób, w jaki środkom przekazu i ludziom nauki w USA pozwolono przedstawić klęskę komunizmu jako – podobnie jak wszystko inne – dowód słuszności idei rewolucji, stanowi kolejną oznakę złej wiary, którą jest dzisiaj przesiąknięty każdy publiczny dyskurs o polityce lewicy. To, co wydarzyło się w Europie Wschodniej i w Związku Sowieckim, jest bowiem najbardziej przekonującym przykładem kontrrewolucji, znanym historii najnowszej. Mimo to prasa, różni mędrcy, a nawet nieoczekiwanie nasz republikański prezydent, plotą, bez niczyjego sprzeciwu, o „rewolucyjnym” postępie, który usiłuje, nie zawsze zwycięsko, wprowadzić demokrację i wolny rynek w społeczeństwach zniszczonych przez destrukcyjne następstwa rewolucji. Jest to coś więcej niż tylko spór o semantykę. To przecież walka idei – idei jak żyć – walka, w której wydajemy się niezdolni do artykulacji moralnych nakazów ruchu kontrrewolucyjnego, dla którego zrobiliśmy tak wiele. To także jest dziedzictwem lat sześćdziesiątych.

HILTON KRAMER

Tłum. ŁUKASZ STARZEWSKI

MARSZAŁEK HEROD
Prof. Mikołaj Kozakiewicz, marszałek obecnego Sejmu, był wiceprezesem oddziału europejskiego Międzynarodowej Federacji Planowania Rodziny (IPPF). Ten oddział, w latach 1968-1980, otrzymał od ówczesnych rządów USA za pośrednictwem Agencji ds. Międzynarodowego Rozwoju (AID) ok. 126 mln dolarów. Zgodnie z życzeniem AID, spora część tych środków została przeznaczona na propagowanie sztucznych poronień, a więc morderstw nienarodzonych. W celu uniknięcia tak drastycznych nazw, określono tę czynność jako menstrual extraction (ang. wywoływanie miesiączki).

Król Judei, narzucony Żydom przez perfidnych Rzymian, był równie humanitarny. Tyle tylko, że parał się dzieciobójstwem już narodzonych...

(jabbi)

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: