9. Za granicą: JESZCZE O WOJNIE (Jacek Kwieciński)

ZA GRANICĄ________________________________________________________________

Jacek KWIECIŃSKI
JESZCZE O WOJNIE

Tragedia Kurdów i irytujące wszystkich utrzymanie się Husajna nie może przesłonić wielu istotnych wniosków wypływających z przebiegu i wyniku Wojny nad Zatoką. Najważniejsze wynikają z formy jej prowadzenia. Bardzo istotne jest również to, że konflikt ten był wręcz modelowym testem na określenie postawy politycznej w kwestiach międzynarodowych przez różne orientacje, także w Polsce. Już wojna falklandzka na swą małą skalę dowiodła, że wchodzimy w zupełnie nową erę historii wojskowości. Trudno życzyć światu przyszłych wojen, ale dobitne potwierdzenie nad Zatoką tego faktu ma kolosalne, choć zadziwiająco rzadko dostrzegane dziś znaczenie.

Obalony został niezwykle rozpowszechniony mit, głoszący, że każda następna wojna musi być „straszniejsza”, a unowocześniane generacje broni, jako jeszcze potworniejsze, powodować będą coraz to większe zniszczenia i straty. Tymczasem rzecz ma się zupełnie odwrotnie, co z pewnością martwi niezmiernie wszelkich pacyfistów i „pacyfistów”, a przede wszystkim siły specjalizujące się w osiąganiu swych celów za pomocą politycznego szantażu (w imię „utrzymania pokoju”).

Coraz większa precyzyjność w prowadzeniu „wojny elektronicznej”, przy czym dotyczy to nawet broni jądrowych, powoduje, że o ile obie strony nie stosują barbarzyńskich metod, nowoczesna wojna przynieść może zdumiewająco mało ofiar wśród ludności cywilnej. Przecież na Bagdad spadły ładunki o sile większej niż kiedyś na Drezno, a o zagładzie miasta nie można mówić nawet w najmniejszym stopniu. Należy dodać, że armia iracka była nie tylko olbrzymia liczebnie, ale też dozbrajana latami przez bez mała cały świat, toteż bagatelizowanie jej siły nie wydaje się trafne.

Wszystko to ma aspekt jeszcze poważniejszy: oto geopolityka rzeczywiście straciła w dużej mierze znaczenie, a wraz z nią ulubiony argument tych, którzy twierdzili, że Polska z uwagi na swe położenie nie może być w pełni niepodległa. Wojna nad Zatoką potwierdziła też ogromną rolę najnowocześniejszych typów broni we współczesnej wojnie.

Udowodniła mądrość i przenikliwość polityki Ronalda Reagana. Nie tylko ukazała wyższość zachodniej technologii wojskowej – wskazała jak na dłoni prawdziwe przyczyny zainicjowania przez Sowiety pieriestrojki. A przecież z powodu politycznego oblicza większości amerykańskiego Senatu Amerykanie nawet za przełomowych czasów prezydentury Reagana nie wykorzystali w pełni swych możliwości. Senat praktycznie zablokował rzeczywistą budowę systemu SOI („wojny gwiezdne”). Rakiety typu Patriot mogłyby być o wiele bardziej udoskonalone, ale Amerykanie pilnie przestrzegają zawartego z Sowietami, a zupełnie bezsensownego układu ADM (dotyczącego unowocześniania broni defensywnych), chociaż Sowieci, jeszcze za czasów Szewardnadze, przyznali się do łamania jego postanowień!

Znaczenie broni defensywnych wykazał problem z wykryciem Scudów, które same w sobie stanowią raczej współczesny odpowiednik hitlerowskich V1 i V2 (są prymitywne), ale były w Iraku zainstalowane na ruchomych wyrzutniach. Ukazanie trudności ze zniszczeniem takich wyrzutni ma tym większe znaczenie, iż Amerykanie z powodów oszczędnościowych dotychczas w ogóle ich nie posiadają w odróżnieniu od Sowietów dysponujących ich różnorodnymi typami.

Zaskoczenie atakiem Iraku na Kuwejt dowodzi z kolei, że w dziedzinie wywiadu mamy do czynienia z czymś przeciwnym: nie można, w czym lubuje się obecnie CIA, polegać prawie wyłącznie na satelitach szpiegowskich. Znając tory i czas ich przelotu nad danym terytorium, łatwo je „oszukać”, i to w „obie strony”.

Z kwestii pozawojskowych duże znaczenie może mieć kolejna kompromitacja przywództwa OWP oraz mądra postawa Izraela (krajowi temu cały świat winien wdzięczność za zniszczenie parę lat temu irackiego reaktora atomowego). Natomiast pomysły dobrowolnego dopuszczenia Sowietów do decydowania o sprawach Bliskiego Wschodu nie mają bliższego związku z wojną i narodziły się już wcześniej.

Także specjalne traktowanie Asada i pozwolenie mu na to, czego dokonał w Libanie, nastąpiłoby pewno i bez wojny. Nikt nie twierdzi przecież, że polityka Zachodu jest mądra i dalekowzroczna – dotyczy to jednak nie tylko USA, ale także innych państw. Uderza stosunkowo duże zaangażowanie Wielkiej Brytanii w wojnie (tak kontrastujące z postawą Paryża) – wzmocniło to pozycję Londynu jako, mimo wszystko, znaczącego mocarstwa, a także przywróciło ponownie status „specjalnych stosunków” między dwoma krajami anglosaskimi. Postawa Niemiec spowodowała zawstydzenie nawet tamtejszej umiarkowanej lewicy i prawdopodobnie opóźniła faktyczne „neutralizowanie” tego kraju. Natomiast z pewnością osłabiła, czy wręcz ośmieszyła, ruch pacyfistyczny – ową zmorę wolnych społeczeństw.

Akty terroru w wydaniu nowej generacji RAF w Niemczech, a także ostrzelanie Downing Street przez IRA, dokonane w trakcie wojny, dowiodły raz jeszcze międzynarodowych powiązań wszystkich grup terrorystycznych, a zwłaszcza ukazały tym, którzy o tym nie wiedzieli, prawdziwe oblicze IRA, organizacji, która dzisiaj nie jest bynajmniej idealistyczna i patriotyczna, lecz marksistowska i „rewolucyjna”.

Ciekawym aspektem całej sprawy było podobieństwo argumentacji przeciw reakcji na agresję Husajna wysuwane przez pewien typ prawicy oraz grupy lewackie, co miało miejsce również w Polsce. W samych Stanach odnosiło się to do tzw. izolacjonistów, ale gdzie indziej miało wyraźny posmak antyamerykański. Okazało się, że polski nacjonalizm, obok żywej niechęci do Niemców, Ukraińców i Litwinów, żywi się także tym uczuciem. Spożytkowano wszelkie fikcyjne „racje” (groźba „świętej wojny”, zjednoczenie się nie istniejącego „narodu arabskiego” – w rozumowaniu tym Arabia i Kuwejt okazały się niearabskie – rzekomo niezwykła, także w Kairze, popularność Husajna, okropność i przewidywana niesłychana długość konfliktu itd.), nie bacząc na to, iż to samo głoszą kręgi najbardziej lewicowe.

W sytuacji polskiej rzecz była jeszcze bardziej zadziwiająca, bo odzyskanie przez Stany Zjednoczone woli i wiary we własne siły leży z pewnością w naszym interesie. Tymczasem pewne kręgi prawicy polskiej nawoływały, pospołu z anarchistami, by stanąć nieco bardziej po stronie Sowietów, Kadafiego i Arafata. Przytaczały przy tym absurdalny argument, że nie stać nas na utratę życzliwości tych „postępowych” krajów arabskich, z którymi w koleiny współpracy skierowali Polskę komuniści.

Tymczasem ewentualne wznowienie dostaw broni do Iraku to bardzo mała korzyść w porównaniu z tą, na jaką można byłoby w przyszłości liczyć, uzyskując wdzięczność Rijadu, Emiratów i innych rzeczywiście najbogatszych krajów regionu. Nasi specyficzni prawicowcy chwalili bardzo raz jeszcze ministra Skubiszewskiego za to, że nie zachował się jak, chociażby, Czesi i Słowacy. Wykorzystanie sytuacji po to, aby zostać na polu walki aliantem Amerykanów i Brytyjczyków, czyli tych, którzy nie tylko mieli za sobą słuszność, ale wiadomo było, że wygrają, zostało zmarnowane. Okazanie takiej postawy, co miałoby nawet pewne znaczenie psychologiczne, było jednak dla tutejszych statystów niemożliwe do wykonania: nie można przecież urazić wielce nam życzliwego tow. Gorbaczowa.

Komentarze po wojnie, i to płynące z różnych stron, wydają się szalenie standardowe i powierzchowne. Daleki jestem od tego, by wyrażać entuzjazm wobec ogólnej polityki zagranicznej USA, nie jest ona też, jak każda zresztą, polityką anielską. Trudno jednak pojąć, czemu nie dostrzega się uwarunkowań, którym dzisiaj podlega. Tylko ten, kto zna atmosferę panującą od lat w Kongresie czy w mediach amerykańskich, może pojąć, jak zupełnie niezwykłym osiągnięciem prezydenta było samo wysłanie tak ogromnej rzeszy żołnierzy tak daleko od kraju. To, iż Kuwejt dysponuje ropą, nie ułatwiało mu, lecz utrudniało zadanie – mało kto zdaje sobie sprawę, jak „postępowa” stała się opiniotwórcza elita Waszyngtonu. W obecnej atmosferze G. Bush po prostu nie mógł działać bez pieczęci ONZ. Klimat obecny, zmuszający także do maksymalnego zminimalizowania strat, dobrze oddaje zwołanie specjalnego posiedzenia parlamentu włoskiego z powodu zaginięcia... jednego samolotu. To samo dotyczy zachowania się Amerykanów w końcowej fazie wojny i po jej zakończeniu. Prezydent, wbrew temu, co publicznie głosił, miał „rękę związaną z tyłu”, toteż ktoś dziwiący się, że nie zastosował taktyki Izraela z 1967 roku, ignoruje realia polityczne i społeczne dzisiejszego świata. Odnosi się to również do zarzutu o „przeciąganie wojny” – całkowite zniszczenie infrastruktury militarnej Iraku, a tym samym uniknięcie zajadłych walk i szybkie zakończenie fazy bezpośrednich starć było koniecznością, a także warunkiem uzyskania politycznego sukcesu.

Nie sposób nie żałować Kurdów (jest ich więcej niż Palestyńczyków) podobnie jak Tybetańczyków czy kiedyś ludzi z Biafry, z pewnością też można było dla nich zrobić więcej, ale zdobycie Bagdadu nie wchodziło w grę. Telewizja Polska, pod nowym kierownictwem informacyjnym, dała przedsmak tego, jakie gromy spadłyby wówczas na USA ze strony dużej części tych, którzy wysuwają dziś podszyte hipokryzją zarzuty: oto już odkryto gdzieś, że jakaś jednostka amerykańska atakowała „bezbronną” armię iracką po zawieszeniu broni i gorąco to napiętnowano. Gdyby USA zdecydowały się całkowicie zniszczyć Irak, z miejsca wznowiono by oskarżenia o „imperializm”, przekraczanie kompetencji, chęć zdobycia pól naftowych. ONZ wycofałaby poparcie, Francuzi odlecieliby do domu, a reperkusje obecności US Army w Bagdadzie byłyby niewyobrażalne. Także poparcie walki o wolny Kurdystan (Kurdowie znajdują się w czterech państwach), choć byłaby to niewątpliwie walka słuszna i piękna, trudno sobie wyobrazić.

Dzisiejsze apele są jak najbardziej zrozumiałe, szkoda tylko, że nie postulowano tego wcześniej. Ciekawe, że nie namawiano Amerykanów, by wznowili walkę w Wietnamie z uwagi na los „boat people” czy też, by przeciwstawili się zbrojnie temu, co działo się w Kambodży... Powtórzyć warto: dla Kurdów na pewno można było zrobić więcej, całą wojnę można było też przedłużyć „z rozpędu”, np. o jeden dzień. Należy jednak wątpić, czy zmieniłoby to wiele. Pewne jest zresztą, że Amerykę krytykowano by w każdym przypadku i to tylko ją, chociaż np. Francja ma w tym regionie także duże możliwości działania. W grę wchodził też niewątpliwie polityczny interes amerykański (np. niechęć do powstania w Bagdadzie fundamentalistycznego reżimu a la Iran), ale każde państwo, w tym także mocarstwo, ma również własne interesy. Zresztą w ogóle świat mógłby być lepszy. Warto przy tym pamiętać, że np. obrazów ukazujących los Tybetańczyków w telewizji raczej nie pokazywano.

Reasumując trzeba stwierdzić, że podobnie jak kiedyś odwet militarny na Kadafim, przebieg i wynik wojny stanowi niewątpliwie zimny prysznic dla różnej maści dyktatorów. Warto uprzytomnić sobie, że niedługo duża liczba państw będzie stanowiła zagrożenie militarne, nie tylko dla swych bezpośrednich sąsiadów. Dotyczy to także władcy z Damaszku, chociaż sprawa Libanu nie może zostać zapomniana. Postulat ten należy skierować jednak także pod adresem tych, którzy mówią wciąż wyłącznie o Palestyńczykach.

Na zakończenie jakże niepełnych uwag można zauważyć, iż Sowiety w żadnym razie „nie wygrały” nic w związku z wojną. To, że teraz mogą zostać ponownie wprowadzone jako znacząca

siła polityczna na Bliski Wschód, stanowi już „zasługę” dyplomacji Mr. Bakera i w ogóle Zachodu i jest mało związane z Wojną nad Zatoką. Zniweczyć te i inne plany, podtrzymujące Sowiety w ramach „pomagania Gorbaczowowi” w roli supermocarstwa (mimo iż w sensie globalnym już nim nie są), mogą tylko sami Rosjanie i inne antykomunistycznie nastawione narody Imperium...

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: