2. Inna polityka: CZASY PRZEŁOMU (Jacek Kwieciński)

INNA POLITYKA

___________________________________________________________________________

JACEK KWIECIŃSKI

CZASY PRZEŁOMU

Przejawy odchodzenia od komunizmu i budowy III Rzeczypospolitej ukazują się tak spektakularnie i na tak wielu polach, że poniżej zdołamy przedstawić pobieżnie tylko niektóre z nich. Należy uświadomić sobie, że mają one miejsce pod egidą rządu, który miał gdzieniegdzie "przyśpieszyć", czyli to i owo zmienić. By być uczciwym wobec obecnych władz, musimy podkreślić, że zajmiemy się w zasadzie tylko sprawami, które uważają one za mało poważne bądź załatwione, przeto nieistotne. Przywódcy obozu premiera sądzą bowiem, że wolność polityczną już mamy i wszelkie "grzebanie się" w związanych z nią kwestiach to niegodne pragmatyków przejawy "uprzedzenia, ksenofobii i kierowania się emocjami". Swoją drogą, swój pragmatyzm terminologiczny przywódcy owi posuną niedługo chyba tak daleko, iż zaczną prawić o etosie. Jednakże także w sferze gospodarki, którą rząd uważa za jedynie ważną, główna jego siła polityczna "przyśpiesza" często w sposób dość szczególny.

Dygresja

Giełdę na przykład zafundowała Polsce według najgorszego, najbardziej zbiurokratyzowanego, niemalże - i warto tu użyć paradoksu - etatystycznego wzorca (lyońskiego). Nie słychać też, by przeszkadzała jej specjalnie ustawa, która sprawia, że przedsiębiorstwo ponosi większe koszty, gdy chce zwolnić zbędnych pracowników niż z racji utrzymywania nieracjonalnej struktury zatrudnienia. Minister Zawiślak coraz bardziej upodabnia się do swego poprzednika, p. Syryjczyka, który też podobno był liberałem. Swą bezsiłę rekompensuje sobie sukcesami na innych polach. Objął na przykład szefostwo neo-TPPR. Uczynił to, głosząc niewątpliwie pragmatyczne hasło, iż Polska powinna iść z każdą Rosją, czyli dzisiaj - z Sowietami.

Premier Bielecki dziwi się natomiast i martwi, gdyż nie może wykonać żadnych radykalnych, niekonwencjonalnych kroków. W każdym przypadku konieczne jest bowiem pracochłonne poprawianie ustaw, a także masy przepisów państwa prawa komunistycznego. Toteż ustawy i przepisy nowelizuje się, z tym że Sejm ustala tu własną hierarchię oraz tempo. Co prawda pewnego razu w telewizji premier wyraził wątpliwość co do sensowności całego procederu: "...a może my to źle robimy, może należałoby raczej...", ale szybko przerwał i nie powrócił do tematu. Tak więc wyrywkowe usprawnianie socjalistycznych zarządzeń trwa w sposób ewolucyjny i premier się z tym pogodził. Jest jednak, jak twierdzi, pragmatycznym liberałem i też zapragnął coś ulepszyć. Zarządził więc wprowadzenie pewnych nowatorskich rozwiązań. Od miesięcy poważny problem nie może ruszyć z miejsca. Premier powołuje specjalną radę konsultacyjną w tej sprawie. Duża firma państwowa ma dokonać zakupu sprzętu na Zachodzie. Premier tworzy specjalną komisję do kompleksowego rozpatrzenia całości zagadnienia. Jako rasowy liberał wie bowiem, że ukształtowanie podobnych ciał, które następnie wyłonią z siebie podzespoły robocze, przygotowujące ogólne opracowania do szczegółowego przedyskutowania, to juź załatwienie połowy problemu.

Nie zamierzamy znęcać się nad liberałami, nawet apolitycznymi oraz takimi, którzy mało uwagi przywiązują do tego, iż nawet tzw. społeczna gospodarka rynkowa zafunkcjonować może tylko wtedy, gdy tworzenie dóbr stawia się na pierwszym miejscu, a ich podział dopiero na drugim. Prawdziwe zmartwienie polega bowiem na tym, że w dzisiejszej Polsce premier i rząd bez mała każdej orientacji zachowałby się przypuszczalnie podobnie. Być może, na przykład, zająłby się, zresztą słusznie, tylko spółkami nomenklaturowymi, pozostawiając większość spraw, o których będzie mowa niżej, w ich obecnym stanie.

Polityka zagraniczna

Najważniejszym elementem przyśpieszania, w tym przypadku przyśpieszania w ugruntowaniu naszej niesuwerenności, są ujawnione ostatnio warunki, jakie Sowieci chcą podyktować Krajom Obozu w ramach projektowanych bilateralnych traktatów. Zamiary sowieckie podane zostały do publicznej wiadomości przez Budapeszt, Pragę i Sofię. Milczy tylko, jak zawsze w po- drobnych przypadkach, Warszawa. Władze wspomnianych krajów stwierdziły też, głośno i oficjalnie, że warunki sowieckie są dla nich nie do przyjęcia. Nic takiego nie powiedział minister Skubiszewski.

Bóg wie, do czego już się w imieniu Polski zobowiązał i co uczyni jeszcze, by „nie zadrażniać stosunków polsko-radzieckich”. Moskwa żąda dla siebie prawa decyzji co do tego, do jakich międzynarodowych organizacji państwa te mogą należeć, a do jakich nie, prawa wglądu w ich "bezpieczeństwo wewnętrzne", zobowiązania, że nie zawrą żadnych sojuszy z krajami trzecimi, że utrzymają ścisłą współpracę naukowo-technologiczną (oraz zapewne inną) z sowieckim centrum i wiele jeszcze więcej. Domaga się też, na nie sprecyzowanych z góry warunkach, swobody tranzytu przez terytoria tych państw (!), co wywołuje zaiste miłe wspomnienia sprzed półwiecza. Natomiast pozostałe warunki to klasyczna próba finlandyzacji tego obszaru Europy.

Umowę w tym stylu zawarły już Sowiety z Rumunią, przy czym Gorbaczow nazwał ją wzorcową i modelową.

Ponadto Moskwa najwyraźniej poświęciła militarne struktury Układu, aby jako dodatkowy element uzależniający zachować struktury polityczne i inne klauzule w sprawach "bezpieczeństwa", "wspólnej obrony". Minister Skubiszewski uparcie powtarza jednak, że Układ Warszawski już nie istnieje.

Polska jest, jak wiadomo, z uwagi na miękkość tutejszych władz traktowana przez Sowiety w sposób szczególnie bezkompromisowy. Czego możemy więc oczekiwać? Już samo milczenie w tej podstawowej sprawie mówi bardzo wiele. Co prawda na zamkniętych sympozjach twierdzi się, że Polska "nie przyjmuje radzieckich życzeń" (na razie?), ale równocześnie potwierdza się też z uwagą p. Nowaka, który sugeruje, by sowiecki dyktat przyjąć z zastrzeżeniem - jak to formułuje - wzajemności!! !

Można się więc spodziewać takiej "twardości" jak w sprawie wycofania wojsk i uzależnienia od podpisania umowy w tej sprawie zgody na tranzyt z Niemiec, czyli koncesji, ustępstw i "gwarancji" udzielonych Sowietom, w dodatku tajnie, w ukryciu przed społeczeństwem.

Decyzje w sprawie wycofania wojsk sowieckich są - co stwierdzili wyraźnie polscy negocjatorzy - decyzjami politycznymi. Na tym etapie zawiaduje nimi MSZ. Toteż warto tutaj odnotować, że groteskowo "liczne" (30 żołnierzy) wyjście pierwszych krasnoarmiejców z Polski miało wyjątkowo uroczysty charakter. Były orkiestry, dzieci, kwiaty, dygnitarze wojskowi i rządowi oraz, na honorowej trybunie, najsłynniejsi antyantykomuniści polscy, p.p. Szczypiorski i Lityński. Dekoracje przygotowano w klasycznym stylu socrealistycznym, z tym że "budowę socjalizmu" zastępowało na nich hasło "pieriestrojka". Generał Dubynin wystąpił z mową o internacjonalistycznym obowiązku. Podkreślił też, że sowiecki harmonogram całej operacji jest "nieodwołalny", że tylko Sowieci będą tu decydować. Setka obecnych dziennikarzy twierdzi, że było pięknie.

Przy okazji proponujemy Czytelnikom rozwiązanie pewnej zagadki. Co nastąpi wcześniej (oraz kiedy) - wyjście Armii Czerwonej z Polski (do 20 kwietnia wyjechało 661 żołnierzy z ok. 52 tysięcy, piszemy około, gdyż suwerenne władze polskie nie wiedzą, ilu ich jest), czy też zamierzona prywatyzacja (mniejsza już, w jakiej formie) 4 tysięcy państwowych przedsiębiorstw?

W Warszawie gościli członkowie Podkomisji ds. Przyszłości Sił Zbrojnych Zgromadzenia Północnoatlantyckiego. Przybyli z misją sondażową, by zbadać polskie reakcje na propozycje, aby nasz kraj został członkiem stowarzyszonym, a po pewnym czasie pełnym, wszystkich struktur NATO. Rzecz jest zupełnie przyszłościowa, niemniej jednak chyba ciekawa. Nawiasem można wspomnieć, że ewentualne przyszłe członkostwo Polski bynajmniej nie wymaga stacjonowania wojsk Paktu na Bugu ani nawet ich obecności tutaj, a samo NATO zawsze było i jest sojusznikiem z gruntu obronnym - zastanawia więc polska propaganda mówiąca coś przeciwnego. Podkomisja miała zresztą złożyć ofertę nawet w Moskwie, toteż nie chodzi nam tutaj o cenę całej inicjatywy.

Pouczające dla obrazu dzisiejszej Polski były natomiast reakcje największych mediów na to wydarzenie, burzące wszelkie twierdzenia p.p. Skubiszewskiego i Ziółkowskiego. Telewizja w głównym dzienniku przemilczała całą sprawę. Rzeczpospolita zamieściła małą notkę rozwadniającą jej sedno. „Życie Warszawy” nie podało nic (następnego dnia doniosło petitem o wizycie Podkomisji w pułku lotnictwa). „Gazeta Wyborcza” zamieściła, w związku z przyjazdem delegacji, rozmowę na tematy uboczne z posłem komunistycznym, będącym notabene ...przewodniczącym Komisji Obrony Narodowej. Natomiast przerażony marszałek Kozakiewicz, którego odwiedzili członkowie Podkomisji, zdołał wybąkać podstawową tezę, na której wspiera się oficjalna myśl niepodległościowa, owo słynne credo wolnych Polaków: "To mogłoby być źle odebrane przez Związek Radziecki".

Szczególnie rozważni Polacy starają się, jak mogą. Podczas odbierania kolejnego honorowego zaszczytu minister Skubiszewski zauważył bystro a trafnie, że NATO nie zapewnia bezpieczeństwa nawet Europie Zachodniej. Pan Jan Nowak w czasie kolejnej wizyty starał się rozproszyć koszmar dręczący go w sposób szczególny - perspektywę zbliżenia się Polski do Paktu Atlantyckiego kiedykolwiek. Wskazał, iż gdyby nawet NATO chciało nas całkowicie, to wstąpienie do tego sojuszu byłoby dla nas nad wyraz szkodliwe. Przywołał przykład Napoleona III, który nas zdradził, i skontrastował to z korzyściami płynącymi z utrzymania satelizacji Polski wobec Kraju Rad. Uparte i pełne pasji działanie p. Nowaka na rzecz odsunięcia od Polski widma niepodległości budzi, mimo wszystko, pewne zdziwienie. Dziwi też nieco niemal całkowity bezkrytycyzm, z jakim spotykają się jego wywody. Natomiast do obsypywania go najróżniejszymi zaszczytami (bez zaznaczenia, że chodzi tu np. o wyprawy kurierskie z czasów wojny bądź ewentualnie o działalność w latach 1952-1956) pasuje jak ulał powiedzenie: "Macie taką wolność, jakich jej heroldów fetujecie".

Wojsko

Na kwietniowym posiedzeniu Krajowego Komitetu Obywatelskiego Wojciech Bogaczyk podał dane zebrane przez niższych oficerów. Na 86 generałów 75, a na 26 attache wojskowych (z których nie wymieniono żadnego) 22 utrzymuje, mówiąc delikatnie, "kontakty z obcym mocarstwem". 40% wyższej kadry oficerskiej powinno być z miejsca zwolnione z Wojska Polskiego. Tymczasem owa "reforma kadrowa" jest odwlekana, a istnieje możliwość, że gdy nastąpi, obejmie wcale nie tych, o których chodzi. Struktura wojskowa Układu Warszawskiego ma wszelkie szanse zostać zachowana w Wojsku Polskim. Brak ze strony rządu RP jakiejkolwiek woli politycznej dokonania zmian.

Jak wiadomo, po to, aby w LWP objąć wyższą funkcję, trzeba było skończyć Akademię im. Woroszyłowa w Moskwie. Nic dziwnego, że na przykład wywiad, czyli Zarząd II MON, ma tak silne związki z GRU, że w ogóle do żadnej reformy się nie nada- je. Tymczasem cały model, cała jego struktura funkcjonuje spokojnie dalej. Tzw. fachowość postawiono wyżej niż oczywiste związki z obcym mocarstwem. Istnienia owych związków postanowiono po prostu nie przyjmować do wiadomości. Z olbrzymiej masy politruków, działając programowo, nie zwolniono ani jednego. Poczynania wojskowych tajnych służb budzą zastrzeżenia nawet posłów obecnego Sejmu. Lecz cóż z tego? Szefem pozostaje członek WRON. Faktu, że w 1981 r. Sowieci liczyli bardziej na tutejszą kadrę oficerską (która, jak w każdej armii, stanowi praktycznie wojsko i decyduje o jego obliczu) niż na partię komunistyczną, również nie bierze się pod uwagę. O tym, że kadra ta składała się z najbardziej ortodoksyjnych, zagorzałych komunistów, oficerów Układu, także postanowiono zapomnieć. Na całym świecie, mimo wzajemnej rywalizacji, istnieje pewna współpraca i kontakt między poszczególnymi rodzajami wywiadów. Tutaj nawet niezwykle specyficzni ministrowie MSW przyznają, że nie mają zielonego pojęcia i żadnych informacji o wywiadzie wojskowym. Stanowi on najbardziej tajemniczą, złowrogą peerelowską strukturę w dzisiejszej Polsce. Wiadomo tylko, że już patriotyczny generał Kiszczak zaprzągł wojskowy kontrwywiad do walki z cywilnymi, wewnętrznymi przeciwnikami komunistycznego panowania.

Stosunek wiceministra Komorowskiego do tego, co zastał w LWP, przypomina stosunek ministra Majewskiego do byłych pracowników SB. Zdaniem wiceministra kadra oficerska zawsze była w głębi ducha patriotyczna. Czemu? Bo była nasza, rodzima, polska - twierdził, gdy, będąc całkowicie niekompetentny w tej dziedzinie, obejmował urząd. Jest wątpliwe, by choć w części zmienił zdanie. Nie wiadomo więc wcale, kiedy Rzeczpospolita w rzeczywistości, a nie pozornie, dysponować będzie własnym wojskiem, kiedy będziemy mieć autentyczne Wojsko Polskie.

Warto jeszcze przypomnieć, że minister Kołodziejczyk potrafił skarżyć się z głupia frant: "Państwa zachodnie jakby nie przyjmują do wiadomości wyjścia Polski z Układu Warszawskiego i nadal blokują nam możliwość zakupu najnowocześniejszego sprzętu... Ograniczenia pozostają w mocy". Czemu owo "wyjście" nie jest traktowane w tym przypadku nadmiernie poważnie, wyjaśniło się na otwartym posiedzeniu odpowiedniej podkomisji Senatu Stanów Zjednoczonych: "Wywiad amerykański w dalszym ciągu nie ma przekonania do postawy ideowej polskich oficerów, zwłaszcza tej części, która była szkolona w ZSRS. Pentagon jest zdania, że Waszyngton powinien z takimi decyzjami poczekać do czasu, gdy w armii polskiej zostaną przeprowadzone zasadnicze zmiany, gdy pojawi się nowa, niekomunistyczna kadra dowódcza".

Ciekawe, czy Amerykanie zmienią zdanie, jeśli mimo usunięcia ministra Kołodziejczyka gros dotychczasowej kadry dowódczej pozostanie na swych stanowiskach?..

MSW

Przełom w tej dziedzinie ma obecnie prawdopodobnie mniejsze znaczenie praktyczne niż w MON, miałby je za to ogromne pod względem psychologicznym, moralnym i symbolicznym. Na razie symbolem jest minister Majewski, który bezustannie dowartościowuje swego poprzednika. Okazuje się bowiem, iż w porównaniu ze swym następcą K. Kozłowski stanowił przykład bezkompromisowości i antykomunizmu. Obu panów łączy wszelako filozofia kontynuacji kształtu i struktur "resortu" oraz niechęć do próby stworzenia czegoś nowego i innego. Łączy ich osoba wiceministra, szefa UOP, A. Milczanowskiego, które- go osobistych zasług na polu zapobiegania odkomunizowywaniu Polski nie sposób przecenić. Łączy ich coś jeszcze. K. Kozłowski przyznawał, że po przybyciu na Rakowiecką zastał puste biurko i brak informacji. Później część starych pracowników "resortu" zbliżyła się nieco do ministra i, z takich czy innych względów, poinformowała go o tym, co uznała za stosowne. Na tym oparł swą wiedzę, którą przekazał później następcy. Nic więc dziwnego, że obaj ministrowie specjalizują się w absolutnie kategorycznych sądach i stwierdzeniach. Wiedzą wszystko - to taka ich wrodzona cecha.

Okazuje się, że w nowej Polsce minister MSW poza kwalifikacjami podstawowymi - brakiem kompetencji oraz świadomością polityczną o stanie zerowym - dysponować musi również znakomitym samopoczuciem i dużą dozą megalomanii. Do przeszłości "resortu" powinien mieć natomiast stosunek wyważony. Toteż minister Majewski zapewnia, że u siebie do żadnego "polowania na czerwone czarownice" nie dopuści. "Resort" miał bowiem z czerwienią mało wspólnego, a masa jego zweryfikowanych czy nie ruszonych (wywiad) weteranów jest tak niewinna jak owe średniowieczne czarownice. Każdy, kto nie jest przepojony irracjonalną nienawiścią, przyzna, że co jak co, ale MSW dekomunizacji nie wymaga. Minister przepojony jest troską o dobro ogólne. Tak zbożne nastawienie usprawiedliwia nawet kłamstwo ("w żadnym kraju nie ujawniono agentów komunistycznej policji politycznej"). Zresztą, czy rzeczywiście komunistycznej? Minister publicznie stwierdza mniej więcej tak: "Cóż, wszyscy jakoś pracowali dla systemu - górnicy, pielęgniarki... Czy „resort” był komunistyczny? No, nie wiem... Nie bronię go, sam dużo ucierpiałem, ale nie przesadzajmy..."

Minister jest zwolennikiem ciągłości historycznej: ponieważ jego zdaniem PRL była III Rzecząpospolitą, dawnych agentów ujawnić nie można. Zaszkodziłoby to bowiem dzisiejszemu państwu - kontynuacji PRL. Troska o państwo cechuje ministra w stopniu szczególnym: Czesi, Słowacy i Bułgarzy odwołali swych agentów z zagranicy, nas na to nie stać, bo wszystko by się zawaliło. Minister ujawniłby ostatecznie agentów SB, ale tylko wtedy, gdyby dopuścili się zdrady stanu. Jest zbyt subtelny, by uznać, że cała ubecja i esbecja popełniła zdradę stanu wobec Polski i Polaków. Minister lubi stawiać sprawę maksymalnie prosto. Powołuje się więc na to, że zaufanie do Policji wzrosło, a jak wiadomo, resort składa się wyłącznie z policji: drogowej oraz kryminalnej.

Minister jest neutralny światopoglądowo. Pozwala mu to z łatwością dostrzec, że niewczesne chęci odkomunizowania MSW wynikają z niskiej, przedwyborczej gry tych, którzy nie rozumieją, że "resort" był w swym jądrze zawsze normalny, nasz, rodzimy. Minister opowiada się za zdrową atmosferą w państwie, toteż uważa, że tajemnice komunistycznej UB i SB muszą zostać na zawsze zachowane. Ostatecznie tak dzieje się w Szwajcarii.

Minister będąc realistą jest przekonany, że "resortem" będą rządzić stale osobnicy typu H. Majewskiego. Już teraz więc oferuje swoje usługi następnemu premierowi. Minister kieruje się humanistyczną troską o dobro pojedynczego człowieka nie ograniczając się w tym wyłącznie do przeszłości "resortu" jako całości. Nazywa się M. Zacharskiego "asem polskiego wywiadu, którego imienia trzeba bronić". Minister ma jasny obraz podobnych przypadków: oto nasz wspaniały James Bond poświęcał się i narażał w Ameryce, zdobył dla Niepodległej ważne tajemnice, tak istotne dla polskich władz. Działał na zlecenie i przy pomocy tych, którzy tylko dobro Rzeczypospolitej mieli na ustach. Jakże się zawiódł: owoce jego pracy przejęła nieoczekiwanie tutejsza, lokalna kadra Układu Warszawskiego i przekazała do Moskwy. A przecież był przekonany, że trafia do "Solidarności" względnie KIK. Niespodziewanie przechwycili je komuniści i z trudnych do sprecyzowania przyczyn przekazali w obce, nawet niepolskie ręce. Bardzo to przeżył, ale cóż był temu winien? Wrodzony patriotyzm nie pozwolił mu zresztą utracić nadziei. I doczekał się - objął szefostwo Pewexu, a minister wolnej Polski podjął się oczyszczania jego imienia. Z serca swe- go ludzkiego i dla dobra naszego wywiadu, naszego "resortu" i naszych służb specjalnych: tych z lat pięćdziesiątych, sześć- dziesiątych, siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i obecnej kontynuacji.

Minister jest również pracowity. Gdy słynni amerykańscy publicyści Evans i Novak, których przedrukowywane w kilkuset gazetach komentarze, programy telewizyjne oraz rzetelność źródeł weszły już do dziennikarskiej legendy, próbowali rzucić cień na dobre imię "resortu", zwłaszcza w aspekcie internacjonalistycznym, zarządził wraz z A. Milczanowskim przeprowadzenie intensywnego śledztwa w celu ustalenia, kim oni właściwie są. Pozwoliło to resortowi ustalić powód podjęcia tak ważnych działań: była nim chęć destabilizacji struktur politycznych naszego państwa. Przy okazji minister stwierdził również nasilenie działalności w Polsce zachodnich służb specjalnych, pragnących wykraść nasze słynne tajemnice gospodarcze. Oba wnioski są jakby znajome, i to od lat, ale trudno wymagać od ministra - zapracowanego technokraty, a zarazem tradycjonalisty - stałe- go okazywania oryginalności.

Minister jest też pragmatykiem: do Moskwy podesłał do pomocy tow. Cioskowi - ambasadorowi niepodległej RP[1] tow. Sarewicza, który był tylko szefem wywiadu SB, ale zasłużył się w niszczeniu akt. W tym ostatnim odznaczył się też gen. Pożoga, za co uzyskał w nagrodę stanowisko ambasadora w Sofii (to, że za parę miesięcy powróci do kraju, nie jest winą ministra - być może zresztą, idąc za radą Ireny Lasoty, skierowaną jeszcze do K. Kozłowskiego, uczyni tow. Generała swym doradcą?) - sprawiedliwość wymaga, aby również tow. Sarewicza spotkało jakieś wyróżnienie. Zresztą kto bardziej rzetelnie niż komunista może informować o tym, co dzieje się w stolicy komunizmu?

Nade wszystko jednak minister jest patriotą. Nicość nędznych kalumni o przeszłej i obecnej współpracy naszych rodaków z KGB przygważdża nieodpartym argumentem: "Polacy się do tego nie nadają". Inni, może - w tych rzadkich wypadkach, kiedy KGB jest zmuszone nieco wyjść ze swej dobrotliwej roli - ale na pewno nie Polacy, naród, który nigdy nie wydał z siebie Bieruta. Takie oszczerstwa rzucane na naród polski głęboko oburzają ministra zakłócając mu jego pożyteczną pracę. Minister ma niewątpliwie dużo racji. Rzeczywiście musimy być szczególni, albowiem wśród bratnich narodów ze świecą nie znajdzie się podobnego szefa MSW co p. Majewski - symbol nowej, suwerennej, normalnej Polski oraz jej antykomunistycznego rządu.

Kończąc ten wątek informujemy Czytelników, że niniejszym kończymy zarazem definitywnie opis działań i wypowiedzi ministra Majewskiego. Jego kontynuowanie mija się z celem, co przyznają chyba Czytelnicy.

Wtręt, czyli - do jakiej Europy?

Zdążamy do Europy. Do jakiej Europy? Wiele wskazuje na to, że do Europy Monsieur Jean-Pierre Cota. Jest to przywódca europejskiej "grupy socjaldemokratycznej", który przesłuchiwał w Brukseli premiera Węgier Antalla na okoliczność jego zbytniej pracowitości, nakazywał Lechowi Wałęsie złożenie pryncypialnej samokrytyki z uwagi na małą postępowość i nietypowość Polski, a nawet wyrzuca! za drzwi Jelcyna, albowiem: "My czuje- my się znacznie lepiej z Gorbaczowem". Mała część prasy francuskiej wytknęła p. Cotowi to, że jego ojciec był "zajadłym stalinistą". Jesteśmy mniej dżentelmeńscy i nazwiemy rzecz po imieniu: ojciec "socjaldemokraty", Pierre Cot, był jednym z najdłużej działających w sferach rządowych Francji agentem sowieckim, jednym z bohaterów słynnej afery Sapphire (w książce Urisa i filmie Hitchcocka nazwanej kryptonimem Topaz). Dziś toczy się walka o to, czy przyszła Europa stanie się tą, o której marzy Monsieur Cot, Europą gigantycznej biurokracji i ponadnarodowego rządu socjalistycznego, Europą bezbronną, ale za to pieriestrojkowo rozciągającą się do Uralu. Wielka szkoda, że nie włączamy się do tej debaty, że nie wspomagamy Brytyjczyków i Holendrów, którzy próbują się temu przeciwstawić. Najwyższy dostojnik polski twierdzi, że nam wszystko jedno, że chcemy do "każdej" Europy. Przeciwnikom Europy p. Cota przedstawia więc standardową "wizję" polską: "Wspomożecie nas, trzeba wyrównać poziomy". Najwyraźniej sądzi, że tylko o to chodzi. Myli się bardzo.

Dziennik telewizyjny, czyli chwila relaksu

To, o czym będzie mowa, to z pewnością błahostki w porównaniu z kwestiami przedstawionymi powyżej, tym bardziej że nie wspominamy o sprawach krajowych. Niemniej jednak warto zauważyć, że, zwłaszcza po zmianie szefa, w dziennikach wieczornych coraz częściej zaczęły gościć informacje wyłącznie bazujące na sowieckim dzienniku „Wriemia”, a relacje oparte na pracy szczególnie postępowych mediów zachodnich zaczęły być eksponowane w ich czołówce.

Dla przykładu: - Trwa kampania antygruzińska. Pewnie dlatego, że niezależnie od kontrowersyjności tamtejszego przywódcy jest to naród jeszcze bardziej antykomunistyczny niż Bałtowie, a podbity został ponownie jeszcze za Lenina. Z uwagi więc na ogromne znaczenie jego dążeń niepodległościowych czyni się wiele, by je ukryć i zniekształcić. Służy temu eksponowanie wyłącznie podsycanych z zewnątrz sporów niepodległościowych w samej Gruzji.

- Masakrę Ormian prowadzoną przez helikoptery i czołgi Armii Sowieckiej w jej szczytowym okresie podsumowano stwierdzeniem: "Władze w Baku stawiają na rozwiązanie siłowe" (uczyniono to za PAP, inną instytucją z czasów przełomu, która potrafi nazwać sowieckiego Eichmanna od ludobójstwa na polskich oficerach "uczestnikiem tamtych wydarzeń"). W telewizji padają coraz częściej określenia typu "radziecka Mołdawia".

- By wykazać, że chodziło w istocie o akt prawomocny i naturalny, informację o tym, że gdzieś w Sowietach gniją rękopisy Goethego i Schillera oraz inne zrabowane w Niemczech skarby kulturowe, zakończono stwierdzeniem: "Uprzednio należały do Hitlera".

- W nadanym po dzienniku programie "Wszystko o Kurylach" stwierdzono stanowczo, iż "obie strony mają rację" (dotyczy to zapewne wszystkich innych terytoriów bodajże 10 państw, które Sowiety zaanektowały w trakcie swych zmiennych sojuszy). Zełgano też bezkarnie mówiąc, że Amerykanie również nic nie zwrócili Japończykom. Bezkarnie, bo któż z młodszych telewidzów pamiętać może o Okinawie.

- Podczas gdy nawet CNN Mr. Turnera stwierdziło, iż są to rewelacje niewiarygodne, główny dziennik p. Zielińskiego w samej czołówce i w formie kategorycznej, podpierając się znanym z obiektywizmu wobec R. Reagana osławionym "Spiegelkiem", rozwodził się długo o tym, jak to były prezydent wraz z G. Bushem spiskowali wraz z Chomeinim na pohybel zacnemu Carterowi. Sprawa, jak powiedziano, "wypłynęła" obecnie. Jasne, że wypłynęła: Bush jest mimo wszystko republikaninem, po wojnie zyskał zbyt dużą popularność i należało coś z tym zrobić. Swoją drogą, gdyby wyjątkowo bystry Jimmy i genialny Zbig pozostali dłużej w Białym Domu, Sowieci nie musieliby rozpoczynać operacji pod nazwą pieriestrojka. Więc może szkoda.

- Ni z tego, ni z owego zareklamowano bezpłatnie w dzienniku nową dętą propagitkę filmową autorstwa, podającego się publicznie za marksistę, Mr. Oliviera Stone'a. Z kretynizmu owej opowiastki śmieją się nawet sprzyjające lewicowości Hollywoodu media amerykańskie, ale nie tutejszy dziennik telewizyjny. W Warszawie powtórzono przy okazji głęboką myśl o "bezsensownych ofiarach wojny w Indochinach". Oczywiste, że bezsensownych. Ofiary Czerwonych Khmerów, pacjenci wietnamskich obozów reedukacyjnych, rzesze "boat people" pierwsi to potwierdzą. Czy może być coś bardziej bezsensownego niż obrona jakiegoś narodu przed wpadnięciem w koszmar rządów komunistycznych?

Przykłady te podaliśmy dla relaksu. Nie chodzi tylko o ich wyrywkowość czy brak zhierarchizowania. Chodzi o to, że absolutnie nie ma co narzekać. Raczej przeciwnie. Podobnie wyglądają dzienniki telewizyjne na Zachodzie, a nas muszą wreszcie zacząć obowiązywać standardy europejskie. Musimy, pod każ- dym względem, dostosować się do nich, nieprawdaż?

Post scriptum, czyli z czym do Moskwy

Wróćmy, na zakończenie, do spraw poważniejszych. Dobrze się stało, że prezydent RP odkłada nieco wizytę w Moskwie. Zawarcie układu ze Związkiem Sowieckim też warto by odłożyć, może przynajmniej do wyboru bardziej reprezentatywnego Sejmu. Z uwiarygodnieniem Gorbaczowa również niekoniecznie trzeba się spieszyć.

Można by zacząć wierzyć generalne- mu sekretarzowi, gdy podczas zgłaszania swej fikcyjnej chęci rezygnacji stwierdza, że dobro partii komunistycznej jest dla niego dobrem największym. Można by dostrzec, że obradom na Kremlu patronu- je wciąż olbrzymi portret Lenina. Przede wszystkim jednak należałoby uwierzyć, naprawdę uwierzyć, że Polska może być niepodległa, rzeczywiście niepodległa. Wówczas zaś można by się zastanowić, jaka jest najlepsza taktyka prowadząca do osiągnięcia tego celu. Na razie, ponad przedziałami starszymi i nowszymi, rozlega się niemal powszechnie głos utożsamiający bojaźń wobec Sowietów z polską racją stanu, a kwestionowanie sensu takiej postawy z karygodnym brakiem rozwagi. W stosunkach z ZSRS musimy być przede wszystkim ostrożni i powściągliwi, a wówczas możemy coś osiągnąć - tezę tę traktuje się jako tak oczywistą, iż nawet nie trzeba udowadniać jej trafności. Ale może jest to teza błędna? Może Moskwa zacznie traktować poważnie nasze interesy dopiero wtedy, gdy uwierzy, że zatroskanie tym, "co powiedzą na Kremlu", nie stanowi jednak głównego wyznacznika polskiej polityki?

Prawda, że jest to założenie całkowicie sprzeczne z regułami postępowania największych statystów od czasów F. D. Roosevelta i E. Benesza po dzień dzisiejszy. Zasada dbałości o wywieranie dobrego wrażenia na Kremlu i kierowanie się przede wszystkim troską o interesy ZSRS i nastrój jego przywódców, była przestrzegana z dużą konsekwencją przez polityków z państw większych i mniejszych, zależnych i niezależnych. Nieodmiennie też przynosiła korzystne, pożądane wyniki - dla jednej ze stron. Istnieje też jednak opinia mniejszości głosząca, że Sowiety liczą się poważnie tylko z tym, kto demonstruje zdecydowanie, że liczyliby się na przykład z tym, kto wystąpiłby o odwalanie gen. Dubynina, a lekceważą tego, kto głosi, że aby wykazać dobrą wolę, nie uczyni tego.

Może oczywista wydawałaby się zasada: zachowujemy się cicho i grzecznie wobec Moskwy - to dobrze dla wzajemnych stosunków, zachowujemy się śmiało - to stosunki te może zepsuć, jest najzupełniej fałszywa, albowiem Sowiety są mocarstwem szczególnym?

Pewni, nie najgłupsi, ludzie uważają np., że gdy „Izwiestia” oskarżają kogoś o antysowieckość, nie należy zamilknąć (powiedzmy, w sprawie Litwy), lecz przeciwnie, pozostać sobą. To prawda, „Izwiestia” mogłyby zaatakować wówczas jeszcze ostrzej, ale na Kremlu uznano by takiego polityka za kogoś twardego i zdecydowanego, kogoś, kogo nie można tak łatwo zastraszyć i zaszantażować, a więc trzeba się z nim liczyć. I tylko to ostatnie byłoby istotne i służyłoby interesom kraju tego polityka, interesom, którym nadmierna "ostrożność" szkodzi.

Powiedzmy wreszcie wprost: mamy na myśli Lecha Wałęsę i jego przyszłą wizytę w Moskwie. Nie tak dawno zapowiedział, że na Kremlu nie będzie się niczego "domagał", tylko "apelował", czy- li prosił. Przekonano go, że tak trzeba, że to jedyna droga.

Naszym zdaniem jest to droga donikąd, a jej alternatywą nie jest bynajmniej wygłaszanie w Moskwie antysowieckich tyrad. Jeśli prezydent nie zmienił zdania, to z pewnością interes Polski nic na tej wizycie nie zyska. Przebiegnie ona za to w doskonałej atmosferze, prezydent będzie miał znakomitą prasę, a "stosunki polsko-radzieckie" ulegną dalszej poprawie. Niezbitym dowodem owej "dalszej poprawy" będzie opinia Kremla na ten temat. Wydaje się - a sądu tego nie dyktują żadne emocje czy "urazy" ani nawet to, że chciałoby się wreszcie mieć odczucie życia w wolnym kraju, lecz czysta kalkulacja - że zarówno panujące dziś wspomniane opinie, jak i zapowiedzi Lecha Wałęsy, są przejawem złej polityki, szkodliwej dla Polski i niezgodnej z jej racją stanu. Co więcej, jest prawie pewne, że gdyby to pojęto, także i w innych dziedzinach nastałyby rzeczywiście czasy przełomu zamiast utrwalania ich parodii.

--------------------------------------------------------------------------------

[1] Zdaniem Andrzeja Micewskiego obecność i działalność tow. Cioska w Moskwie jest niezwykle korzystna dla Polski. Odległy przez całe życie od wszelkich ideologicznych powiązań ambasador niezwykle precyzyjnie i obiektywnie naświetla sytuację radziecką. Raporty ambasadora, różniące się nawet czasem stylistycznie od sformułowań używanych przez wydział polski KC KPZS, wpływają m. in. moderująco na prezydenta Polski.

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: