10. Co piszą inni: ŁOSIA REWOLTA. CZY G. BUSHA SPOTKA LOS W.H.TAFTA?

CO PISZĄ INNI

___________________________________________________________________________

ŁOSIA REWOLTA

Czy George'a Busha czeka los Williama Howarda Tafta[1]?

Cień Williama Howarda Tafta pada na prezydenturę George'a Busha. Zarówno Taft jak i Bush zostali wybrani przez swych poprzedników. Obydwu uważano za dziedziców popularności poprzedników i sukcesorów ich udanej polityki. Taft i Bush obejmowali urząd mając za sobą ogromne publiczne poparcie.

Historia "samounicestwienia" się Tafta jest jednym z najlepiej znanych dramatów politycznych w amerykańskiej historii. Zaskoczył on, rozczarował i wreszcie rozgniewał dużą część swych partyjnych zwolenników. Ostatecznie został pokonany w walce o drugą kadencję, kiedy to jego poprzednik, Theodore Roosevelt, powrócił na scenę polityczną i startował przeciw niemu w czasie kampanii prezydenckiej 1912 roku[2]. Walka ta spowodowała podział w partii republikańskiej, umożliwiając zwycięstwo demokracie Woodrow Wilsonowi, który otrzymał tylko 42% głosów.

Prezydentura Busha wydaje się podążać w tym samym kierunku. Tak samo jak rzesze stronników Roosevelta zwróciły się przeciw Taftowi zarzucając mu zdradę z takim trudem odniesionych przez Roosevelta zwycięstw, również zwolennicy Ronalda Reagana mają ochotę zwrócić się przeciwko Bushowi. Tak samo jak w 1912 roku rewolta może być przeprowadzona ze smutkiem i niepokojem. Niemniej z pewnością nastąpi, jeżeli George Bush i jego najbliżsi doradcy nadal będą odrzucać dziedzictwo Reagana, tak jak to czynili w minionym roku. Bardzo słabe wyniki, jakimi może się pochwalić Bush w listopadowych wyborach do Kongresu, są tylko wstrząsem ostrzegawczym przed nadchodzącym politycznym trzęsieniem ziemi. Można go uniknąć. Wymaga to jednak powrotu Busha do zasad i polityki, które dały Reaganowi i jego następcy trzy przytłaczające zwycięstwa. Jeżeli Bush i jego doradcy będą się trzymać obecnego kursu, w takim wypadku aż się proszą o ledwie czteroletnią prezydenturę Williama Howarda Busha.

Złamane serce Roosevelta

Kiedy Teddy Roosevelt, powszechnie znany jako TR, opuścił urząd w marcu 1909 roku, po prawie ośmiu latach w Białym Domu, był najbardziej popularnym prezydentem w pamięci społeczeństwa. Powierzał urząd prezydenta swemu sekretarzowi wojny i protegowanemu, Taftowi, który łatwo pokonał demokratę Williama Jenningsa Bryana w wyborach 1908 roku. W biografii Roosevelta z 1972 roku David H. Burton pisze: "Taft otrzymał poparcie elektoratu w znacznej mierze dlatego, iż spodziewano się, że będzie kontynuował politykę swego poprzednika. Społeczeństwo a także Roosevelt byli o tym przekonani". Taft zdawał się potwierdzać te przypuszczenia. W liście do Roosevelta pisanym przez nowego prezydenta wkrótce po inauguracji czytamy: "Nigdy nie zapomnę, że władzę, którą obecnie sprawuję, dobrowolnie mi przekazałeś". Nie ma cienia wątpliwości, że TR był entuzjastycznie nastawiony do swego następcy. Powiedział Taftowi w 1908 roku, że będzie on "największym prezydentem, oddając pierwszeństwo jedynie Waszyngtonowi i Lincolnowi". Kiedy później nastąpił rozbrat między nimi, Taft otwarcie się żalił: "Roosevelt był moim najbliższym przyjacielem". William Allen White w swej autobiografii pisze: "Łamie serce patrzenie na powolne, lecz nieuniknione rozchodzenie się dwóch starych przyjaciół. Wszak Roosevelt i Taft byli drogimi sobie kompanami".

Krótko po inauguracji Tafta, TR udał się w podróż, odplywając z Hoboken na pokładzie SS Hamburg. Miała mu ona przynieść "radość błąkania się wśród odludnych ziem, radość polowania na potężnych i strasznych władców Afryki, gdzie śmierć czyha w ciemnych i milczących głębiach". Na czternaście miesięcy odsunął się od amerykańskiego życia politycznego. Odległość, pisze jego biograf I. E. Cadenhead Jr., była spowodowana częściowo "chęcią pozostawienia Taftowi wolnej ręki w podejmowaniu politycznych manewrów".

Metamorfoza Tafta w sprawie taryf

Wkrótce jednak Taft odszedł od stanowiska Roosevelta, jakie TR zajmował wobec budzącego ogromne emocje i spory zagadnienia, mianowicie polityki celnej. Było ono równie istotne dla sceny politycznej wówczas, jak sprawy polityki podatkowej dzisiaj. W 1908 roku platforma wyborcza partii republikańskiej obiecywała reformę taryf celnych, przez którą rozumiała obniżenie bardzo wysokich, protekcyjnych opłat celnych. Kandydat Taft nie pozostawił cienia wątpliwości, że będzie walczył o ich obniżenie. W czasie specjalnej sesji Kongresu zwołanej przez niego w marcu 1909 roku dla załatwienia tej kwestii Izba Reprezentantów uchwaliła redukcje, których pragnął. Kiedy jednak propozycja ta dotarła do Senatu, senatorowie ze stanów przemysłowych dołączyli do niej 847 poprawek. Prawie wszystkie one "reformowały" taryfy przez ich podniesienie. Na początku, według Cadenheada, Taft był tym oburzony. Stopniowo jednak zaczął skłaniać się ku argumentom senatorów, którzy udowadniali, że ich 847 poprawek stanowi rzeczywistą reformę taryf oraz, co było bardziej przekonujące, że ich ustawa była "najlepsza, jaką można będzie uzyskać w protekcjonistycznym Senacie". Taft przyjął tę argumentację.

Z faktycznym poparciem Tafta oraz bez obawy, że nałoży weto na ustawę, Izba, acz niechętnie, zaaprobowała protekcjonistyczną wersję Senatu. Następnie podpisał ją Taft i ażeby uczynić sytuację jeszcze gorszą, w przemówieniu z 17 września 1909 roku wygłoszonym w Winonie Minnesota ogłosił, że nowa ustawa taryfowa jest najlepsza, jaką republikanie kiedykolwiek uchwalili.

W czasie drugiej debaty taryfowej dwa lata później Taft znowu opowiedział się za protekcjonistami. Większość republikanów była wściekła i Taftowi udało się wygrać tę bardzo trudną bitwę tylko dzięki pomocy 31 z 34 senatorów z partii demokratycznej. Aż 24 z 46 senatorów należących do partii republikańkiej głosowało przeciwko niemu. Przemiana Tafta z człowieka popierającego niskie taryfy na zwolennika wysokich oraz oszukiwanie samego siebie w tej kwestii rzuca niebezpieczny cień na odejście Busha od obietnic w sprawie nieustanawiania nowych podatków i może potencjalnie mieć te same konsekwencje polityczne.

Całkowicie bezradny jako przywódca

W innych kwestiach Taft również odszedł od linii Roosevelta. Osłabił zachowawcze programy TR skłaniając się ku traktatom, którym wcześniej przeciwny był Roosevelt, a które wymagały arbitrażu w sporach międzynarodowych.

Taft, także osobiście, różnił się ogromnie od Roosevelta. Biografia Roosevelta napisana przez Burtona tłumaczy, że wprawdzie Taft był "najzdolniejszym z współpracowników, jednak brakowało mu wewnętrznej siły koniecznej dla przywódcy... Pozwalał, aby jego prawna interpretacja górowała nad politycznym zdrowym rozsądkiem i jego hojnym sercem". "Polityka, gdy w niej uczestniczę, sprawia, że robi mi się niedobrze" - powie- dział pewnego razu. Nie jest wcale zaskakujące, że w czasie kampanii 1908 roku TR musiał nakłaniać Tafta - "Nie odpowiadaj Bryanowi, atakuj go!" Już później Taft przyznał, że w czasie lat spędzonych w Białym Domu nigdy nie przestał "czuć się trochę jak wyjęta z wody ryba". Obserwował to również senator Jonathan P. Dolliver z lowa: "Taft jest przyjazną wyspą; całkowicie otoczoną ludźmi, którzy doskonale wiedzą, czego chcą". Progresywiści Roosevelta dowcipkowali mówiąc: "Tam stoi Taft jak posąg Ludwika XV w ogrodach Tuileries, uśmiechnięty i wspaniały, ale pozbawiony serca i odwagi".

W tym czasie w Afryce TR zaczął otrzymywać niepokojące wieści o tym, co się działo w Białym Domu. White wspomina w swej autobiografii: "Wysłaliśmy kurierów do afrykańskiej dżungli, aby uświadomić mu zmiany zachodzące w przywództwie partii". W 1910 roku TR pisał z Włoch do senatora Henriego Cabota Lodge'a, republikanina z Massachusetts, że wzrastają jego obawy co do rozwoju sytuacji politycznej w Ameryce oraz że w roku 1910 w wyborach polowy kadencji (mid-term election) nie będzie popierał tych, którzy porzucili "święte zasady, które uważam za niezbędne". Roosevelt dodał, iż ma nadzieję, że Taft będzie chciał powrócić na poprzednią drogę.

W sierpniu tego roku TR zwierzał się Theodorowi Rooseveltowi Jr., że Taft jest "całkowicie bezradny jako przywódca" oraz że rozłam w partii republikańskiej jest "tak szeroki i głęboki, jak tylko może być" i że Taft nie może go zaleczyć. W kilka dni później TR wyruszył w szaleńczą podróż przez 16 zachodnich stanów. Cadenhead pisze: "Oczekiwały go tłumy zwolenników na każdym przystanku. Niektórzy stali godzinami w palącym słońcu czy ulewie, aby zobaczyć i usłyszeć swego bohatera". Kiedy powrócił na wschód, zorganizował spotkanie z Taftem. Zamiast zatrzeć różnice, ich jednogodzinne spotkanie w New Haven ukazało, jak rozbieżne stały się ich stanowiska. Obaj opuścili miejsce spotkania z różnymi wersjami tego, co zostało powiedziane, jednak według Cadenheada TR "nie był gotowy do otwartego krytykowania Tafta". White pisze natomiast: "Żaden z nich nie chciał walki".

Wzrastająca frustracja TR

Wybory polowy kadencji (mid-term election) ostatecznie pozbawiły wszystkich złudzeń. W całym kraju republikanie stracili te miejsca, które uważano za "bezpieczne". Jedynym regionem, w którym partia zachowała swój stan posiadania, był Zachód, obszar, gdzie Roosevelt był bardzo popularny. Liczba posiadanych przez partię republikańską miejsc w Izbie Reprezentantów spadła z 219 do 161, podczas gdy demokraci zwiększyli swój stan posiadania ze 172 do 228. Był to największy sukces demokratów od roku 1891, dający im kontrolę Izby Reprezentantów po raz pierwszy od roku 1893.

Po tej klęsce następny krok był do przewidzenia: zorganizowała się republikańska opozycja w stosunku do Tafta. W dniu 21 stycznia 1911 roku oficjalnie utworzono Narodową Ligę Postępowych Republikanów (National Progressive Republican League). Jej celem było stworzenie bardziej postępowego programu dla republikanów oraz niedopuszczenie do nominacji Tafta na kandydata partii w następnych wyborach. Za Ligą stało 8 senatorów, 6 gubernatorów i wielu członków Izby Reprezentantów. Nadal jednak TR nie chciał oficjalnie wystąpić przeciw Taftowi. W lecie 1911, jak pisze Cadenhead, Roosevelt "pogodził się z myślą o powtórnej nominacji Tafta".

Niemniej frustracja i gniew TR rosły nadal. Ostatecznie w styczniu 1912 roku zdecydował się stanąć do walki z prezydentem. Częściowo z inspiracji Roosevelta republikańscy gubernatorzy z Kansas, Michigan, Missouri, Nebraski, New Hampshire, Zachodniej Wirginii i Wyoming wystosowali do TR list namawiając go, by ogłosił, że zaakceptuje nominację prezydencką swojej partii. 21 lutego powiedział dziennikarzowi w Ohio: "mój kapelusz jest w ringu". Trzy dni później oficjalnie odpowiedział na list gubernatorów, mówiąc, że zaakceptuje republikańską nominację. W tym samym mniej więcej czasie garstka senatorów oraz tuzin innych popleczników Roosevelta zebrali się w hotelu Willard w Waszyngtonie w celu omówienia strategii wyborczej. Tam po raz pierwszy padło pytanie: "Jeżeli przegra- my wyścig o nominację partii republikańskiej, czy opuścimy ją?" Pytanie to pozostało bez jednoznacznej odpowiedzi. Wszakże zagrożenie dla Tafta było oczywiste.

Roosevelt tej wiosny rozpoczął kampanię w celu uzyskania nominacji. Ponieważ władze partii republikańskiej opowiedziały się za Taftem, TR zwrócił się bezpośrednio do wyborców koncentrując się na Kalifornii, IlIinois, Minnesocie, Ohio, Pensylwanii oraz pozostałych siedmiu stanach, które wybierają kandydatów na konwencję (zjazd partii) w bezpośrednim głosowaniu. Osiągnął tam wielki sukces zdobywając 1 157397 głosów, podczas gdy Taft zdobył tylko 761 716. Roosevelt upokorzył swego przeciwnika wygrywając w jego rodzinnym stanie - Ohio - w stosunku 2 do 1. Wybory te dały Rooseveltowi 278 delegatów, Taftowi tylko 46 (senator Robert La Follette zdobył 36). Wprawdzie republikańska maszyneria w stanach południowych oraz tych, gdzie delegaci pochodzili z nominacji, dała swe głosy Taftowi, jednak historycy są zgodni, że TR był kandydatem republikańskiego elektoratu.

Wydawało się, że Taft jest w jakiś sposób odizolowany od narastającej burzy, podobnie jak dzisiaj Bush. Według White'a

Taft był "tak nieczuły na sympatię opinii publicznej... że wyniki prawyborów nie zachwiały jego wiary w zwycięstwo. Wydawało się, że nie pokłada żadnej wiary w szeregowych członkach partii republikańskiej... To była ściana, jaką napotkali na swej drodze republikańscy wyborcy tej wiosny. Nie dziw w związku z tym, że przywódcy tych mas dostali szału, gdy napotykali na tę przeszkodę".

"Stoimy pod Armageddon"

Roosevelt udawał się na czerwcowy zjazd partii w Chicago z co najmniej 432 glosami delegatów, z ogólnej ich liczby 1078. Była to liczba wysoka, jednak nadal daleka od prostej większości 540 głosów potrzebnych do uzyskania nominacji. Nie mniej imponujące było zjawienie się Roosevelta w Chicago, łamiącego w ten sposób precedens przez całe dziesięciolecia powstrzymujący głównych kandydatów od przyjazdu do miasta, w którym odbywała się konwencja. Gdziekolwiek pojawił się Roosevelt, tłumy wiwatowały na jego cześć oraz blokowały do- stęp do jego głównej bazy wyborczej, mieszczącej się w Congress Hotel. W przeddzień rozpoczęcia obrad TR wygłosił przemówienie do swych zwolenników w chicagowskim Audytorium. W czasie tego wystąpienia udzielił odpowiedzi na pytanie, które pół roku wcześniej w hotelu Willard pozostało bez odpowiedzi. Obiecał mianowicie, że jeśli nie uzyska nominacji partii republikańskiej, stworzy nową partię polityczną.

Wraz z przybliżaniem się dnia otwarcia zjazdu napięcie rosło. Prawie 1000 policjantów, gotowych do utrzymania porządku na wypadek, gdyby starcie zwolenników Tafta i Roosevelta nabrało gwałtownego charakteru, patrolowało chicagowskie Coliseum, gdzie miał się odbyć zjazd. Pod dekoracjami z flag barierki na- około mównicy oplecione były drutem kolczastym, prawdopodobnie, aby powstrzymać zwolenników Roosevelta od fizycznego przejęcia kontroli nad zgromadzeniem.

Minimalna przewaga Tafta stała się widoczna, gdy zjazd rozpoczął głosowanie nad kwestiami proceduralnymi oraz przydzielanie kandydatom kontrowersyjnych głosów delegatów. Z 254 wątpliwych głosów tylko dwa tuziny dostały się Rooseveltowi, resztę otrzymał Taft. Skarżąc się, że obrabowano go z głosów, które prawnie mu się należały, Roosevelt nakazał swym delegatom, aby zatrzymali przyznane im miejsca, lecz powstrzymali się od jakichkolwiek działań w czasie zjazdu. Wtedy, w jednej z pamiętnych wypowiedzi jego długiej kariery politycznej stwierdził: "Stoimy pod Armageddon, walczmy w imię Boże!"

W tym czasie wynik konwencji był przesądzony. W pierwszym głosowaniu Taft, którego kandydaturę wysunął były wicegubernator stanu Ohio Warren G. Harding, wybrany został na kandydata na prezydenta z ramienia partii republikańskiej 556 głosami, gdy TR zdobył głosów 107, a senator La Follette 41. 348 delegatów popierających Roosevelta wstrzymało się od głosu. Platforma wyborcza republikanów skonstruowana przez siły Tafta opowiadała się za prohibicyjnymi cłami i kończyła zaproszeniem do "inteligentnej oceny społeczeństwa amerykańskiego prezydentury Williama Howarda Tafta".

Roosevelt dotrzymał słowa i przeszedł do opozycji. Powrócił do chicagowskiego Coliseum na początku sierpnia, aby uczestniczyć w zjeździe Narodowej Partii Postępowej (National Progressive Party), na którym było obecnych 2000 delegatów ze wszystkich stron Ameryki, wyjąwszy Południową Karolinę. Tuż po przybyciu do Chicago dziennikarze zapytali Roosevelta, jak się czuje. Uśmiechając się odparł: "Czuję się silny jak łoś" - stąd właśnie wzięła się nazwa ruchu, który pokonał prezydenta. Była to odpowiedź na wyrzeczenie się przez Tafta własnego dziedzictwa i na to, że zawiódł zaufanie.

Delegaci jednomyślnie wysunęli kandydaturę Roosevelta w przyszłych wyborach prezydenckich, dodając jednocześnie Hirama Johnsona, gubernatora Kalifornii, na stanowisko wiceprezydenta. Uzgodniono również platformę wyborczą, która stwierdzała: "Świadome działanie, które spowodowało utratę zaufania przez partię republikańską i ostateczna niekompetencja partii demokratycznej w kwestiach bieżącej polityki w nowych czasach, zmusiły społeczeństwo do stworzenia nowego instrumentu rządowego, który zaspokoi jego żądania w postaci praw i instytucji"; i dalej: "Domagamy się rewizji taryf celnych, ponieważ te, które obowiązują, są niesprawiedliwe dla narodu amerykańskiego... Organizacja republikańska jest w rękach tych, którzy złamali obietnicę koniecznej obniżki taryf, i nie można ufać, że w przyszłości jej dotrzymają".

"Czy opuszczamy partię?"

W historii nic nie powtarza się dokładnie i zbyt wiele wagi nie należy przykładać do różnych historycznych paraleli. Po pierwsze, dziś nie ma Teddiego Roosevelta. Nawet gdyby Ronald Reagan chciał stawić czoło Bushowi, konstytucja uniemożliwia mu ubieganie się o trzecią kadencję. Po wtóre, TR i jego ugrupowanie postępowe zakładające ogromny wpływ rządu na sferę życia gospodarczego nie mogą być wzorem dla współczesnych działaczy politycznych.

Niemniej jeżeli nawet szczegóły polityki Roosevelta w stosunku do Tafta nie mogą być dla nas wskazówką, to jego dynamika może. Tak jak w 1912 roku - odpowiedzią na zdradę przywódcy partii nie może być milczenie. Musi nią być jawna krytyka, być może opozycja a nawet rebelia. Powraca znów pytanie z hotelu Willard: "Czy opuszczamy partię?" Podobnie jak w 1912 roku, tak i dziś jest wiele słuszności w postawie opozycyjnej, nawet gdy natychmiastowe zwycięstwo wyborcze jest mało prawdopodobne (nawet wtedy, gdy może dać demokratom zyski na krótką metę). Jawna opozycja pozwoli konserwatystom jednoznacznie pokazać, że są przeciwni zdradzie, której dokonała administracja Busha. Jawna opozycja wystąpi przeciw monopolowi Białego Domu w wyrokowaniu, jaki powinien być republikanin (czy nawet jaki powinien być konserwatysta). Pokaże ona społeczeństwu, że konserwatyści nie są odpowiedzialni ani nawet nie są związani z gospodarczą i żadną inną katastrofą, do której Bush i jego czołowi doradcy prowadzą kraj. Jawna opozycja daje konserwatystom szansę ucieczki przed skażeniem, którego nabędą od administracji Busha. Daje im także sposób na przekazanie posłania i stwarza strukturę dla wzmocnienia koalicji.

Byłoby znacznie gorzej dla konserwatystów w milczeniu protestować przez następne dwa lub - co jest mniej prawdopodobne - sześć lat. Wstydliwe milczenie przekona bowiem społeczeństwo, że konserwatyści popierają to, co robi Bush, że reprezentuje on konserwatystów i że to oni są winni bolesnym konsekwencjom działalności Busha. O wiele lepsza była odwaga łosia, dzięki której można było powiedzieć: "Nie jesteśmy Taftem, a Taft i jego wąskie koło współpracowników to nie my".

Nadszedł czas dla konserwatystów, aby podjęli decyzję, czy wystąpią przeciw przywódcy swej partii. Nadszedł również czas, aby George Bush podjął decyzję. Jest późno, ale Bush może jeszcze wybrać, czy zostanie Williamem Howardem Taftem, czy też uratuje swą prezydenturę przez zmianę kierunku, oczyszczenie domu i odbudowę zwycięskiej koalicji Reagana. Konserwatyści są gotowi przyjąć go z powrotem z otwartymi ramionami. Musi tylko powrócić.

"Policy Review", nr 55. Tłum. M. W.

--------------------------------------------------------------------------------

[1] W.H.Taft (1857-1930), republikanin, prezydent USA 1909-1913.

[2] Chodzi o walkę o nominację prezydencką z ramienia partii republikańskiej

Orientacja na prawo 1986-1992: