3. Inna Polityka. KIJ W MROWISKO (Anatol Arciuch)

INNA POLITYKA

________________________________________________________________
Anatol ARCIUCH

KIJ W MROWISKO
Asumpt do napisania poniższych uwag dała mi lektura artykułów Jacka Kwiecińskiego. Nie znaczy to wcale, że chcę z nim polemizować albo kwestionować słuszność głoszonych przez niego tez. Przeciwnie, prawie pod wszystkim co pisze, mógłbym się i ja bez wahania podpisać. Niemniej jednak ten najwybitniejszy, moim zdaniem, a już na pewno najbardziej oryginalny i najpłodniejszy prawicowy publicysta polityczny w naszym kraju, stanowi dobry przykład pewnej słabości trapiącej rzeczników myśli prawicowo-liberalnej, zwłaszcza w tzw. krajach postkomunistycznych (bo wolna jest od niej na przykład publicystyka innego wybitnego przedstawiciela tej myśli, ale zamieszkałego na Zachodzie, Józefa Darskiego). Kto wie, czy nie dlatego, że pobyt na Zachodzie skutecznie pozbawia wszelkich złudzeń.

Mam tu na myśli swoiste „chciejstwo”, czyli wiarę w to, że rzeczowe i niepodważalne argumenty powinny przekonać czytelnika do tez lansowanych przez autora. Jak już wspomniałem, nie jest to tylko polska specyfika. Z czymś podobnym zetknąłem się niedawno na Węgrzech, a na podstawie różnych wypowiedzi i artykułów sądzę, że podobnie jest i w Czecho-Słowacji.

Paradoks polega na tym, że o ile historyczna lewica odwoływała się chętnie do Oświecenia i racjonalizmu, legitymizując tym „racjonalnym” i „naukowym” podejściem swe pretensje do dyktowania społeczeństwom, co jest dla nich dobre, o tyle dziś opiera swą strategię i taktykę na odwoływaniu się do stereotypów, mitów, namiętności i zbiorowych fobii. Wyciągnęła przy tym nauki z powodzenia dwóch najbardziej irracjonalnych i mitologizujących rzeczywistość ideologii: komunizmu i narodowego socjalizmu, a także ma w swych sztabach specjalistów od manipulacji społecznej: socjologów, historyków, „psychologów społecznych” – z wielu przyczyn tradycyjnie lewicowych. Prawica tymczasem wydaje się czasem wierzyć w racjonalizm i logikę zachowań zbiorowych, ufając – zwłaszcza w krajach, gdzie dotychczas nie było wolnej gry politycznej, a więc panuje więcej złudzeń co do cnót demokracji – że ludzie wybiorą nieuchronnie to, co dla nich dobre, jeśli tylko się ich o tym niezbicie przekona.

Obawiam się, niestety, że sprawa nie jest taka prosta, że o ile inteligentna i logiczna argumentacja Jacka Kwiecińskiego bardzo trafia do przekonania mnie, czy ludziom o podobnych poglądach, znacznie gorzej jest z tzw. szeroką publicznością, a nawet, na przykład, z uczestnikami posiedzenia KO 6 stycznia (ONP nr 1/71). Po „Psychologii tłumów” Le Bona, po bolszewizmie i hitleryzmie, setkach przykładów wielkich i mniejszych manipulacji, czy – by pozostać na naszym podwórku – sprawie Tymińskiego, nie można już mieć żadnych wątpliwości, że masy reagują najłatwiej na argumenty i bodźce emocjonalne, demagogiczne, a nie – logiczne. Można nad tym ubolewać, należy dążyć do zmiany takiego stanu rzeczy, ale polityk ani publicysta polityczny nie może tego nie uwzględniać, gdyż naraża się na przegraną. Ernst Jünger wspomina, że kiedy w 1944 roku przyjaciele poinformowali go, iż przygotowują zamach na Hitlera, od początku nie miał wątpliwości co do ich przegranej. „Wystarczyło porównać subtelne twarze moich szlachetnych przyjaciół, ich idealizm i dobre maniery, z kwadratowymi szczękami, brutalnością, chamstwem pretorianów Hitlera, żeby z góry wiedzieć, kto wygra”. Obawiam się, że tak samo z góry da się przewidzieć wynik walki znających na wylot metody bolszewickiego zdobywania władzy lewicowych demagogów, pozbawionych wszelkich skrupułów, ze zwolennikami poglądu, że społeczeństwo jest na tyle dorosłe, iż nad demagogię przedłoży racjonalne argumenty. Chciałbym być właściwie zrozumiany: nie nawołuję do stosowania tej samej broni co lewica w walce o „rząd dusz”, bo wtedy stoczylibyśmy się do jej poziomu, ale wyzbycie się złudzeń jest konieczne.

Trzeba też poszukać odpowiedzi na wiele pytań, które tylko pozornie są łatwe. Chciałbym tu wymienić niektóre z nich i wykazać, że i w tych wypadkach prosta logika jest czasem zawodna, a racjonalne argumenty, choć całkowicie słuszne, nie mają większych szans trafienia do zainteresowanych.

Sprawa pierwsza: polskiej polityki zagranicznej. W kategoriach strategicznych polityka ta nadal nie istnieje, tak jak nie istniała przez 45 lat komunizmu. Nasz niezrównany minister spraw zagranicznych jest karykaturalnym wręcz wcieleniem dyplomaty z jakiegoś wydumanego państewka bałkańskiego z fin de siecle’owego wodewilu. O innych „sternikach” naszej polityki zagranicznej lepiej nie mówić (notabene korespondentka „Le Monde” w bilansie stu dni prezydenta Wałęsy z naciskiem podkreśla, że – jak ją zapewniono w Belwederze – Skubiszewski ma jeszcze większą autonomię w dziedzinie prowadzenia polityki zagranicznej wedle własnego uznania niż Balcerowicz – gospodarczej). Całkowicie zaprzepaściliśmy historyczną szansę związaną ze zjednoczeniem Niemiec, co było przede wszystkim zasługą Mazowieckiego, i zapewne drugiej takiej szansy ułożenia stosunków z Niemcami już nie będzie. Wciąż dwuznacznie wyglądają stosunki z Moskwą.

Zamiast jednak w nieskończoność analizować przyczyny tego stanu rzeczy, spróbujmy może odpowiedzieć na pytanie: co robić? Niezależnie od stopnia realności zagrożenia sojuszem Niemiec i Moskwy, trzeba brać taką ewentualność pod uwagę, zwłaszcza że Sowieci bezwstydnie kokietują Niemców i zachęcają do współpracy, tradycyjnej zresztą dla obu krajów. Pamiętajmy też, że ani kompletny chaos w ZSRS, ani przywrócenie w nim jakiejś stabilizacji, ani nawet rozpad Związku nie zmieni faktu, że na Wschodzie będzie leżał kraj wielokrotnie od nas silniejszy i traktujący Polskę jako tolerowane z przymusu zło. I znowu: w kategoriach rozsądku i logiki oczywiste wydaje się oczekiwanie, że demokratyczna i wolna Ukraina czy Białoruś, a nawet sama Rosja, nawiążą dobre stosunki z taką samą Polską. Zachęcająco wygląda tu przykład demokracji zachodnich, ale przecież byłe republiki sowieckie nie staną się z dnia na dzień demokratycznymi i wolnymi krajami. Na krótką metę każdy rozwój wypadków w ZSRS jest dla nas zagrożeniem. Gwałtowna destabilizacja – bo może się wylać poza jego granice. Dyktatura – bo może zrodzić się pokusa odzyskania utraconych posiadłości, tym bardziej że Polska jest wzięta przez Armię Sowiecką w dwa ognie, a i sama ma wciąż wcale pokaźną piątą kolumnę. Rozpad – bo, jak widać z doświadczenia, kraje postkomunistyczne borykające się z problemami (a Ukraina np. miałaby ich jeszcze więcej niż Rumunia) mają często skłonność do uciekania od nich w spory z sąsiadami.

Z tym wiąże się następne pytanie, od odpowiedzi na które może zależeć przyszłość Polski. Mam tu na myśli kwestię, jak rozwiązać problem zapewnienia naszemu krajowi bezpieczeństwa. Przystąpienie do NATO, czy chociażby uzyskanie od niego jakichś gwarancji, można śmiało zaliczyć do sfery pobożnych życzeń, żeby nie powiedzieć rojeń. Jakaś mityczna konfederacja środkowoeuropejska Polski, Czecho-Słowacji i Węgier, która co pewien czas powraca na porządek dzienny w koncepcjach, nie tylko zresztą polskich, polityków, też niczego nie rozwiąże. Abstrahując nawet od faktu, że i ona ma niewiele wspólnego z realiami geopolitycznymi naszego regionu, warto pamiętać, że połączone siły zbrojne tych trzech krajów liczą około 600 tys. ludzi, czyli tyle, co sowieckie wojska samego KGB. O dysproporcjach w sprzęcie i uzbrojeniu lepiej nie mówić. Na dodatek Sowieci (i ich posłuszni satelici ze sztabów i dyplomacji wspomnianych trzech krajów) podczas rozmów załatwili sprawę redukcji sił zbrojnych i zbrojeń w Europie w taki sposób, że nie tylko redukcje te dotkną de facto wyłącznie wojska byłych sojuszników Sowietów z Układu Warszawskiego (bo sami Sowieci po prostu wycofają swe siły za Ural), ale w dodatku zamknięto przed tymi krajami możliwość istotnego zwiększenia swego potencjału wojskowego w przyszłości.

Nie koniec na tym. Wojsko polskie (?) w swych wyższych strukturach dowódczych i sztabowych jest bez wątpienia nadal najbardziej prosowiecką (czy wręcz sowiecką) instytucją w Polsce, a wszystkie fakty, o których także skąpo dowiaduje się opinia publiczna, świadczą, że jedyna lojalność jakiej można oczekiwać po ekskomunistycznych (?) generałach, to lojalność, wobec własnej komunistycznej przeszłości i kolegów z nomenklatury. A kto wie, czy nie i wobec sowieckich kolegów z Akademii Frunzego. Zakładając jednak nawet, że uda się przeprowadzić rzeczywistą czystkę w wojsku i przywrócić mu społeczny szacunek, nie bardzo wiadomo, jakim sposobem można by mu zapewnić rzeczywistą moc bojową, nie mówiąc już nawet o możliwości odstraszania, czyli zniechęcenia potencjalnego agresora do napaści na nasz kraj. Można oczywiście pocieszać się, jak to robi wielu naszych polityków, że wojna w Europie należy już dziś do bezpowrotnej przeszłości i że mamy przecież układy o nieagresji zarówno ze wschodnim jak zachodnim sąsiadem. Pomijając już jednak to, że w historii nie ma sytuacji niezmiennych (mimo powracających co pewien czas tez o „końcu historii”) i że wszystkie traktaty zachowują ważność tylko tak długo, jak długo odpowiada to ich sygnatariuszom, skoro jednak przyjmiemy takie założenie – to po co armia, poza strażą graniczną? Jeśli jednak wyznajemy zasadę Si vis pacem, para bellum, musimy sobie zdać sprawę, że samodzielna, realna obrona kosztować nas musi niewyobrażalne wręcz pieniądze. Wystarczy powiedzieć, że kraje dysponujące samodzielnym i liczącym się potencjałem wojskowym wydają na to kwoty przekraczające nasze możliwości. Dla przykładu wydatki wojskowe na głowę rocznie wynoszą: w Izraelu 1310 dolarów, w Norwegii – 707, w Szwecji – 534, w Szwajcarii – 491, Austrii – 187. Zarazem jednak trudno oprzeć się podejrzeniu, że minimalizowanie budżetu wojskowego w Polsce było świadomym posunięciem zmierzającym do stworzenia z naszego wojska sił policyjno-pomocniczych, mających zarówno w czasie pokoju jak wojny zapewnić jedynie spokój w Priwislańskim Kraju, niezdolnych natomiast do ewentualnego zbrojnego przeciwstawienia się Wielkiemu Bratu. Świadczy o tym to, że Polska ze swymi kredytami wojskowymi 18 dolarów na głowę znajdowała się w zeszłym roku na 80 miejscu na świecie, między Papuą-Nową Gwineą a Zambią, podczas gdy drugi pod względem najniższych wydatków na wojsko kraj Układu Warszawskiego, Węgry (to też na pewno nie przypadek), ze swymi 72 dolarami plasował się bądź co bądź na 52 miejscu. Krótko mówiąc, są tylko trzy możliwości: nadal udawać, że mamy wojsko i topić pieniądze w czymś, co proporcjonalnie jest znacznie słabsze niż nasza przedwojenna armia; podnieść wydatki wojskowe co najmniej 20-25 razy tylko po to, żeby osiągnąć poziom Austrii, Grecji czy Finlandii; wreszcie – spojrzeć prawdzie w oczy, zrezygnować z powszechnego poboru i utrzymywać tylko jednostki ochrony granic. Przepraszam, jest jeszcze jedna możliwość, ale na to trzeba by prawdziwego męża stanu, nie liczącego się z niczym, poza interesem Polski: stworzenie realnego potencjału odstraszania jądrowego, jak to zrobił de Gaulle czy Izrael. Trzeba by też rzeczywistej niepodległości, a o tej na razie – i chyba w najbliższej przyszłości – nie ma mowy.

Sprawa następna – rolnictwo. Na pierwszy rzut oka i ona wydaje się dość oczywista. Indywidualne rolnictwo, które zachowało się w Polsce, w powszechnej opinii uchodzi nie tylko za ostoję oporu przeciw komunizacji naszego kraju, ale także jedyną poważną liczebnie warstwę indywidualnych przedsiębiorców, jacy się w nim ostali przez wszystkie lata komunistycznej władzy. Jest w tym oczywiście wiele racji, ale znowu – jak mi się wydaje – sprawa jest bardziej skomplikowana. Nie zapominajmy bowiem, że chłopi – oczywiście nie ze swej winy – zostali bardzo silnie wciągnięci w komunistyczne układy polityczno-gospodarcze. Zaczęło się od „grzechu pierworodnego” reformy rolnej i osiedlenia na ziemiach zachodnich. Wielu chłopów z wielkimi oporami przyjmowało te zatrute dary komunistów, obawiając się, że kiedyś byli właściciele mogą zażądać ich zwrotu, czy po prostu ze zwykłej ludzkiej uczciwości poczuwając się do solidarności z wywłaszczanymi bez żadnego odszkodowania i wyrzucanymi bezlitośnie prawowitymi właścicielami. Wielu też jednak – i nie wolno tego przemilczać w imię klajstrowania historii – poparło poczynania komunistycznej władzy i aktywnie ją wspierało, czasem w sposób okrutny i bezwzględny, właśnie wcale nie z pobudek ideologicznych, lecz czysto materialnych. Walczyli potem z tym samym komunistycznym państwem, to prawda, ale w imię tego samego przywiązania do ziemi, które wcześniej kazało im wstępować do milicji i komitetów wiejskich, żeby w ten sposób ją sobie zapewnić. A chłopska przedsiębiorczość, umiejętność liczenia i kalkulowania, co się opłaca? Tak, dzięki niej w dużym stopniu polska wieś nie jest taką pustynią inicjatyw gospodarczych jak czecho-słowacka czy nawet węgierska, gdzie znaczna większość rolników chce zachowania kolektywnych form gospodarki, bo przeraża ich samodzielne gospodarowanie. Zarazem jednak ta umiejętność widzenia wszystkiego w kategoriach, co się opłaca, a co nie, i własnego interesu, sprawiła, że właśnie chłopstwo stało się głównym dostarczycielem kadr dla aparatu partyjnego, wojska, milicji. Tak jak przed wojną chłop starał się wykierować dziecko na księdza lub nauczyciela, teraz wysyłał je do szkoły oficerskiej czy partyjnej. Zaobserwował to samo zjawisko w ZSRS Zinowiew. Jedyną klasą, która jako całość zyskała na komunizmie, było chłopstwo. To prawda, że z reguły, w przeciwieństwie do inteligenckich fanatyków, dzieci chłopskie były nieczułe na ideologię, ale nie zmienia to faktu, że szły gremialnie do partii właśnie dla korzyści i przywilejów, a stanowiąc z natury element zdyscyplinowany i o silnym poczuciu solidarności zbiorowej, stworzyły gros tej masy średniego aparatu, o którym mówiono „bierni, ale wierni”. Również i nie spotykana na taką skalę korupcja i rozkradanie kraju było rezultatem „dorwania się do żłoba” ludzi o takiej właśnie mentalności. Dziś wystarczy pojechać na wieś, żeby przekonać się, w jak znacznym stopniu nieprzychylne reakcje chłopów wobec przemian podyktowane są tą właśnie „solidarnością klasową”. Iluż bowiem z nich ma w rodzinie partyjniaków, oficerów, ubeków, „uczonych”, dziś zagrożonych na swoich ciepłych posadkach.

Pomijając już jednak nawet ten socjalno-psychologiczny aspekt sprawy, pozostaje inny – dużo donioślejszy. Pytanie, w imię czego mamy chronić nasze rolnictwo w jego obecnym kształcie? Skoro stale mówimy o powrocie do normalności, o sięganiu do wzorów gospodarki zachodniej, to jak możemy utrzymywać system, w którym wiele gospodarstw de facto pracuje tylko na siebie, to znaczy produkuje na własny użytek i sprzedaje śmiesznie małe ilości produktów. Nic dziwnego, że tacy drobnotowarowi producenci domagają się ochrony celnej, dotacji i gwarantowanych cen. To normalne, że każdy chce zarobić jak najwięcej albo przynajmniej tyle, żeby się z tego utrzymać. Dlaczego jednak w Polsce miałby się utrzymać tego typu dziwoląg, skoro wszędzie w krajach rozwiniętych gospodarka rolna rozwija się dwutorowo: wielkie gospodarstwa typu przemysłowego lub małe, specjalistyczne i wysokowydajne? Skoro mieszka tam na wsi od kilku do kilkunastu procent ludzi (na roli pracuje jeszcze mniej)? Jak można poważnie biadolić nad wysokim kosztem maszyn rolniczych, skoro park traktorowy jest w Polsce liczniejszy niż we Francji? Po prostu większość naszych gospodarstw nie ma prawa ze swych dochodów kupić traktora i nie są to żadne niekorzystne relacje cen, lecz prawa rynku.

Oczywiście w odpowiedzi padają z reguły dwa argumenty: koszt społeczny likwidacji znacznej części gospodarstw i strategiczna konieczność zapewnienia sobie samowystarczalności żywnościowej. Zacznijmy od tego drugiego. Pomijając już, że w dzisiejszym świecie samowystarczalność żywnościowa niewiele ma już wspólnego z samodzielnością czy niepodległością polityczną i poza kilkoma krajami wyjątkowo obdarzonymi przez naturę jest fikcją, to stajemy tu wobec dylematu analogicznego do tego, jaki wyłania się w związku z obroną narodową. Doprowadzenie polskiego rolnictwa do stanu takiego, aby mogło ono konkurować z produkcją zachodnią, bez zasadniczych przekształceń struktury wsi, wymaga nieustających dotacji przekraczających wszelkie możliwości finansowe państwa. Nie mówiąc już o tym, że stoi w sprzeczności z tym, do czego dążymy, bo utrwala w nieskończoność ingerencję państwa w gospodarkę rolną. Podobnym absurdem są emerytury dla rolników czy inne tego typu ustawowe (a nie zapewniane sobie przez nich samych indywidualnie) świadczenia społeczne. Albo, albo. Jeśli rolnik chce być niezależnym producentem, musi sam zapewnić sobie środki produkcji i zbyt swych produktów, a także zadbać o swe zdrowie i starość. Jeśli natomiast żąda, żeby robiło to za niego państwo, to istnieje przecież dotychczas, niestety, taki model gospodarowania: Państwowe Gospodarstwa Rolne. Nie chcę tu dawać prostych odpowiedzi na trudne pytania i oczywiście dostrzegam całą złożoność problemu ewentualnego wymierania drobnej gospodarki rolnej, ale jest to właśnie jeden z tych strategicznych problemów, którymi powinni się zająć specjaliści gospodarczy, zamiast debat nad wysokością dotacji do jednego hektara. Jest to ogromny problem, ale przecież nie mniejszym problemem społecznym jest, co zrobić z pracownikami niewydajnego i deficytowego przemysłu, co zrobić z rzeszami zbędnych urzędników. I tak samo nie uciekniemy od żadnego z tych problemów.

A skoro jesteśmy już przy problemach, które na pewno nie mogą być rozwiązane w sposób zadowalający wszystkich i bezbolesny, to należy do nich na pewno sprawa zwrotu własności. Tu również pozornie sprawa wydaje się zawikłana jedynie w sferze, nazwijmy to, administracyjnej, czyli udowodnienia praw własności, wyceny majątku itp. Jeśli chodzi o zasadę – ta zdaje się być oczywista: zagrabiony majątek należy zwrócić właścicielowi. Zagrabiony, czyli odebrany niezgodnie z prawem. Ale przecież to prawo było – i jest – komunistyczne. Czy dlatego, że komuś zabrano zakład, w którym pracowało ponad 50 ludzi, a więc zgodnie z komunistyczną ustawą o nacjonalizacji, jest to w najlepszym porządku, podczas gdy właściciel firmy zatrudniającej w chwili upaństwowienia 40 ludzi, odzyska swą firmę, nawet jeśli tymczasem liczebność załogi wzrosła? Dlaczego, ogólniej biorąc, mamy anulować ustawę o nacjonalizacji przemysłu czy oddać Wilanów pani Branickiej, skoro ci sami często ludzie, którzy są orędownikami takiego właśnie rozwiązania, mówią jednocześnie, że nie ma mowy o kwestionowaniu reformy rolnej – aktu prawnego przyjętego w takim samym trybie i przez tę samą komunistyczną władzę? Jak wreszcie traktować żądania byłych właścicieli kamienic czynszowych, którzy domagają się ich zwrotu (co samo w sobie jest naturalne i pożądane), ale jednocześnie sprzeciwiają się jakiejkolwiek ochronie praw najemcy – który przecież również zawierał umowę (a więc również akt prawny, jak akt hipoteczny) nie z nimi co prawda, ale nie działając w złej woli – a więc żądają czegoś, czego nie ma nigdzie w cywilizowanym świecie? Można oczywiście na te i wiele innych pytań odpowiedzieć, że wracamy do stanu quo ante i unieważniamy okres PRL. Jest to rozwiązanie, przyznam się i dla mnie, bardzo kuszące. Niestety, w przeciwieństwie do komunistów nie chcemy chyba woluntarystycznie ignorować faktów.

Jest dla mnie oczywiste, że – wbrew temu, co chętnie nam wmawiają różni specjaliści od prawa konstytucyjnego i publicyści – w wypadku tworu zwanego PRL nie można mówić o żadnej ciągłości polskiej państwowości, nawet „kalekiej i niedoskonałej”, jak to łaskawie zgadzają się przyznać jego apologeci. Nie chodzi tu nawet o jakąś wrogość polityczną, lecz po prostu fakty. Cały ten czas istniał legalny rząd polski ze wszystkimi atrybutami władzy i kolejne rządy PRL pod względem faktyczno-prawnym niczym nie różniły się od rządów Quislinga. I niczego nie zmienia tu fakt, że w imię Realpolitik wszystkie niemal państwa uznały ten kolaborancki rząd. To ich problem, nie nasz. Pozostaje jednak zupełnie inna sprawa. My wszyscy, żyjący w PRL, poruszaliśmy się w ramach jego systemu „prawnego”. Można oczywiście unieważnić ustawę o nacjonalizacji czy nawet reformie rolnej, ale gdzie się zatrzymać? Może prościej jednak zacząć od zera i spróbować oczyścić stosunki własnościowe w naszym kraju na mocy jakiejś spójnej i logicznej ustawy. Nie udawać natomiast, że tych 45 lat nie było. Bo wtedy logicznie należałoby uznać za nieważne wszystkie akty prawne, łącznie z dyplomami i nominacjami profesorskimi (co, nawiasem mówiąc, w wielu wypadkach byłoby ze wszech miar wskazane, ale niestety trudne do zrealizowania), świadectwami urodzenia i śmierci, no i oczywiście ślubu, bo w konkubinacie z PRL żyliśmy, niestety, niemal wszyscy, choć nikt nas nie pytał o zgodę.

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: