1. W PUŁAPCE PRAGMATYZMU (Piotr Majchrzak)

W PUŁAPCE PRAGMATYZMU

Kilka miesięcy pracy nowego rządu to okres, który pozwala już na pewne podsumowania, a zwłaszcza na porównania z niesławnej pamięci rządem koalicyjnym. Wydaje się, iż można już teraz z całą pewnością stwierdzić, że porównanie to nie wypad- nie dla nowego rządu szczególnie korzystnie. Nie jest to na pewno "rząd przełomu". Tak jak i poprzedni, ma on charakter koalicyjny, lecz - w odróżnieniu od swego poprzednika - ta koalicyjna pozostałość w osobach kilku ministrów ma całkiem mocną pozycję, a nawet można zaryzykować stwierdzenie, że dominuje nad dołączoną niekoalicyjną częścią. Nadzieje, jakie można było, mimo wszystko, wiązać z faktem objęcia kilku tek przez ludzi związanych z liberalizmem, rozwiały się bardzo szybko. Liberalizm praktykowany przez kilku nowych ministrów okazuje się być zwykłym tylko pragmatyzmem, a problemy, których rozwiązania od liberałów należałoby oczekiwać, pozostaną nadal nie rozwiązane.

Postawa pragmatyczna to cecha szczególnie pożądana u polityków w państwie, w którym wszystko "dobrze idzie". Polska takim państwem nie jest. Powszechnie propagowane opinie, że - wprawdzie wolno, ale idziemy w dobrym kierunku, za bardzo przypominają propagandę uprawianą przez ekipę Tadeusza Mazowieckiego. Kierunek, w jakim zmierzamy, jest raczej trudny do ustalenia. Najłatwiej jeszcze o to w sprawach gospodarczych - istotnie tu posuwamy się do przodu i wiele wskazuje na to, że około roku 2045 polska gospodarka przypominać będzie strukturą produkcji, stosunkiem kapitału państwowego do prywatnego i innymi wskaźnikami normalne gospodarki wolnorynkowe, jakich coraz więcej na świecie. Po tej dacie, jeśli proces przemian nam się jednak "spowolni", będziemy mieli szansę, by stać się ostatnim skansenem "kapitalizmu państwowego", z przewagą naturalnie sektora turystycznego obsługującego miliony turystów chcących obejrzeć to z bliska.

W innych dziedzinach kierunek rozwoju "wolnego i demokratycznego państwa polskiego" nie jest już tak klarowny. Szwankuje przede wszystkim tzw. "Idea przewodnia". Być może zresztą wcale jej nie ma. Myśl, by próbować zbudować państwo na zasadzie demokratycznej reprezentacji, państwo realizujące polską rację stanu w zgodzie z poglądami większości obywateli, takie państwo, o jakim w poprzednim numerze "OnP" pisał Czesław Bielecki, myśl, by zaprojektować je na nowo - w 1991 roku nadal brzmi prowokacyjnie. I choć dla każdego, kto choć parę lat żył w tym państwie, jest oczywiste, że trzeba tu zmienić wszystko, tzn. system prawny, system administracji, strukturę zależności poszczególnych organów państwa, a przede wszystkim zadbać o rzeczywistą suwerenność podejmowanych decyzji politycznych, i że najlepiej jest robić to jak najprędzej - to jednak myśl taka, otwarcie głoszona, ma nadal posmak wywrotowy, a nie - tak jak być powinno - patriotyczny. Widzimy, jak kolejni ministrowie przychodzą do ministerstw, "zapoznają się" ze "skalą trudności" i po raz kolejny słyszymy, że "tutaj nic się nie da zrobić!".

Wyraźnie już widać, iż liberalizmu nie można przemycić "tylnymi drzwiami", ograniczając zasięg liberalnej rewolucji jedynie do przemian gospodarczych. Rewolucji liberalnej i cofnięcia się omnipotencji państwa domagają się wszelkie dziedziny ludzkiej aktywności w Polsce.

Społeczeństwo nadal jest tylko biernym świadkiem wydarzeń politycznych, nie ma na nie wpływu - i wpływu tego mu się nie ułatwia. Elity polityczne ten stan rzeczy konstatują jako "niezadowalający", nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że nie robi się nic, aby ten stan rzeczy zmienić. Więcej, można odnieść wrażenie, że stan ten jest utrwalany, gdyż jest po prostu wygodny. Podobno sztab prezydencki rozważał propozycje wsparcia dla poszczególnych kierunków politycznych, jednak "po zastanowieniu" postanowił się w to nie mieszać. Ta godna podziwu wstrzemięźliwość zaowocuje brakiem rzeczywistej reprezentacji poglądów społeczeństwa w przyszłych wyborach na rzecz kolejnej przepychanki "na górze". A jeśli dodać do tego fakt, iż zamiast idei, aby partie były raczej emanacją poglądów pewnych grup obywateli, wydaje się dominować pomysł, by partie były czymś w rodzaju polisy ubezpieczeniowej dla tych, którzy lepiej wywęszą skąd wiatr wieje i prędzej przejdą do właściwego obozu, a zestaw poglądów dobiera się tak, jak obstawia się konie przed gonitwą - to obraz "wolnej i demokratycznej Polski", jaki nam zaczyna się rysować, nie nastraja do optymizmu.

Póki co, jesteśmy w towarzystwie Kuby i ZSRR jednym z ostatnich państw, w którym elity polityczne obawiając się utraty i wpływu na władzę blokują przeprowadzenie wolnych wyborów. Termin jesienny to wbrew pozorom także sprawa niezbyt pewna. Kto wie, co do tego czasu może się wydarzyć. Być może kolejna Partia X czy Y zechce wziąć udział w wyborach i znowu trzeba będzie łamać sobie głowę, jak wybory opóźnić. Taki Tymiński to wygodny pretekst. Gdyby nie istniał - zostałby wymyślony.

Wracając do oceny działalności rządu - oczekiwaliśmy po tym rządzie działań antyetatystycznych - działań ograniczających zarówno kompetencje, jak i liczebność administracji państwowej. Zawarty w programie Kongresu Liberalno-Demokratycznego postulat regionalizacji mógłby na razie wyrazić się w samoograniczaniu zakresu władzy centralnej i przekazywaniu kompetencji w dół. Pieniędzy naturalnie też. Obserwujemy jednak proces targowania się o zakres kompetencji i o wpływy finansowe. W targowaniu się rząd, jako strona silniejsza, nie daje sobie zbyt wiele zabrać. W ten sposób staje się coraz silniejszy i bogatszy (ma co rozdawać), ale Polska, zgodnie z zasadą liberalną, wcale nie staje się od tego silniejsza, a wizja Polski silnej siłą ekonomiczną swoich obywateli coraz bardziej się oddala. Z kolei w stosunku do problemu tzw. "samodzielności przedsiębiorstw" rząd wykazuje postawę wyraźnie tchórzliwą nie potrafiąc zdecydowanie samodzielności tej ograniczyć, by przygotować grunt dla prywatyzacji. Odnajdujemy w tym strachu echo mitu "wielkoprzemysłowej klasy robotniczej", która rzekomo "ex definitione" musi być przeciwna kapitalizmowi.

Mógłby ktoś powiedzieć, że wszystkie te niekonsekwencje, jak też chwiejność polityki rządowej, wynikają z konkretnych uwarunkowań - że inaczej na razie nie można było, że takie są realia, że na liberalizm jeszcze przyjdzie czas. Wydaje mi się jednak, że tak naprawdę czas liberalizmu w Polsce już powoli się kończy. Kończy się okres przejściowy, okres, w którym można było odwołać się do rozbudzonych aspiracji patriotycznych przeprowadzając śmiałe zamierzenia ustrojowe i gospodarcze. Wchodzimy w okres nie kończących się przetargów politycznych, a państwo, jakie może nam się z tych przetargów wyłonić, dalekie będzie od idealnego liberalnego wzorca, tak jak niestety dalekie od niego są w większości państwa zachodnioeuropejskie. Z tym, że tam etatyzm jest jeszcze nadal czymś w rodzaju nieproszonego gościa. U nas jest on nadal współgospodarzem i pozbycie się go będzie wielokroć trudniejsze, a dałby Bóg, żeby w ogóle było to możliwe.

P. MAJCHRZAK

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: