3. Jacek Kwieciński - DO REDAKCJI

DO REDAKCJI

Zwracam się do Szanownej Redakcji ze skargą na siły starego porządku, które bezkarnie znęcają się nad mymi tekstami. Efekty ich działalności są bardzo łagodnie weryfikowane. Zastosowałem początkowo zasadę bardzo grubej kreski tj. nie zabierałem na ten temat głosu, ale zasada ta raz jeszcze okazała się błędna. Opuszczenia i przekręcenia słów zwiększają się powodując, iż teksty, które przeszły już niejedno tracą swój wydźwięk a czasem sens. Nie chcę by przegrały definitywnie, toteż mimo iż wiem jak nużące są dla Czytelnika podobne skargi, zwracam uwagę na część przekłamań z ostatniego (listopad - grudzień 1990) numeru.

- Balcerowicza nazwałem "jednowymiarowym ekonomistą" - wydrukowano "intelektualistą";

- 99% wśród inteligencji zwycięstwo Mazowieckiego nad Wałęsą zapowiadał "demagog Szczypiorski" - wydrukowano "Tymiński" (przy okazji prostuję - wbrew początkowo podanym wynikom, na których się opierałem, w grupie tej zwyciężył jednak ex-premier, aczkolwiek nie było to zwycięstwo duże);

- o postępowych intelektualistach napisałem, ich językiem, jako o "niepodważalnych nosicielach ... wartości" - wydrukowano "niepoważnych";

- ludzie w czasie inauguracji Mazowieckiego "zdawali" sobie sprawę z kryzysu a nie "zdali" sobie w chwili jego przegranej;

- reakcje w sąsiednich republikach "uspokoiłyby się" w razie przystąpienia Polski do NATO a nie "uspokoiły się" dzisiaj;

- to ja, a nie Michnik "nie fetyszyzuję demokracji" (A.M. jest z nią raczej na bakier);

- w Paryżu Gorbaczow "nie raczył obdarzyć audiencją Havla" ... teza WybGazety jest "reakcyjna ... termin "Polska" piszę na ogół z dużej litery... nie marnuję wiersza na zdanie: "Niczego ..." (str. 31) ...

Muszę jednocześnie oddalić pojawiające się tu i ówdzie zarzuty o nadmierną pedanterię, zważywszy, że przytoczyłem zaledwie część błędów i wypaczeń. Żywiąc głęboką nadzieję, że w przyszłości nastąpi w omawianej dziedzinie przełom, a nie kontynuacja, kreślę się z poważaniem.

P.S. Korzystając z okazji chcę jeszcze ustosunkować się krótko do paru fragmentów dwóch artykułów z tego samego 70-71, numeru.

1. W interesującym, jak zwykle, artykule Anatola Arciucha "Dywidendy pierestrojki" w sposób niezwykle barwny spostponowana została pani Thatcher. Z przyczyn, które będą zrozumiałe dla wszystkich Czytelników tego numeru, czuję się w obowiązku stanięcia w jej obronie. Zawsze oddzielałem działalność wewnętrzną czy EWG-owską Mrs. Thatcher od jej oceny Gorbaczowa. O ile jednak w tej ostatniej sprawie nie zachowywała się ona, w sferze werbalnej, ani lepiej ani gorzej niż inni politycy zachodni, godzi się przypomnieć, że Wielka Brytania nie obdarowała jednak Sowietów miliardami funtów. Największym, bo bezinteresownym grzesznikiem są w tej dziedzinie niewątpliwie Italia. Zaręczam też, że Londyn ani za czasów Mrs. Thatcher ani J. Majora nie zdecydowałby się podpisać z ZSRS "analogicznego" układu jak Niemcy. Zauważę na koniec, że mimo tak obrazowo sformułowanego stosunku pani Thatcher do Gorbaczowa (nota bene w podobnie przesadnych drwinach specjalizowała się nie lubiąca Brytyjczyków w ogóle, a ich silnego premiera w szczególności, prasa francuska) nie przeszkodziło jej to wygłosić w telewizji moskiewskiej płomiennej krytyki socjalizmu i pochwały normalnego systemu gospodarczo-politycznego, wykraczających znacznie poza ramy "pierestrojki".

2. W artykule "Zmagania o kształt demokracji" Zbigniew Ruta powtarza podręcznikową formułę o ogromnych w stosunku do innych gałęzi władzy, uprawnieniach prezydenta USA. Kiedyś rzeczywiście prezydenci dysponowali wielką władzą, mówiło się nawet o "imperialnej prezydenturze" (za naszych czasów osiągnęła ona apogeum za czasów Eisenhowera i Kennedy'ego); obecnie coraz częściej stosuje się jednak określenie "Imperial Congress". W wyniku bowiem histerii antynixonowskiej Kongres przywłaszczył sobie liczne uprawnienia prezydenta za pomocą szeregu aktów i ustaw, które jak twierdzi wielu komentatorów amerykańskich, naruszają konstytucję. Mówi się wręcz, że USA mają kilkuset ministrów spraw zagranicznych. Poszczególni kongresmeni zaczęli bowiem występować w tej roli, a zakazy pomocy dla partyzantów Unity i Contras są tu tylko jednymi z przykładów. Obecnie nawet rola prezydenta jako naczelnego dowódcy została uszczuplona mocą specjalnego dekretu. Biurokracja federalna ("departamenty" to po prostu ministerstwa!) rozrasta się, jak każda inna, ale to samo dotyczy agend, biur, komisji i podkomisji Senatu. Ponadto, Sąd Najwyższy stosując tzw. "aktywność prawną" zajął się praktycznie prokurowaniem nowych ustaw (zamiast ich interpretacją). Prezydent nie może np. sprawić w żaden sposób, by bezczeszczenie sztandaru narodowego stało się nielegalne. Stwierdzenie, że "agencje" (prezydenckie) wymykają się często spod kontroli społeczeństwa jest bardzo dyskusyjne. W Stanach nie ma praktycznie żadnego tabu dla mediów, tzw. przecieki z podkomisji senackich są nagminne, a ciałom tym składa nawet regularne sprawozdanie ze wszystkich swych tajnych operacji CIA. "Afer" jest bardzo mało, wynikają zazwyczaj z nieformalnych grup, a przeciwne wrażenie wywołane jest tym, że wszystkie są ujawniane. Z pewnością nigdzie nie ma mniejszych możliwości nadużycia władzy niż przez administrację rządową w USA. Sprawa taka jak afera "Greenpeace" spowodowałaby tam kryzys prezydencki i szereg dymisji - we Francji, której prasa i politycy opozycyjni stawiają na pierwszym miejscu interes narodowy, została wyciszona. Można przypuszczać, iż jest to wierzchołek góry lodowej, a podobnych "afer" w innych krajach demokracji parlamentarnej jest bardzo wiele. Nie tylko dlatego jednak zaryzykuję twierdzenie, iż faktyczna władza prezydenta Republiki Francuskiej jest WIĘKSZĄ niż jego odpowiednika w Waszyngtonie.

Nie mogę też zgodzić się z twierdzeniem, iż "Do dziś w Stanach Zjednoczonych panuje przekonanie, że jeśli ktoś jest biedny to tylko dlatego, że jest głupi lub leniwy". Przeciwnie, nowa ortodoksja nakazuje dziś sądzić, że jest to osoba biedna tylko i wyłącznie z powodu nieludzkości systemu gospodarczo-politycznego, że jest ofiarą bezduszności społeczeństwa a sama nie przyczyniła się do swego stanu w żaden sposób. Nie powiem, by cieszyły mnie podobne przejawy niszczenia "etosu amerykańskiego" zważywszy, że procent budżetów federalnych i stanowych przeznaczanych na cele socjalne jest ogromny, a prywatna filantropia najróżniejszego typu jest rozpowszechniona w skali niewyobrażalnej dla Europejczyka. Nie tak dawno "bezdomna" (sprawą homeless warto by zająć się osobno) została zaproszona na "wykład" do prestiżowego uniwersytetu. Oczywiście zapewniono jej potem wygodne locum, ale rychło przeniosła się z powrotem na ulicę, zwalczając, przy pomocy sławnego adwokata, próby przeniesienia jej pod dach. Argumentowała, że zmuszanie jej do tego naruszałoby "prawa człowieka". Także i za to była chwalona w mediach, a "władze" potępiane...

Zauważywszy w przelocie, że hasła komunistyczne nie rozszerzają się jakoś w krajach rzeczywiście najbiedniejszych, pragnę przejść jeszcze krótko na nasze podwórko. Otóż po dotychczasowych doświadczeniach z "obywatelskimi" posłami, niejednokrotnie zaskakującymi całkowicie wyborców swym zachowaniem w parlamencie, jestem PRZECIWNIKIEM przyjęcia u nas zasady tzw. mandatu wolnego. Ludzie mają prawo wiedzieć, w miarę dokładnie, na kogo głosują.

Nie rozumiem też dlaczego zasada ta ma być tożsama z pojęciem demokracji, skoro w najstarszej demokracji naszych czasów istnieje uświęcona instytucja wipa partyjnego. Dyscyplina partyjna - z której czasem, także w Anglii, posłowie są zwalniani - nie jest niczym złym, a w naszych warunkach raczkowania demokracji wielopartyjnej wydaje się czymś wręcz wskazanym. Z tych samych przyczyn, klauzula zaporowa w pierwszych normalnych wyborach nie powinna wynosić więcej niż 3% (w następnych może być zwiększona do poziomu niemieckiego). Obawy przed "nadmiernym rozbiciem partyjnym" wydają się mocno przesadzone, a ważne jest, by na starcie demokracji ludzie mieli jak największy wybór, także spośród biedniejszych finansowo i organizacyjnie orientacji.

JACEK KWIECIŃSKI

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: