17. Co piszą inni: Koniec "Trzeciej drogi"

CO PISZĄ INNI

________________________________________________________________

ŁUKASZ STARZEWSKI

KONIEC „TRZECIEJ DROGI”

Pod takim właśnie tytułem wpływowy kwartalnik amerykańskich neokonserwatystów „The National Interest” (nr 20, lato 1990 r.) zamieścił artykuł Seymoura Martina Lipseta. Podjął on temat, który nie tylko z perspektywy Stanów Zjednoczonych jawi się jako fenomen trudny do wytłumaczenia. Mowa o zwrocie ideologicznym dostrzeganym wśród niemal wszystkich partii socjalistycznych, socjaldemokratycznych, nawet komunistycznych, a polegającym na odrzuceniu centralizacyjnych i redystrybucyjnych doktryn lewicowych. Przeobrażenia takie zachodzą wszędzie: od Szwecji po Nową Zelandię, od Japonii po Francję. Wszędzie, z jednym niebagatelnym wyjątkiem: partia demokratyczna w USA wciąż hołduje koncepcjom ideowym, które inne pokrewne partie w Europie Zachodniej i ogólnie mówiąc w świecie uprzemysłowionym odłożyły w ostatniej dekadzie do historycznego lamusa. Odpowiedź na pytanie o przyczyny tego stanu rzeczy próbuje odnaleźć na łamach „The Nationa lnterest” profesor Uniwersytetu Stanforda i członek Instytutu Hoovera.

Wstępną część swego wywodu Autor poświęca "porównawczej historii" ugrupowań politycznych zachodnioeuropejskiej lewicy, które przewartościowały tradycyjne teorie obrony własności państwowej i dominacji ekonomii nad polityką. Dzisiaj opowiadają się one otwarcie za wartościami gospodarki rynkowej, obniżką podatków, a nawet za monetaryzmem. Wiele autorytetów podkreśla, że najlepszym sposobem na poprawienie sytuacji grup pokrzywdzonych ekonomicznie jest nie redystrybucja dochodu narodowego, lecz zwiększona produkcyjność.

Oceniając położenie socjalistów w Grecji, Italii, Portugalii i Hiszpanii, Tom Gallagher i Allan Williams zauważyli w swej książce „Southern European Socialism”, że "w późnych latach 70 w każdej partii usunięto lub wyretuszowano marksistowskie nakazy konstytutywne. Radykalne recepty ekonomiczne i polityka redystrybucji są w programach albo nieobecne, albo sformułowane w sposób oportunistyczny". Żaden rząd tych partii nie próbował prowadzić specyficznie specjalistycznej polityki gospodarczej. W Portugalii, jak piszą Gallagher i Williams, kiedy w roku 1988 konserwatyści zastąpili w rządzie socjalistów, nowy prawicowy premier "skarcił partię socjalistyczną za nadmierną bezwzględność jej programu ekonomicznego". Grecka partia socjalistyczna PASOK, rządząca krajem od roku 1981 do 1989, także podążała drogą surowej polityki gospodarczej, która przynajmniej od roku 1984 przejawiała się obniżką dochodów realnych ludności i wprowadzeniem podatków sprzyjających inwestowaniu.

Bliższe spojrzenie na Italię i Hiszpanię staje się objawieniem. Przywódca socjalistów włoskich Bettino Craxi stał na czele rządu przez trzy lata, co było swoistym rekordem w powojennych dziejach tego kraju. W tym okresie zapoczątkowano proces prywatyzacji przemysłu i wywierano nacisk na związki zawodowe w celu większych ustępstw z ich strony. Powstrzymano wzrost płac, wygaszono strajki i zmodyfikowano program welfare stare. W Hiszpanii socjalistyczny premier Felipe Gonzalez, wybrany w roku 1989 na trzecią kadencję, nawrócił swą partię - która we wczesnej epoce postfrankistowskiej miała marksistowski charakter - na prywatyzację, wolny rynek i poparcie dla NATO. W roku 1988 wyznał on; "Moim problemem nie jest istnienie bogaczy, lecz egzystencja biedaków". Sukcesy Gonzaleza w dziele przyspieszenia wzrostu gospodarczego i zmniejszenia inflacji skłoniły „The Economist” do uznania jego polityki za "podobną do prawicowej polityki pani Thather".

Wydaje się, że hiszpańscy socjaliści wywierają wpływ na lewicę w Ameryce Łacińskiej. Peronistyczni liderzy opowiadali Autorowi, że Felipe Gonzalez podczas swej podróży po kontynencie mówił lewicowym przywódcom, że nacisk na redystrybucję był błędem, który należy naprawić. Argumentował, że wszystko, czego się tknie państwo, zamienia się w proch i pył. Prawdopodobnie z powodu katastrofy gospodarczej lewicowi i centrowi politycy od Argentyny po Meksyk wzięli sobie do serca rady hiszpańskiego premiera i zaczęli tworzyć wolny rynek, prywatyzować przemysł, ogólnie ograniczając zasięg państwa.

Taka sama fala zmian ideologicznych i programowych podnosi się w Europie od Skandynawii po Alpy. W czasie pierwszych trzech lat rządów francuscy socjaliści usiłowali wypełnić swe historyczne zobowiązania nacjonalizacji i redystrybucji. Ale wiosną roku 1983 zrewidowali oni niemal wszystkie założenia poprzednich zamierzeń. Nacjonalizacja okazała się ekonomiczną katastrofą. Rząd postawiony przed koniecznością odpowiedzi na wyzwania międzynarodowe- go handlu, jak zauważył Michael Harrington, "przyjął program kontrolowanego urynkowienia. Zindeksowano płace, co oznaczało obniżenie ich realnej wartości". W latach 80 socjaliści daleko odeszli od swej tradycyjnej wrogości wobec świata biznesu, zrozumieli bowiem, że przedsiębiorczość - ledwo co obecna w przemyśle państwowym - jest siłą motoryczną wzrostu produkcyjności.

Wielkie socjaldemokracje Niemiec i Austrii odrzuciły marksizm wcześniej niż siostrzane ugrupowania Starego Kontynentu. Partia niemiecka dokonała zwrotu przyjmując w roku 1959 tzw. program z Bad Godesberg. Jak napisał Russel Dalton: "Marks byłby niemile zdziwiony, gdyby przeczytał ten program i dowiedział się, że konkurencja na wolnym rynku jest jednym z najważniejszych warunków polityki ekonomicznej socjaldemokratów". Kiedy rządzili oni Republiką Federalną Niemiec od roku 1969 do 1982 nie dążyli zbytnio do zmian strukturalnych w gospodarce, a kanclerz Helmut Schmidt wyraził się i tak: "Zyski przedsiębiorstw dziś - są zaczątkiem inwestycji na jutro, a jutrzejsze inwestycje oznaczają zatrudnienie na pojutrze". Obecny kandydat partii na urząd kanclerza Oskar Lafontaine, którego głównymi zwolennikami są przedstawiciele nowej warstwy średniej, zamierza zmniejszyć rządową interwencję w gospodarkę. Taka polityka zyskała socjaldemokratom poparcie ze strony niektórych "nowych przedsiębiorców", których symbolem jest członek partii, prezydent korporacji Daimler-Benz, Eduard Reuter.

Historia się powtarza, jeżeli przyjrzeć się Skandynawii, tradycyjnemu punktowi oparcia europejskich socjalistów. Najsilniejsza pod względem elektoratu Szwedzka Partia Socjaldemokratyczna (która rządziła krajem od wczesnych lat 30, z wyjątkiem okresu 1976-1982), porzuciła swe poprzednie stanowisko wobec wzrostu płac, wysokie- go podatku dochodowego i wielkich wydatków na weltare state. I Czołowy specjalista Kjell-Olof Feldt, ostatnio minister finansów, tak wysławiał rynek w partyjnym piśmie: "Ułatwienia gospodarki rynkowej i wzrost gospodarczy uczyniły więcej na rzecz eliminacji nędzy i wyzysku klasy robotniczej niż jakakolwiek interwencja w rynkowy system dystrybucji".

Najważniejsza opozycyjna partia europejskiej lewicy, brytyjska Labour Party po trzeciej z rzędu porażce wyborczej w roku 1989 zasiliła szeregi umiarkowanych socjaldemokratów, zarówno w dziedzinie polityki zagranicznej, jak i wewnętrznej. David Marquand, intelektualny lider partii liberalnej, która oddzieliła się od Labour Party z powodu jej lewicowości, notuje teraz w Guardianie: "Nie może być żadnych wątpliwości, że Partia Pracy stała się jeszcze jedną europejską partią socjaldemokratyczną zaangażowaną w gospodarkę mieszaną. Partia dużymi krokami podąża w kierunku centrum". Przywódca Partii Pracy Neil Kinnock argumentuje, że jej wysiłki powinny zmierzać do tego, by kapitalizm był "bardziej prawy, bardziej wydajny i bardziej pomyślny w gospodarce światowej", oraz dodaje, że program nacjonalizacji przemysłu nie jest "socjalizmem", lecz "marzeniem".

We wszystkich zatem częściach świata historia ewolucji demokratycznych socjalistów jest podobna. Lewica dostrzega potrzebę reorientacji w stronę rynku, stymulowania przedsiębiorczości i produkcyjności, by dzięki temu odebrać prawicy elektorat wywodzący się z klasy średniej. Tylko w Ameryce - co uderzające i przedziwne - rzeczy mają się odwrotnie.

Podczas gdy partia demokratyczna nie staje się w sposób oczywisty socjalistyczna, jej lewicowe skrzydło pozostaje nadal bardzo silne, jeżeli nie dominujące. W ostatnich latach demokraci byli o wiele bardziej niż którakolwiek partia socjaldemokratyczna przywiązani do redystrybucji, podatku dochodowego i orientacji antyprzedsiębiorczej. Udzielali znacznego poparcia "liberalizmowi" kulturalnemu i różnym formom permisywizmu. W przeciwieństwie do europejskich socjalistów, demokraci, zwróceni na lewo w latach 60 i 70, nie zmienili swego kursu w latach 80. Chodzi tu rzecz jasna nie o elektorat partii, lecz o większość jej kierownictwa na szczeblu federalnym, delegatów na konwencje i znaczących intelektualistów. Wyborcy natomiast - jak wykazują obliczenia - są o wiele bardziej konserwatywni od przywódców partii.

Z wyjątkiem pierwszej kampanii wyborczej Jimmiego Cartera, kandydaci partii demokratycznej na urząd prezydenta, od George'a McGoverna w roku 1972 do Michaela Dukakisa w 1988, w świadomości społecznej wiązani byli z obroną wielkiej roli państwa w gospodarce i weltare state, "miękką" polityką zagraniczną i permisywizmem w sprawach narkotyków, przestępczości, rodziny i seksu. Wielu robotników i etników z partii demokratycznej, mimo wciąż silnego przywiązania do gospodarki w stylu New Dealu, pogardza polityką społeczną i zagraniczną łączoną z partyjną lewicą. Jej odrzucenie nie oznacza jednak odrzucenia partii demokratycznej. Ponieważ amerykański elektorat wciąż przedkłada własną korzyść nad względy ideologiczne, większość popiera programy polityczne, które chronią egzystencję, czyli opiekę zdrowotną, dotacje do szkolnictwa, opiekę społeczną i gwarancję zatrudnienia. Aby ochronić te wartości, znaczna część wyborców nadal głosuje na demokratów.

Ze zdwojoną siłą powraca pytanie: dlaczego Stany Zjednoczone były jedynym krajem uprzemysłowionym pozbawionym silnej partii socjalistycznej? Dlaczego stanowiły wyjątek? Niektórzy analitycy, zwłaszcza lewicowi, od dawna już postrzegali Amerykę jako kraj "zacofany politycznie", pozostający daleko w tyle za bardziej rozwiniętymi w sensie świadomości klasowej i poziomu ideologicznego państwami Europy.

Pogląd ten dziwi z punktu widzenia ortodoksyjnego marksizmu. Zakładał on bowiem, że "nadbudowa" kulturalna, szczególnie zaś polityka, jest pochodną "bazy" społecznej, tzn. systemu ekonomicznego. Przyjmował również, że świadomość klasy robotniczej i jej socjalistyczne przekonania są nieodłącznym skutkiem sprzeczności społeczeństwa przemysłowego i zależą od stopnia zaawansowania gospodarczego państwa. W Ameryce powinien przeto istnieć potężny, radykalny ruch socjalistyczny. Marks pisał w Kapitale: "Kraj wyżej rozwinięty gospodarczo wskazuje przyszłość państwom mniej zaawansowanym". Konkludując, Marks stwierdzał, że socjalizm powinien najsilniej zapuścić korzenie, a następnie po raz pierwszy zdobyć władzę, w najbardziej zaawansowanym gospodarczo kraju świata, którym od końca wieku XIX do dzisiaj są Stany Zjednoczone.

Jak wiemy, znaczący ruch socjalistyczny nigdy w Ameryce nie powstał. Pytanie, czy świadczy to o jej "zacofaniu", czy o "wyższości", nie jest jednoznaczne nawet w kategoriach marksistowskich. Teoretyk społeczny zainspirowany tym, co Marks miał do powiedzenia na temat relacji między "bazą" ekonomiczną a "nadbudową" polityczną, ale będący agnostykiem wobec socjalizmu, może wysnuć wniosek, że formy ekonomiczne i kulturowe przeważające w najwyższej rozwiniętym gospodarczo kraju świata - w Stanach Zjednoczonych, muszą z konieczności być najbardziej właściwymi dla społeczeństwa przemysłowego (lub jak kto woli - postindustrialnego). Oznacza to, że wysoki poziom technologiczny w połączeniu z dobrobytem wytwarza umiarkowane podziały klasowe i polityczne, z niewysokim poziomem konfliktów ideologicznych. I odwrotnie: historia sugeruje, że silna świadomość klasowa i konflikt oraz radykalna polityka socjalistyczna charakteryzują słabo rozwinięte, nieegalitarne społeczeństwa, szczególnie zaś te, które podlegają gwałtownej industrializacji. I jak to widzieliśmy wcześniej, wszędzie w społeczeństwach przemysłowych partie socjalistyczne i socjaldemokratyczne (a nawet komunistyczne, np. włoska) porzucają marksizm, ograniczają swoją rolę jako ruchy robotnicze, stopniowo zajmują pozycję roformistyczną, bliższą tradycyjnemu modelowi amerykańskiemu.

Ale ci, którzy dostarczają tego modelu - amerykańscy demokraci - w tym samym czasie, jak na ironię, zmierzają w przeciwnym kierunku. Jaka jest tego przyczyna? Myślę, że istnieją trzy decydujące czynniki.

Pierwszym jest różnica między strukturą władzy kierownictwa politycznego w krajach parlamentarnych i w amerykańskim systemie prezydencko-parlamentarnym. Nieistniejący w Ameryce wymóg dyscypliny partyjnej jest szeroko rozpowszechniony w świecie. W systemach parlamentarnych kierownictwo partyjne, nawet w przypadku porażki wyborczej, pozostaje zwykle przy władzy w partii. Może ono zatem oceniać swoją politykę w kontekście wyborów i podejmować zmiany tego, co nie dało pozytywnych rezultatów. Większość tych partii dysponuje stałymi, niezmienianymi w wyniku wyborów, sztaba- mi politycznymi grupującymi analityków i badaczy opinii społecznej. Prowadzą oni pracę w sposób ciągły, dostosowując politykę do długoterminowych tendencji.

Z powodu rozdziału między legislaturą a egzekutywą partie w Stanach Zjednoczonych są zawsze przegrane, mniej zdyscyplinowane i mniej zbiurokratyzowane niż w systemach parlamentarnych. Członkowie sztabów wyborczych, badacze opinii i eksperci polityczni zmieniają się z wyborów na wybory. Kierownictwo partii zmienia się po każdej porażce wyborczej i nikt nie chce myśleć ani działać dla partii, która w danym momencie nie rządzi Białym Domem. Aktywiści partyjni, którzy nie są już zainteresowani pracą dla organizacji, nie pytają: "Jak możemy wygrać?" albo "Jaki błąd zrobiliśmy w ostatnich wyborach?", lecz popierają idee najbliższe ich poglądom. Dlatego też partia demokratyczna w porównaniu z socjalistami europejskimi ledwo istnieje jako struktura polityczna. Nie jest w stanie wyciągać wniosków z klęsk wyborczych i zmieniać polityki. Drugim czynnikiem jest różnica między poglądami lewicy w krajach o silnej tradycji partii i związków zawodowych o podłożu socjalistycznym i korporacyjnym i w tych państwach, gdzie tradycję polityczną ukształtował liberalizm. Etos amerykański - antyetatystyczny, indywidualistyczny i konkurencyjny - nie zachęca do myślenia w kategoriach grupowych, związkowych czy innych, o tym, co jest dobre dla narodu, dla gospodarki, dla partii. Czy jakakolwiek grupa społeczna może być nakłoniona lub zmuszona do poświęcenia własnych korzyści na rzecz interesów całości, na przykład na rzecz wzrostu produkcyjności? Z pewnością nie. Amerykańskie związki zawodowe, odmiennie od większości "solidarystycznych" związków socjalistycznych czy katolickich w Europie, są konkurencyjne w takim stopniu, w jakim nie są zainteresowane ogólnonarodowym bogactwem i biznesem. Takie anarchiczne albo syndykalistyczne tendencje mogły dobrze funkcjonować w rozszerzającej się gospodarce autarkicznej, w której handel zagraniczny nie miał dużego znaczenia. Są natomiast złymi wskazówkami dla społeczeństwa zmuszonego do stawiania czoła poważnym wyzwaniom międzynarodowym.

Trzecim czynnikiem są odmienne diagnozy intelektualistów w USA i w innych krajach uprzemysłowionych na temat kryzysu marksizmu i ideologii socjalistycznej. W większości państw Zachodu, gdzie ideologia powiązana była z polityką, programem i aktywnością, kryzys ten był sprawą o istotnym znaczeniu. To, co zostało poważnie przyjęte, musiało być równie poważnie odrzucone. W USA jednak wplątanie intelektualistów w marksizm było o wiele bardziej osobiste, mniej instytucjonalne, bardziej abstrakcyjne i nie związane z praxis. Jak wyrazili to Richard Hofstadter i Lionel Trilling, więź ta wynikała w większym stopniu z chęci sprzeciwu wobec rządu, wobec mieszczaństwa i tradycyjnego pojmowania wartości patriotycznych niż z woli realizacji określonych programów społecznych czy politycznych. W tym kontekście przekonanie, że marksizm zawiódł, że rządy przezeń sprawowane są klęskami dla narodów, jest aż nadto niestosowne. Nigdy bowiem nie oceniano tu jego praktycznej przydatności.

Tak więc, podczas gdy intelektualiści od Francji po Japonię masowo porzucają marksizm, jest on wciąż żywotny w amerykańskiej sztuce, literaturze i naukach społecznych. Garry Abrams zauważył nawet, że "amerykańskie uniwersytety mogą pozostać ostatnimi bastionami intelektualnego marksizmu, przynajmniej w rozwiniętym świecie". Ludzie z wyższym wykształceniem stanowią najbardziej lewicową część elektoratu. Jest zauważalne, że lewicowcy, często identyfikujący się jako radykałowie, byli wybierani w wyborach lokalnych na urzędy w takich ośrodkach uniwersyteckich jak: Ann Arbor, Amherst, Berkeley, Cambridge (Mass.) Ithaca, Madison, Manhattan, Santa Monica.

Czy jest prawdopodobne, aby mogło się to zmienić? Czy intelektualiści zwrócą się w inną stronę? Zmiany na świecie z pewnością wywierają na nich jakiś wpływ. W Indochinach i Nikaragui, w dwóch regionach, których ruch marksistowski silnie przemawiał do uczuć amerykańskiej lewicy, reżimy komunistyczne otwarcie przyznały się do porażki etatyzmu. Pomimo że niewielu lewicowych intelektualistów amerykańskich sympatyzowało ze Związkiem Sowieckim, aprobata władz sowieckich dla gospodarki rynkowej powinna zrodzić wśród nich podobną akceptację. W miarę, jak sowieccy ekonomiści zwracają się do Maxa Webera i Talcotta Parsonsa dla uzasadnienia przeobrażeń, wydaje się, że coraz trudniej będzie można wysoko dzierżyć sztandar marksizmu w Stanach Zjednoczonych.

Podobieństwa w zmianach partii socjalistycznych na całym świecie są tak zastanawiające, że rodzą przypuszczenie, iż Międzynarodówka Socjalistyczna w swej zdolności do nakazywania konformizmu partiom wchodzącym w jej skład przypomina Komintern Stalina. Nic oczywiście nie jest bardziej dalekie od prawdy. Międzynarodówka nie ma władzy nad skupionymi w niej partiami. Te same poglądy przyjęto nie tylko w partiach socjalistycznych Zachodu. „The Economist”, komentując postawę socjalistów z Europy Wschodniej, zauważył w marcu roku 1990, że kwestionują oni przypuszczenie, iż pragną "trzeciej drogi" między kapitalizmem a komunizmem. Tak jak ich koledzy na Zachodzie, oni także akceptują gospodarkę rynkową, ale chcą ograniczyć ją "względami społecznymi".

Jest ironią historii, że niektóre czynniki, które wpłynęły na rozwój gospodarczy, a wraz z nim na klęskę socjalizmu w Stanach Zjednoczonych - nacisk na wartości indywidualistyczne, leseferyzm oraz brak kolektywizmu - umożliwiają obecnie amerykańskiej lewicy ignorowanie potrzeb ogólnopaństwowych i podążanie logicznym szlakiem jej ideologii; opowiadanie się za wyższymi podatkami, redystrybucją dochodu i radykalną polityką kulturalną.

Dlatego też nie jest łatwo przewidzieć, czy wysiłki tych, którzy pragną wzmocnić struktury partii demokratycznej i uczynić ją bardziej "współczesną", pozwolą zakończyć erę amerykańskiej wyjątkowości i przesunąć demokratów na prawo.

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: