14. Za granicą: Wokół amerykańskiego "Interesu narodowego"

ZA GRANICĄ...

_________________________________________________________________

ŁUKASZ STARZEWSKI

Wokół amerykańskiEGO „Interesu narODOWEGO”

Truizmem jest twierdzenie, że polityka Stanów Zjednoczonych wywierała w ostatnich dziesięcioleciach zasadniczy wpływ na oblicze współczesnego świata. Aktywność polityczną Ameryki na scenie międzynarodowej, jakkolwiek przyszłoby ją dziś ocenić, determinowało istnienie "imperium zła", Związku Sowieckiego, które swoją ekspansjonistyczną doktryną państwową rzucało nieustanne wyzwanie największej potędze "wolnego świata". Sytuacja ta skłaniała elity przywódcze USA do formułowania kanonów polityki zagranicznej odpowiadających potrzebom konfliktu ideologicznego o tak globalnym charakterze. Jednakże zmiany zapoczątkowane w Związku Sowieckim przez Gorbaczowa, wraz ze wszystkimi ich konsekwencjami, sprawiły, że wiele amerykańskich środowisk opiniotwórczych i to nawet bardzo dalekich od wszelkiej "gorbimanii", sugeruje możliwość, jeżeli nie konieczność, dokonania głębokiego przewartościowania zasad polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych.

Jednym z analityków politycznych, którzy próbują narzucić nowy styl myślenia o formach obecności USA w świecie, jest wydawca neokonserwatywnego kwartalnika „The National Interest” Irving Kristol. Pojęcie, które ma być podstawą jego koncepcji, stanowi od dawna zapoznana kategoria amerykańskiego "interesu narodowego". Zdefiniowanie tego terminu wy- maga bliższego zaprezentowania wywodów Kristola.

Opierają się one na założeniu, że "zimna wojna" dobiegła końca. Przekonanie to zdobywa ostatnio coraz więcej zwolenników w Stanach Zjednoczonych, gdzie nawet ludzie znani ze swojej niezachwianej wrogości do ZSRS zgadzają się dziś, że jest on już bezsilny, brakuje mu energii politycznej, bo nie militarnej, by podtrzymywać zamiary ekspansji i agresji. Co więcej, sam się z nich wycofuje. Komunistyczne kierownictwo na Kremlu, porzuciwszy według tej koncepcji marksistowsko-leninowski sposób myślenia, usiłuje przemyśleć od nowa politykę zagraniczną. Kwestionuje ono kosztowne inwestycje w zbankrutowane politycznie i gospodarczo reżimy na Kubie, w Etiopii i Wietnamie i zapominając o marzeniu światowego komunizmu konstatuje, że Związek Sowiecki utracił przewodnie zasady polityczne, ukształtowane w wyniku przejęcia władzy przez bolszewików w roku 1917.

Ameryka wygrała zatem "zimną wojnę", co paradoksalnie utrudnia jej określenie kierunków polityki, którą powinna i mogłaby prowadzić. Zwycięzcy zawsze są przecież przywiązani do swych pryncypiów politycznych i skłonni wierzyć, że bronią się one same. Przekonanie Irvinga Kristola o braku przeciwnika wartego tej nazwy pozwala na definiowanie prawdziwego wroga Stanów Zjednoczonych, jakim jest ich kondycja w erze "postzimnowojenej".

Patrząc wstecz na podstawowe zasady, które zdecydowały o amerykańskiej polityce zagranicznej po roku 1917, Irving Kristol rozróżnia wśród nich cztery wątki przeplatające się nawzajem. Są nimi, w porządku chronologicznym:

1. "Liberalny internacjonalizm" prezydenta Woodrowa Wilsona - wielki plan świata opartego na samostanowieniu, nieagresji i arbitrażu opinii publicznej oraz zbiorowym bezpieczeństwie gwarantowanym przez Ligę Narodów.

2. Zrewidowana wersja "liberalnego internacjonalizmu", w której ten sam ideał ożywił retorykę, a "zimna wojna" ukształtowała umiarkowanie realistyczną politykę "powstrzymywania". Z czasem retoryka ta przesunęła się na "umacnianie demokracji" za granicą.

3. Izolacjonizm w wydaniu zarówno prawicowym, jak i lewicowym.

4. Koncepcja amerykańskiego "interesu narodowego", niejasna i niewyartykułowana, niemniej jednak stale obecna w myśleniu Amerykanów o polityce.

Idea "liberalnego internacjonalizmu" Wilsona opierała się na tezie, iż można stworzyć światową społeczność, w której narody podporządkują swe interesy narodowe suwerennemu prawu międzynarodowemu, wcielonemu w takie instytucje jak Liga Narodów, Trybunał Międzynarodowy itp. Jej popularność nigdy nie była jednak powszechna. Raz obudzony duch nacjonalizmu zniweczył złudzenia Wilsona. Koncepcja ta zapuściła ponadto głębsze korzenie tylko w Departamencie Stanu, podczas gdy nie była brana poważnie ani przez przeważającą większość Amerykanów, ani jakichkolwiek innych narodów.

Wytyczne amerykańskiej polityki zagranicznej po II wojnie światowej również odwoływały się do teorii wilsonowskich. Polityka ta miała jednak dwa wymiary: retoryczny i pragmatyczny. Kiedy w roku 1947 prezydent Truman ogłosił swą doktrynę, uczynił to w dobrze znanych społeczeństwu kategoriach wilsonowskich. Amerykanie udzielili poparcia tej polityce, ponieważ gardzili komunizmem jako ideologią i czuli się znieważeni komunistycznym ekspansjonizmem. Ówczesną zaś retorykę postrzegali jako rodzaj zwyczajowych wypowiedzi Departamentu Stanu. Uwikłali się w "zimną wojnę" jako Amerykanie, nie zaś jako członkowie narodu będącego przywódcą "wolnego świata" - pojęcia abstrakcyjnego, niewiele dla nich znaczącego. Wilsonowskie ideały znaczyły jednak dla nich równie mało. Głęboka nieufność Amerykanów wobec Ligi Narodów stała się także udziałem Narodów Zjednoczonych, organizacji niezwykle bez- wolnej, a co ważniejsze, wykazującej niedwuznaczne uprzedzenia wobec Stanów Zjednoczonych.

Twórcy polityki amerykańskiej sprytnie przystosowali się do tej sytuacji. Coraz mniej można było usłyszeć o społeczności narodów żyjących zgodnie z normami prawa międzynarodowego, a więcej o przywiązaniu do idei "umacniania demokracji"; która stopniowo stawała się głównym celem polityki USA. Natchniona retoryka "umacniania demokracji" jest tak specyficznie amerykańska (żaden naród nie mówi o polityce zagranicznej w ten sposób), że jest się wręcz zobowiązanym do sceptycyzmu. Może ona poruszyć Amerykanów, ale nie cudzoziemców. Oprócz tego jest wystarczająco "wilsonowska", by nie popaść w jego stare dylematy między idealizmem a realizmem.

Przykładem może być zagadnienie samostanowienia, którego Departament Stanu wprawdzie nigdy się nie wyrzeknie, ale zignoruje, jeżeli będzie to korzystne. Milczy zatem o samostanowieniu Palestyńczyków z zachodniego brzegu Jordanu. Jeszcze bardziej jaskrawo konsekwencje definiowania polityki; w kategoriach moralistyczno-idealistycznych ukazuje przypadek Litwy.

Bezowocność polityki zagranicznej, której celem było "umocnienie demokracji" na świecie, jest dla Irvinga Kristola tak oczywista, że jego niepokój budzi odrodzenie się w związku z tym nastrojów izolacjonistycznych. Wśród konserwatystów może to oznaczać nawrót do izolacjonizmu sprzed II wojny światowej, nastrojów naznaczonych uprzywilejowaniem rdzennych Amerykanów szowinizmem i nieopanowaną wrogością do New Dealu. Izolacjonizm zaś amerykańskiej lewicy wywodzi się z chęci przeznaczenia jak największej części dochodu narodowego na programy społeczne, a jak najmniejszej na sprawy zagraniczne.

Mimo że te dwa wydania izolacjonizmu będą mogły czasami być zbieżne w poszczególnych zagadnieniach, takich np. jak obecność amerykańskich żołnierzy w Europie, ich sposób rozumowania jest zupełnie odmienny. Izolacjoniści prawicowi są przygotowani na użycie sił zbrojnych przeciwko rządowi, który zaangażowałby się w akcję przeciwko Stanom Zjednoczonym, podczas gdy lewicowi pragnęliby ją raczej zignorować lub ograniczyć do gestów czysto symbolicznych. Był taki czas, kiedy prawica hołdowała doktrynie Monroe'go, w związku z czym jej izolacjonizm obejmował całą półkulę zachodnią, a nie tylko USA. W mniejszym stopniu jest to prawdą dziś, jednak życzliwa reakcja prawicy na interwencję w Panamie, którą lewica była tak bardzo zmieszana, dowodzi, iż coś z tradycji dziewiętnastowiecznych przetrwało do naszych czasów.

Oba rodzaje izolacjonizmu zamierzają wykorzystać instynktowny izolacjonizm - w swej istocie niemal apolityczny - który zawsze głęboko przenikał amerykańską opinię publiczną. Przestrogi Jerzego Waszyngtona przed "zagranicznym zaangażowaniem" pozostają wciąż obecne w umysłach Amerykanów, tak że nawet takie "zagraniczne zaangażowania", jak I i II wojna światowa, Korea, Wietnam, mimo że entuzjastycznie poparte, kończą się izolacjonistyczną reakcją. W czasie "zimnej wojny" "zaangażowania" te postrzegano jako niezbędne dla ochrony świata przed komunizmem, co pozwalało sternikom polityki, posługującym się "liberalno-międzynarodowym" stylem myślenia, na ich mnożenie i wzajemne przekonywanie się, że ten model polityki będzie trwał w nieskończoność.

Kres "zimnej wojny" zmienił jednak według Kristola wszystko. Departament Stanu nadal może wierzyć, że amerykańska obecność w Europie ma zasadnicze znaczenie dla bezpieczeństwa Starego Kontynentu. Dla wydawcy „The National lnterest” jej dalszy sens stoi jednak pod znakiem zapytania. Argumentuje on, że amerykańskie wojska miały bronić Europy Zachodniej przed sowiecką agresją, której prawdopodobieństwo jest obecnie niewielkie. Może zatem będą one pomocne w przypadku niestabilności Europy Wschodniej, Jugosławii lub nawet Związku Sowieckiego? Okazuje się, że nie, albowiem europejscy sojusznicy USA sami sobie poradzą z taką ewentualnością. Kristol pyta: jeżeli wybuchnie konflikt między nimi, po czyjej stronie Ameryka powinna się opowiedzieć? W konkluzji zaś tego wywiadu stwierdza, że niezdolność polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych do odpowiedzi na tak proste, wręcz naiwne pytanie nadaje impet izolacjonistycznemu odrodzeniu w tym kraju.

W istocie jednak USA nie mają według Kristola prawa "do wycofania się do Twierdzy Ameryka". Czyni to niemożliwym nie tylko stopień integracji ze światowym systemem ekonomicznym. Amerykanie bowiem nawet nie myślą o wyrzeczeniu się miana światowej potęgi. Byłoby to sprzeczne z naturą Amerykanów i silnie obecnym w ich świadomości poczuciem historycznego przeznaczenia. Nie sposób zatem rozdzielić polityki zagranicznej prowadzonej przez wielkie mocarstwo od tożsamości narodowej jego obywateli.

Jeżeli oba rodzaje izolacjonizmu zbankrutowały, a on sam stał się "nostalgiczną fantazją", jak ma wyglądać polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych? W tym momencie widać, że idea oparcia jej na pojęciu "interesu narodowego" zyskuje dla Kristola szczególną wiarygodność.

Termin ten nie jest czymś nowym w amerykańskiej myśli politycznej. Miał on godną uwagi historię aż do czasu, kiedy zdyskredytował go "liberalno-międzynarodowy" sposób myślenia propagowany przez Woodrowa Wilsona. W XIX wieku pojęcie to było ogólnie stosowane w Stanach Zjednoczonych i w Europie. Ostatecznie, to Jerzy Waszyngton, Aleksander Hamilton i James Monroe udowodnili zasadność tego kryterium polityki zagranicznej. Po rewolucji dokonanej w tej dziedzinie przez Wilsona okazało się jednak, że Amerykanie nie mają żadnego interesu narodowego w tym, by mieć "interes narodowy". Odtąd pojęcie to kojarzono ze wstecznym, ograniczonym izolacjonizmem lub bezwzględnie amoralną realpolitik. Nawet mówienie o realizmie w polityce zagranicznej uchodziło za podejrzane, tak jak zresztą do dziś, w wielu kręgach.

Śmiertelny cios "liberalnemu internacjonalizmowi" wymierzył Wietnam. Niepopularność wojny koreańskiej winna być sygnałem ostrzegawczym, że rola wyznaczona Stanom Zjednoczonym, określona wiernością Karcie Narodów Zjednoczonych, nie jest tym, z czym Amerykanie czują się dobrze. Ale natężenie "zimnej wojny" w latach następnych, a także naturalna wrogość tych samych Amerykanów w stosunku do komunizmu, zaciemniały ten obraz. Po Wietnamie jednak żaden prezydent USA nie mógłby powtórzyć za Johnem F. Kennedym słów o "naszej chęci poniesienia wyrzeczeń w związku z powstrzymaniem agresji". "Liberalny internacjonalizm" pozostał obowiązującą normą w Departamencie Stanu, lecz Amerykanie masowo odrzucili ten sposób widzenia spraw międzynarodowych.

Jest gorzką ironią historii, że to lewica, sprzeciwiając się Wietnamowi, tchnęła nowe życie w ideę "interesu narodowego". Rzecz jasna, wielu jej przedstawicieli tylko po to orientowało się na walkę z antykomunizmem USA, by zrealizować lewicowy model izolacjonizmu. Ale byli także naukowcy i pisarze lewicy, którzy - opierając się na pismach Hansa J. Morgenthaua i George'a Kennana odnowili koncepcję "interesu narodowego", mimo że z braku "instynktu narodowego" nie bardzo wiedzieli, co z nią zrobić. Dopiero dzisiaj, w erze "postzimnowojennej", niektórzy konserwatyści, przekonani, że komunizm nie jest użytecznym kompasem do tego, by kierować się nim w świecie polityki, mający w sobie - jak na konserwatystów przystało - odpowiedni "instynkt narodowy", próbują widzieć amerykańską politykę zagraniczną w kategoriach "interesu narodowego". Nie jest to bynajmniej łatwe zadanie, zaznacza Kristol. "Interes narodowy" tradycyjnie jest definiowany w jednoznacznych kategoriach bezpieczeństwa wojskowego lub zachowania równowagi sił wśród konkurentów do statusu mocarstwa. Ale Stany Zjednoczone nie mają żadnych powodów, by martwić się o swe bezpieczeństwo militarne, przynajmniej dopóty, dopóki mają zdolność wykonania uderzenia atomowego, niweczącego zagrożenie nieprzyjacielskim atakiem nuklearnym. Nie ma również takiego stanu "nierównowagi sił", o który Ameryka mogłaby się kłopotać.

Istnieją jednak teoretycy, którzy z chęcią obarczyliby USA misją utrzymywania i kontroli równowagi sił wśród i n n y c h narodów. Uczyniłoby to ze Stanów Zjednoczonych "żandarma świata", gwarantującego status quo, albo przynajmniej arbitra osądzającego wszystkie zmiany rzeczywistości politycznej świata. Kristol zdecydowanie odrzuca tak zarysowaną perspektywę, i przestrzega, że Amerykanie nigdy nie zaakceptują takiego scenariusza.

W czym można zatem upatrywać "interes narodowy" Stanów Zjednoczonych? Kristol przedstawia zasady, mogące służyć jako ramy nowego stylu polityki zagranicznej:

1. "Interesem narodowym" USA jest, aby nie powstało żadne nowe supermocarstwo, którego wartości polityczne i społeczne byłyby głęboko wrogie. Nie po to bowiem USA wygrały "zimną wojnę" z marksistowsko-leninowskim mesjanizmem, by tolerować jakąkolwiek konfrontację porównywalną z poprzednią. Tak, jak rzeczy mają się obecnie, nie ma widocznego zagrożenia, by powstało jakieś nowe supermocarstwo. Ale historia nie osiągnęła jeszcze kresu i wciąż może być brzemienna w niespodzianki.

2. Jest oczywiste, że w "interesie narodowym" Stanów Zjednoczonych leży, aby narody, które podzielają polityczne zasady i społeczne wartości Zachodu, były chronione przed zagrożeniem ze strony tych, które są im przeciwne. Stany wchodzą w erę "postzimnowojenną" z obowiązującymi nadal traktatami i paktami. Już wkrótce NATO może okazać się anachronizmem, ale USA nie zamierzają, według Kristola, izolować się od demokracji Europy Zachodniej, strefy Pacyfiku czy Azji. Ale jak silne będą te więzy i wynikające z nich zaangażowanie, okaże się w zależności od okoliczności, które w polityce decydują.

3. Stosunki Stanów Zjednoczonych z innymi narodami będą oparte na zasadzie wzajemności. Kristol pisze: W takim samym stopniu, w jakim dany kraj prowadzi wobec nas politykę przyjacielską, z pewnością i my będziemy doń usposobieni przyjaźnie. W takim też stopniu, w jakim będzie okazywał nam wrogość, będziemy odwzajemniać się tym samym. Podobnie, jeżeli dane państwo adaptuje swe struktury społeczno-polityczno-ekonomiczne do form przeważających na Zachodzie, zawsze znajdziemy drogę do pogłębienia przyjaźni. W takim zaś stopniu, w jakim w danym państwie struktury te są odrzucone, nasze stosunki z nim będą co najwyżej chłodne i poprawne.

4. Co się stanie z moralnym wymiarem amerykańskiej polityki zagranicznej? - pyta Irving Kristol. Zawsze bowiem był on w niej obecny i - jako że Amerykanie stanowią naród "poza tradycjami, opierający się na liberalnym wyznaniu wiary - zawsze będzie. Czy zatem Ameryka nie ma żadnych wyższych wartości do zaoferowania światu?

Kristol nie jest o tym do końca przekonany. Kiedy bowiem niektórzy zagraniczni politolodzy i politycy pytają go, jakie książki należy czytać, aby odkryć tajemnicę sukcesów Ameryki, na myśl przychodzą mu tylko książki autorów od dawna nieżyjących, wielu z nich nieczytanych dziś przez Amerykanów. Nie przeraża go jednak wzrastająca stale popularność amerykańskiej kultury masowej. Życzyłby sobie jedynie, by była ona mniej popularna w samych Stanach Zjednoczonych, jako że wydaje się lekkomyślnie podważać tradycyjny etos, na którym opiera się amerykańska demokracja i dzięki któremu przetrwała tak długo.

Jest jednak pewien zespól wartości, który według Kristola budzi powszechne zainteresowanie. Koncepcję obrony uniwersalnych praw człowieka wypracowano w opozycji do komunistycznego totalitaryzmu, który, pozbawiając ludzi wszelkich praw, w rzeczywistości pozbawił ich człowieczeństwa. Ale w latach 50. temat ten przechwyciła lewica, która użyła go jako taranu do walki z moralną legitymacją antykomunizmu ogólnie, a z amerykańską polityką zagraniczną w szczególności. Jako że wielu sojuszników USA w "zimnej wojnie" nie respektowało tych wartości, Ameryka wystawiła się na oskarżenie o stosowanie podwójnej miary oceny, innej wobec reżimów komunistycznych, innej zaś w stosunku do systemów niekomunistycznych, zwłaszcza - antykomunistycznych. Dzisiaj jednak, zauważa Kristol, interpretacja idei praw człowieka jest tak ortodoksyjna, że mogą się w niej odnaleźć zarówno liberałowie, jak i konserwatyści.

Taka wykładnia pomija jednak fakt istnienia na świecie znacznych obszarów, gdzie nie podziela się zachodniego rozumowania praw ludzkich i swobód obywatelskich. Na przykład Arabia Saudyjska nie zezwala ani chrześcijanom, ani żydom na uzyskanie swego obywatelstwa, a nawet prawa stałego pobytu. Czy USA powinny się godzić z takim stanem rzeczy, czy też narażać z tego powodu na szwank swoje stosunki z istotnym dla polityki amerykańskiej i stosunkowo przyjaznym krajem? Kristol zdecydowanie opowiada się za niepodejmowaniem prób religijnej i społecznej reformy w Arabii Saudyjskiej.

Wydawca „The National Interest” zgadza się z tezą, że USA dysponują podwójną skalą wartości wobec kwestii praw człowieka. Dowodzi nawet, że jest tyle standardów moralnych, ile wymagają okoliczności. Pisze wprost: Reagujemy ostrożniej na zdławienie przez Chiny dążeń wolnościowych niż reagowalibyśmy w stosunku do, powiedzmy, Rosji, jako że nasz sojusznik, Japonia, którego interesy w Chinach znacznie przewyższają nasze, nakłonił nas do rozwagi. W takiej "uległości" nie ma nic niemoralnego. Mimy wolność decyzji - czy zaangażowanie się w "cichą dyplomację" perswazji, czy otwartą dyplomację zastraszania, która może, ale nie musi, przynieść interwencję wojskową - wybór sposobu działania zależy zawsze od okoliczności.

Ilustrację tego wywodu może stanowić przypadek Kambodży. Gdyby Pol Pot wrócił do rządów i odnowił swą ludobójczą politykę, Stany Zjednoczone z pewnością zerwałyby z nim wszelkie kontakty dyplomatyczne i handlowe. Ale ich reakcja musiałaby ograniczać się tylko do takiej odpowiedzi. Gdyby jednak ktoś w rodzaju Pol Pota objął rządy na Kubie, Ameryka na pewno interweniowałaby zbrojnie. Powodem odmiennej reakcji jest to, że "interesy narodowe" Ameryki na Kubie są ważniejsze od tych umiejscowionych w Kambodży.

Koncepcja Irvinga Kristola ma szczególne znaczenie dla poznania stanu świadomości politycznej znacznej części establishmentu, usiłującego znaleźć nową podstawę dyplomacji amerykańskiej. Zakładając, że wszystkie jej przesłanki są prawdziwe (w co może wątpić ze wschodnioeuropejskiej perspektywy), nie sposób uznać ją za niespójną. Ostatecznie, łatwo można sobie wyobrazić politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych, która, w miarę zmian zachodzących w świecie, będzie realistycznie definiować, czym jest, a czym nie, amerykański "interes narodowy".

Na uwagę zasługuje chęć odrzucenia ciążącego nad amerykańską obecnością w świecie brzemienia tego, co Kristol nazywa "liberalnym internacjonalizmem", z jego utopijnymi oczekiwaniami i legalistycznym nastawieniem. Zbieżne z nadziejami wielu społeczeństw i grup społecznych jest również dystansowanie się tej koncepcji od izolacjonizmu, chyba żeby za jego przejaw uznać porzucenie "liberalnego internacjonalizmu". Polityka USA ma być zatem realistyczna, równocześnie jednak daleka od brutalnej Realpolitik.

Wszystko to oznacza zapoczątkowanie nowego rozdziału w historii Stanów Zjednoczonych, Europy i całego świata, okresu, w którym amerykańska polityka zagraniczna będzie miała równie wiele okazji do niepowodzeń, jak i do sukcesów. Ale zarówno jej zwycięstwa, jak i klęski będą wypływały z błędnego lub poprawnego rozpoznania rzeczywistości, nie zaś ze złudzeń wobec świata i zamieszkujących go ludzi.

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: