12. Za granicą: Dywidendy pieriestrojki

ZA GRANICĄ...

_________________________________________________________________

ANATOL ARCIUCH

DYWIDENDY PIERIESTROJKI

Czek, jaki otrzymał Gorbaczow razem z pokojową nagrodą Nobla, jest niczym w porównaniu z dywidendami odprężenia, które spodziewa się zainkasować na Zachodzie. Gdyby obywatele sowieccy byli trochę mniej poirytowani nieustannymi podróżami zagranicznymi Gorbaczowa, musieliby zapewne przyznać, że jego żebracze wypady na Zachód przynoszą wcale niezłe rezultaty. W Niemczech zebrał łącznie w formie rozmaitych pożyczek i kredytów inwestycyjnych prawie 13 mld dolarów. We Włoszech - kredyty w wysokości 6 mld dolarów. W Madrycie - pożyczkę 1,5 mld dolarów, rozłożoną na trzy lata. Wreszcie, w Paryżu, sumę wyglądającą przy tamtych rzeczywiście niemal jak jałmużna: zaledwie miliard dolarów, z czego 300 milionów w formie pokrycia przez rząd sowieckiego zadłużenia wobec przedsiębiorstw francuskich.

Nie od dzisiaj jest już złą tradycją, że kolejni sowieccy przywódcy cieszą się znacznie większą popularnością na Zachodzie niż we własnym kraju. Zaczęło się od dobrotliwego "wujaszka Joe" (tak pieszczotliwie nazywał go jego wielki przyjaciel i wielbiciel - Roosevelt) i jego pieriestrojki w latach trzydziestych, którą zachwycało się wielu zachodnich polityków i opiewali najwybitniejsi "intelektualiści". Potem, kiedy już nie dało się ukryć, że Józef Stalin nie jest ojcem rosyjskiej demokracji, jak to się wydawało Rooseveltowi, a jego wielkie budowle socjalizmu, wzbudzające taki entuzjazm komunizujących inteligentów na Zachodzie, którzy w życiu nie trzymali w ręku łopaty, ale duszą byli wśród mas budujących świetlane jutro, okazały się zbiorową mogiłą kilku przynajmniej milionów ludzi, na szczęście objawił się nowy idol.

Chodziło oczywiście o Nikitę Chruszczowa, który nie tylko dokonał destalinizacji (co prawda bardziej w opinii co tęższych sowietologów i polityków zachodnich niż w rzeczywistości) i stał się apostołem pokojowej koegzystencji, ale nawet po pewnym czasie zamienił workowate sowieckie garnitury na ubrania szyte u tego samego włoskiego krawca, u którego ubierał się król Husajn i prezydent Kennedy. To ostatecznie przesądziło o uznaniu go za dżentelmena i Europejczyka. Przy takich zaletach nie miało już większego znaczenia, że ów bojownik pokoju krwawo stłumił wolnościowe aspiracje Węgrów, obiecywał "kapitalistom", że ich pogrzebie i wreszcie - rozlokował na Kubie rakiety atomowe wymierzone w Stany Zjednoczone, przysięgając jednocześnie z ręką na sercu, że nic takiego nie przyszło mu nawet do głowy.

Następca Chruszczowa, Breżniew, też przez wiele lat był kolejną Wielką Nadzieją Zachodu, który pchał miliardy w niego i jego satelitów, wychwalając jego rozliczne talenty, zwłaszcza dyplomatyczne, i szczerą wolę pokoju, a także ostrzegając krnąbrne narody ujarzmionej Europy, żeby nie utrudniały mu życia, bo przecież to woda na młyn jego twardogłowych przeciwników w biurze politycznym. Potem przyszedł Andropow, który w oczach zachodnich entuzjastów miał wręcz wymarzony profil reformatora: mówił po angielsku i podobno lubił jazz, a przede wszystkim był eksszefem KGB, tej - jak powszechnie wiadomo najbardziej światłej, liberalnej i otwartej na świat instytucji w ZSRS, której tylko prymitywni konserwatyści partyjni nie pozwolili już dawno uczynić z tego kraju drugiej, tyle że sprawiedliwszej i lepszej Ameryki. Niestety światły Andropow zszedł tak gwałtownie, że zaskoczony Zachód nie zdążył przygotować gruntu pod kult nowego genseka, Czernienki, a kiedy po okresie pewnej zrozumiałej dezorientacji, jako że o nowym kremlowskim pomazańcu - zanim został wybrany - nie słyszał pies z kulawą nogą, zaczęto na Zachodzie przebąkiwać, iż w gruncie rzeczy jest też prozachodnio zorientowanym liberałem, przeniósł się on na inny świat równie szybko jak jego poprzednik.

Za to następca Czernienki wynagrodził Zachodowi z nawiązką wszystkie lokowane od siedemdziesięciu prawie lat - a przyznać trzeba, nie zawsze z wzajemnością - gorące uczucia. Niestety, jak to zwykle bywa, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Obywatele sowieccy nie potrafią jakoś docenić szczęścia, jakie ich spotkało, że los (a raczej biuro polityczne pospołu z KGB) obdarzył ich człowiekiem zgodnie uznawanym za największego męża stanu przez opinię publiczną Zachodu, panią Thatcher i Adama Michnika. Mieszkańcy Moskwy na temat pieriestrojki wciąż domagają się rzeczy tak przyziemnych jak chleb, mięso i jarzyny, nie mówiąc już o niewdzięcznych Bałtach czy Ukraińcach, którzy mają serdecznie dość całego Związku Sowieckiego i partii komunistycznej wraz z jego kolejnym genialnym wodzem. Nic więc dziwnego, że rządy zachodnie robią co w ich mocy, aby podtrzymać fikcję Gorbaczowa - równorzędnego partnera Stanów Zjednoczonych i Europy w dziele zachowania "ładu światowego". Świadczy o tym chociażby postępowanie dyplomacji prezydenta Busha w kwestii kryzysu w Zatoce Perskiej, czy szerzej - cały szczyt helsiński we wrześniu, kiedy to Amerykanie w sztuczny sposób windowali Gorbaczowa do roli przywódcy "drugiego mocarstwa światowego", podczas gdy w rzeczywistości ZSRS bardziej niż kiedykolwiek zasługuje na ukute kilka lat temu powiedzenie, że jest to "Górna Wolta z rakietami jądrowymi". Wszystkie komplementy polityków zachodnich i nawet nagroda Nobla nie zmienią faktu, że Gorbaczow na scenie międzynarodowej odgrywa tylko taką rolę, jaką chcą mu przyznać jego zagraniczni partnerzy. Z tego punktu widzenia, osiągnięcia dyplomatyczne obecnego genseka nie są jego zasługą, lecz wynikiem określonej polityki Zachodu, w której - jak to nieraz już bywało w jego stosunkach z ZSRS, choć może nigdy dotychczas w tak jaskrawej formie - naiwność, krótkowzroczność i obawa przed rozpadem sowieckiego imperium mieszają się ze zwykłą głupotą. Gorbaczowowi nie można nawet przypisywać zasługi jakiegoś makiawelicznego wykorzystywania rozbieżności między stosunkiem poszczególnych stolic zachodnich do Moskwy, co z takim powodzeniem robili jego poprzednicy, bo tym razem mamy do czynienia z jednolitym frontem fanów sekretarza generalnego, od Waszyngtonu przez Azym i Paryż, po Bonn.

Nic dziwnego, że sam Gorbaczow - na podstawie wypowiedzi zachodnich polityków i sondaży wskazujących, że jest ulubieńcem tłumów na Zachodzie - mógł oczekiwać jeszcze więcej niż otrzymał. Dał zresztą temu wyraz w Madrycie, przypominając, że to obowiązkiem Zachodu jest sfinansowanie "przejścia ZSRS do gospodarki rynkowej" i przy okazji zapowiadając, gdyby pieriestrojka się nie powiodła, "powrót do systemu autorytarnego".

Ale oprócz tego kija Gorbaczow ma też dla rządów zachodnich marchewkę. Otóż mało kto zwrócił uwagę, że tournee sowieckiego prezydenta zbiegło się z debatami budżetowymi w największych państwach zachodnich. A niemal wszystkie one (poza Niemcami), przede wszystkim zaś Stany Zjednoczone, borykają się ze stale rosnącym deficytem budżetowym. Tymczasem dzięki redukcji wydatków zbrojeniowych, spowodowanej zawarciem układów w sprawie redukcji zbrojeń między NATO a Układem Warszawskim, rządy zachodnie, a przede wszystkim administracja prezydenta Busha, będą mogły zmniejszyć ten deficyt lub przynajmniej go nie pogłębiać, bez redukcji świadczeń państwa opiekuńczego i państwowej biurokracji. A przecież to właśnie ta biurokracja i korzystający z różnych form opieki państwa stanowią najpewniejszą klientelę wyborczą wszystkich rządów. A rzecz w tym, że nawet w tym wypadku zasługi Gorbaczowa są wielce wątpliwe. Zmniejszenie produkcji zbrojeniowej (jeśli w ogóle to nastąpiło, bo jeśli wierzyć CIA, w tajnym przemówieniu wygłoszonym 27 kwietnia tego roku Gorbaczow powiedział, że w ciągu pięciu lat jego rządów produkcja broni wzrosła o 45 procent) nie jest wynikiem politycznej decyzji lecz przymusu ekonomicznego (ZSAS nie stać już na finansowanie jej w takich rozmiarach jak dawniej), a przede wszystkim ograniczeń techniczno-technologicznych. Po prostu ZSAS nie nadąża już za rozwojem nowoczesnej techniki, a najnowocześniejszych systemów broni skradzionych na Zachodzie nie można wdrożyć do produkcji z powodu zbyt zacofanej sowieckiej technologii. W dodatku redukcje zbrojeń proporcjonalnie dotknęły przede wszystkim armie sojusznicze (bo jak inaczej nazwać armie do niedawna jeszcze "ludowe", a dziś "narodowe", skoro na- dal tkwią one w strukturze Układu Warszawskiego i wliczane są na wszystkich konferencjach międzynarodowych, bez słowa sprzeciwu, do potencjału wojskowego ZSRS?), a nie samą armię sowiecką.

Nie przeszkadza to jednak Zachodowi traktować z całą powagą "rozbrojeniowej" polityki Gorbaczowa i używać jej jako kolejnego argumentu na rzecz konieczności popierania i powstrzymywania przywódcy sowieckiego.

A tymczasem sam Gorbaczow cierpliwie buduje w Europie Pax Sovietica. Charakterystyczne, że właśnie teraz rząd polski, który - co nie ulega już niestety żadnej wątpliwości i każe domyślać się rzeczywistego charakteru zeszłoroczne- go porozumienia okrągłostołowego - jest rzecznikiem i koniem trojańskim polityki sowieckiej w Europie, zaczął nagle bardzo głośno i natarczywie mówić o rozwiązaniu Układu Warszawskiego oraz wycofanie wojsk sowieckich z Polski, chociaż jeszcze pół roku temu bronił się przed tym rękami i nogami. Pewną rolę odgrywają tu oczywiście względy wyborcze, ale wydaje się, że przede wszystkim wiąże się to z przejściem dyplomacji sowieckiej do nowego etapu polityki europejskiej. Sowieci tak czy inaczej będą musieli wkrótce opuścić zjednoczone Niemcy, których ludność nie może długo tolerować obecności na swym terytorium trzystutysięcznej armii sowieckiej. W tej sytuacji Moskwa musi szukać jakiegoś innego sposobu "zdalnego sterowania" polityką państw zachodnioeuropejskich poza - jak to było do tej pory - bezpośrednim szantażem militarnym. Jednocześnie za wszelką cenę nie może dopuścić do dwóch wydarzeń politycznych, które oznaczałyby całkowitą izolację zmruszałego imperium, a mianowicie rozciągnięcia NATO na Europę Wschodnią (o czym myślą Węgrzy) oraz znalezienia się ZSRS poza ramami nowego "trójkąta potęgi" - Stanów Zjednoczonych, Europy i Japonii.

Pierwszym mechanizmem, za pomocą którego Kreml postanowił przeciwdziałać takim tendencjom, jest osławiona Konferencja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, już w założeniu pomyślana przez sowiecką dyplomację jako mechanizm utrwalenia status quo korzystnego dla Związku Sowieckiego oraz zapewnienia Sowietom prawa wglądu w sprawy wewnętrzne Europy Zachodniej. Rozwinięciem tej koncepcji była strategia "wspólnego domu europejskiego", zmierzająca do likwidacji NATO, przyspieszenia wycofania się wojsk amerykańskich z Europy oraz - jeśli się to uda - zastąpienie Wspólnoty Europejskiej jakąś bliżej nieokreśloną strukturą ułatwiającą przepływ bogactw z Europy Zachodniej do Wschodniej, a przede wszystkim ZSRS, a stamtąd ideologii - na Zachód. Ukoronowaniem tej strategii ma być w zamyśle Sowietów podpisanie przez wszystkich uczestników KBWE traktatu o nieagresji. Oczywiście Moskwie nigdy żaden traktat nie przeszkadzał w prowadzeniu takiej polityki, jaką uznała za stosowną, ale może nie bez racji oczekiwać, że Zachód potraktowałby rzecz poważnie, a wówczas dni NATO, którego likwidacja jest celem polityki sowieckiej od samego momentu jego powstania, będą policzone. Niestety i w tym wypadku panowie Mazowiecki ze Skubiszewskim z ogromnym zapałem odgrywali rolę dyplomatycznej forpoczty Moskwy, reklamując gdzie się dało KBWE i rzekome korzyści, jakie może ona przynieść Europie.

Drugim twórczym wkładem Gorbaczowa w politykę pokojowego współistnienia jest pomysł zawarcia - oprócz traktatu w ramach KBWE - dwustronnych umów o nieagresji ze stolicami głównych państw zachodnioeuropejskich. Sowieci zaproponowali takie układy Bonn, Paryżowi, Londynowi i Rzymowi.

Warto się przy nich chwilę zatrzymać, gdyż stanowią one doskonały przykład, jak mimo swej wyjątkowej słabości Związek Sowiecki konsekwentnie realizuje plan zdominowania Europy i zachowania wolnej ręki w regionie, który mimo wszystkich przeobrażeń, jakie już tam zaszły i zachodzą, nadal zdaje się uważać za swą strefę wpływów. Umacnia go w tym zresztą nieudolna, lub co gorsza zamierzona, polityka zagraniczna większości krajów postkomunistycznych.

Jeśli wczytamy się bowiem dokładniej w ratyfikowany właśnie w tych dniach układ sowiecko-niemiecki, to zrozumiałe stanie się wstydliwe milczenie, jakim otacza się go w Bonn, chociaż trudniej zrozumieć, dlaczego równie dyskretne są inne stolice europejskie. Otóż w artykule układu stwierdza się, że Niemcy i ZSRS zobowiązują się nie stosować w stosunkach wzajemnych siły ani też groźby jej użycia, co zasługuje ze wszech miar na pochwałę. Znacznie mniej natomiast godny pochwały jest następny akapit tego samego artykułu. Obie strony zobowiązują się w nim, że w razie konfliktu zbrojnego, w którym uczestniczy jedna ze stron, druga strona nie udzieli przeciwnikowi sygnatariusza układu pomocy wojskowej ani pomocy w żadnej innej formie.

Innymi słowy, jest to formalne zobowiązanie się Niemiec do zachowania neutralności w konflikcie między ZSAS a kra- jem trzecim. Gdyby więc Związek Sowiecki postanowił napaść na Polskę, Niemcy nie tylko nie udzieliłyby Polsce pomocy, ale nie mogłyby też przepuścić przez swe terytorium sił NATO. Co więcej, gdyby ZSRS zaatakował Norwegię (członka NATO, jak i Niemcy), to klauzula ta nadal zachowa ważność, co każe zastanowić się, na ile aktualne są jeszcze zobowiązania Niemiec wobec Sojuszu Altantyckiego.

Faktem jest, że prezydent Mitterrand, mimo całej swej gorbimanii, zdecydowanie odrzucił pomieszczenie analogicznej klauzuli w układzie sowiecko-francuskim, podpisanym właśnie w Paryżu. Ale po pierwsze miałaby ona i tak raczej teoretyczne znaczenie, bo Niemcy są jedynym i krajem NATO graniczącym z Europą Wschodnią, a więc ważnym z tego punktu widzenia, a po drugie Wielka Brytania - ustami pani Thatcher, która na widok Gorbaczowa traci wszelki realizm polityczny i zachowuje się jak pensjonarka na widok muskularnego ogrodnika w szkole dla panienek z dobrych domów - oświadczyła już, że z przyjemnością zawrze i analogiczny układ o nieagresji jak Niemcy, byleby tylko Gorbi jak najprędzej zjechał do Londynu...

W tej sytuacji zwykły zdrowy rozsądek nakazywałby odłożenie szczytu KBWE, który może przynieść korzyści tylko Związkowi Sowieckiemu, a w najlepszym razie zakończyć się niewiele mówiącymi deklaracjami dobrych intencji. Najwyraźniej jednak w dyplomacji nie ma już wiele - miejsca na zdrowy rozsądek, a w każdym - razie nie wytrzymuje on konkurencji z rojeniami o "nowym Kongresie Wiedeńskim", które zdają się kierować nowymi monachijczykami z Londynu, Paryża i Bonn.

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: