17. "Wolny Świat" - Czerwony gołąbek pokoju

„WOLNY ŚWIAT”

_____________________________________________________________________________________________________________________

ANATOL ARCIUCH

CZERWONY GOŁĄBEK POKOJU

Prawdę powiedziawszy, przyznanie pokojowej nagrody Nobla Michaiłowi Gorbaczowowi nie powinno dla nikogo stanowić zaskoczenia. Przeciwnie, można się raczej dziwić, że nastąpiło to tak późno. Przecież już od kilku lat "najpoważniejsze" pisma na Zachodzie obwołują go regularnie "człowiekiem roku", a politycy, od kanclerza Kohla, poprzez prezydenta Busha aż po panią Thatcher (która przy innych okazjach przyzwyczaiła nas do znacznie większej przenikliwości i po prostu -zdrowego rozsądku), nie znajdują wręcz słów zachwytu dla Laureata i jego genialnej polityki. I tylko sami rodacy Gorbaczowa nie potrafią jakoś należycie docenić szczęścia, jakie stało się ich udziałem dzięki temu, że mają tak wyjątkowego przywódcę. Biedny korespondent paryskiego "Le Figaro" bardzo musiał się nabiegać po Moskwie, zanim spotkał wreszcie kogoś, kto nie miał wątpliwości, że nagroda Nobla stanowi "ze wszech miar zasłużony dowód uznania dla towarzysza Gorbaczowa". Był to... mundurowy milicjant. Wszyscy inni raczej się opędzali od wścibskiego dziennikarza, a ich nastroje najlepiej chyba oddaje odpowiedź zakutanej w chustę babuszki: "Dlaczego mu dali tę nagrodę? Bo my nie mamy co jeść i oni się boją, żebyśmy ich nie zjedli." A "Moskowskije Nowosti", które trudno podejrzewać o wrogość do Gorbaczowa, ujęły sedno sprawy alegorycznie: "Stosunki Zachodu z Gorbaczowem wciąż znajdują się w euforycznej fazie miodowego miesiąca. Obywatele sowieccy są już natomiast na znacznie bardziej prozaicznym etapie starego małżeństwa."

Idąc dalej tropem tego porównania można by powiedzieć, że jest to małżeństwo, w którym mąż zaraz po ślubie obiecywał złote góry, ale zamiast wziąć się ostro do roboty, od lat roztacza tylko przed żoną całkowicie fantazyjne wizje tego, co zamierza dokonać, a tymczasem naciąga wszystkich sąsiadów na pożyczki... Jak wyglądają bowiem dokonania Gorbaczowa po pięciu latach pieriestrojki? Zamiast zabrać się do rozwiązywania dwóch największych problemów Związku Sowieckiego - sprawy gospodarki i kwestia narodowa - co implikuje konieczność demontażu komunizmu z jednej, a imperium z drugiej strony, całą swą energię i specyficzne umiejętności partyjnego aparatczyka, który zgłębił wszystkie tajniki intryg i drętwej mowy, poświęcił Gorbaczow na cierpliwe budowanie swej wszechwładzy, wygrywając "lewicę" przeciw "prawicy" i "prawicę" przeciw "lewicy". A to, że przy okazji osłabił ustrój i imperium, którego ex definitione powinien być najwierniejszym sługą i strażnikiem? Wydaje się, że nie ma żadnych podstaw, żeby widzieć w nim świadomego burzyciela systemu sowieckiego, jakiegoś komunistycznego Wallenroda, jaki wyłania się z hagiograficznych portretów, szkicowanych przez gorbimaniaków, których i w Polsce nie brakuje.

Bądźmy jednak sprawiedliwi: Gorbaczow, niczym jego protoplasta Lenin w głośnej anegdocie, też trzyma w ręku brzytwę, a (przynajmniej jak dotąd) "nie zariezał". Czy jednak to, że uczynił mniej złego niż mógł, jest dostatecznym powodem, aby jego poddani czuli dlań dozgonną wdzięczność? Po pierwsze, brzytwa KGB i wojska, jaką trzyma jeszcze w garści Michaił, jest mocno przytępiona i nikt nie wie (w tym zapewne i on sam), na ile skuteczna w działaniu, a po drugie (i najważniejsze) to, że prezydent ZSRS dość rzadko ucieka się do bezpośredniego użycia siły, nie oznacza jeszcze, iż nie ma krwi na rękach. Bo przecież trudno już dzisiaj mieć wątpliwości, że doprowadzenie do perfekcji starej kolonialnej zasady "dziel i rządź", polegającej na wygrywaniu mniejszości narodowych przeciw wszelkim próbom uniezależnienia się poszczególnych krajów zniewolonych przez imperium, wraz z towarzyszącymi temu zamieszkami, rzeziami i krwawymi interwencjami wojska, jest twórczym wkładem towarzysza Gorbaczowa do leninowsko-stalinowskiej polityki narodowościowej. Co więcej, nie powstydziliby się jej niegdysiejsi, koronowani poprzednicy obecnego władcy Kremla. A więc działania opóźniające rozpad i brak jakiejkolwiek wizji rzeczywistego przeobrażenia systemu, podobnie jak i w innej newralgicznej kwestii - gospodarki. Za symboliczne wręcz wydarzenie można uznać, że w tym właśnie dniu, kiedy Komitet Nagrody Nobla ogłosił swą decyzję, sowiecki parlament raz jeszcze oddalił przyjęcie reformy gospodarczej, zapowiadanej przez laureata od miesięcy, a krytykowanej z rzadko spotykaną zgodnością zarówno przez przeciwników rynku, jak i jego zwolenników. "Może i zasługuje na pokojową nagrodę Nobla, ale na pewno nie - na nagrodę w dziedzinie ekonomii", skomentował to jeden z deputowanych.

A może przynajmniej należy przypisać nowo upieczonemu nobliście zasługę obalenia monopolu partii komunistycznej? Rzeczywiście konstytucja ZSRS dopuszcza obecnie istnienie wielu partii, ale po pierwsze wszystkie autentycznie niekomunistyczne (nie mówiąc już o antykomunistycznych) formacje polityczne powstały wbrew Gorbaczowowi i nie czekając na jego przyzwolenie, a po drugie wystarczy się przyjrzeć temu, co dzieje się w ZSRS, żeby zobaczyć, iż zarówno w wyborach, jak i na forum parlamentu sowieckiego walka polityczna toczy się między "konserwatystami" a "reformatorami" komunistycznymi, a nie między komunistami a autentyczną opozycją. Co najważniejsze zaś, pewne ostentacyjne ustępstwa i formalne gesty na rzecz demokracji, przy jednoczesnym taktycznym cofnięciu się partyjno-biurokratycznej nomenklatury na z góry upatrzone, mniej rzucające się w oczy pozycje, pozwoliło na utrzymanie przez nią rzeczywistej władzy, zgodnie ze "scenariuszem" przechodzenia od komunizmu "realnego" do komunizmu "otwartego", wymyślonym przez najtęższe głowy na Kremlu i gdzie indziej.

Przestańmy jednak może szukać dziury w całym i przypomnijmy sobie, że przecież pokojowa nagroda Nobla sankcjonuje przede wszystkim zasługi na płaszczyźnie międzynarodowej. A tu bilans osiągnięć laureata wygląda zaiste imponująco: cały ciąg spotkań na szczycie z przywódcami Zachodu (przede wszystkim USA), podpisanie układu o likwidacji pocisków średniego zasięgu, wycofanie z Afganistanu, no i oczywiście carte blanche dla przemian w Europie Wschodniej, z ich apoteozą - zburzeniem muru berlińskiego i w konsekwencji zjednoczeniem Niemiec.

Czy jednak Gorbaczow rzeczywiście "wyzwolił" Wschodnią Europę? I tu również potrafił wskoczyć w biegu do pociągu przemian, nad którymi nie mógł już zapanować, co samo w sobie świadczy o jego instynkcie politycznym, bo niektórzy jego komunistyczni koledzy nie okazali się równie przenikliwi. Ale prawdziwym wyzwolicielem narodów Europy był papież Jan Paweł II, którego podróż do Polski w 1979 roku uzmysłowiła Polakom i innym zniewolonym narodom, że o ile komunizm dysponuje jeszcze siłą, to jest on już pozbawiony wszelkiej, najbardziej nawet ograniczonej, atrakcyjności ideologicznej, a przede wszystkim jest strukturą całkowicie wyobcowaną z żywego społeczeństwa. To był ten zapłon, który doprowadził do załamania się komunizmu, przynajmniej jako ustroju, bo niestety jego struktury wciąż pozostają w mniejszym lub większym stopniu nienaruszone. Drugim zaś grabarzem komunizmu był, mimo wszystkich swych błędów i niekonsekwencji, Reagan z jego embargiem i tak wykpiwanymi przez przeróżnych "ekspertów" wojnami gwiezdnymi. To on dowiódł, że ZSRS nie jest ani mocarstwem politycznym, ani nawet militarnym, i że postępując wobec niego stanowczo, zawsze można go zmusić do ustępstw. Niestety ta prosta prawda nie trafia zupełnie do zachodnich polityków, którzy rozumują w kategoriach tradycyjnej geopolityki i wciąż wyobrażają sobie, że za cenę pomocy gospodarczej i politycznego wsparcia zapewnią sobie utrzymanie istniejącego stanu na Wschodzie Europy, a przede wszystkim samego, coraz bardziej chwiejącego się imperium sowieckiego.

Przesłanie komitetu nagrody Nobla jest bowiem jasne: "Drogi Michaile, ratuj nas przed tymi groźnymi masami, które burzą się w twoim państwie. Ratuj nas przed tymi tłumami dziwnych ludzi zamieszkujących tajemnicze krainy na wschód od Odry i Dunaju, którzy nie wiadomo czemu uważają się za Europejczyków i zagrażają naszemu sytemu, spokojnemu życiu. Trzymaj ich mocno w garści, a podrzucimy im nawet trochę jedzenia, żeby się uspokoili. Krótko mówiąc, ratuj imperium, bo chcemy zachowania status quo. W zamian możesz liczyć na poparcie naszych polityków, reklamę w naszych mediach i bałwochwalczy zachwyt naszych intelektualistów. A przy okazji na nagrody, takie jak ta, która raz jeszcze ma potwierdzić, jak bardzo w ciebie wierzymy i pokazać rządzonym przez ciebie narodom, że jesteś naszą jedyną nadzieją w tej części świata."

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: