15. Wałęsa - bez iluzji (na marginesie artykułu J. Kwiecińskiego "Czy bliżej normalności?")

POLEMIKA

________________________________________________________________

TOMASZ MIANOWICZ

WAŁĘSA – BEZ ILUZJI
(na marginesie artykułu Jacka Kwiecieńskiego „Czy bliżej normalności?”)

Kiedy parę lat temu zajmowałem się pismami Józefa Mackiewicza, pytanie, które sformułowałem w wyniku lektury, brzmiało: czy w oparciu o antykomunizm (tak jak rozumiał go autor „Kontry”) można uprawiać praktyczną politykę? Sądzę, że podobne pytanie powinien sobie postawić Jacek Kwieciński i dłużej zastanowić się nad odpowiedzią. A zatem: czy na bazie poglądów antypostkomunistycznych prezentowanych w „Onp” można zajmować się działalnością polityczną? Nie chodzi rzecz jasna o zakazy formalno-policyjne: tych wszak nie ma (w tym punkcie postkomunizm różni się od komunizmu), lecz o możliwość udziału w normalnym życiu politycznym (przyjmuję przy tym, że „OnP” za normalność uznaje system demokracji parlamentarnej typu zachodniego, abstrahując od różnic pomiędzy poszczególnymi wariantami tego systemu). Przy lekturze artykułu „Czy bliżej normalności?” („OnP” nr 65/66) odniosłem wrażenie, że Autor gotów jest naprędce udzielić sobie pozytywnej odpowiedzi na powyższe pytanie i jeszcze bardziej pochopnie chciałby do tej polityki przystąpić, deklarując – z różnymi zastrzeżeniami – poparcie dla obecnej akcji Wałęsy, miałaby ona bowiem zmienić patologiczną sytuację w Polsce.

Osobiście sądzę, że antykomuniści czy też antypostkomuniści w polityce większych szans nie mają, głównie dlatego, iż chcą się sprzeciwić układowi politycznemu, którego poczęcie, a zapewne i przyszła ewolucja, to dzieło sił tak potężnych, że wobec nich wszystkie grupy spoza głównego nurtu niewiele znaczą. Członkom tych grup również dlatego nie daję większych szans, że nie poznali oni kilku podstawowych mechanizmów prowadzenia polityki. Nie jest to w żadnym wypadku zarzut, wprost przeciwnie – niemal pochwała, gdyż posługiwanie się tymi „metodami politycznymi” musiałoby wywołać wiele zastrzeżeń natury etycznej. Nie krytykuję zatem, lecz przestrzegam, prosząc zarazem o uwzględnienie odmiennej perspektywy, z której obserwuję sytuację w Polsce. Uważam to zresztą za sytuację w pewnym sensie korzystną” spojrzenie z oddali umożliwia bowiem refleksję bardziej ogólną, a nieznajomość szczegółów (np. co i gdzie oświadczył ten czy ów prominent sceny politycznej ex-PRLu), nie odwraca uwagi od zasadniczego biegu wydarzeń. Oto moje refleksje.

Koń jaki jest – każdy widzi – nauczał Arystoteles. Co robi rząd p. Mazowieckiego i jakie są tego skutki dla Polski – może zobaczyć każdy, kto tylko chce patrzeć (nie wszyscy chcą...). Najprostszym i najbardziej skutecznym środkiem „zbicia kapitału politycznego” czy też budowania własnej popularności jest krytyka posunięć Mazowieckiego i jego ministrów, zwłaszcza gdy dysponuje się praktycznie nieograniczonym dostępem do środków masowego przekazu. Dysponuje nim Wałęsa (a niestety nie Kwieciński) i wykorzystuje to, ale – choć krytyka rządu jest słuszna (co trudne nie jest) – nie widzę podstaw, żeby upatrywać w Wałęsie nadzieję i szansę na normalność polityczną w Polsce, zwłaszcza, że przemawia przeciwko temu wiele czynników bardziej istotnych niż deklaracje składane na konferencjach prasowych. Wymienię kilka z nich.

Przewodniczącym Komitetu Obywatelskiego Lech Wałęsa mianował Zdzisława Najdera. Jest chyba rzeczą oczywistą, że komitety miały być machiną wyborczą, inaczej mówiąc: kto ma w ręku komitety obywatelskie – ten wygrywa wybory, czyli taki neoFJN przykrojony na postkomunistyczną miarę. Model ten realizowano już w maju 1990, aczkolwiek przy niezbyt wielkim udziale zniechęconego społeczeństwa. Rozgorzała walka o komitety. Nominat Wałęsy – Najder – bił wszelkie rekordy w dziedzinie ilości i długości wywiadów. Wynikało z nich, że był bohaterem i dyrektorem Wolnej Europy, że nie był agentem itp. i że zrezygnował nawet z daczy w Burgundii i francuskich win, by tylko móc poprowadzić naród ku Jedności. W wywiadach padały jednak, oprócz tego, wypowiedzi – mówiąc najoględniej – zastanawiające. Partie polityczne – niepotrzebne, bo się przeżyły, a Polacy w ogóle mają dość partii, wystarczy aby wszyscy – lewica, prawica, środek – wstępowali do KO, bo najważniejsze teraz – to jedność, której wszyscy chcą (tytuł jednego z wywiadów z Najderem – „Chęć jedności”). Zatem najlepsza i jedyna możliwość udziału w życiu politycznym – to przystąpienie do KO, które czekają na wszystkich, z wyjątkiem tych, których ob. Najder z życia politycznego wykluczył. A wykluczył np. „Solidarność 80”, bo jest przeciwna Lechowi Wałęsie. Warto, by odnotował to przyszły kronikarz, bo wszak chodziło m.in. o członków władz 10-milionowego związku, wybranych demokratycznie w 1981 r. Poza tym – według Najdera – z KO pod jego przewodnictwem miałyby wychodzić projekty ustaw. Czyli grupa nominatów jako quasi-prawodawca (filozof Najder widocznie nie słyszał o trójpodziale władzy i legislacyjnej funkcji wybranego przez obywateli parlamentu). Szczególnej pikanterii sprawie całej dodawał fakt, że Najder miał zgodnie z wolą Wałęsy skontrować wpływy lewicy, czyli prof. Geremka i towarzyszy, natomiast ów drobny szczegół, iż przewodniczący KO deklarował się zawsze jako socjalista z krwi i kości – nie dziwił nikogo. W ogóle zdolność dziwienia się w Polsce – jak się zdaje – zanika, a szkoda, bo to wszak początek filozofii. Najdera zaczęto krytykować dopiero wówczas, gdy okazało się, że jego nominacji towarzyszą inne posunięcia personalne (osłabienie pozycji prof. Geremka, usunięcie Henryka Wujca), natomiast zamiar monopolizacji życia politycznego na poziomie komitetów obywatelskich jakoś nikomu nie przeszkadzał.

Nic mi nie wiadomo o tym, aby dr h.c. Wałęsa odwołał dra Najdera, zdystansował się od jego deklaracji, czy chociażby skrytykował je, gdyż stoją one w tak jaskrawej sprzeczności do propagowanych obecnie przez przewodniczącego neoSolidarności poglądów.

Wałęsa mianował natomiast szefem swoich doradców Andrzej Micewskiego. Jacek Kwieciński wie zapewne lepiej ode mnie, że i droga polityczna i poglądy ideowe p. Micewskiego bardzo przypominają oblicze polityczno-ideowe... Tadeusza Mazowieckiego. Obaj panowie to dawni aktywiści PAX-u, orędownicy twórczej syntezy katolicyzmu z marksizmem, później frondyści i współtwórcy ruchu Postępowej Inteligencji Katolickiej, która następnie – w postaci Koła Poselskiego „Znak” – wspierała Gomułkę, socjalizm i sojusz z ZSRS. A. Micewski to również autor kilku książek o dyskusyjnej wartości historycznej, za to znacznym oddziaływaniu i wreszcie redaktor jedynego polskiego pisma wydawanego poza krajem, które jeszcze kilka lat temu pośrednio potwierdzało sowiecką wersję mordu katyńskiego.

Warto wreszcie zwrócić uwagę na teorię, której właśnie środowisko „OnP” poświęca tyle uwagi, zwłaszcza że teoria ta – jeśli prawdziwa – tłumaczyłaby wiele poczynań Wałęsy, ostatnich nie wyłączając. Mam akurat pod ręką wywiad z Anną Walentynowicz („Solidarność Szczecińska”, 27.11.89), która wyraża przypuszczenie, poparte szeregiem faktów, że Wałęsa od lat przygotowywany był przez władze do funkcji, jaką zaczął odgrywać w sierpniu 80 r. Jak wiadomo, w innych publikacjach przytoczono dalsze fakty, które przemawiają za tą hipotezą.

I jeszcze na marginesie przypominam dwa drobiazgi, które z pewnością Jacka Kwiecińskiego nie przekonają, bo wszak w polityce zmienia się front, kłamie i uprawia demagogię, niemniej jednak chcę je przypomnieć. Kilkanaście dni temu Wałęsa dziękował b. prezydentowi USA Reaganowi za poparcie dla polskiego społeczeństwa w latach stanu wojennego i chwalił amerykańską politykę w tamtym czasie. Natomiast w roku 1984 (o ile mnie pamięć nie myli), Wałęsa swoim niespodziewanym apelem o zniesienie sankcji amerykańskich wobec PRL jednoznacznie przeciwstawił się tej polityce i ułatwił Jaruzelskiemu wyjście z międzynarodowej izolacji. To do rubryki: wiarygodność Wałęsy. Zaś drugi drobiazg pochodzi z pokaźnego katalogu absurdu: groźba Wałęsy wobec uczestników demonstracji antyrządowych w 1988 r. że naród ich powiesi. W 1956 r. Cyrankiewicz groził demonstrantom z Poznania zaledwie „poobcinaniem rąk”, w dodatku tylko w imieniu „klasy robotniczej”. Skoro J. Kwieciński chciałby w Polsce normalności, to nie powinien zapominać, że warunkach normalnych istnieje pewna granica absurdu i kompromitacji, po przekroczeniu której polityk z reguły zmienia zawód.

Zaś „wszystkie chwyty”, na które pozwalają sobie „wyznawcy filozofii Tadeusza Mazowieckiego” w konflikcie z Wałęsą – fałsz, pomówienia, demagogia? Zaiste, nieładnie, nawet bardzo. Wydaje mi się jednak, że ostatnio nie jest to nic wyjątkowego, wprost przeciwnie; w czasach, gdy polityka polega głównie na socjotechnice i działaniach niejawnych, „wszystkie chwyty” wchodzą do jej podstawowego instrumentarium. A że tymi niecnymi sposobami posługują się „autorytety”? Cóż, żyjemy w czasach, gdy dyktatorzy uchodzą za chorążych wolności, terroryści za bohaterów, współpracownicy tajnej policji za niezłomnych opozycjonistów, ogólnie” fałsz za prawdę. Zatem i z „autorytetami” jest podobnie i najświętsze nawet oburzenie niczego tu nie zmieni.

Nastały bowiem czasy niedobre (a będą one jeszcze gorsze...) i to nie tylko w Polsce; czasy społeczeństwa masowego, manipulowanej opinii publicznej, dezinformacji na niespotykaną dotąd skalę. Czasy, w których podstawowe decyzje polityczne podejmuje się w trybie poufnym (Magdalenka i Malta - toutes proportions gardees), a ich realizacją zajmują się w pierwszym rzędzie służby specjalne. A lud, na którego wolę tak chętnie powołują się politycy, staje się obiektem, a nie subiektem „polityki” – socjotechnicznych operacji, propagandy, manipulacji prasowo-telewizyjnej. I choć niekiedy (jak się zdaje coraz rzadziej) pojawiają się publikacje o tym, jak to naprawdę było i jest, liczy się, głównie sterowana, opinia publiczna. Obalenie Ceausescu – to operacja przeprowadzona przez KGB i rumuńskich sojuszników Gorbaczowa (opublikowano nawet dwie książki na ten temat); dla światowej opinii publicznej – to spontaniczna rewolucja ludowa. Dla pogłębienia refleksji nad „wiosną ludów” w bloku sowieckim odsyłam zresztą do publikacji Józefa Darskiego, znanego z tychże łamów. Ponadto zalecam pilną obserwację Niemiec – kraju, w którym dokonuje się twórcza synteza systemu postkomunistycznego z systemem zachodnim, aczkolwiek od wielu lat przygotowywanym przez sowieckich strategów – politycznie, psychologicznie, socjalnie – jako reprezentacyjny salon „wspólnego europejskiego domu”. Zapewniam Redakcję „OnP”, że telewizja prezesa Drawicza może być wzorcem obiektywizmu dla obu kanałów zachodnioniemieckiej telewizji państwowej, zaś „Spiegel” to rekordzista świata, jeśli chodzi o liczbę polityków na eksponowanych stanowiskach, którzy zakończyli karierę na skutek kampanii prasowych tygodnika. Warto też zwrócić uwagę na znikanie, lub wchłanianie przez duże partie tych ugrupowań politycznych, które powstały spontanicznie w „NRD” i teraz znalazły się poza „głównym nurtem”.

Myślę, że podobne losy pisane są partiom spoza postkomunistycznego establishmentu w Polsce, bo nasza sytuacja to przecież element „wspólnego europejskiego domu”, budowanego przez Sowiety i Zachód, a także realizacja teorii konwergencji, wymyślonej – jeśli wierzyć znawcom – przez KGB, uznany przez zachodnich polityków za solidnego partnera.

Czy popieranie Wałęsy i Porozumienia Centrum może tutaj coś zmienić? Nie wiem, nie jestem futurologiem. W swej niewiedzy naprawdę nie pojmuję, po co te porozumienia, ruchy, fronty, obywatelskie komitety, jeśli chcemy, by w społeczeństwie wykształciły się różnice ideowe, a życie polityczne stało się naprawdę wolne. W warunkach normalnych – tak jak rozumie je Kwieciński porozumienia i koalicje tworzy się (ewentualnie) dopiero po wyborach, aby wspólnie sformować rząd. Po co zatem te różne twory o niesprecyzowanym obliczu ideowym? W dodatku, jak mi się zdaje, nie są one – w przeciwieństwie do normalnych partii politycznych – objęte zakazem otrzymywania finansowej pomocy z zagranicy. Czy to na pewno przypadek?

Tych kilka uwag spowodowała lektura artykułu Jacka Kwiecińskiego w nr. 65/66 „OnP”, którego Autor zamierza najwidoczniej przystąpić do działań politycznych w nadziei zmiany patologicznego modelu w postkomunistycznej Polsce. Proponuję tu – oprócz przedstawienia elementów, których brak w artykule „Czy bliżej normalności?” – również spojrzenie z szerszej perspektywy geograficznej i czasowej. Zachodni ustrój, do którego tęsknią liberalni demokraci z „OnP” staje się systemem politycznym społeczeństwa masowego, a jego cechy tak trafnie antycypował Ortega y Gasset. We „wspólnym europejskim domu” demokracja – to w istocie rządy większości, tyle że manipulowanej przez mniejszość. W tej sytuacji „model polski” nie jest anormalny, wprost przeciwnie; kiedy w Mongolii urządzono w tym roku plebiscyt, podobny do wzorca PRL A.D. 1989, z zagwarantowanym z góry zwycięstwem komunistów, amerykańskie rozgłośnie radiowe zapewniały, że w Mongolii odbyły się „wolne wybory”.

Model polski będzie jednak – jak sądzę – poddawany planowym zmianom, bo narastać będzie nacisk zdesperowanego społeczeństwa, zaś miliardy i propagandowe wsparcie z Zachodu władzom ex-PRL nie pomogą (tak się jakoś złożyło, że dotychczasowe wystąpienia przeciwko rządowi Tadeusza Mazowieckiego „gasił” Lech Wałęsa). Trzeba zapobiec sytuacji, w której zmiana dokonałaby się w atmosferze napięć, strajków czy ogólnego chaosu w Polsce; nie można wszak zachwiać rusztowań „wspólnego domu” i ryzykować redukcji zachodnich subwencji. Ale gdy trybun ludowy gromi nieudolną politykę rządu, wzywa do przyspieszenia reform („uskorienje”), autentycznego pluralizmu, ba, żąda wycofania z Polski wojsk sowieckich – lud nie musi protestować i wychodzić na ulicę, poprze trybuna. Jaruzelski odejdzie, nowy, wybrany w powszechnych wyborach prezydent dokona zmian w rządzie, a w glorii parlamentyrzmu porozumienia będą toczyć pluralistyczne spory z ruchami czy komitetami. Przedsmak „walki politycznej” dał nam już spór o emblemat Solidarności w winiecie „Gazety Wyborczej”, który tylko dlatego nie był groteskowy, że niczym zasłona dymna maskował konflikt o funkcję pseudoprawnego dziedzica „Solidarności”, czyli reprezentanta Polski i biorcy zachodnich apanaży.

Jak się zdaje, nie jest to tylko moja wizja. Bo oto w bliskim Porozumieniu Centrum „Tygodniku Solidarność” (nr 37 z 14.9.90) czytam w artykule „Końcówka”, że dobrze się stało, iż nastąpił podział na ROAD i Centrum, bo „wokół tych biegunów będą się grupować racje i nawiązywać sojusze”. A podział służyć ma „sformułowaniu propozycji działania wspólnego, zgody...” Czyli taki neoFJN, tyle, że dwubiegunowy. I jeszcze” postulaty „sojuszu, koalicji, kompromisu – wszystko p r z e d wyborami (podkr. TM), wszystko dlatego, że ludzie nie chcą jeszcze dziś dokonywać wyborów ideologicznych, wszystko dla tych, którzy takiego wyboru dotychczas zaniechali”. Autorem artykułu nie jest – wbrew pozorom – mój ulubiony myśliciel polityczny ex-PRL Zdzisław Najder, lecz Maciej Zalewski, który zdaje się nie dostrzegać, że dotychczas robiono wszystko, aby ludziom uniemożliwić dokonanie wyborów ideowych.

Jeśli dodać do tego, że Adam Glapiński w referacie opublikowanym 31 sierpnia br. W „Tygodniku Solidarność” zapewnia, iż Porozumienie Centrum jest organizacją o antykomunistycznym rodowodzie, która „została powołana do życia z inicjatywy rozmaitych środowisk i partii, głównie liberalnych (konserwatywnych) i chrześcijańsko-demokratycznych” – zarzut o zdominowaniu życia politycznego w Polsce przez lewicę różnych odcieni staje się bezpodstawny. Rząd co prawda jest lewicowy i filosowiecki, ale oto pojawia się potężna konserwatywno-liberalna i antykomunistyczna alternatywa. Zatem można będzie wybierać (w ubiegłym roku też było można). Co prawda, nie bardzo mogę doszukać się w deklaracjach Porozumienia Centrum wartości konserwatywnych, a i z antykomunizmem jego działaczy różnie to bywało, ale słuchacze p. Glapińskiego – członkowie londyńskiego National Liberal Club – na pewno byli zadowoleni. Mamy już zatem prawicę, która przełamie monopol lewicy. Nic, tylko poprzeć słuszną linię, zwłaszcza, że „j e d y n i e prezydentura Lecha Wałęsy” uratuje Polskę przed katastrofą (Glapiński, op. cit., i podkr. TM).

Jeżeli zatem ktoś chce się brać do „robienia polityki” – proszę bardzo. Ja dziękuję, nie znam się na tym i – szczerze powiedziawszy - znać się nie chcę. Chętnie natomiast przyjrzę się realizacji scenariusza. Scenariusze mają jednak to do siebie, że nie muszą być odgrywane tak, jak chcieliby ich autorzy. I w tym widzę większą szansę na wolność polityczną i gospodarczą w Polsce niż w akcjach Wałęsy i w sporach porozumień z ruchami.

Zauberberg, IX 1990

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: