2. Tylko nie Mazowiecki

Zakładając, że kandydaci typu Cimoszewicza czy Tejkowskiego dużych szans raczej nie mają, moje stanowisko wobec zbliżających się wyborów prezydenckich jasno i precyzyjnie określa powyższy tytuł. Nie wiadomo, czy główna siła przeciwna p. Mazowieckiemu stanie na wysokości zadania, ale porażka obecnego premiera, której życzę sobie i Polsce całym sercem, stwarza potencjalnie szansę, której znaczenia nie sposób przecenić. Zarysowuje się wreszcie możliwość utraty dominacji nad Polską owej towarzysko-ideowej grupy, która od 1956 roku monopolizowała "głos Polski", możliwość częściowego przynajmniej odsunięcia i wymiany tych nauczycieli narodu, sumienia Polski, najwybitniejszych przedstawicieli opinii społeczeństwa starających się od ponad roku stać się też, na czas nieograniczony, władzą polityczną narodu.

Wypowiedzenie przez Polaków posłuszeństwa "temu swoistemu produktowi tego półwiecza, tej elicie na 2/3, która została stworzona i wynikła ze specyficznych warunków systemu komunistycznego" (Jan Olszewski), która marnuje bezcenny czas i zachowuje się w dużej mierze jak ci przysłowiowi przywódcy Powstania Listopadowego, byłoby rzeczą wielką, stwarzałoby zupełnie nową, historyczną szansę dla przyszłości Polski.

Nie trzeba dodawać, że Tadeusz Mazowiecki jest wręcz modelowym, symbolicznym reprezentantem grupy, o której mowa. Parafrazując słowa zwolenników premiera stwierdzam, iż w mym głębokim przekonaniu zwycięstwo Tadeusza Mazowieckiego oznaczałoby, że Polacy boją się demokracji i wolności, więcej, że uwierzyli, iż muszą bać się samych siebie. Przegrana Tadeusza Mazowieckiego leży w jak najszerzej rozumianej polskiej racji stanu.

Czy Polacy potrafią nie oglądać się na "autorytety"? Tzw. elita Ameryki, różni Mailerzy i Saganowie, cały Hollywood, gwiazdy estrady i socjologii, wybitni "odpowiedzialni" publicyści robili dosłownie wszystko, by R. Reagan przegrał z Carterem, a potem z Mondalem. Z wyżyn moralnej troski o wspólne dobro, w imię najwyższych wartości i obawo przyszłość zapowiadali zagładę Ameryki i świata w razie zwycięstwa "populisty z Kalifornii". Zwykli przeciętni Amerykanie całkowicie zignorowali głosy swych "autorytetów". Czy Polacy okażą podobną zdolność do samodzielnego myślenia, czy też jest jeszcze na to za wcześnie?

Poza oglądaniem się na "autorytety" dominuje też u nas pogląd, który streścić można w sformułowaniu: "niebezpieczeństwo podziału wśród Polaków". Podziały są naturalne i twórcze, ale niewątpliwie w państwie, zwłaszcza przeżywającym kryzys gospodarczy, potrzebny jest pewien szeroko zarysowany consensus. Możliwy jest on jednak dopiero w

państwie demokratycznym, w państwie prawa, w państwie społeczeństwa otwartego. Ponadto consensus ten wykształca się, dochodzi się do niego;

nie jest on natomiast narzucany z góry. Toteż w obecnym stanie rzeczy nie tylko nie należy zamazywać podziałów, ale wy- pracować ów consensus na nowych zasadach odsuwając na właściwe pozycje tych, którzy z butą i arogancją usiłują narzucić wszystkim swą własną, rzekomo jedyną i bezalternatywną jego wersję.

Nie jestem w stanie powiedzieć, czy zwycięstwo głównego rywala T. Mazowieckiego spowoduje rzeczywiście tak potrzebną zmianę ("inaczej, a nie tylko szybciej") - stwarza ono jednak przynajmniej taką szansę. Muszę wyraźnie stwierdzić, że nadal w sposób zdecydowany i jednoznaczny odrzucam od samego początku "okrągły stół" - jego genezę, zasadę, formę i treść.

Mój idealny prezydent łączyłby polityczny, całkowicie wolnościowo-niepodległościowy program jednego z obecnych kandydatów z nieco stonowanym, mniej książkowym i "idealnym" liberalizmem gospodarczym drugiego. Obaj, jak wiadomo nie mają zresztą żadnych szans. Szkoda, że bodajże tylko ostatni z wymienionych przeprowadza rozróżnienie między obozem premiera a jego głównego rywala, preferując oczywiście przeciwnika T. Mazowieckiego, zwalczanego przez Akcję Demagogiczną. Tymczasem różnica jest zasadnicza, a toczona walka ma ogromne znaczenie także z perspektywy środowisk niepod1egłościowych, których istniejące realia z pewnością nie mogą zadowalać.

Pamiętając, iż przyszłe wybory parlamentarne mogą mieć nawet większe znaczenie, należy wierzyć, że prezydent RP na Uchodźstwie Ryszard Kaczorowski nie będzie miał kłopotów z przekazaniem insygniów II Rzeczypospolitej (co podkreśliłoby nielegalność okresu peerelowskiego) tzn. że bojaźliwy Tadeusz Mazowiecki - który raczej nie odważyłby się zignorować obecnego lokatora Belwederu, przyjaciela ludzi z Kremla - wybory przegra. Dobrze by się stało, by nie była to przegrana, ale klęska.

Jacek Kwieciński

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: