ŻADNYCH FAŁSZYWYCH KROKÓW

INNA POLITYKA

O polskiej polityce zagranicznej

Polska polityka zagraniczna, będąca całkowitą kontynuacją poprzedniego okresu, jest tak wspaniała a działania jej twórców tak piękne, że nie sposób o tym nie pisać, także dla utrwalenia jej dokonań na wieczną rzeczy pamiątkę. Toteż będziemy to czynić stale, w odcinkach, albowiem nadmierne skondensowanie podobnych materiałów mogłoby być szkodliwe dla zdrowia Czytelników. Będziemy to czynić dopóki p. Skubiszewski nie wróci na uczelnię (sam najwyraźniej w najbliższej dekadzie tego się nie spodziewa, bo pozbył się mieszkania w Poznaniu) a p. Kołodziejczyk nie przejdzie na sutą rentę przewidzianą dla prominentów PRL-u. Prawdopodobnie trzeba się będzie zajmować tym jeszcze dłużej - wiele wskazuje na to, że w ramach

przyspieszenia kontynuacji ich następcami będą osoby pokroju p.p. Ziółkowskiego i Onyszkiewicza. Nasze działanie jest tym bardziej wskazane, ponieważ jest to najwyraźniej dziedzina, o której dyskutować nie uchodzi. Należy natomiast zachować consensus z poglądami min. Skubiszewskiego, z uwagi na rację stanu, którą w jedynie słuszny sposób interpretuje min. Skubiszewski. (Przypomnijmy, że K. Skubiszewski - ongiś członek Rady Konsultacyjnej przy przew. Rady Państwa, 1 sekretarzu PZPR - został ministrem jako kandydat kompromisowy, okrągłostołowy, akceptowany przez komunistów z Moskwy i Warszawy - jak widać epoka ta najwyraźniej trwa).

I tak, w Sejmie "postanawia się", że debaty nad expose ministra Spraw Zagranicznych nie będzie, Sejmowa Komisja Spraw Zagranicznych, o której słychać najmniej ze wszystkich Komisji, "powstrzymuje się od oceny" polityki prowadzonej wobec Sowietów, o żadnych debatach telewizyjnych na te tematy nie ma mowy...

Powściągliwość owa jest zrozumiała. Minister Skubiszewski montuje bowiem szczególny status dla Polski: NIE NEUTRALNĄ NEUTRALNOŚĆ (bądź - neutralną nie neutralność). Wielokrotnie podkreśla, że neutralność byłaby dla Polski szkodliwa i jednocześnie, iż żadne związki z NATO absolutnie "nie wchodzą w rachubę". Chodzi o to, by nie urazić naszego przyjaciela - Sowieckiego Sojuza, by nie przestał być w stosunku do nas tak życzliwy jak dzisiaj i nie stał się nieżyczliwy (np. by nie włączył Polski w skład Związku). Lepiej więc z samodzielnością zaczekać - na przykład do czasu gdy Związek stanie się silniejszy.

Minister liczy na to szczerze ("prędzej czy później ZSRR przezwycięży kryzys") toteż hipotezy o rozpadzie ZSRS [kiedykolwiek] nie bierze - jak mówi - w ogóle pod uwagę przy ustalaniu swej, pełnej rozmachu i wyobraźni, polityki wschodniej. Znajdzie ona niewątpliwie swój wyraz w przyszłym dwustronnym układzie z Sowietami, z jego klauzulami o "wspólnej obronie", a być może także w długim jeszcze utrzymywaniu struktur politycznych Układu Warszawskiego. Do tych ostatnich minister ma, jak to mówią, stosunek ambiwalentny, a to dlatego, że jak bezustannie podkreśla, nie znaczą one nic, zupełnie nic, nic zgoła.

Na razie minister jest dumny. W stosunkach z Kremlem "nie zrobiliśmy żadnego fałszywego kroku" (tzn. niczym nie zdenerwowaliśmy wodzów Sojuza i nie uszczupliliśmy interesów Imperium) - cieszy się. Wręcz przeciwnie - tzw. elastyczne podejście do wszystkiego, takie stwierdzenia jak to, że "mowy nie ma" by Polska "dała się uwikłać" w jakikolwiek sojusz z USA (nawet nad Zatoką) sprawiają, że notowania ministra w Moskwie są wysokie. To z kolei powoduje, że ZSRS może sobie spokojnie pozwolić na wszelkie „fałszywe kroki" - względem Polski. Nawet na noty polskiego MSZ-u może "chwilowo" nie odpowiadać. Minister i tak swych notowań zepsuć nie zechce. Co najwyżej z sowieckimi dostojnikami POROZMAWIA (w ciepłej, życzliwej atmosferze) - np. o sprawie gen. Dubynina. Coś więcej, byłoby fałszywym polskim krokiem, zaostrzającym - jak podkreśla minister - stosunki, których fałszywe kroki sowieckie zaostrzyć nie mogą - stosunki owe są wszakże równoprawne.

Ale, chociaż wypada się zgodzić, iż szef MSZ-u winien być dyskretny, może najprostsze jest wyciągnięcie ze słów i działań ministra logicznego wniosku. Może wcale nie cierpi on na schizofrenię "nie neutralnej neutralności" Polski - między centrum komunizmu a Europą? Może jest po prostu tak, jak mówi Jakub Karpiński: minister Skubiszewski twierdzi, że Polska nie może być neutralna i że Polska nie może należeć do NATO, a zatem Polska ma być - w przyszłościowej wizji ministra - sojusznikiem Związku Sowieckiego, tak jak to jest obecnie.

Wiemy, wiemy - minister twierdzi, także, że nie o to mu chodzi, że ma inne dalekosiężne plany. Proszę, już zawarł układ z Francją. Niedługo pojawi się tu marszałek Foch wraz z odpowiednią misją wojskową...

Bądźmy jednak, w przeciwieństwie do ministra, poważni. P. Skubiszewski opiera przyszłe bezpieczeństwo Polski na tzw. ogólnoeuropejskiej strukturze w ramach KBWE (z ZSRS na czele). Mniejsza zresztą nawet o czoło - przy KBWE Liga Narodów wyglądała jak niewzruszony bastion bezpieczeństwa.

Minister pokłada też wielkie nadzieje w Unii Zachodnioeuropejskiej, nieszkodliwym klubie dyskusyjnym oraz tzw. Grupie Pentagonalnej, której spoiwem, jak zauważył minister włoski, będzie - turystyka. Obiecuje również zabezpieczającą Polskę umowę z Islandią i innymi krajami Północy. Ale już nie - z Czecho-Słowacją. Minister wielokrotnie stwierdzał z naciskiem, że tu chodzi wyłącznie o współpracę a nie o żaden sojusz. Żaden, ale to żaden. Absolutnie. Już w czasie wojny Sowieci wyraźnie przecież powiedzieli, że nie życzą sobie sojuszy polsko-czeskich. Więc - mowy nie ma. Musimy unikać fałszywych kroków i respektować słynną wrażliwość. My nie chcemy nikogo okrążać. Bliskiemu p. Skubiszewskiemu duchem ministrowi Kołodziejczykowi, z uwagi na nawyki w posługiwaniu się nowomową oraz w wieloletnim bezkarnym a bezczelnym głoszeniu nonsensów nie wychodzi to tak ładnie: "Nie chodzi o budowę żadnych sojuszy czy koalicji (z Czecho-Słowacją - przypominamy) GDYŻ BYŁBY TO POWRÓT DO NIECHLUBNEJ TRADYCJI". Do prób dogadania się z Beneszem? Czy też sojusz z naszym południowym sąsiadem to właściwie to samo (zdaniem ob. ministra) co jawne podporządkowanie Sowietom?!

Co innego doświadczeni podwładni min. Skubiszewskiego. Dużo wysiłku umysłowego poświęcają by wykoncypować ładnie brzmiące argumenty samo- finlandyzujące umysł. Na przyład: 1. ZSRS nie może, przez nas, odnieść wrażenia, że przegrał II wojnę; 2. ZSRS jest szczególnie wrażliwy na "kordon sanitarny"; 3. ZSRS jest niesłychanie wrażliwy na słowa i gesty (to ostatnie oznacza jakiekolwiek sensowne działanie z naszej strony) i oczywiście; 4. Nie należy drażnić niedźwiedzia, zważywszy, że jest dziś wyjątkowo potężny. Dalsze argumenty na rzecz szczególnej ostrożności, wyjątkowej ostrożności, niesłychanej ostrożności, przede wszystkim ostrożności, są w przygotowaniu. Gdybyśmy tych argumentów nie wysłuchali, groziłyby nam nieobliczalne konsekwencje. Zamiast zbierać owoce dojrzałej ostrożności moglibyśmy na przykład mieć trudności z uzyskaniem ustalenia daty wyjścia Armii Czerwonej z Polski. Bądźmy raz jeszcze poważni i stwierdźmy wyraźnie: cugle polskiej polityki zagranicznej na wszystkich szczeblach i we wszystkich miejscach decyzyjnych zostały opanowane przez ludzi chorych na coś, co nazywają "ostrożnością". Oznacza to stawianie, absolutnie zawsze i stale, na pierwszym miejscu "wrażliwości", "nie drażnienia" itp., czyli interesów Sowietów. Póki ludzie ci kierować będą polityką zagraniczną, nie będzie ona niezależna, a Polska niepodległa.

Warto też uświadomić sobie, że ciągłe powoływanie się na owo "zakręcenie kurka z gazem" stanowi alibi dla realizowania pewnej linii politycznej tym bardziej, że mało się robi by stan ten zmienić. Zmienić, to znaczy zacząć za WSZELKĄ cenę uniezależniać Polskę od Sowietów i uciekać, jak najprędzej i dzisiaj właśnie - na Zachód. Gospodarczo, politycznie, a z czasem i militarnie. Powie ktoś, w NATO i tak nas nie chcą. Odpowiedź na to dictum jest prosta. Streszcza się w klasycznym dowcipie, w którym modlący się ma pretensje do Pana Boga, że nie wygrał głównej nagrody na loterii, chociaż nie zaczął nawet na niej grać. Poza tym, obecny szef MSZ-u, p. Ziółkowski i inni stwierdzali nieraz, że nas to w ogóle nie interesuje, definitywnie i ostatecznie.

Nie chodzi zresztą tylko o NATO. Nie chodzi też o buńczuczne słowa czy awanturnicze gesty. Chodzi o pewien stan umysłu, pewną postawę polityczną. Dobrze oddają ją słowa weterana minimalistów-ugodowców p. Stommy, który chwaląc w zeszłym roku rząd Mazowieckiego za nie stawianie sprawy wycofania wojsk sowieckich zauważył: "TO BYŁOBY JEDNAK ZADRAŻNIENIE".

Dotknięto tu zaledwie sprawy. Laurkę dla wizjonerskiej, oryginalnej, nowatorskiej, godnej naszych czasów i możliwości oraz suwerennej polityki ministra Skubiszewskiego i spółki trzeba będzie kontynuować.

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: