12. NIEPODLEGŁOŚĆ (rozmowa Romualda Lazarowicza z Kornelem Morawieckim)

NIEPODLEGŁOŚĆ

________________________________________________________________

Ku oddalającemu się horyzontowi

z Kornelem MORAWlECKIM, przywódcą Solidarności Walczącej rozmawia Romuald Lazarowicz (Agencja Prasowa RP)

Prawda, dobro i sprawiedliwość są jak horyzont - gdy do nich idziesz, oddalają się.

Nie dojdziesz. Lecz idź. Warto.

Kornel Morawiecki

AP RP: W roku 1979 był Pan skromnym wydawcą niewielkiego, lokalnego pisma niezależnego "Biuletyn Dolnośląski". Dziś, gdy z Panem rozmawiam, jest Pan przywódcą podziemnej organizacji o zasięgu ogólnopolskim, ba - z grupami członków poza granicami kraju, wydawcą kilkudziesięciu pism podziemnych... Równocześnie jest Pan przewodniczącym nowo powstałej Partii Wolności. Co uważa pan za przyczynę tej swojej kariery?

Kornel Morawiecki: "Kariera"? Myślę, że w jakiś sposób trafiliśmy w pewne - jak to się mówi - społeczne zapotrzebowanie, że to, co przez tyle lat pisaliśmy, drukowaliśmy, ta działalność, którą wielu naszych kolegów okupiło więzieniem, szykanami, biciem, zniesławianiem w gazetach, radiu, telewizji, że to wszystko wypełniało jakąś lukę, jakieś zapotrzebowanie tkwiące w ludziach, może nie zawsze uświadamiane.

AP RP: Ale, dlaczego właśnie Pan? A poza tym działalność taką prowadziły także inne grupy i organizacje, choćby podziemna "Solidarność".

K.M.: Tak, tylko myśmy od początku jasno postawili na określone cele: pełna niepodległość Polski, współpraca z innymi narodami dążącymi ku wolności, przywrócenie legalności NSZZ "Solidarność", wreszcie walka z komunizmem. Nigdy nie sprzeniewierzyliśmy się tym celom i tym wartościom. Część innych organizacji dostosowywała się do chwilowych koniunktur, rezygnując z wielu swych celów lub modyfikując je. Przypomnę choćby może nie dość znaną tezę działaczy podziemnej "Solidarności" z Mazowsza z końca roku 1987, głoszącą, że "Solidarność" to przeżytek, że nie ma co o nią kruszyć kopii, należy zająć się czymś innym. Myśmy zawsze dążyli do tego samego, byliśmy konsekwentni.

Dlaczego ja zostałem przywódcą? Bynajmniej o tym nie marzyłem, tak się jakoś stało. Gdy na początku stanu wojennego organizowaliśmy solidarnościowe podziemie na Dolnym Śląsku, nie myśleliśmy o oddzieleniu się od Związku, chcieliśmy jak najlepiej odtworzyć jego struktury w tych trudnych, podziemnych warunkach. Po pół roku stwierdziliśmy jednak, że taktyka działaczy związkowych nam nie odpowiada, jest zbyt nastawiona na kompromis z komunistami, którzy przecież w tym czasie demonstrowali największą butę i pogardę dla rządzonych, trzymali tysiące naszych przyjaciół w więzieniach, katowali i upokarzali ludzi. Odeszliśmy wtedy z regionalnych struktur Związku, uznając, że brak tam zdecydowania w celach i metodach.

AP RP: Jako szef działu informacji Regionalnego Komitetu Strajkowego Dolnego Śląska miał Pan szansę na związkową karierę w skali ogólnopolskiej. A zrezygnował Pan, by właściwie zaczynać wszystko od zera.

K.M.: Jak już mówiłem, nie kusiła mnie kariera dla kariery. Wtedy, w czerwcu 1982 r. założyliśmy z przyjaciółmi pismo "Solidarność Walcząca", już w pierwszym numerze przedstawiając zarys naszego programu. Od początku jasno stwierdziliśmy, że warunkiem rzeczywistych zmian w Polsce jest jej niepodległość, zniesienie władzy komunistów, przywrócenie silnej "Solidarności". Stawialiśmy również na współpracę między narodami zniewolonymi przez komunizm. Wychodząc z generalnej zasady prawa narodów do samostanowienia, już wtedy, w 1982 r., deklarowaliśmy prawo Litwinów i Ukrańców do własnych państw i prawo narodu niemieckiego do zjednoczenia.

Dewizą SW (i jednocześnie dewizą Partii Wolności) jest: "Wolni i solidarni" i myślę, że w tych dwóch słowach zawiera się naczelna idea, którą się niezmiennie kierujemy.

AP RP: Jakie były początki?

K.M.: Nie było nas wielu, był to czas, kiedy wszyscy działacze SW mieścili się w jednym, niezbyt dużym pokoju. Już w czerwcu 1982 r. do pewnego stopnia sformalizowaliśmy istnienie naszej grupy, powołując Porozumienie "Solidarność Walcząca".

AP RP: Ta nazwa to chyba wyraz pewnej skromności - nie organizacja, nie partia, a porozumienie?

K.M.: To nie tylko to. Decydowała niewielka liczba członków, brak sprecyzowanych założeń organizacyjnych, choć - jak mówiłem - cele zasadnicze od początku były znane. Muszę powiedzieć, że wówczas słowo "porozumienie" było świeże politycznie, nie skompromitowane. Dziś gdy działa tzw. Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, relikt komunizmu, z pewnością nie moglibyśmy już tej nazwy użyć. Wkrótce zresztą „Solidarność Walcząca” okrzepła, stając się organizacją i zdobywając wciąż nowe pola działania, nowych zwolenników.

AP RP: Pojawienie się Solidarności Walczącej nie zostało jednak przyjęte pozytywnie. To że SW ścigali, szkalowali i opluwali komuniści, to właściwie naturalne, to przecież jedyne metody walki "politycznej", jakie znają. Były jednak napaści również ze strony "Solidarności". Padały zarzuty, że to prowokacja służby bezpieczeństwa, że rozbijanie Związku itd.

K.M.: Było w tym podwójne nieporozumienie. W pewien sposób myliła nazwa, była w niej solidarność (wyraz naszej wierności najważniejszym ideałom uosabianym przez Związek), uważano więc, że SW jest również związkiem zawodowym, konkurencyjnym, rozbijackim. Zarzucano nam, że chcemy dokonać swoistego "zamachu stanu", przejąć władzę w Związku. Po drugie odeszliśmy z regionalnych struktur "Solidarności", co uznano za równoznaczne z odejściem ze Związku - a więc zdrada! i to w tak trudnym dla Związku okresie. Zarzut agenturalności zmarł we Wrocławiu śmiercią naturalną, co pewien czas ożywając w innych regionach kraju. W tym ostatnim zarzucie, jakkolwiek wydawałby się absurdalny ludziom SW, była pewna przewrotna logika: ten, kto głośno krzyczy, że nie chce komunizmu, że trzeba z nim walczyć, czyni to zapewne z podejrzanych powodów. Pewnie, że mieliśmy ten powód i mamy go dziś, w roku 1990, i co dziwniejsze, wielu ludziom wydaje się on obecnie jeszcze bardziej podejrzany niż przedtem, a jest on przecież bardzo prosty: nienawiść do komunizmu ("jaskiniowa nienawiść" - jak mawia obecny obrońca poprzedniej władzy, Adam Michnik). Ale czy tak straszne zło zasługuje na coś innego?

AP RP: No właśnie, jak jest z tym komunizmem - istnieje, nie istnieje? Zdania są podzielone. Pewna aktorka (uchodząca gdzieniegdzie za symbol uroczej głupoty) zadekretowała w dzienniku TV, że komunizm skończył się w Polsce 4 czerwca 1989 r,. w dniu wyborów do Sejmu i Senatu. Wielu uczciwych ludzi w to wierzy, wielu innych niedowierza, niewiele mówi wprost, że to fikcja...

K.M.: Formalnie komunizm się skończył, nie ma ani partii komunistycznej, ani komunistów, nie ma ani państwowej cenzury, ani wierności ustrojowi i Sowietom jako konstytucyjnego obowiązku. Nie ma wielu innych rzeczy. Jest natomiast prezydent komunista, ministrowie komuniści, posłowie komuniści (taka dialektyka - są, mimo że ich nie ma). W państwie, które nazywa się ładnie: Rzeczpospolita Polska, ma Orła w koronie, policję, a nie milicję, rząd sformowany przez katolika, w tym państwie wciąż stacjonują sowieckie wojska (o sile ogniowej czy nie większej od wojska polskiego i wyposażone w nowocześniejszy sprzęt bojowy). Wojskiem polskim wciąż dowodzą komuniści. Dokonano ostatnio zamiany na stanowisku ministra obrony narodowej - zastąpiono jednego, zgranego już komunistę - innym!

AP RP: Można na to odpowiedzieć, że nie można wszystkiego osiągnąć od razu, że stopniowo. Przecież Sejm i Senat pracują niezwykle wydajnie, produkują ustawy jak socjalistyczne budownictwo surówkę. "Nasi" ludzie obejmują kolejne urzędy państwowe".

K.M.: Parlament nie został wyłoniony w demokratycznych wyborach. 4 czerwca 1989 r. nie był datą przełomową w dziejach Polski. Przypomnieć wypada, że to właśnie komunistom zależało na przyspieszeniu wyborów, że gdy ordynacja wyborcza, mimo iż niedemokratyczna, nie zapewniła przewag i komunistom, przerobiono ją między pierwszą a drugą turą wyborów. Jest to ewidentne fałszerstwo. My zaś mamy się zachwycać, że komunizm upadł! Co z tego, że komuniści przefarbowali się na socjaldemokratów? Nadal mają olbrzymi, choć bardziej sprofilowany wpływ, na sprawowanie władzy. Nadal też rząd premiera, który wokół rozgłasza, jak bardzo wolny i niepodległy jest kraj, podlega władzy w Moskwie, premier zaś publicznie stwierdza, że okupacyjne wojska sowieckie są tu po to, by nas... bronić! Przecież to kompletny absurd. Można sobie mówić, że to nie komunizm, ale do wolności jest prawie tak samo daleko.

AP RP: Coraz więcej mówi się jednak o skróceniu kadencji tego Sejmu, o przyspieszeniu wyborów, o nowym prezydencie.

K.M.: Jeśli te wybory będą wolne, wystawimy w nich swoich kandydatów, choć zdajemy sobie sprawę, że np. w XVIII w. istniał formalnie suwerenny Sejm polski, co jednak nie przeszkodziło w faktycznym sprawowaniu władzy nad naszym krajem przez rosyjską carycę Katarzynę II. To prawda, że istnienie suwerennego, wybranego w demokratycznych wyborach parlamentu jest niezbędnym warunkiem niepodległości danego kraju, ale nie jest to warunek jedyny. Inneto niezależność rządu od kogokolwiek z wyjątkiem parlamentu (a więc suwerenność wszelkich jego decyzji), jak również - szczególnie w warunkach polskich - brak obcych baz wojskowych w kraju i panowanie rządu nad własnym wojskiem.

W Sejmie i Senacie znajduje się wielu moich przyjaciół, ludzi, którzy wielokroć współpracowali ze mną w podziemiu. Ale ja doprawdy nie mogę zrozumieć (ani usprawiedliwić), dlaczego nie zrobili tego, co do nich należało: dlaczego zaraz po wyborach, w czerwcu ubiegłego roku, nie zażądali rozpisania wolnych wyborów. Nie na jesień tego roku czy wiosnę 1991, a na jesień ubiegłego! Na co czekali? Dlaczego zmarnowali tyle czasu? Dlaczego nie tylko nie przeszkodzili, ale wręcz dopomogli w obsadzeniu stanowiska prezydenta przez kremlowskiego namiestnika? Dlaczego, miast zacząć się wreszcie kierować polską racją stanu, wciąż uporczywie czepiają się moskiewskiej klamki? Obłudnie twierdzą, że odzyskaliśmy bezcenny dar wolności i niepodległości (T. Mazowiecki), a przecież do tego droga jeszcze daleka i trudna. I to droga, w której przeszkody stawiają właśnie ci reżyserzy "pierestrojski po polsku". Obecna globalna koniunktura polityczna wkrótce prawdopodobnie się skończy, możemy wówczas gorzko żałować nie tylko tego, że jako naród nie wykorzystaliśmy stojących przed nami szans, ale i zaprzepaszczenia zmian już dokonanych. Najwyższy już czas zerwać z lokajską polityką - wobec Związku Sowieckiego i wobec Zachodu. Trzeba doprowadzić do odrodzenia gospodarczego naszego kraju, do politycznego i społecznego ożywienia. Musimy naprawdę - a nie jedynie w deklaracjach - powrócić do Europy. Ale droga do Europy wiedzie poprzez odbudowę suwerenności narodu i państwa. Tego nie da się ominąć.

AP RP: Należy rozumieć, że tak zarysowanej idei służyć ma partia, której Pan przewodzi, Partia Wolności. Rozpoczęcie jej działalności związane jest z Pańskim ujawnieniem się po 9 latach podziemnej działalności. Był Pan najdłużej ukrywającym się (od 13 grudnia 1981 r.) i przez kilka lat najbardziej w Polsce ściganym działaczem podziemia. Z czasem jednak, wkrótce po "okrągłym stole" władze już chyba zrezygnowały ze ścigania Pana, a dla ludzi przejętych jawnością życia publicznego, brakiem cenzury, swobodą wypowiedzi i brakiem represji, Pańskie ukrywanie się było niezrozumiałe. Twierdzili, że to śmieszne dziwactwo, że może Pan chciałby być aresztowany, ale władze nie chcą itd. Dlaczego więc tak długo się Pan ukrywał? Czy wejście do jawnego życia publicznego nie na- stąpiło zbyt późno?

K.M.: Ukrywałem się tak długo i działałem niejawnie, nie z powodu osobistego zagrożenia, a dlatego, że nie chciałem swoim wyjściem "na powierzchnię" uwiarygadniać tego fałszywego układu, tego całego - związanego z "okrągłym stołem" - oszukańczego "porozumienia narodowego". Dziś przechodzę do działalności jawnej nie dlatego, że już jest tak dobrze; robię to, bo jest już tak źle... Mój głos z podziemia nie miałby obecnie szans na przebicie się "na powierzchnię". Wyznawane przez nas idee, oceny polityczne trzeba zacząć głosić jawnie, trzeba próbować się przedrzeć przez nałożone bariery informacyjne. Obecną sytuację kraju postrzegam bardzo dramatycznie. Trzeba spieszyć na ratunek, trzeba wołać o pomoc i tej pomocy szukać. Nie uważam, że moje wyjście z podziemia nastąpiło za późno. Obecnie do zwykłych ludzi zaczyna docierać fałsz układu, w jaki zostaliśmy wszyscy "okrągłym stołem" wmanewrowani. Zaczynają o tym mówić nawet niektórzy architekci tego układu.

Muszę jednak zaznaczyć, że „Solidarność Walcząca” jako organizacja nadal w podziemiu pozostaje. Jest naszym odwodem i stanowi swoiste zabezpieczenie na niepewną przyszłość.

AP RP: Partia Wolności powstała 7 lipca, nie wiadomo więc o niej zbyt wiele. Jak będzie wyglądała jej działalność, co da się o niej powiedzieć już dzisiaj? Obecnie istnieje w Polsce olbrzymia ilość partii i ugrupowań politycznych, ale właściwie żadna z nich nie dysponuje ani dużą liczbą członków, ani wpływami. Ostatnie wybory samorządowe przyniosły druzgocącą klęskę wszystkim ugrupowaniom, z wyjątkiem Komitetów Obywatelskich "Solidarności"...

K.M.: Ten wyborczy sukces Komitetów może, jak sądzę, obrócić się przeciw nim. Ich przedstawiciele w radach narodowych nie mają właściwie żadnej opozycji i konsekwencje wszystkich podejmowanych decyzji, zwłaszcza w obliczu mocno okrojonych kompetencji rad, spadną właśnie na nich. Uważam zresztą, że ten, oparty na autorytecie "Solidarności", blok ulegnie rozproszeniu, ten proces już się rozpoczął. Chcę jasno powiedzieć, że monopolizacja życia politycznego w Polsce przez Komitety jest szkodliwa. Prowadzi nie do pluralizacji życia społecznego, a wręcz przeciwnie - w kierunku autorytarnym. Zacierane są faktyczne różnice programowe, ideowe, polityczne. Obecnie, chcąc mieć jakieś znaczenie polityczne, wystarczy zapisać się do Komitetu. Jak kiedyś do PZPR... Jeden monopol zastępuje się drugim. W zderzeniu z komitetowym walcem przegrywają wszyscy wyrastający w istocie z tego samego, solidarnościowego pnia, ludzie coś sobą reprezentujący, ale próbujący iść drogą niezależną, próbujący przełamać okrągłostołowy układ. Przegrywają często z miernotami czy wręcz politycznymi hochsztaplerami.

Partia Wolności będzie próbowała dotrzeć do społecznej świadomości. Zdajemy sobie sprawę z trudności przebijania się przez istniejące bariery - również przez barierę apatii i niechęci. Uważamy jednak przeciwdziałanie tym nastrojom za swój obowiązek. Powołanie Partii Wolności zapowiadaliśmy na listopad, ale sytuacja kraju pogarsza się w sposób gwałtowny, postanowiliśmy więc przyspieszyć nasze wejście na scenę polityczną.

AP RP: Hasłem "przyspieszenia" szermuje ostatnio Lech Wałęsa. Czy to o czym Pan mówi, ma jakiś związek z tymi wypowiedziami Wałęsy?

K.M.: Nie. Oczywiście, że nie. Wałęsa jest tak samo jak Bronisław Geremek czy Tadeusz Mazowiecki osobiście odpowiedzialny za doprowadzenie kraju do obecnej sytuacji, jest odpowiedzialny za demobilizację społeczeństwa, za dezinformację. Czego jedynie żądano od społeczeństwa? Popierania "słusznej drogi" i spokojnego znoszenia skutków eksperymentów gospodarczych. Narzucony krajowi tzw. plan Balcerowicza zastąpić ma nieistniejącą politykę gospodarczą państwa. Zastosowano plan, może odpowiedni dla zdestabilizowanych gospodarek kapitalistycznych, ale zupełnie nieadekwatny do naszej sytuacji ekonomicznej, do gospodarki zdominowanej przez państwo. Mówi się o drodze do kapitalizmu, a reformę sprowadzono do wyjęcia ludziom pieniędzy z kieszeni. Plan Balcerowicza nie udał się, trzeba to otwarcie powiedzieć i jak najszybciej go zarzucić. Budził wielkie nadzieje i, jak sądzę, władze obawiają się teraz równie wielkiego rozczarowania. Ale przecież odkładając przyznanie się do fiaska tej polityki, na pewno się jej nie poprawia.

Wałęsa rzuca obecnie hasło "przyspieszenia", nie dążąc w istocie do radykalnej zmiany systemu politycznego. Jest to przyspieszenie pozorne. Partia Wolności jest jak najdalsza od wmontowywania się w ten system, w ten układ. My chcemy go złamać, chcemy pójść drogą polskiej racji stanu. Nie uznajemy kunktatorskich kompromisów z komunistami, nie uznajemy rozwiązań pozornych czy połowicznych. Jest najwyższy czas na działanie: na naszych zachodnich granicach powstaje największe, nowoczesne państwo europejskie, na wschodzie - imperium sowieckie wchodzi w okres gwałtownych przemian, być może dojdzie do jego rozpadu. Tamtejsze dramatyczne wstrząsy będą prawdopodobnie miały spory wpływ na wydarzenia w naszym kraju. My zaś - jako społeczeństwo - tkwimy w błogim bezruchu, usypiani działaniami pozornymi. Zmienia się herb i nazwę państwa, a nie podporządkowano wojska polskiego polskim interesom. Premier Mazowiecki zapewnia "w naszym imieniu" o chęci pozostania Polski w Układzie Warszawskim, w RWPG... Partia Wolności stawia te sprawy jasno i zdecydowanie. Komunizm, który utracił sporo ze swej siły oddziaływania ideologicznego, jest wciąż niezwykle groźny. "Pierestrojka" jest przecież realizacją sowieckiego planu. Wielu w Polsce i na świecie myli ją z dążeniami do wolności i demokracji. Czyż można założyć by kierownictwo sowieckiego imperium postanowiło: "od dziś będziemy uczciwi"?!. Spektakularne rozgrywki na szczytach sowieckiej hierarchii, z emocjami obserwowane na świecie, bardzo często są sprawnie rozgrywanym teatrem. Najważniejsze rzeczy decydują się przecież poza oficjalną sceną polityczną, najprawdopodobniej w zaciszu gabinetów KGB i GRU.

AP RP: Wielokrotnie ośmieszano tzw. spiskową wizję dziejów. Czy nie obawia się Pan, że owa śmieszność stanie się Pańskim udziałem?

K.M.: Rozsądny człowiek nie odrzuca faktów i wynikających z nich wniosków jedynie dlatego, że ktoś inny zainteresowany jest w obdarzeniu ich etykietką śmieszności.

AP RP: Co uważa Pan za najważniejsze wyznaczniki suwerennej polskie polityki?

K.M.: Mówiłem już o usunięciu z Polski armii sowieckiej, o podporządkowaniu wojska polskiego polskim władzom, o wycofaniu się z Układu Warszawskiego i RWPG. Ale to, oczywiście, nie wszystko. Jedną z najważniejszych dla naszej przyszłości spraw jest oficjalne uznanie niepodległości krajów bałtyckich. Polska miała szansę być pierwszym państwem uznającym niepodległość Litwy. Dlaczego tego nie zrobiono? Czego się obawiano? Niestety, nie po raz pierwszy nasz "suwerenny" rząd kierował się nie polską, a sowiecką racją stanu. Polska ma nie tylko moralny obowiązek uznać niepodległą Litwę, nasz kraj ma po prostu polityczny interes w popieraniu ruchów wyzwoleńczych i odśrodkowych narodów rządzonych obecnie przez Sowiety. Gdy o uznanie własnej niepodległości i poparcie prosić będą Ukraińcy lub inne narody, musimy im to zapewnić.

Wbrew wielu cynicznym opiniom twierdzę, że polityka uznająca nadrzędność zasad moralnych, wierność wartościom, jest polityką najbardziej opłacalną i rokującą największą skuteczność. Oszustwo, kłamstwo, schlebianie brutalnej sile, uznawane za skuteczne narzędzie polityczne, są nie tylko środkami niegodnymi - są także wyrazem bierności i bezradnym poddawaniem się biegowi spraw, są w istocie przejawem intelektualnej słabości.

Juliusz Mieroszewski napisał kiedyś, że polityka powinna być najpierw słuszna, a dopiero później może być skuteczna. Podzielam tę opinię.

(wywiad autoryzowany 16.7.1990 r.)

wywiad otrzymany dzięki uprzejmości Agencji Prasowej RP

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: