7. Nie jesteśmy różowymi liberałami (Siergiej Skripnikow)

IMPERIUM

______________________________________________________________

SERGIUSZ SKRIPNIKOW

Nie jest jesteśmy różowymi liberałami...

Jestem członkiem moskiewskiego komitetu koordynacyjnego Związku Demokratycznego i kieruję jego agencją informacyjną. Wstąpiłem do Związku Demokratycznego w 1988 roku. Jest to pierwszy ruch w Związku Sowieckim, który ukonstytuował się w partię w maju 1988. Natychmiast oskarżono go o ekstremizm, zarzucając.. że szkodzi Gorbaczowowi, bo stając się partią zmusza władze do stosowania represji.

Dziś wszyscy opowiadają się za systemem wielopartyjnym, wolną prasą, niezależny- mi związkami zawodowymi, własnością prywatną, odideologizowaniem państwa. Krótko mówiąc - za tym wszystkim, czego Związek Demokratyczny bronił od chwili swego powstania. Wszystkie partie i organizacje pretendujące do miana demokratycznych przejęły te hasła, stąd trudno zorientować się w różnicach między partiami na podstawie ich programów. Określamy się jako liberałowie, kładziemy nacisk na prawa człowieka i podstawowe wolności. Czym różnimy się od innych partii? Nie jesteśmy różowymi liberałami lecz liberałami radykalnymi, albo rewolucyjnymi. Uważamy, że systemu totalitarnego nie można przekształcić w demokratyczny za pomocą odgórnych reform. Niezbędne są zasadnicze zmiany na dole, zmiany, które powinny być rewolucyjne, co oczywiście nie znaczy krwawe, lecz rewolucyjne w tym sensie, że powinny spowodować dojście do władzy nowych ludzi. Nie chodzi o to, żeby komunistę prawicowego zastąpić lewico- wym. Klasa sprawująca dziś władzę, i przeciw której powstało całe społeczeństwo, musi odejść. Trzy zasadnicze elementy różnią Związek Demokratyczny od wszystkich innych organizacji.

Wszystkie inne partie powstałe w maju określają się jako centrowe, nieco na lewo od obecnego kierownictwa. My jesteśmy radykałami; nie plasujemy się ani w centrum, ani na skrajnych pozycjach. Wszystkie inne partie opowiadają się za realizacją swoich celów na drodze parlamentarnej. Przy czym słowo "parlamentarna" należy umieścić w cudzysłowie, gdyż w istocie rzeczy chodzi o drogę sowiecką. W naszym kraju nie może być bowiem mowy o żadnej drodze parlamentarnej. Nasza partia zaleca w celu zrealizowania naszych celów drogę działań obywatelskich. Nie chcemy uczestniczyć w tym systemie; kładziemy nacisk na kampanie nieposłuszeństwa obywatelskiego, indywidualne protesty, strajki. Jesteśmy za tworzeniem i rozwijaniem równoległych lub alternatywnych instytucji społeczeństwa obywatelskiego, które mogą się przeciwstawić istniejącym instytucjom. Dążymy do zwołania Konstytuanty. Stałaby się ona legalnym organem władzy i zastąpiła sowiety i bolszewików, którzy uzurpowali sobie władzę siłą w 1917 roku. Oto dlaczego prowadziliśmy kampanię bojkotu wyborów do sowietów. Naiwnością jest sądzić, że w antydemokratycznym kraju można w sposób demokratyczny doprowadzić do zmiany władzy. Ludzie głosują, ale rzeczywista władza wciąż znajduje się w rękach nomenklatury. Złudą jest wyobrażanie sobie, że komuniści oddadzą władzę, jeśli nie zostaną do tego zmuszeni. A to jest nie do pomyślenia bez nacisku społeczeństwa, bez stworzenia rzeczywistych alternatywnych struktur.

Sytuacja w ZSRS wymyka się wszelkim przewidywaniom. Należy mówić nie tyle o kryzysie, co o nieuchronnej katastrofie. Sytuacja gospodarcza pogarsza się do tego stopnia, że można obawiać się rozruchów głodowych. Komunistom powiódł się bardzo sprytny manewr: uchylili się od bezpośredniej odpowiedzialności. Kto bowiem będzie teraz ponosić formalną odpowiedzialność? W Moskwie będzie to Mossowiet, w Leningradzie Lensowiet, krótko mówiąc - deputowani kamikaze, którzy poniosą konsekwencje polityki prowadzonej przez komunistów od 70 lat. To ich właśnie naród obarczy odpowiedzialnością za zaostrzanie się kryzysu. W Rosji istnieje realne niebezpieczeństwo faszyzacji społeczeństwa. Istnieje ruch narodowy i ruch demokratyczny, ale są one całkowicie od siebie odrębne. Ruch narodowy stale uderza w nutę szowinistyczną, szukając winnych nie w totalitarnym systemie lecz wśród innej narodowości. Ruch demokratyczny na pierwszym miejscu stawia prawa jednostki, które powinny mieć pierwszeństwo przed interesami społeczeństwa i narodu. W tym punkcie Związek Demokratyczny nie zgadza się z Grupą Międzyregionalną, która uważa, że w republikach rdzenna ludność powinna mieć większe prawa niż napływowa.

Dziś nasze społeczeństwo znajduje się na etapie populizmu. Jest to naszym zdaniem nie do uniknięcia. Kiedy wszyscy mieli wzrok utkwiony w Jelcynie, my porównywaliśmy go z Haponem.[1] Każde społeczeństwo zdobywające dostęp do polityki musi przejść przez tę fazę i dziś znaj- dujemy się w jej apogeum. Potem nastąpi etap "progresistów": Popowa, Afanasjewa, Sobczaka. Jego początkiem jest zwycięstwo tych ostatnich w wyborach. Nie uważamy tego za demokrację. Jest ona wciąż jeszcze w naszym społeczeństwie zjawiskiem bardzo powierzchownym; dotyczy jedynie inteligencji i tych, co są w kontakcie ze światem zewnętrznym. System totalitarny uniemożliwia pojawienie się szerszych sił społecznych zainteresowanych wydobyciem się poza jego ramy. Tylko nomenklatura jest w stanie wprowadzać - odgórnie - rzeczywiste zmiany. Ale nomenklatura, pasożytująca na narodzie, chce zachowania status quo. Pragną też tego szerokie masy robotników i chłopów: czy się pracuje, czy nie, otrzymuje się jakąś zapłatę; nie ma bogatych ani biednych. Jest to jedna z najstraszniejszych cech naszego społeczeństwa. Jeszcze bardziej jednak przerażający jest antagonizm między państwem a jednostką, na którym) zasadza się nasz system. W roku 1917 państwo dokonało zamachu na społeczeństwo; pożarło zarówno społeczeństwo jak jednostki. To właśnie owo unicestwienie jednostki jest najokropniejszym rezultatem 70 lat tego systemu. I w tym właśnie kryje się największa trudność, z jaką przychodzi się nam borykać: tematyka oporu wobec systemu, tematyka demokracji jest w praktyce nieobecna w życiu politycznym i bardzo trudno będzie ją odtworzyć. Masowe wiece, odbywające się w Moskwie i w innych miastach, stoją pod znakiem tendencji populistycznych i neobolszewickich. Obserwujemy dziś rozpad rodzącego się społeczeństwa obywatelskiego na małe grupki, protopartie, często antagonistyczne i szukające nieprzyjaciela nie w KPZS i w systemie, lecz we własnych szeregach: jedna partia chrześcijańsko-demokratyczna zwalcza drugą. Jest oczywiste, że taka sytuacja jest korzystna dla kierownictwa KPZS.

W Rosji ruch demokratyczny wyprzedził odrodzenie narodowe, w przeciwieństwie do tego, co dzieje się w krajach bałtyckich i na Kaukazie. W Rosji ruch narodowy nie odgrywa większej roli, a ruch demokratyczny jest słaby. Dużą rolę w powstawaniu partii odgrywają manipulacje władz. Jest na przykład oczywiste, że partia komunistyczna i KGB byli inicjatorami utworzenia partii liberalno-demokratycznej, którą trudno zresztą uznać za sukces, chociaż zrobiono jej dużą reklamę. Krótko mówiąc, chodziło o powołanie fikcyjnej struktury. Zręczniejszą strategię zastosowali tu Bułgarzy i Rumuni. Strategię, która nie powiodła się na Węgrzech. Polega ona na przemianowaniu partii komunistycznej w socjalistyczną, umożliwieniu funkcjonariuszom partyjnym przejścia z jednej struktury do drugiej, udając socjaldemokratów, czy wręcz antykomunistów. Analogicznie wygląda dziś sprawa z Demokratyczną Partią Rosji. W ciągu dwóch miesięcy funkcjonariusze komitetu centralnego i partii komunistycznej przedzierzgnęli się w antykomunistów. Interesujący szczegół: podczas gdy wydawnictwa niezależne nie przekraczają stu tysięcy egzemplarzy (ich rozpowszechnianie napotyka przeróżne trudności), to partia demokratyczna jeszcze przed odbyciem swego zjazdu założycielskiego została zarejestrowana, otrzymała konto w banku i kredyt, a jej organ jest publikowany przez "Młodą Gwardię", czyli I najbardziej reakcyjne wydawnictwo w kraju, w wysokości pół miliona egzemplarza, I podczas gdy "Nowyj Mir" ma kłopoty z ukazywaniem się z powodu rzekomego braku papieru.

Skąd ten przychylny stosunek władz do tej partii, kiedy inne, jak Związek Demokratyczny, są prześladowane? Musi to rodzić wiele pytań. W Bułgarii wystarczyło, że komuniści przemianowali się na socjalistów, żeby wygrali wybory. W Rosji taka operacja ma jeszcze większe szanse po- wodzenia. W krajach bałtyckich strategia Gorbaczowa polegała na utworzeniu dwóch partii komunistycznych: partii komunistycznej "narodowo-demokratycznej" i partii komunistycznej "konserwatywnej i promoskiewskiej" i zajmowaniu maluczkich konfliktem między tymi dwiema partiami, a wszystko to na tle całej mgławicy małych ugrupowań pozbawionych środków i rzeczywistego poparcia społecznego. Na szczęście na Litwie ten manewr się nie powiódł. Kiedy jednak w Rosji konserwatywny komunista Połozkow ściera się z liberalnym komunistą Jelcynem ludzie są zafascynowani tym widowiskiem i z niepokojem zadają sobie pytanie, kto zwycięży: zły czy dobry komunista? Kiedy dobry komunista bierze górę, wszyscy są zachwyceni i wierzą, że zwyciężyła demokracja. Jelcyn i Połozkow są pionkami manipulowanymi przez Gorbaczowa. Ten ostatni wykorzystuje prawicę przeciw lewicy i vice versa. Kiedy lewica zwyciężyła w wyborach łatwo można było przewidzieć, że Gorbaczow dokona wirażu w prawo, co rzeczywiście nastąpiło podczas zjazdu założycielskiego partii komunistycznej Rosji. Gorbaczow wygrywa jednych przeciw drugim, żeby zdominować ich wszystkich. Potrzebne mu były ataki ze strony konserwatystów - Zachód zaczął niezwłocznie nawoływać do udzielenia pomocy Gorbaczowowi, żeby go "ratować", a nasi rosyjscy "demokraci" mu zawtórowali. Wielu uważa, że byłoby to przypisywaniem Gorbaczowowi zbytniej inteligencji, że wszyscy komuniści to idioci. My jednak jesteśmy zdania, że lepiej przeceniać nieprzyjaciela niż go nie doceniać. Naszym zdaniem Gorbaczow jest w trakcie uwalniania się spod kontroli aparatu partyjnego, aby zbudować sobie autorytarną władzę osobistą, która nie będzie się opierać na sile jednej partii lecz na antagonizmie między dwiema lub trzema siłami politycznymi.

Suwerenność Rosji została proklamowana przez Lenina. Nie ma więc w tym nic nowego. Sprawą istotną jest trwanie imperium. Dopóki będzie istniało imperium, dopóki centrum będzie odgrywało rolę metropolii sprawującej nad wszystkim kont- rolę, ten nieludzki system będzie się utrzymywał przy życiu. Nie chcemy naprawiać tego państwa miażdżącego jednostkę. Chcemy je przekształcić w instrument współdziałania różnych grup społecznych.

Nie ulega wątpliwości, że Gorbaczow początkowo usiłował manipulować nastrojami mas, żeby - odwołując się od nich - zastąpić sklerotyczny i nieskuteczny aparat partyjny. Kiedy Gorbaczow doszedł do władzy w 1985 roku, wyobrażał sobie, że ten aparat, skorumpowany i konserwatywny, stanowi główną przeszkodę w sprawnym funkcjonowaniu systemu. Gorbaczow chciał więc wymienić aparat, trochę tak, jak niegdyś Chruszczow, z tym, że Chruszczow chciał to zrobić odgórnie (podobnie zresztą jak Jelcyn, i z podobnym rezultatem). Gorbaczow wziął się do tego inteligentniej: zaatakował aparat od dołu, odwołując się do narodu. Posługując się do tego celu głasnostią, stworzył ruchy społeczne i za pomocą wyborów uderzył w starą niekompetentną kadrę partyjną. Procesy te wymknęły się jednak częściowo spod jego kontroli; miały skutki uboczne i w końcu zaczęły się toczyć w całkiem innym kierunku. Nastąpiły wówczas próby zapanowania nad sytuacją; stąd wykreowanie postaci Jelcyna, rzekomej ofiary partokracji, który ma stanąć na czele spontanicznego ruchu, mas. Uważam, że zjawisko Jelcyna jest od, początku do końca dziełem Gorbaczowa. I Gdyby nie było Jelcyna, Gdliana i Iwanowa, całej tej rzekomo prześladowanej przez , aparat kamaryli, która nie ma nic wspólnego z demokracją, naród znalazłby sobie innych przywódców, którzy zaprowadziliby go Bóg wie dokąd.

Tekst jest zapisem wywiadu udzielonego przez S. Skripnikowa Francoise Thom.

--------------------------------------------------------------------------------

[1] Pop, założyciel Związku Robotników Rosji, który zorganizował w 1905 roku pochód robotników pod Pałac Zimowy, by wręczyć carowi petycję. Manifestacja zakończyła się masakrą dokonaną przez wojsko. Mimo, że udowodniono potem, że Hapon był agentem-prowokatorem Ochrany i zlikwidowano go, wielu uważało go za "przyjaciela ludu". Przyp. tłum.

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: