21. SALON I OKOLICE - SPRAWA SMAKU

SALON I OKOLICE

_________________________________________________________________________________________________________________

Sprawa SMAKU

Przypadkowo obejrzałem telewizyjną relację z tzw. Studia Foksal 89 (1 lipca). Wrażenie było niezapomniane.

Najpierw gospodyni, p. Roma Bratkowska, rozpływała się z zachwytu nad osobą ambasadora p. Davisa, nazywając ustępującego funkcjonariusza Departamentu Stanu "ambasadorem Polski". Zasługi p. Davisa w zapewnianiu Jaruzelskiemu, od 1983 roku, pomocy finansowej i politycznej oraz przeciwdziałaniu wolnościowym dążeniom Polaków są zaiste ogromne. Docenił to zresztą obecny prezydent dekorując p. Davisa wysokim odznaczeniem państwowym. Później poseł komunistyczny Andrzej Bratkowski opisał swą bytność w Charkowie (sprawa ujawnienia masowych grobów oficerów ze Starobielska). Nie wiadomo czemu relacje swą A. Bratkowski rozpoczął śmiejąc się radośnie. Może nastroiła go tak wizyta w - ostatecznie nadal - Kraju Rad. Trudno oddać słownictwo i styl, w którym poseł omawiał tę sprawę. Mówiąc o ludobójczym mordzie używał określeń w rodzaju: "zostali pochowani", "ich doczesne szczątki były przewożone". Następnie stwierdził, że miały miejsce - jak to określił - "towarzyskie przekomarzania" na temat dopuszczenia czy też niedopuszczenia polskiej delegacji na miejsce Katynia nr 2. Później wspomniał z zachwytem o "pełnej otwartości" spotkanego oficera KGB. Po opisaniu przez posła z odpowiednim przejęciem spotkania z Jelcynem koniec tego wątku zamknięto lekką piosenką.

Ob. Andrzej Bratkowski był wśród swoich. Pokazano nam bowiem elitę Nowej Polski. Obecni byli wszyscy jej typowi reprezentanci: dziennikarz "Gazety Wyborczej", publicysta "Po prostu", działaczka z kręgów „Tygodnika Powszechnego" oraz nasz słynny marszałek A. Wielowieyski. Głos zabrał też znakomity pisarz reprezentujący ponadczasową mądrość zbiorową warszawskich intelektualistów. W swym wystąpieniu, etosu stołecznej kawiarni nie zdradził, tak że z pewnością W. Woroszylski od jego stolika z obrzydzeniem się nie odwróci.

Słusznie mówił też inny poseł, jeden z animatorów krakowskiej inicjatywy nt. zapobieżenia demokracji. Obecny był zresztą również niestrudzony twórca najrozmaitszych partii rządowych, którego niedawno min. Hall obdarował po koleżeńsku "Życiem Warszawy" - T. Wołek.

W dalszej części spotkania zebrani wyrażali swe głębokie zatroskanie przyszłością dobra ogólnego. Powody tej troski najpierw wyartykułował (a jakże, wybitni intelektualiści z upodobaniem posługiwali się tym modnym potworkiem językowym) wspomniany A. Wielowieyski. Wyraził on mianowicie żal i smutek spowodowany tym, że dotychczas społeczeństwo wierzyło w to, jak i dokąd prowadzą je „jego przywódcy", nawet gdy - jak to ujął - "nie zawsze rozumiało" dokąd i dlaczego, a działanie Wałęsy może spowodować, że będzie wierzyć już mniej.

Spotkanie było rodzajem stypy po klęsce akcji stworzenia wielkiej monopartii "obywatelskiej", maszynki wyborczej do stemplowania ad infinitum przywódczej roli obecnej elitki i jej najlepszych uczniów (30.06-1.07). Jednym z inicjatorów nieudanej akcji był jak wiemy A. Wielowieyski. Mimo, że głównym celem spotkania było maksymalne zaciemnienie faktu poniesionej klęski, zebranym udało się, nie rozjaśniając sprawy, wyrazić jednocześnie opinię, że 30 czerwca mieliśmy do czynienia z wydarzeniem "wstrząsającym", "strasznym", "przerażającym" oraz "ponurą groteską", w czasie której "wiało grozą". Poszczególni mówcy koncentrowali się zazwyczaj na dwóch zagadnieniach: zachwytami nad sobą oraz zatroskaniem z powodu pewnego zaniku jedności moralno-politycznej tych, którym przewodzą, co szkodzi stanowi demokracji w Polsce. W związku z tym potępiono jakiekolwiek określanie się polityczne poza "obywatelskim". Podkreślono szczególnie niskie, partykularne knowania Porozumienia Centrum oraz PSL-u. Są to bowiem "dziwne ciała" zagrażające pluralizmowi. Równocześnie sformułowano potrzebę występowania pod własnym rzeczywistym szyldem, co jak wiadomo w sposób szczególny cechuje zebranych i ich przyjaciół. Dostrzeżono zaistniałe niedawno "tworzenie elektoratu za pomocą haseł i symboli", co jest spostrzeżeniem ważnym, albowiem dotychczas było przecież zupełnie inaczej. Na zakończenie tej części spotkania stwierdzono z naciskiem, że zebrani chcą "ocalić demokrację parlamentarną", atoli martwią się, bo ostatnio mają w tym względzie pewne trudności (patrz wypowiedź A. Wielowieyskiego) .

Końcowa, najważniejsza część poświęcona była podkreślaniu wysokiej moralności publicznej zebranych i ich przyjaciół. Wytworzyła się podniosła atmosfera, w której gratulowano sobie wzajemnie faktu poruszania się wyłącznie w świecie najwyższych wartości i klimacie prawdy. W tym kontekście zacytowano słowa Papieża, co podkreślić miało powyższe i uświęcić historyczną misję zgromadzonych. Było to nawet bardzo a propos, albowiem tego dnia właśnie Watykan zmuszony był zdemaskować bezprzykładną manipulację listem papieskim dokonaną przez osoby z kręgu zgromadzonych. Koledzy, przyjaciele i współpracownicy ludzi nazywających tych, którzy mają odmienne od nich poglądy - karierowiczami i świniami, ujawnili na koniec, że cechuje ich herbertowskie kryterium smaku. Po recytacji wiersza mającego definitywnie unaocznić subtelność smaku nowych nauczycieli narodu, wykwintnego smaku Krakowskiego Przedmieścia, p. Bratkowska uznała, iż należy jeszcze wyraźniej uświadomić profanów. "Retoryka za bardzo parciana, nikczemne rytuały niejedno mają imię" - dodała, Zaiste. Chociaż to być może za mocno powiedziane. Chodzi raczej o te "parę pojęć jak cepy".

Rządowa telewizja uznała, że program ten posiada tak poważne walory wychowawczo-propagandowe, iż powtórzyła go po paru dniach w porze największej oglądalności. Słusznie - skuteczność oddziaływania pojęć-cepów wzrasta znacznie, gdy się je jak najczęściej wbija obywatelom do głów.

(J.K.)

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: