14. PIERIESTROJKA W KGB

"WSPÓLNY DOM"

___________________________________________________________________________

ANATOL ARCIUCH

PIERIESTROJKA W KGB

Nie tak dawno konsulat francuski w Moskwie był widownią niecodziennego wydarzenia. Interesant, który zgłosił się o wydanie wizy przedstawił się najnormalniej w świecie: "Konstantin Prielin, pułkownik KGB. Zamierzam nakręcić dla telewizji film o naszej organizacji i w związku z tym chcę się spotkać z kolegami z francuskiego kontrwywiadu i służby bezpieczeństwa, żeby udostępnili nam materiały dotyczące naszej działalności na terenie Francji."

To nie dowcip. Mimo że władze francuskie załatwiły prośbę Prielina odmownie, fakt że KGB zaczyna działać zupełnie bez maski może wprawić w osłupienie. I nie chodzi tu tylko o prawdziwą kampanię public relation na płaszczyźnie wewnętrznej, gdzie przedstawia się KGB jako jedyną nie skorumpowaną (a przynajmniej nie tak skorumpowaną jak inne) instytucję w Związku Sowieckim. Czy też pokazuje się w telewizji generała KGB, który śmiało piętnuje wszystko, co skostniałe i anachroniczne w sowieckiej bezpiece i domaga się "pieriestrojki" i tutaj, to znaczy usprawnienia pracy KGB taki, aby jeszcze lepiej i sprawniej zbierał on informacje szpiegowskie na całym świecie i "strzegł państwa sowieckiego". I żeby był tak sam jak CIA czy inne zachodnie służby bezpieczeństwa, bo przecież w nowych warunkach trzeba coś zrobić, żeby młodzież znowu zaczęła się garnąć do uatrakcyjnionych w ten sposób "organów". I nie zmienia tu wiele fakt, że wspomniany generał został zdegradowany i usunięty z KGB. Swoje zrobił, a przy okazji pokazał jacy to młodzi i zdolni są szefowie KGB. Tylko jeszcze nie bardzo mają się na kim oprzeć, ale to jeszcze jeden powód, żeby wstępować w szeregi "organów", bo przecież naprawić mechanizm najlepiej można od wewnątrz...

Jeszcze bardziej energiczną kampanię reklamową prowadzi KGB poza granicami ZSRS. Przede wszystkim cały świat już dowiedział się, że zeszłoroczna "jesień ludów" w Europie Wschodniej jest dziełem właśnie KGB, który jako instytucja światła i dalekowzroczna już dawno zrozumiał, że demokracja i wolny rynek to jedyny sposób na kryzys systemu. To, że jakoś przez tyle lat KGB nie wprowadzał swojej recepty w życie, wynikało po prostu stąd, że sklerotyczni przywódcy ZSRS nie słuchali swoich mądrych doradców z bezpieki. Wyglądało wszystko już tak dobrze, kiedy doszedł do władzy szef KGB, znający obce języki i kochający jazz (a jakże!), światły Andropow, ale niestety zszedł z tego świata zanim zdołał ocalić zreformowany komunizm. I znowu KGB musiał, w bezsilnej rozpaczy przyglądać się jak nie słuchający jego bezcennych rad Czernienko marnuje kredyt zaufania do ZSRS. Na szczęście wreszcie doszedł do władzy swój człowiek, wieloletni - jak to się z dumą mawia w sowieckich kręgach władzy - "czekista", wychowanek Andropowa, towarzysz Gorbaczow. I dokonała się pełna symbioza. Gorbaczow energicznie zabrał się do realizowania "wielkiego planu" KGB sprzedania Zachodowi (za kredyty i demontaż Sojuszu Atlantyckiego) pieriestrojki i głasnosti w samym Sojuzie i "bratnich krajach", gdzie mieli się tym zająć wypróbowani i sprawdzeni przez KGB "reformatorzy". A naprawdę trudno mieć do KGB pretensję o to, że nie stanęli oni na wysokości zadania i poza Rumunią, a częściowo Bułgarią i Polską haniebnie spartaczyli robotę.

Z drugiej zaś strony agenci KGB, korzystając z miru, jakim cieszy się gorbaczowowska pieriestrojka na Zachodzie, działają wręcz z odkrytą przyłbicą. Co w niczym zresztą nie osłabia ich możliwości operacyjnych.

Oto kilka tylko przykładów z ostatnich lat. W marcu w Waszyngtonie FBI chwyta na gorącym uczynku odbierania od agenta supertajnych dokumentów dotyczących kodów komputerowych Pentagonu i Krajowej Agencji Bezpieczeństwa (NSA). Na początku zeszłego roku zachodnioniemiecki kontrwywiad zdemaskował 8 piratów informatycznych, którzy w zamian za narkotyki dostarczali KGB kody umożliwiające dostęp do komputerów NASA, Pentagonu, Europejskiej Agencji Kosmicznej i Instytutu Jądrowego w Heidelbergu. Sowieci nie gardzą niczym. Ani kaskiem z wizjerem optronicznym, skradzionym na salonie lotniczym w Farnborough. Ani pięcioma norweskimi bojami do badań podwodnych, "zwiniętymi" na morzu Barentsa. Tożsamość złodziei nie budzi żadnej wątpliwości, bo boje nadal emitowały sygnały aż do chwili dotarcia do bazy sowieckiej marynarki w Muramańsku...

Za tym wszystkim stoi Władimir Kriuczkow, szef KGB od września 1988 roku, który wcześniej przez 15 lat był szefem wywiadu KGB. To on pierwszy zrozumiał, jakie są dwa najważniejsze priorytety działalności sowieckich tajnych służb za granicą: dezinformacja i szpiegostwo technologiczne. Pierwsza po to, żeby zdestabilizować Zachód i zdemoblizować go, drugie, żeby tanim kosztem nie pozostać zbytnio za nim w tyle, zwłaszcza w dziedzinie zbrojeń.

Kriuczkow jest specjalistą od dezinformacji. To on właśnie puścił w obieg w 1988 roku wiadomość o wykorzystywaniu niemowląt z Ameryki Łacińskiej jako żywych "banków organów" do transplantacji w amerykańskich szpitalach. Mimo całkowitego braku dowodów, nawet Parlament Europejski potępił te "imperialistyczne praktyki". On też był autorem zaraz po dojściu Gorbaczowa do władzy w 1985 machinacji polegającej na podrzuceniu mass-mediom "informacji", że AIOS spowodowany jest wirusem, który został wynaleziony w laboratorium wojny biologicznej w Fort Derrick i przez niedopatrzenie wydostał się na zewnątrz.

Już w pierwszym wywiadzie po objęciu stanowiska szefa KGB (rzecz bez precedensu w ZSRR!) Kriuczkow zapowiedział "pieriestrojkę" podległej mu instytucji: kontrola przez parlament, ograniczenie działalności wewnętrznej, przede wszystkim - jako policji politycznej i - uwaga! - poszanowanie prawa. Innymi słowy KGB może teraz skupić wszystkie siły na wykradaniu tajemnic przemysłowych, bez których pieriestrojka w gospodarce jest z góry skazana na klęskę, a armia czerwona stoczyłaby się do poziomu technologicznego armii afrykańskich.

Albowiem ZSRR jest dzisiaj typowym krajem nierozwiniętym. Sytuacja jest tak katastrofalna, że Gorbaczow nie ma chwili do stracenia. I stara się działać jednocześnie na dwóch frontach: oficjalna współpraca z przedsiębiorstwami zachodnimi oraz kradzieże tajemnic technologicznych; jedno i drugie ułatwione przez odwilż w stosunkach Wschód-Zachód.

Zwłaszcza to drugie przynosi Związkowi Sowieckiemu ogromne korzyści. Kontrwywiad zachodnioniemiecki szacuje, że szpiegostwo gospodarcze kosztuje Sowiety rocznie ok. 1,5 mld dolarów, podczas gdy kradzież technologii w samej tylko RFN ocenia się na równowartość 4 miliardów. A korzyści nie można liczyć w samych tylko pieniądzach. Na przykład kradzież przez KGB planów radaru kierującego ogniem amerykańskiego myśliwca F-18 pozwoliła Sowietom zyskać pięć lat we wprowadzeniu do uzbrojenia samolotów MIG 29 i Suchoj 27.

Agenci KGB nie gardzą niczym, żeby zaspokoić ten głód nowoczesnej technologii. Centralny Ośrodek Informacji Naukowo-Technicznej Akademii Nauk (pełniący, podobnie jak analogiczne placówki we wszystkich "krajach socjalistycznych", przynajmniej jeszcze do niedawna, przede wszystkim rolę filii organów wywiadu technologicznego) stale analizuje 22 tysiące czasopism naukowych ze 113 krajów. Ale KGB nie ogranicza się do czekania na zaprenumerowaną literaturę. Z opublikowanego w 1988 roku raportu FBI "Biblioteka Kongresu, celem KGB" wynika, że od 1962 agenci sowieccy systematycznie korzystają ze wszystkich działów naukowych i technicznych, a także komputerowego systemu informacyjnego tej słynnej biblioteki waszyngtońskiej.

To, czego nie uda się wykraść szpiegom, przyniosą na tacy sami zachodni przemysłowcy dzięki rewelacyjnemu pomysłowi specjalistów z KGB. Chodzi o tzw. joint-venture, czyli całkiem oficjalny i de facto bezpłatny sposób zdobywania nie tylko zachodniego wyposażenia, ale i myśli technicznej. W Moskwie działa już kilkaset tego typu przedsięwzięć, od czego należy doliczyć analogiczne przedsiębiorstwa w byłych krajach demokracji ludowej. Są one często nawet cenniejsze z punktu widzenia KGB, bo Zachód nawet jeśli ma jakieś opory przed udostępnieniem swej techniki ZSRS, to nie dotyczy to z reguły innych krajów wschodnich, które przecież "ostatecznie zerwały z komunizmem". A tymczasem KGB wcale nie pozrywał kontaktów ze swymi wschodnioeuropejskimi kolegami i współpracownikami. Przeciwnie - prowadzi bardzo energiczną akcję werbunkową zarówno wśród organów bezpieczeństwa, wywiadu i wojska byłych krajów socjalistycznych, jak i wśród zwykłych obywateli (oczywiście odpowiednio dobranych: politycy, specjaliści, dziennikarze itp.). Ponieważ zaś teraz trudniej już liczyć na instytucjonalną współpracę (a raczej - podległość służbową) analogicznych służb wschodnioeuropejskich z KGB, ten ostatni zaczął traktować kraje Europy Wschodniej z operacyjnego punktu widzenia po prostu tak, jak Zachód i odpowiednio od tego też działa.

Na czele tej plejady nieświadomych czy świadomych kontrahentów służby wywiadu technicznego KGB znajdują się przedsiębiorstwa z RFN. "Gorbymania", granicząca w tym kraju wręcz z histerią, zobowiązuje, a nie bez znaczenia są też odżywające teraz tradycyjne marzenia o kondominium sowiecko-niemieckim w Europie, co tak umiejętnie potrafi wykorzystać Kreml. Francuzi i Włosi nie są tak aktywni, ale i oni wiele wnoszą do skarbnicy sowieckiej techniki. Wreszcie, niezastąpioną wręcz rolę odgrywają amerykańsko-sowieckie przedsiębiorstwa joint-venture specjalizujące się w dostarczaniu ZSRR nowoczesnych komputerów i know-how... Osobny rod ział, to pojawiające się jak grzyby po deszczu przeróżne firmy zachodnie powoływane przez emigrantów z Europy Wschodniej w celu współpracy gospodarczej ze "starym krajem". Wywiad RFN ocenia np., że ok. 40-50 proc. tych firm obraca w rzeczywistości kapitałem nie własnym lecz otrzymanym różnymi kanałami od komunistycznych władz lub osób prywatnych z krajów wschodnich (łapówki i prowizje czy inne "brudne" pieniądze komunistycznej nomenklatury), i nikt nie jest w stanie powiedzieć, w ilu wypadkach ich właściciele chcą się po prostu szybko dorobić (i w tym celu gotowi są obchodzić ustawodawstwo swych krajów), w ilu wy- stępują jako plenipotenci dawnych dygnitarzy komunistycznych, a w ilu - są po prostu funkcjonariuszami lub agentami wywiadu. W każdym razie i jedni i drudzy i trzeci (a nieraz jeden człowiek łączy kilka tych funkcji) z reguły gotowi są wykraść na Zachodzie wszystko, czego życzą sobie ich kontrahenci.

Prawda, że Da drodze "swobodnego przepływu ludzi i idei" stoi jeszcze jedna przeszkoda - Komitet Koordynacyjny Kontroli Wymiany Wschód-Zachód, tzw. COCOM, mający kontrolować eksport na Wschód tzw. czułych technologii, mogących znaleźć zastosowanie wojskowe.

Ale choć Gorbaczow nazwał niedawno COCOM "pokracznym przeżytkiem zimnej wojny", w rzeczywistości, zwłaszcza po ostatnich złagodzeniach przepisów, przypomina on bardziej stracha na wróble. A w każdym razie, gdyby nawet COCOM zakazał sprzedaży Sowietom jakiegoś urządzenia, to KGB może zawsze liczyć na 45 tys. (według najostrożniejszych szacunków Pentagonu) bad guys - biznesmenów, przedsiębiorstw, urzędników państwowych, naukowców - zajmujących się dostarczaniem na Wschód zakazanego sprzętu i technologii. Nie mówiąc już o 15 tys. rycerzy współpracy naukowo-technicznej między Wschodem a Zachodem w sowieckim pojmowaniu tego terminu - kadrowych agentach wywiadu technicznego KGB działających na Zachodzie. I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno, bo zaledwie przed sześciu laty, dwaj doradcy Reagana (był taki prezydent, który nie bez racji, choć też tylko do czasu, uważał ZSRS za "imperium zła"), Richard Perle i Stephen Bryen potrafili zakazać eksportu do Związku Sowieckiego nawet gier wideo...

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: