13. "WSPÓLNY DOM" - LENIN MIAŁ RACJĘ

„WSPÓLNY DOM”

__________________________________________________

Anatol ARCIUCH

LENIN MIAŁ RACJĘ
Niech nikogo nie zmyli tytuł. Lenin miał rację, ale niezupełnie. Jego sławne powiedzenie, że „kapitaliści sprzedadzą nam sznur, na którym ich powiesimy”, sprawdziło się tylko częściowo. W rzeczywistości bowiem kapitaliści postanowili ten sznur Sowietom podarować, a przy okazji zrobić wszystko, żeby jak najprędzej znaleźli się oni w tym tak upragnionym przez nich „wspólnym europejskim domu”. Bardzo słusznie. Nie będą się już musieli fatygować i wdzierać do Europy przez okno, żeby powiesić jej łatwowiernych mieszkańców. Po prostu we właściwym momencie, jak się trochę odkarmią na sutym kapitalistycznym wikcie i odzyskają utracone siły, zarzucą pętlę na szyję swym gospodarzom. Nie będą musieli nawet za mocno jej zaciskać, tylko tyle, żeby delikwenci bali się wykonać jakiś zbyt gwałtowny ruch. Operacja jest już znana pod nazwą „finlandyzacji”.

Starożytni mówili o tym trochę inaczej: jeśli bogowie chcą kogoś zgubić, najpierw odbierają mu rozum. Bo jak inaczej określić prawdziwą eksplozję entuzjazmu, z jakim ogromna większość polityków, ośrodków opiniotwórczych i szarych obywateli na Zachodzie przyjęła rezultaty dwóch szczytów świata zachodniego: szczytu NATO w Londynie i szczytu siedmiu największych potęg gospodarczych w Houston.

I tu i tam zachodni przywódcy ożywieni byli jedną tylko myślą: jak najlepiej pomóc Gorbaczowowi. I trzeba powiedzieć, że mogli się rozejść w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Co prawda w Houston prezydent Bush i pani Thatcher wyrażali nawet pewne obiekcje wobec kategorycznych żądań kanclerza Kohla i prezydenta Mitterranda, aby udzielić Sowietom wszelkiej możliwej pomocy i to oczywiście bez żadnych warunków.

Nieśmiałe napomknięcie przez Busha, że może warto by jednak uzależnić udzielenie takiej pomocy od jakichś widomych gestów dobrej woli politycznej ze strony Kremla (jak np. zaprzestanie pomocy wojskowej dla Kuby czy Angolii) oraz oznak rzeczywistego wprowadzania gospodarki rynkowej, zostało słusznie odczytane jako próba poniżenia ZSRS. François Mitterrand błysnął tu złotą myślą, której nie powstydziłby się towarzysz Jakowlew, odpowiedzialny za politykę zagraniczną w sowieckim KC, stwierdzając: „Niedopuszczalne jest jakiekolwiek podejście dyskryminujące ZSRS”. Inny zaś uczestnik szczytu słysząc amerykańską propozycję powierzenia, zanim się udzieli pomocy ZSRS, Bankowi Światowemu i Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu zadania oceny rzeczywistych potrzeb sowieckiej gospodarki, zawołał ze zgorszeniem: „To nie Kongo!” (Mógłby równie dobrze zawołać: „To nie Polska”, bo niestety politycy zachodni, a może i nasi, uważają najwyraźniej, że Polacy nie są tak drażliwi jak Sowieci).

Nie ma jednak róży bez kolców. Amerykanie ostatecznie przeforsowali jednak pewne warunki, pod którymi mogą przyznać pomoc ZSRS, nic więc dziwnego, że w tej sytuacji kanclerz Kohl nie oglądając się na partnerów wysupłał 5 miliardów marek i czym prędzej zawiózł je do Moskwy, jako pierwszą ratę za zgodę na zjednoczenie Niemiec...

Trzeba jednak powiedzieć na usprawiedliwienie Busha, że o ile w interesach okazał się stanowczy, to na płaszczyźnie polityczno-wojskowej też zrobił wszystko co było w jego mocy, żeby pójść na rękę swemu przyjacielowi Gorbaczowowi.

Zaledwie tydzień wcześniej, na szczycie NATO w Londynie, to właśnie z inicjatywy amerykańskiego prezydenta przyjęto plan nazwany pompatycznie „deklaracją pokojową” w stosunku do Związku Sowieckiego.

W momencie podpisania wspólnej deklaracji 16 szefów państw i rządów członkowskich Sojuszu Atlantyckiego George Bush oświadczył, że: „Ten 6 lipca 1990 roku jest dniem odnowy. Stanowi on początek wielkiego historycznego zwrotu, na który czekaliśmy 40 lat”. Można by to potraktować z pewnym dystansem, jako jeszcze jedną optymistyczną deklarację na temat zasadniczego zwrotu w stosunkach amerykańsko-sowieckich, które należą już do rytuału Białego Domu od lat trzydziestu (czyli spotkania wiedeńskiego Kennedy-Chruszczow), gdyby nie to, że w ślad za słowami mają iść czyny. I to bardzo prędko. A chodzi ni mniej, ni więcej, o zasadnicze i de facto nieodwracalne przekształcenie – po myśli Busha i jego wiernego w tym przypadku sojusznika, czy nawet więcej, inspiratora kanclerza Kohla – NATO z wojskowo-politycznego sojuszu obronnego w „pomost” współpracy między „Wschodem a Zachodem”, „jeden z dwóch filarów bezpieczeństwa i współpracy w Europie”. Drugim ma być oczywiście osławiona Helsińska Konferencja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, dzięki której słabnący już Związek Sowiecki zdołał uzyskać od Zachodu potwierdzenie swych „praw” do strefy wpływów w Europie Wschodniej i Środkowej, a także – prawo wglądu w sprawy Europy Zachodniej.

Wszystko to można by od biedy potraktować jako jeszcze jeden przykład nieudolności czy też niechęci krajów demokratycznych do politycznego wykorzystania swej przewagi, czego tyle mamy dowodów w historii najnowszej, od Hitlera, poprzez Stalina aż do Gorbczowa; niechęci wynikającej być może z samej natury współczesnych systemów demokratycznych na Zachodzie, opartych na powszechnym „miękkim” consensusie i zacieraniu wszelkich, nawet realnych i zasadniczych różnic (co tak wzrusza naszych rodzimych „Europejczyków”), gdyby nie praktyczne konsekwencje tego zwrotu.

Oto, oprócz sakramentalnych już zapowiedzi nowych redukcji zbrojeń (usunięcie z Europy wszystkich amerykańskich jądrowych pocisków artyleryjskich i bomb lotniczych oraz części pocisków taktycznych), szczyt londyński ogłosił odejście od dwóch kanonów NATO: elastycznej riposty (czyli odpowiadania na agresję sowiecką użyciem broni jądrowej w skali odpowiadającej rozmiarom agresji) oraz „wysuniętej obrony” (czyli rozmieszczenia wojsk NATO na szerokim froncie na granicach Sojuszu u Układem Warszawskim). Otóż te dwa posunięcia na dalszą metę przesądzają losy NATO i obecności wojsk amerykańskich w Europie. Pierwsze oznacza bowiem zwinięcie „parasola atomowego” USA nad Europą Zachodnią, a nikt o zdrowych zmysłach nie sądzi, że bez takiego parasola amerykańska opinia publiczna przez czas dłuższy zgodzi się na pozostawienie swych chłopców w Europie, drugie zaś – wycofanie wojsk sojuszniczych z terytorium Niemiec, a tym samym dezintegrację Sojuszu.

I to wszystko, podobnie jak w wypadku pomocy gospodarczej, bez żądania jakiejkolwiek wzajemności ze strony ZSRS. Po prostu, żeby „pomóc Gorbaczowowi”, który przecież nie tylko boryka się z katastrofą gospodarczą, ale musi jakoś ułagodzić swych niedobrych generałów, myślących tylko jakby go wysadzić z siodła, czego zresztą Zachód dowiedział się raz jeszcze w ramach wielkiej kampanii dezinformacji rozpętanej przy okazji ostatniego zjazdu partii sowieckiej.

Trzeba powiedzieć, że i sam Gorbaczow nie zawiódł swych kolegów w generalskich mundurach przypominając, że zagrożenie militarne ze strony Zachodu „pozostaje realne” i obiecując, iż ZSRS będzie robić wszystko, co trzeba, żeby nie zmalał jego „potencjał obronny”.

Generałowie odetchnęli z ulgą, Gorbaczow też. Bohater pieriestrojki może nadal liczyć na bezwarunkową pomoc Zachodu. Zwłaszcza, jeśli ta pomoc pozwala odkładać w nieskończoność trudne decyzje dotyczące rzeczywistych zmian politycznych i gospodarczych i ratować ile się jeszcze da z nadwątlonej władzy komunistów...

Autor publikacji: 
Orientacja na prawo 1986-1992: