GRA ZBRODNIĄ – FAŁSZERZE Z WSI

Przez 24 lata, na podstawie
ustaleń procesu toruńskiego wmawiano opinii publicznej, że wszyscy winni
zbrodni na księdzu Jerzym ponieśli już zasłużoną karę. Ówczesna władza
stworzyła powtarzaną do dziś legendę o wyłącznej winie czterech funkcjonariuszy
SB i zapewniała społeczeństwo o swojej woli wyjaśnienia, jak było naprawdę.
Legendę tę uwiarygodnili sami funkcjonariusze policji politycznej, precyzyjnie
odgrywając swoje role. Dzięki tej zbrodni władcy PRL-u realizowali swój plan,
którego zwieńczeniem był okrągły stół i transformacja ustrojowa pozwalająca
komunistom na zachowanie swoich przywilejów. W niezmienionej formie kłamstwo,
narzucone siłą komunistycznej propagandy zostało przyjęte i zaakceptowane w III
RP. Wszystkie środowiska uczestniczące w haniebnej zmowie z komunistami, stały
się zakładnikami tego kłamstwa i przyjęły na siebie ciężar odpowiedzialności za
ukrywanie prawdy o śmierci księdza Jerzego.

Od 1984 roku wszelkie próby
wyjaśnienia prawdziwych okoliczności tego mordu były i są skutecznie blokowane.
Ludzi, którzy wykazali dość odwagi, by naruszyć tajemnicę bezpieki, nazwano
szaleńcami i fantastami. Odmówiono im prawa do zajmowania się sprawą,
przemilczano ich argumenty, szykanowano lub skazano na zapomnienie. Tak
postąpiono z prokuratorem Andrzejem Witkowskim, tak również potraktowano
Wojciecha Sumlińskiego.

Z drugiej strony, nigdy nie brakowało
chętnych, by podważyć wiarygodność prokuratorskiego śledztwa, i zdezawuować
tezy zawarte w książce Wojciecha Sumlińskiego – „Kto naprawdę Go zabił?”. To
jedna z tych publikacji, które w wolnej III RP zostały skazane na przemilcznie,
a jej autor stał się obiektem zainteresowania służb specjalnych.

Gdy w roku 2005 trafiła na półki,
po szumnych zapowiedziach wytoczenia, co najmniej kilku głośnych procesów
autorowi i wydawcy książki,– zapadło głuche milczenie. Wywody w publikacji są
tak dobrze udokumentowane materiałami ze śledztw i procesów, dokumentami IPN, a
także zeznaniami świadków zbrodni dokonanej na księdzu Popiełuszce, że nie da
się z nimi wygrać.

Z argumentacji przedstawionej
przez dziennikarza wynika, że cała zbrodnia została w najdrobniejszych
szczegółach wyreżyserowana przez kierownictwo MSW, zaakceptowana przez generała
Kiszczaka, a wykonana za aprobatą Wojciecha Jaruzelskiego. Już w 1984 r.
Jaruzelski i Kiszczak zrozumieli, iż rozmowy z opozycją i podzielenie się
władzą z wybranymi opozycjonistami to ich jedyna szansa na przetrwanie.
Ujawnienie prawdy o zbrodni mogłoby skompromitować wielu późniejszych
uczestników "okrągłego stołu". Część opozycjonistów była zresztą
szantażowana, że jeśli Jaruzelski i Kiszczak będą zagrożeni, mogą się pojawić
esbeckie akta obciążające znane postacie opozycji.

Dziennikarz odkrył zbrodnicze
mechanizmy bezpieki, które towarzyszyły procesowi transformacji ustrojowej.
Wspomina o osobach, które chciały poznać prawdę i ginęły w niewyjaśnionych do
dziś okolicznościach. Opisuje szokujące kariery ludzi, którzy do 1984 r.
donosili SB na kapłana, a po 1989 r. robili błyskotliwe kariery.

Dowody zebrane w IPN, przez
zespół prok. Witkowskiego wskazywały wyraźnie, że mamy do czynienia z bardzo
prawdopodobnym zarzutem mataczenia przez cały szereg osób, które uczestniczyły
wokół tego śledztwa w różnych, „osłonowych operacjach". Działania te mogły
dotyczyć nawet kilkuset osób, z których większość jest nadal obecna w życiu
publicznym.

Sens publikacji Wojciecha
Sumlińskiego, ujawniającej rzeczywiste okoliczności śmierci księdza Jerzego i
późniejszych, wieloletnich działań służących ukryciu prawdy, można zrozumieć
wyłącznie z perspektywy polskiej transformacji ustrojowej. Logika tej koncepcji
zakłada bowiem, że zabójstwo księdza Popiełuszki, a następnie włączenie w
proces fałszowania zdarzeń części wyselekcjonowanej opozycji, otworzyło drogę
do układu okrągłego stołu i dało podstawę do stworzenia „porządku” III RP.

Myliłby się, kto sądziłby, że
matactwa wokół tej sprawy skończyły się wraz z PRL. Przez ostatnie 19 lat,
strażnicy komunistycznych zbrodni strzegli tajemnicy nadal, mając do swojej
dyspozycji ogromny arsenał środków; poczynając od fizycznej eliminacji lub
zastraszania niewygodnych świadków, poprzez tworzenie fałszywych tropów i
dowodów, po medialne manipulacje.

Dlatego z wielkim niepokojem
patrzę od kilku dni, jak dziennikarze TVN, wspólnie z dziennikiem „Polska” próbują
nagłaśniać rzekome efekty dziennikarskiego śledztwa, powołując się na dokumenty
i świadków, którzy „przedstawili nową, inną od powszechnie znanej wersję
porwania i śmierci ks. Popiełuszki.”

Rewelacje, którymi dziennikarze
TVN epatują odbiorców nie są niczym innym jak wybiórczym powtórzeniem hipotez pochodzących
ze śledztwa, prowadzonego przez prok. Andrzeja Witkowskiego. Żaden z reporterów
tej stacji nie uznał jednak za stosowne poinformowanie opinii publicznej, że
„nowe okoliczności” zostały już dawno ujawnione przez Wojciecha Sumlińskiego, w
pochodzącej z 2005 roku książce „Kto naprawdę Go zabił?”

Nie mogę uwierzyć, by stacja
Waltera i Wejherta, powołana ze środków wywiadu PRL stanęła nagle po stronie
poszukujących prawdy o śmierci księdza Jerzego, a jej pracownicy zainteresowali
się sprawą, wiedzeni nakazem dziennikarskiej rzetelności. Nie sposób dać wiarę,
że ludzie dyspozycyjni wobec układu tworzącego III RP, wspierający od wielu
miesięcy środowisko WSI, zakłamujący codziennie rzeczywistość kolejną porcją
dezinformacji, stali się nagle odkrywcami tajemnic bezpieki. Czy nieetyczne,
sprzeczne z zasadami dobrego dziennikarstwa, przemilczenie prawdziwych źródeł i
autorów informacji, nie powinno wzbudzać podejrzeń, co do prawdziwych intencji
tych działań? W żadnej publikacji
dziennika „Polska” ani w ostatnich doniesieniach ONET-u lub TVN –u nie
wspomniano o książce Wojciecha Sumlińskiego, nie ujawniono, że zawiera ona
wszystkie, rzekomo nowe dowody, na które obecnie powołują się dziennikarze. Czy
można to uznać za przypadek i złożyć wyłącznie na karb braku zawodowej
rzetelności?

Skąd, to nagłe zainteresowanie
stacji tajemnicą komunistycznej zbrodni? Dlaczego uwydatnia się tylko niektóre
z ustaleń śledztwa prokuratora Witkowskiego, a przemilcza wiele innych, równie
istotnych?

Odpowiedź wydaje się być zawarta
w innej, środowiskowo identycznej publikacji – artykule Wojciecha
Czuchnowskiego z „Gazety Wyborczej” - „Morderca księdza Popiełuszki triumfuje”
.

W myśl przedstawionej tam tezy,
podważenie daty śmierci księdza Jerzego ma być okolicznością szczególnie
korzystną dla zabójców, bowiem może doprowadzić do wznowienia procesu i
uniewinnienia esbeków od zarzuty zabójstwa. Tezę tę popierają „mec. Krzysztof
Piesiewicz (oskarżyciel posiłkowy w procesie) i prof. Witold Kulesza (b. szef
pionu śledczego IPN), którzy zwracali uwagę, że kwestionowanie daty śmierci
duchownego leży w interesie skazanych za tę zbrodnię esbeków.” Czy przez
zapomnienie, wybitni prawnicy zapominają dodać, że ewentualne ustalenie sprawców
zabójstwa, w żaden sposób nie podważa odpowiedzialności Piotrowskiego i spółki
za porwanie, bicie i torturowanie księdza Jerzego, a także za matactwa w
śledztwie i wprowadzenie w błąd sądu? Czy obawa, że ujawnieni zostaną mordercy
- być może w mundurach LWP, a Piotrowski - wierny janczar sowieckiego systemu,
okaże się esbecką kukłą, sterowaną przez Kiszczaka, ma prowadzić do zaniechania
poszukiwań prawdy? Jak do oświadczeń zbulwersowanych prawników, mają się
przepisy kodeksu postępowania karnego, przewidujące wznowienie postępowania, w
przypadku pojawienia się nowych, istotnych dowodów? Warto zauważyć, że
konsekwencją wypowiedzi Piesiewicza i Kuleszy byłoby podważenie zasadności
wszelkich rewizji, zmierzających do ustalenia prawdy procesowej.

Wiemy również, że wśród
hierarchów Kościoła funkcjonuje niemal zgodny pogląd, jakoby podważenie daty
śmierci księdza Jerzego powodowało komplikacje w procesie beatyfikacyjnym kapelana
„Solidarności”. Nie wspomina się przy tym, że to właśnie wątpliwości, co do
przebiegu zdarzeń z roku 1984 mogą stanowić przeszkodę w procesie i dopóki nie
zostaną jednoznacznie wyjaśnione, temat się nie zakończy. Zupełnie zasadną jest
również uwaga, że nie istnieje żadna przesłanka, która nakazywałaby pośpiech w
tak ważnym i nieodwracalnym postępowaniu.

Od dawna też pojawiają się wypowiedzi
m.in. ludzi Kościoła, przypominające, że odstępstwa od wersji zdarzeń ustalonej
podczas procesu toruńskiego, mogą być inspirowane przez środowiska wrogie
Kościołowi. Na tym tle, warto wspomnieć niezwykle mądry i rzeczowy głos
arcybiskupa Kazimierza Nycza, który odnosząc się do ostatnich doniesień
prasowych na temat śmierci księdza Jerzego wyraził nadzieję, że Jego
beatyfikacja będzie możliwa bez względu na to jaka data zgonu zostanie
potwierdzona. Zauważył także, że część dokumentów jest w Moskwie, a zatem
Kościół nie będzie czekał "aż komunizm w stolicy Rosji upadnie". Za
kwestię najistotniejszą arcybiskup uznał fakt, że ksiądz Popiełuszko poniósł
śmierć męczeńską za wiarę.

Pojawia się natomiast pytanie - jeśli
datę śmierci podważają ustalenia prok. Witkowskiego oraz dziennikarskie
śledztwo Wojciecha Sumlińskiego, a obecnie dołącza do tych głosów stacja TVN –
czy wolno sądzić, że są to ludzie stojący po tej samej stronie barykady i
działający w imię prawdy? Niekoniecznie.

Istnieje jak dotąd zasadnicza i
niezwykle istotna różnica, która zdaje się wskazywać na sens i kierunek działań
stacji TVN. Wszystkie ogłaszane ostatnio „rewelacje” są, bowiem elementami
całości sprawy, wyrwanymi z kontekstu zdarzeń i przedstawianymi jako sensacyjne
i odkrywcze. Wykorzystanie efektów śledztwa prokuratorskiego i
dziennikarskiego, bez podania prawdziwych źródeł wiedzy, ma zapewnić
wiarygodność tezom, głoszonym przez pracowników stacji TVN.Nagłośniono szczególnie dwie hipotezy –
dotyczącą daty śmierci Kapłana oraz związaną z udziałem „drugiej ekipy”,
składającej się prawdopodobnie z ludzi WSW. Postrzegam ten zabieg jako
zamierzoną i niebezpieczną manipulację.

O ile, bowiem efekty śledztwa
Witkowskiego i publikacja Sumlińskiego zawierały całościową, logicznie
skonstruowaną konkluzję, że zamordowanie kapelana "Solidarności" było
cyniczną grą bezpieki, za którą stali bezpośredni inspiratorzy – Jaruzelski i
Kiszczak, obliczoną na korzyści polityczne, która doprowadziły do podziału
"Solidarności" i wyodrębnienia z niej frakcji skłonnej do negocjacji
z władzą, o tyle efekty „śledztwa” TVN – u zdają się prowadzić do zupełnie
innych wniosków.

Zostały one ujawnione w artykule „Ks. Jerzy
mógł być ofiarą walk służb specjalnych” i przedstawione przez Przemysława
Wojciechowskiego – „Wśród kilku innych
możliwy jest taki przebieg wydarzeń: Porwanie księdza zleca Milewski, aby
wprowadzić ferment w kraju i odsunąć od władzy idących w kierunku reform
Jaruzelskiego i Kiszczaka. Kiszczak dowiaduje się o tym i wysyła wojskowych,
którzy odbijają księdza z rąk Piotrowskiego. Później układa scenariusz, w
którym trójka esbeków i ich zwierzchnik Adam Pietruszka biorą winę na siebie”.

Nagromadzenie w dwóch zdaniach,
takiej ilości fałszywych twierdzeń nie byłoby dziwne w wypowiedzi dziennikarza
TVN –u, gdyby nie wspierający je głos prof. Antoniego Dudka. Choćby z tego
powodu, sprawa wygląda poważnie.

Z łatwością można zauważyć, że z
tak przedstawionego przebiegu zdarzeń wyłania się teza (wielokrotnie już w III
RP narzucana), jakoby śmierć Kapłana była efektem wewnątrzpartyjnych walk
frakcji „twardogłowych”, na czele z Milewskim, z „ugodowymi liberałami”,
których mieliby uosabiać Kiszczak i Jaruzelski. Twierdzenie to funkcjonuje od
1984 roku i jak wiemy, stanowiło podstawę do podjęcia przez część opozycji
rozmów z komunistami.

Otóż oszustwo tej tezy musi być oczywiste dla
każdego, kto posiada wiedzę o mechanizmach funkcjonowania Polski lat 80-tych oraz
zna realne warunki działania policji politycznej PRL. Przypomnę na marginesie,
że „wątkiem Milewskiego”, zawartym rzekomo w sensacyjnej notatce płk.
Górnickiego, ujawnionej w październiku 2004 roku, posiłkowano się tuż przed
odsunięciem od śledztwa prokuratora Andrzeja Witkowskiego.

Nie można zapominać, że generał
ludowej armii Czesław Kiszczak został w lipcu 1981 roku ministrem spraw
wewnętrznych. Stało się tak, ponieważ kremlowscy władcy uznali za konieczne
połączenie w jednym ręku rządu nad służbami wojskowymi i cywilnymi. Ścisła
integracja tych służb była, według koncepcji przedstawionej przez Anatolija
Golicyna, jednym z kroków na wieloletniej drodze systemu komunistycznego,
zmierzającej do „transformacji ustrojowej”. Kiszczak wykonał swoje zadanie i
doprowadził do ścisłej współpracy „wojskówki” ze Służbą Bezpieczeństwa. Było to
o tyle łatwe, że obie służby łączył jeden, podstawowy cel – walka ze
społeczeństwem w obronie dominacji sowieckiego okupanta. Wybór Kiszczaka –
najwierniejszego z wiernych, stanowił dostatecznie mocne potwierdzenie, że był człowiekiem,
którego Kreml obdarzał ogromnym zaufaniem. Ten funkcjonariusz zbrodniczego
Głównego Zarządu Informacji, przeszedł wcześniej całą drogę kariery w
kontrwywiadzie i wywiadzie wojskowym i podobnie jak Wojciech Jaruzelski był
uważany za „człowieka Moskwy”.

Na stanowisku ministra spraw
wewnętrznych Kiszczak zastąpił właśnie Mirosława Milewskiego – topornego
generała MO, którego liczne, przestępcze działania Sowieci akceptowali (afera
„Żelazo”), dopóki był im potrzebny. W roku 1984 Milewski był członkiem Biura
Politycznego i sekretarzem KC PZPR. W tym samym roku Kiszczak powołał tajną
komisję MSW do zbadania sprawy „Żelaza”, na której czele stanął gen. Władysław
Pożoga. Komisja miała zebrać dowody przeciwko Milewskiemu. Choć prowadziła dość
rozległe śledztwo i dotknęła wielu finansowych przekrętów, jakich dopuszczali się
rezydenci wywiadu PRL, to odsłonięto zaledwie wierzchołek góry lodowej, a Milewskiego
nie spotkały żadne przykrości. Robiono to w taki sposób, by niczego nie
wyjaśnić, ale przy okazji zebrać komprmateriały na konkurentów. Identycznie
postąpiono po roku 84, gdy ten sam Pożoga otrzymał od Kiszczaka polecenie „wyjaśniania”
spraw związanych z zabójstwiem ks. Popieluszki, ze wskazaniem wątków wiodących
ewentualnie do Milewskiego.

Byłoby rzeczą naiwną sądzić, że w
roku 1984 Milewski, nad którym zawisła już sprawa „Żelaza” i odwróciła się
łaska kremlowskich starców, miał pod bokiem wszechwładnego Kiszczaka dokonywać
prowokacji z porwaniem i zabójstwem Kapłana. Owszem – Milewski nadawał się jak
nikt inny na swoistego „kozła ofiarnego”, na którego szybko i chętnie
wskazywano jako inspiratora rzekomej prowokacji, wykonując tym samym wytyczne
towarzyszy radzieckich.

Walka, jaka toczyła się wówczas wśród funkcjonariuszy
PZPR, nie dzieliła ich na „twardogłowych” i „liberałów”, lecz związana była z
wykonywaniem dyrektyw Moskwy, która chciała dokonać wymiany skompromitowanych
(nawet jak na standardy sowieckie) działaczy, typu Milewskiego, na
„postępowych” Jaruzelskich i Kiszczaków. W ramach tego procesu, którego
gwarantami było dwóch, wojskowych namiestników sowieckich na Polskę, prowadzono
grę przeciwko Milewskiemu, gromadząc m.in. obciążające go materiały. Operacja
ta pozwoliła oczyścić MSW z ludzi niewygodnych dla rządzącej ekipy. Morderstwo
na kapelanie „Solidarności” posłużyło Kiszczakowi by ustawić się w pozycji
jedynego sprawiedliwego, uczciwego, szlachetnego, i pokrzywdzonego generała,
który nie chce, ale musi dowodzić bandą łotrów pilnując, aby bezpieczniacka
zgraja nie weszła w szkodę i nie narobiła jeszcze większych problemów.

Jestem przekonany, że gdyby w
roku 1984 rzeczywiście istniały przesłanki wskazujące na udział Milewskiego w
zabójstwie księdza Jerzego, zostałyby przez ówczesną ekipę wykorzystane.
Ponieważ takich nie było, wystarczył sam efekt propagandowy, właściwie odebrany
zarówno przez część opozycji, jak i samego Milewskiego, który od tej pory nie
odgrywał już żadnej znaczącej roli.

Szczególnie fałszywa jest teza,
jakoby w roku 1984 miało dojść do „wojny” służb cywilnych z wojskowymi, przy
czym te ostatnie, miały rzekomo inwigilować ekipę Piotrowskiego i stać na
straży interesów „liberalnego” skrzydła partii komunistycznej. Trudno o większą
bzdurę.

W PRL-u nie istniała przecież
żadna struktura państwowa, którą można by posądzić o autonomiczne działanie.
Jak każda organizacja przestępcza, tak również partia komunistyczna wymagała
bezwzględnego posłuszeństwa i podległości. Tym bardziej, nie sposób sobie
wyobrazić, by w ramach zbiurokratyzowanego i zmilitaryzowanego systemu represji
i nadzoru nad społeczeństwem – jakiego częścią była policja polityczna, mogła
zaistnieć i zostać przeprowadzona, poza wiedzą i zgodą najwyższych władz partii
i resortu spraw wewnętrznych, tak skomplikowana kombinacja operacyjna, jaką
było porwanie i zabójstwo księdza. Przeczy temu nie tylko wiedza, o
mechanizmach zbrodniczego systemu totalitarnego, nie tylko zdrowy rozsądek, ale
cały szereg dokumentów, wyprodukowanych przez ten system. Wyraźne ślady ścisłej
współpracy Służby Bezpieczeństwa z kontrwywiadem i wywiadem wojskowym
znajdujemy choćby w ostatniej „Instrukcji w sprawie szczegółowych zasad
działalności operacyjnej Służby Bezpieczeństwa” stanowiącej Załącznik do
Zarządzenia nr 00102 Ministra Spraw Wewnętrznych z dnia 09 grudnia 1989 r. W
paragrafie39 instrukcji zawarto
jednoznacznie brzmiący zapis:

„Służba Bezpieczeństwa, realizując zadania w ramach swojego zakresu
działania, współdziała z właściwymi służbami Wojska Polskiego, a zwłaszcza z
Wojskowà Służbą Wewnętrznà Ministerstwa Obrony Narodowej i Zarządem II Sztabu
Generalnego Wojska Polskiego.”

Również „Instrukcja o pracy
operacyjnej Zarządu II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego" z 15.12.1976r,
podpisana przez Kiszczaka nie pozostawia wątpliwości, że istniało
współdziałanie obu służb. W Rozdziale VI – Postanowieniach końcowych czytamy:

W zakresie działalności wywiadowczej Pion Operacyjny współpracuje i
współdziała z niektórymi krajowymi instytucjami państwowymi, a przede wszystkim
z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych (głównie z Departamentem I i II), Szefostwem
Wojskowej Służby Wewnętrznej i jego terenowymi jednostkami operacyjnymi,
Ministerstwem Spraw Zagranicznych, Ministerstwem Handlu Zagranicznego i GM i
podległymi mu centralami oraz z innymi instytucjami wojskowymi i cywilnymi.
Zakres i formy współpracy Zarządu II Sztabu Generalnego WP z odpowiednimi
instytucjami państwowymi określają zawarte dwu stronne porozumienia w tym
zakresie
.”

W latach 80 –tych, gdy generalski
zamach na wolność, uczynił z Polski zmilitaryzowaną strukturę sowieckiego
systemu, współpraca służb wojskowych z SB w zwalczaniu opozycji i walce z
Kościołem musiała być niezwykle wszechstronna i w pełni współzależna. Znane są
przykłady, choćby dotyczące działań skierowanych przeciwko „Solidarności
Walczącej”, gdy WSW, wspólnie z SB prowadziła na szeroką skalę czynności
operacyjne.

Sugerowanie, że w roku 1984 mogło
dojść do sytuacji, by bez wiedzy i zgody najwyższych władz, fanatycznie wierni
funkcjonariusze SB mogli planować ważną operację – jest absurdem. Podobnej
wartości są domniemania, jakoby służby wojskowe podległe Kiszczakowi (jakby SB
nie było mu podległe) działały wbrew intencjom cywilnej bezpieki i miały podjąć
akcję „odbicia” księdza Jerzego z rąk oprawców. Istnieje wiele poszlak
wskazujących, że Piotrowski i reszta kontaktowali się z kimś, kto znajdował się
w pobliżu esbeków. Fakt przekazania księdza innej grupie może jedynie
świadczyć, że byli to ludzie współpracujący z porywaczami i wykonujący zadania
w ramach tej samej kombinacji operacyjnej. Nie mogło być mowy o żadnej
dowolności, autonomii działania bądź walce służb.

Fałszywą tezę, której
propagowanie zdaje się głównym celem „dziennikarskiego śledztwa” TVN –u
należałoby, zatem wyrzucić na śmietnik i uznać za historyczny nonsens.

Tytuł publikacji dziennika
„Polska” powinien wówczas brzmieć: „Ks. Jerzy mógł być ofiarą współpracy służb specjalnych
PRL”. Przebieg zdarzeń wskazuje, że wojskowi, przejmując Kapłana z rąk
Piotrowskiego wykonywali dalszy ciąg dyrektyw zleconych przez Kiszczaka i
Jaruzelskiego i operacja ta była przeprowadzana w ramach współpracy SB z WSW.
Druga ekipa, złożona prawdopodobnie z ludzi wojskowych służb służyła
„zabezpieczeniu” operacji, a w odpowiednim momencie przejęła inicjatywę. Trzeba
to wyraźnie powiedzieć - jeżeli w dniu aresztowania porywaczy z SB, ksiądz
Jerzy żył jeszcze, oznacza to, że był więziony, okrutnie torturowany i
zamordowany przez katów spod znaku WSW.

Ponieważ to te właśnie służby,
zostały za zgodą uczestników „okrągłego stołu” przeniesione do III RP w
niezmienionej formie, a za przyczyną ludzi takich, jak Bronisław Komorowski
osiągnęły ogromne znaczenie i wpływy w wolnej Polsce - można zakładać, że za
wieloletnim, często przestępczym procederem ukrywania prawdy o morderstwie,
stoją kiszczakowskie WSW/WSI. To
chronieni dziś i rehabilitowani przez rząd Platformy tzw. oficerowie byłych WSI
mogą nadal prowadzić działania dezinformujące i wykorzystywać media do
fałszowania rzeczywistości.

Najwyższy czas, aby wielkie
kłamstwo o tej zbrodni obalić. ONI wiedzą, że jeśli tak się stanie, złamana
zostanie zmowa milczenia, także w sprawie innych zbrodni systemu.

Ksiądz Jerzy Popiełuszko, podczas
mszy za Ojczyznę 27 maja 1984 roku wygłosił kazanie, którego treść doprowadziła
do wściekłości władców PRL-u. Powiedział wówczas m.in.:

„W dużej mierze sami jesteśmy
winni naszemu zniewoleniu, gdy ze strachu albo dla wygodnictwa akceptujemy zło,
a nawet głosujemy na mechanizm jego działania. Jeżeli z wygodnictwa czy lęku
poprzemy mechanizm działania zła, nie mamy wtedy prawa tego zła piętnować, bo
my sami stajemy się jego twórcami i pomagamy je zalegalizować".

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: