Huzia na Musiała!

Ostatnie wydanie Plusa Minusa-dodatku do Rzeczypospolitej zawiera sporą porcję jadu wylanego na osobę Bogdana Musiała (http://www.rp.pl/artykul/132254.html)
Jad wylewają osoby nobilitowane tytułami profesorskimi, ale także tylko doktorskimi lub też osoby bez tytułów, których nobilituje sąsiedztwo osób utytułowanych.

Co się takiego stało, że znamienite te osoby na hasło: „wszystkie ręce na pokład” złączyły się w jedynie słusznym oburzeniu na osobę Bogdana Musiała i postanowiły dać odpór. Kim jest zatem ów niecny Bogdan Musiał i co na Boga żywego uczynił?

Ci, którzy interesują się historią XX wieku, a szczególnie sprawami dotyczącymi polityki Stalina i Sowietów wobec Niemców i Polski oraz prześladowaniem Żydów przez Niemców na terenie Polski podczas wojny i okupacji wiedzą – jest to polski historyk po rozległych studiach w Niemczech i Wielkiej Brytanii, w Niemczech zresztą od 1982 roku zamieszkały, znany i niezwykle – dzięki swojej badawczej wnikliwości ( a bada on przeważnie sowieckie materiały źródłowe ) ceniony. Nie jest to wcale oczywistość – naukowe kariery urodzonych w Polsce zdarzają się Niemczech rzadko, żeby nie powiedzieć – śladowo. Bogdan Musiał jest naukowcem niezależnym. Nie związanym z żadnym ośrodkiem naukowym, co mu dodatkowo utrudnia życie. Najbardziej jednak utrudniło mu życie wypatrzenie w roku 1999 na wędrownej wystawie historyczno-dokumentalnej w Niemczech poświęconej zbrodniom Wehrmachtu w Sowietach podczas Operacji „Barbarossa” zdjęć z egzekucji przypisanych przez organizatorów Wehrmachtowi, a w istocie dokumentujących zbrodnie sowieckiej NKWD. Jak się później po dokładnym zbadaniu okazało, z 1433 zmieszczonych zdjęć 19 dokumentowały zbrodnie NKWD, a nie Wehrmachtu. Zrobiła się z tego niezła awantura, wystawę na czas dłuższy zamknięto i skorygowano, kuratora zwolniono. Od tej pory historyk Bogdan Musiał, to dla niemieckiej tzw. postępowej lewicy (lewica jest zawsze postępowa!) „prawicowy Musiał”. „Prawicowy” Musiał ( a prawicą jest w Niemczech i w świecie każdy, kto krytycznie zajmuje się stalinizmem) ogłosił tydzień temu, w poprzednim wydaniu „Plusa-Minusa” artykuł pt.: „Niewinny Stalin i źli Polacy” (http://www.rp.pl/artykul/128621.html).

W artykule tym, którego z powodu ważności każdego zdania streszczać tu nie będę i uważnej lekturze czytelnikom polecam, Bogdan Musiał ze względu na opublikowanie kolejnych materiałów źródłowych z kremlowskich archiwów w krakowskich „Arcanach” rozprawia się z narzucaną przez historyka UW Włodzimierza Borodzieja „jedyną słuszną” – jak to się niegdyś mówiło, interpretacją dotyczącą zarówno granicy na Odrze i Nysie, jak i ekstradycji („wypędzeń”) Niemców z terenów Ziem Zachodnich.Bogdan Musiał już przy okazji książki Włodzimierza Borodzieja na temat Powstania Warszawskiego wskazywał, że naukowiec ten powołuje się na prace komunistycznych autorów wywodzących się z UB/SB i systematycznie fałszujących historię tego okresu. Nikt jednak tematu nie podjął, a Włodzimierz Borodziej bez przeszkód został profesorem. Naukowcom Uniwersytetu Warszawskiego trudno się dziwić, skoro Włodzimierz Borodziej, urodzony w Wiedniu syn byłego rezydenta wywiadu PRL w Wiedniu i Berlinie, w Warszawie naczelnika wydziału VIII w zajmującym się wywiadem zagranicznym słynnym I Departamencie MSW (to tam m.in. decydowano, kto z polskich naukowców pojedzie za granicę), jest przewodniczącym zagranicznej komisji stypendialnej UW. Prawda, że pikantne?

Jednak brak jakichkolwiek rzeczowych dyskusji w skali kraju dowodzi zarówno marazmu umysłowego w uniwersyteckim świecie historycznym, jak i – niestety, niestety – braku lustracji wśród naukowców. Także i tym razem konkretne zarzuty dotyczące interpretacji historycznych Włodzimierza Borodzieja nie skłoniły nikogo, a już najmniej samego zainteresowanego do równie rzeczowej dyskusji. Zamiast tego grupa szacownych historyków z jednej – nazwijmy to eufemistycznie i na wyrost- „szkoły” z najbardziej bodaj skądinąd znanym Andrzejem Garlickim, rzuciła się Musiałowi do szyi wystawiając jednocześnie zaświadczenie moralności i profesjonalizmu naukowego Borodziejowi. Nic lepszego wymyślić się ad hoc nie dało.

Do grona tego dołączył również ochoczo „alpinista” – jak chętnie określa swojego publicystę "Gazeta Wyborcza” - Andrzej Paczkowski, który pewnie i w Alpach ma trudności w znalezieniu własnej drogi. Jako pierwsza uderzyła oczywiście już po długim weekendzie niezawodna „Wybiórcza” by piórem swojego specjalisty od szkół wyższych wydrwić Musiała. Redaktor Adam Leszczyński w finezyjny sposób streścił wszystkie główne tezy artykułu Musiała, jakby była to nie rzeczowa publicystyka, tylko program kabaretowy.

Jako drugi dał głos Robert Traba, piastujący fotel dyrektora polskiej placówki „naukowej” PAN w Berlinie, gdzie Włodzimierz Borodziej zasiada w radzie naukowej i jest częstym gościem referującym swoje „jedynie słuszne” poglądy na temat pamięci historycznej.

Naturalnie, jakżeby inaczej, oburzony list wystosowała także inna publicystka Gazety Wyborczej – nieoceniona pani Wolff-Powęska, której publicystyce na tematy polsko-niemieckie czytelnicy GW wystawiają na Forum tejże gazety zdumiewająco jednoznaczną opinię, po której powinna schować się do mysiej dziury.

Pani Wolff-Powęska m.in. stwierdza:„Opublikowany tekst szkodzi natomiast zarówno wizerunkowi IPN, jak i gazety, która go publikuje. Rodzi się bowiem pytanie, komu i jakim celom służyć ma tego typu publikacja. Dobrze byłoby, aby w zainicjowanej przez obecny rząd debacie na temat reformy nauki znalazło się miejsce na wytyczenie etycznych norm w tej ważnej dziedzinie życia.” Owe upragnione „etyczne normy” nie obejmują zapewne w intencji tej pani powiązań naukowca ze służbami PRL.

Last but not least (następnych łatwo przewidzieć!) do grona oburzonych w ostatniej „Rzeczpospolitej” dołączył dyrektor Instytutu Historii Uniwersytetu Warszawskiego prof. Michał Tymowski stwierdzając, co następuje: „Nie wchodząc więc w polemikę z opiniami, które na nią nie zasługują, pragniemy stwierdzić, że profesor Włodzimierz Borodziej cieszy się w naszym środowisku prestiżem i uznaniem wynikającym z naukowej wartości jego badań i publikacji. Jesteśmy dumni z jego osiągnięć i tego, że pracujemy wspólnie w Instytucie Historycznym UW.”

Czytelnik nie powinien podejrzewać czcigodnego profesora o formę „pluralis maiestatis”. Powinien sądzić, że prof. Tymowski przemawia w imieniu całego Instytutu. A tu proszę – zabawę zepsuł inny profesor z tegoż Instytutu - Tomasz Wituch wystosował własny list, gdzie pisze:

„Jestem profesorem w Instytucie Historycznym UW. Właśnie odczytałem treść listu, jaki skierował do „Rzeczpospolitej” dyrektor instytutu prof. Michał Tymowski, który występuje w imieniu „pracowników IH”. Nie w moim. Ja podzielam w pełni krytyczne uwagi dra Bogdana Musiała pod adresem mojego instytutowego kolegi prof. Borodzieja. Dr Musiał już jakiś czas temu usiłował wszcząć merytoryczną dyskusję z okazji wydania niemieckojęzycznej wersji doktoratu prof. Borodzieja. Wówczas również skwitowano ten głos jako atak ad personam.“

Mylą się ci, którzy po lekturze powyższych linijek sądzą, że chodzi tutaj tylko o osobiste animozje w kręgu jajogłowych. Co prawda wygląda to na pojedynek w samo południe między prof. Włodzimierzem Borodziejem, beneficjentem PRLu w jego najbardziej obrzydliwej formie i doktorem habilitowanym Bogdanem Musiałem, byłym górnikiem z kopalni „Wujek” („prostym robotnikiem” –jak stwierdza z przekąsem Traba w „GW”), który przeszedł całą drogę, jaką mu wyszykowali siepacze Kiszczaka i Jaruzela, a który nie dał się zglajszachtować i dziś nie brak mu odwagi osobistej, by mówić, że – co prawda nie król, lecz pewien profesor jest po prostu nagi. I to pomimo dopasowanych garniturów i gładkiej aparycji.

I nie jak to sobie zgrabnie według własnego mniemania wymyśliła pani Wolff-Powęska – Musiał „strzela zza węgła”, tylko jest dokładnie odwrotnie: zza węgła strzela animowanymi protestami, które nijak nie odnoszą się do meritum Włodzimierz Borodziej.

Dorobek naukowy Bogdana Musiała znalazł w tych dniach kolejny dowód uznania: dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung” przyniósł w ub. piątek, w rocznicę zakończenia II wojny fachową, afirmującą recenzję jego ostatniej w Niemczech publikacji, która – miejmy nadzieję – zostanie rychło przetłumaczona na język polski: „Kampfplatz-Deutschland”- „Pole walki – Niemcy”, w której Bogdan Musiał rzeczowo i na podstawie obfitych moskiewskich źródeł potwierdza to, w co „szkoła” skupiona wokół Andrzeja Garlickiego i Włodzimierza Borodzieja mając nawet wszystko czarno na białym nigdy nie uwierzy: Sowieci pod wodzą Stalina szykowali się intensywnie od roku 1927 do zniszczenia Polski i podbicia Niemiec, a po nich Europy.

Nieustannie wyśpiewywane słowa „dziś niczym, jutro wszystkim my” miały stać się ciałem i to w stopniu jak najdosłowniejszym, a nie – jak sądzić mogą czytelnicy Suworowa – tylko w jakiejś niewidocznej, podskórnej, wywiadowczo-szpiegowskiej warstwie. Jak celnie zauważa recenzent Hans-Erich Volkmann – dotychczasowe teorie, zarówno z punktu widzenia „gołębi”, jak i „jastrzębi” pomiędzy historykami opierały się na „astrologii kremlowskiej”. Po raz pierwszy opublikowane przez Musiała tezy opierają się na solidnych badaniach archiwalnych u samego źródła – w Moskwie. Znaczy to tym samym, że należy obecnie zacząć korygować podręczniki uniwersyteckie i gimnazjalne.

Dopiero jakieś dwadzieścia lat temu zaczęła się w podziemiu walka o wolność słowa, o wypełnienie białych plam w naszej historii, o nowe, zrywające z PRL-owskim kanonem interpretacje. Pisał o tym nawet tu, w Salonie na swoim blogu Marek J.Chodakiewicz. Walka ta opóźniona stanem wojennym i „transformacją” wcale się nie skończyła. Układ się broni. W końcu chodzi o kariery, habilitacje, profesury, stypendia, ordery i apanaże. A najważniejszy w tym wszystkim jest fakt, że beneficjenci układu przywykli po prostu stać w pierwszej linii i zlizywać śmietankę. Innego życia sobie nie wyobrażają. Dlatego wara każdemu, kto to status quo chce podważyć!

Nie tylko w polityce i w gospodarce, ale i w nauce nadal dzierży władzę określony układ. Należy go wskazywać palcem, należy odkrywać przed ludzkimi oczami nici pajęczyny, która ma zasłonić nam prawdziwy ogląd rzeczy i odebrać lub zmanipulować świadomość. Układy w nauce są równie lub bardziej niebezpieczne, jak te w polityce i gospodarce dlatego, bo implikują wszelkie pozostałe.

Ma rację Musiał pisząc w zakończeniu swojego artykułu:

„Przypadek Włodzimierza Borodzieja, wcale nieodosobniony, może być przykładem tego, jakie skutki przyniosło zaniechanie rozliczenia się z dziedzictwem PRL. Ma to bezpośrednie bardzo negatywne konsekwencje dla stanu polskiej historiografii współczesnej, naszej wiedzy na temat dziejów najnowszych, a także wpływa na fatalny wizerunek Polski w zachodniej pamięci zbiorowej.”

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: