WYWIAD z EWĄ KUBASIEWICZ- HOUEE - bohaterką filmu Więźniarki

Tradycyjnie tuż przed Dniem Polonii i Polaków za Granicą w Wyższej
Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu odbyło się XII Forum
Polonijne. Przyjechały na nie osoby, które w swoich środowiskach,
poza granicami kraju podtrzymują polskość i starają się na miarę
swoich możliwości służyć Ojczyźnie. Patriotyzm nie jest dla nich
przebrzmiałą wartością, lecz drogowskazem prowadzącym zawsze do
Matki Polski.  
Z Ewą Kubasiewicz-Houee, uczestniczką forum, działaczką opozycji
w PRL mieszkającą we Francji, autorką książki "Bez prawa powrotu",
rozmawia Katarzyna Cegielska
 

Jest Pani osobą, która dostała najwyższy wyrok w czasie stanu
wojennego - 10 lat pozbawienia wolności, z czego
spędziła Pani w więzieniu dokładnie 17 miesięcy. Nie była Pani
osobą, powiedzmy, z pierwszej linii "Solidarności". Dlaczego
akurat Pani otrzymała taki wyrok?
 
- Wiele razy się nad tym zastanawiałam i myślę, że dziś już znam
przyczyny. Oczywiście, iż nie byłam z tej zupełnie pierwszej linii,
niemniej jednak znajdowałam się w samym środku, gdyż zostałam wybrana
do Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ "Solidarność", którym
kierował Lech Wałęsa, i bardzo szybko zmuszona byłam znaleźć się
w opozycji do niego, ponieważ nie zgadzałam się z jego autokratycznymi
metodami rządzenia. Usiłował on zapanować nad wszystkim i w zasadzie
uchwały czy inne rozporządzenia przegłosowane przez zarząd regionu
często szły do szuflady. Powód? Wałęsa nie zgadzał się z nimi,
często nie można było niczego "przepchnąć". Byłam tym
absolutnie zdziwiona i zszokowana, co spowodowało, że zwróciłam
się w kierunku Andrzeja Gwiazdy, ówczesnego wiceprzewodniczącego
związku, który myślał tak samo jak ja i znaczna część moich kolegów.
Zostałam natychmiast zaliczona do tzw. gwiazdozbioru. Jeśli się nie
mylę, to ubecja lub Wałęsa wymyślili to określenie - "gwiazdozbiór",
tzn. zwolennicy Andrzeja Gwiazdy. Być zwolennikiem Gwiazdy oznaczało
w tamtych czasach iść prosto, konsekwentnie, zgodnie ze statutem związkowym,
nie robić żadnych kombinacji. Ci ludzie uznani zostali bardzo szybko
przez władzę komunistyczną za tzw. opozycję niekonstruktywną, do
której i ja się zaliczałam. To był pierwszy argument przemawiający
za tym, aby otrzymać wysoki wyrok. Druga rzecz to fakt, że "opozycja
niekonstruktywna" była karana o wiele surowiej niż "opozycja
konstruktywna". 

Nie bez znaczenia był fakt, że pracowała Pani w Wyższej Szkole
Morskiej...
 
- Tak, to była uczelnia paramilitarna, w której pełniłam funkcję
wiceprzewodniczącej Komisji Zakładowej NSZZ "Solidarność"
i byłam równocześnie odpowiedzialna za wydawnictwo. Drukowaliśmy
tam teksty, które nie mogły być drukowane gdzie indziej. Byliśmy
chyba jedyną komisją zakładową "Solidarności" w kraju,
która założyła własne wydawnictwo. Drukowaliśmy książki z najnowszej
historii Polski i Europy, dotyczące takich zagadnień, jak wydarzenia
węgierskie, procesy stalinowskie, wydaliśmy np. "Mróz od Wschodu"
Zdenka Mlynara. Prasa partyjna zaczęła nas potwornie za to atakować.
Miało to miejsce nawet w tych czasach, kiedy "Solidarność"
była jeszcze bardzo mocna. Już wtedy pokazywały się artykuły, w
których pytano, czemu prokurator się tym nie zajmie i czemu mają
służyć takie wydawnictwa Wyższej Szkoły Morskiej. Sądzę, że
gdy zostałam aresztowana, to oni postanowili od razu zrobić proces
pokazowy dla zastraszenia społeczeństwa. Rektor naszej uczelni uprzedzał
mnie: "Pani Ewo - mówił - to nie jest tak, jakby pani pracowała
w akademii medycznej czy na politechnice. To nie jest tego typu szkoła".
Rektor przestrzegał mnie przed interwencją SB. Myślę, że komuniści
nie mogli znieść, iż szkoła paramilitarna jest taka bezkompromisowa.
Nasza komisja rzeczywiście była bardzo konsekwentna w swojej walce.
Równocześnie jako członek zarządu regionu byłam dodatkowo członkiem
wspomnianego tzw. gwiazdozbioru. Sądzę, że chciano pokazać, w jaki
sposób będą karać takich niepokornych, i zrobili pokazówkę. Proces
trwał 3 dni i wyroki były najwyższe w kraju. 

Wspomniała Pani o tym, że nie zgadzała się z autokratycznymi
rządami Lecha Wałęsy. Czy to rzeczywiście były jego rządy, czy
ktoś inny za nim stał?
 
- Wałęsa łatwo ulegał różnym wpływom i po prostu myślę, że
władza bardzo szybko doszła do przekonania, że to dobrze, iż Wałęsa
stoi na czele związku, ponieważ z nim łatwiej się dogadać. Myślę
więc, że miał on wytyczoną konkretną linię i tego się trzymał.
Stosował różne metody, np. oskarżając bezpodstawnie Annę Walentynowicz
o szkalowanie związku. Spowodował również, iż Ania została wyrzucona
z Komisji Zakładowej NSZZ "Solidarność" Stoczni Gdańskiej
i straciła mandat delegata. To naprawdę było szokujące dla nas wszystkich.
Zarząd regionu powołał specjalną komisję, w której było aż trzech
czy czterech prawników, którzy opracowali raport w tej sprawie. Prowadzili
przez kilka tygodni formalne śledztwo, z którego wynikało, iż wszystkie
te pomówienia są bezpodstawne. Zdecydowano więc, że musi to być
przedstawione do publicznej wiadomości. No, ale do tego nie doszło,
dlatego że gdy solidarnościowa drukarnia, w której pracowali znakomici
ludzie jeszcze z dawnych WZZ, czyli Wolnych Związków Zawodowych, rozpoczęła
drukowanie, to wpadła bojówka, połamała matryce i raport nie został
wydrukowany. To właśnie tego typu metody były bardzo trudne do zaakceptowania.  

Za co konkretnie została Pani skazana? Jak sformułowano zarzuty? 
- Odpowiadałam z dwóch artykułów. Zarzucano mi kontynuowanie działalności
związkowej po 13 grudnia 1981 r., co było sprzeczne z dekretem o stanie
wojennym, oraz powodowanie zagrożenia dla obronności kraju i tym podobne
bzdury. Jako dowód rzeczowy mogła posłużyć tylko jedna ulotka.
Po 13 grudnia wraz z Jurkiem Kowalczykiem - moim kolegą z pracy, przewodniczącym
mojej komisji zakładowej przy szkole morskiej, napisaliśmy apel do
społeczeństwa, aby się nie poddawać, trwać w oporze i walczyć.
Wydrukowaliśmy tę ulotkę w bardzo dużym nakładzie. Udało się
to przy pomocy studentów z Uniwersytetu Gdańskiego i to był jedyny
dowód na to, że po 13 grudnia coś zrobiłam. Czyli że zredagowałam
i wydrukowałam ulotkę, którą podpisałam własnym nazwiskiem. Stan
wojenny wprowadzono niezgodnie z jakimkolwiek prawem. I w zasadzie niczego
innego formalnie nie można było mi zarzucić, bo niczego więcej nie
zdążyłam zrobić, gdyż 20 grudnia już mnie aresztowano. Zresztą
ulotka została wydrukowana już po moim aresztowaniu. Ten wyrok to
była jedna wielka paranoja!  
W ostatniej chwili został dołączony do sprawy mój syn Marek, który
był wówczas studentem fizyki na Uniwersytecie Gdańskim. Marek działał
w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów, ale nie było żadnego dowodu
na tę działalność, a tym bardziej na jego udział w mojej sprawie.
Początkowo nie rozumiałam, dlaczego go dołączono, i okazało się
to dopiero podczas procesu, gdy prokurator zabrał głos, mówiąc,
jakie to strasznie niebezpieczne i groźne dla Polski, dla Narodu, że
tacy ludzie jak ja mają kontakt z młodzieżą. Najlepszy dowód, że
matka i syn znajdują się na jednej ławie oskarżonych. Obrona wniosła
o rewizję wyroku, ale wniosek został odrzucony. I dopiero na miesiąc
przed moim wyjściem z więzienia Sąd Najwyższy zrobił taką rewizję
z urzędu. Powstał bowiem straszny szum w świecie i zostałam więźniem
roku 1982. Od razu wiedziałam, iż na tym mogę tylko skorzystać.
Polska wówczas starała się o pożyczki finansowe na Zachodzie i absolutnie
władza nie mogła sobie pozwolić na to, aby trzymać tylu ludzi w
więzieniach. Jaruzelski zapewniał, że jest już coraz większa swoboda
i demokracja w Polsce. W dodatku wszyscy z mojego procesu (8 osób)
zostali już zwolnieni. Wyszli po roku, tylko ja zostałam, a odpowiadaliśmy
z tego samego paragrafu. Siedziałam w więzieniu pół roku dłużej
niż inni z powodu listu otwartego, który napisałam. Ówczesny przewodniczący
Rady Państwa Henryk Jabłoński zaproponował, że jeżeli więźniowie
z dekretu stanu wojennego okażą skruchę i poproszą o łaskę, mogą
zostać uwolnieni. Po prostu była wielka presja całego demokratycznego
świata, aby uwolnić te tysiące ludzi, które siedziały w więzieniach.
Władza szukała jakiegoś pretekstu, aby poprawić swój wizerunek.
Jeżeli ludzie zaczną wychodzić z więzień, to państwo pokaże się
jako niesłychanie łaskawe i dobroduszne. Napisałam więc list otwarty
zatytułowany "Do moich przyjaciół", prosząc, aby broń
Boże nikt nie prosił dla mnie o łaskę, bo ja tej łaski nie przyjmę.  

Miała Pani także problemy z obecnym marszałkiem Senatu Bogdanem
Borusewiczem. Z jego ust padły słowa oskarżające Pani męża o agenturalność.
Jak Pani to odebrała?
 
- Kiedy wyszłam z więzienia, to oczywiście natychmiast chciałam
się rzucić w nurt jakiejś dalszej działalności. Pomyślałam więc,
że założę gazetę. Miałam nadzieję, że Bogdan Borusewicz, który
był wtedy szefem polskiego podziemia na Wybrzeżu i dysponował sprzętem,
pieniędzmi, materiałami, papierem, który przychodził z Zachodu w
olbrzymich ilościach, udzieli mi pomocy. Dla mnie to było oczywiste,
że natychmiast da mi jakąś maszynę i zacznę coś robić. Ku mojemu
wielkiemu zdziwieniu niczego jednak mi nie dał i nie chciał się ze
mną spotkać. Zaproponował mi zejście do podziemia wraz z mężem.
Napisałam mu więc, iż jeżeli zaszłaby taka konieczność, to kiedyś
do tego podziemia mogę zejść, ale robienie tego teraz byłoby skrajnym
błędem. Dopiero co wyszłam z więzienia, szum wokół mojej osoby
był olbrzymi w mediach: w Wolnej Europie, w BBC itd., i pomyślałam
sobie, że nie będą mogli mnie natychmiast wsadzić do więzienia
z powrotem, więc ten czas trzeba wykorzystać. On mi na ten gryps nie
odpowiedział, natomiast podał wiadomość, że ze mną nie należy
się kontaktować, bo mój mąż - Marek Kubasiewicz - jest agentem
SB. Na początku myślałam, że Bogdan został wprowadzony w błąd,
że to jakieś nieporozumienie. Chciałam z nim porozmawiać, ale on
nigdy się ze mną nie chciał spotkać. Uniemożliwił mi po prostu
jakąkolwiek działalność. Opozycja gdańska od razu się skłóciła,
bo byli tacy, którzy mu uwierzyli i ze mną w ogóle się nie kontaktowali,
ale byli i tacy jak Gwiazdowie czy Ania Walentynowicz, którzy byli
strasznie tym oburzeni i wiedzieli, że to nieprawda. Gdy wyszłam z
więzienia, prawie żadne czasopismo zakładowe nie istniało. Prawie
wszystko było rozbite. Redakcje upadały z braku sprzętu, z braku
pieniędzy, z braku papieru. Nie było żadnej pomocy. Oskarżenie Marka
o to, iż był agentem, spowodowało rozbicie opozycji gdańskiej. Było
to dla mnie niezrozumiałe. Podobnie Borusewicz postąpił z Andrzejem
Kołodziejem. Kiedy został on zwolniony z czeskiego więzienia, zaraz
mu zaproponował zejście do podziemia. Był tam parę miesięcy i o
mało w depresję nie wpadł, bo nic nie robił, tylko się ukrywał.
Wyszedł więc i przyłączył się do mnie. A ja w tym czasie dostałam
propozycję z "Solidarności Walczącej" od Kornela Morawieckiego.
Pytali, czy nie chciałabym wspomóc organizacji, i oczywiście się
zgodziłam.  
Andrzej więc też zgłosił swój akces do "Solidarności Walczącej"
i założyliśmy oddział Trójmiasto "Solidarności Walczącej".
Zaczęliśmy działać swoimi sposobami, kryjąc się nie tylko przed
ubecją, ale również przed ludźmi Borusewicza.  

Mylił się czy specjalnie rzucał podejrzenia?

- Tego nie wiem. Mogę tylko stwierdzić, że jego zachowanie było
dla mnie niezrozumiałe. Może kiedyś to się wyjaśni. Przytaczam
tylko fakty, które miały wtedy miejsce. W każdym razie nie mam do
niego najmniejszego zaufania. Jest to człowiek, któremu nie podałabym
ręki, bo zachowywał się w sposób fatalny i często zachowuje się
tak nadal. Nie podoba mi się też to, co on w tej chwili robi za granicą,
to znaczy, że będąc marszałkiem Senatu, zabrania kontaktowania się
z niektórymi organizacjami.  

Czy kiedykolwiek żałowała Pani swojej działalności opozycyjnej,
siedząc w więzieniu?
 
- Nie, nigdy nie żałowałam, mimo że spotkało mnie za to więzienie.
Uważam, iż w tamtym okresie było absolutnie moim obowiązkiem, podobnie
jak wielu milionów Polaków, zaangażować się w tę walkę. Uważaliśmy,
że była to jedyna słuszna droga, jedyna słuszna rzecz, którą można
było w tamtych czasach zrobić.  

Na koniec nawiążmy do XII Forum Polonijnego, jakie odbyło się
w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Była tu
Pani obecna po raz pierwszy. Jak Pani odebrała to spotkanie?
 
- Zostałam zaproszona przez pana kapitana Zbigniewa Sulatyckiego i
bardzo się cieszę, że przyjechałam. Poznałam wielu wspaniałych
ludzi. Ponadto atmosfera była cudowna - patriotyczna, bardzo wzruszająca.
Udział w tym forum był dla mnie wielkim i bardzo, bardzo mocnym przeżyciem.
Jestem wdzięczna za to zaproszenie.  

Dziękuję za rozmowę.  

Zdjęcia Katarzyna Cegielska

Archiwum ABCNET 2002-2010: