4. Wspomnienia o ludziach opozycji

FRAGMENTY WYWIADU Z JANOSEM KENNEDIM Naszą rozmowę zakończyliśmy na momencie, kiedy w 1978 roku dostałeś paszport. Dlaczego nie uciekłeś wtedy na zachód? W 1977 roku zaczęła się konsolidacja opozycji, chciałem trochę zarobić. „No, to jak długo zostajesz?” – spytał się mnie Kéri, kiedy w trakcie swego pobytu w Paryżu zadzwoniłem do niego. Ostatni raz rozmawialiśmy ze sobą sześć lat wcześniej, kiedy umówiliśmy się, że w pierwszym dogodnym terminie dołączę do niego. „Dopóki starczy mi poczucia humoru” – odpowiedziałem, bo byłem niezadowolony z sytuacji – do stycznia 1977 roku zebraliśmy 34 podpisy, były to początki samizdatowych rękopisów, ale ponieważ miałem kłopoty z pogodzeniem wartości politycznych i życiowych i wcale tego nie ukrywałem przed innymi, to Kéri musiał mi zadać to pytanie. Jakie były powody waszych niesnasek? W idyllicznym stanie sektarianizmu, w latach 1968-1973, twierdziłem, że skoro już coś robimy, to róbmy to dobrze. Skoro zamknęli „Małego Litwinowa”, za to, za co myślę, że go zamknęli, to cóż to za upokarzający przywilej być wolnym w kraju, który swe braterskie uczucia wyraża za pomocą czołgów. Dlatego nalegałem, abyśmy również zaczęli kolportować pisma drugoobiegowe, tak samo, jak autorzy „Kroniki wydarzeń codziennych” w ZSRR. György Bencze i János Kis, których polityczny radykalizm był mi najbliższy, uważali to za przedwczesne. Zgadzaliśmy się co do oceny systemów politycznych zbudowanych na wzór radziecki, ale im bardziej zależało na zbawieniu Györgya Márkusa, a mnie na uwiedzeniu dziewicy komunistycznej. Bencze i Kis w ramach „Szkoły Lukácsa” starali się doprowadzić do rozłamu, wskutek którego mój pancernik pojawiłby się na wodach „Hungarii” i powybijałby „Złych” ukrytych w szeregach „Dobrych”. Zasada Orwella traktująca o nacjonalistycznych zapędach między innymi dlatego się sprawdziła na nas, ponieważ emocje wewnątrz grupy przyczyniły się do konsolidacji grupy. Jednakże nasza jedność została poddana ciężkiej próbie przez to, ze Bence i Kis mimo swych agresywnych zamiarów musieli zachować pozory – żył jeszcze założyciel szkoły, zaś Márkus był bardziej związany ze „złymi” zwolennikami Lukácsa niźli swoimi, którzy samych siebie określali jako „dobrych”. Potrzeba pogodzenia agresywnych zamiarów i dyplomatycznych środków doprowadziła do tego, ze nasze wieczory stały się areną erupcji wzajemnych konfliktów osobistych co uniemożliwiało artykulację naszych planów politycznych. Nie twierdzę, że sam w tym nie uczestniczyłem, ale mnie to nie zadowalało. Świetnym przykładem naszych wieczorów pełnych intryg była zabawa zwana „Głupcem ze stali”, polegająca na wrzucaniu drobnych do skarbonek rozstawionych w pięciu częściach miasta, w przypadku gdy ktoś wymienił imię ówczesnego kaowca. Tymi pieniędzmi później wspomagaliśmy ofiary ówczesnej kultury politycznej: Gyulę Gazdaga i/lub Petriego, nie pamiętam, kto otrzymał w końcu wygraną. Czy zasada „jak już coś robimy, to róbmy to dobrze” nie harmonizuje z zasadą „im gorzej, tym lepiej”, którą ówczesna władza starała wam się wmówić? Nie, zasada „jak już coś robimy, to róbmy to dobrze” znaczyła, że skoro już ryzykujemy, to zróbmy przynajmniej coś sensownego. Nie tylko niszczmy bezmyślnie. „Dlaczegóżby nie?” – pytał Jenő Szűcs, który od zasady „im gorzej, tym lepiej” oczekiwał końca socjalizmu. Nasza prawie już dwudziestoletnia przyjaźń została przez to zagrożona. Szűcs uważał nasz świat za zamknięty totalitaryzm, z którego nie wyrośnie demokracja, póki system ten nie runie rozsadzony przez własny brak ogłady. Ja natomiast uważałem, że ten nasz totalitarny socjalizm jest dziurawy ja ser szwajcarski, i twierdziłem, że wartości przeciekające przez te dziury przyczyniają się do erozji systemu, co może doprowadzić do powstania demokracji. On czytywał te broszury podziemne niczym mnisi-kopiści w średniowieczu zachwycający się ukrytym znaczeniem przepisywanych przez siebie tekstów, ale nie oczekiwał, że tego rodzaju literatura doprowadzi do demokracji w przeciągu 200-300 lat. Jak na razie w naszej malej kuchni politycznej zajmowaliśmy się sobą, zamiast przeznaczyć nasz potencjał umysłowy na produkcję literatury podziemnej. Podkreślam, że ja w tym wszystkim uczestniczyłem, choć z narastającym poczuciem znudzenia, i nasze podejścia do życia zupełnie się różniły. Każdy w tym towarzystwie był czyjąś żoną lub mężem, i każdy miał kochankę lub kochanka. I Ty to mówisz, który się powoływałeś na swobodny tryb życia chuliganów, i który z takim uznaniem wypowiadałeś się o kotłowaniu się na piętrowych łóżkach, co było charakterystyczne dla towarzystwa Twojego Ojca? Sympatie wzbudzała we mnie owa „otwartość” tychże stosunków, a nie ich sekciarstwo. To, co tak sentymentalnie ujął w swym wierszu pt. „Krzesła nad Dunajem” Szabolcs Várady: „G. porzucił A. (żonę P.), potem M. (żona B.) porzuciła mnie, potem G. został porzucony przez M. (żonę G.), i przyszedł do mnie ( w międzyczasie B. się rozwiedli), P. popełnił samobójstwo i od tego czasu mnie więcej mieszka w sanatorium” Na to ja patrzyłem z nieukrywaną wrogością. M.-a, Marię Pap dla pokazania przykładu odbiłem od Béli i pojąłem za żonę, i z tego powodu autor wiersza się na mnie obraził, ponieważ zgodnie z zasadami towarzystwa to jej kochanka powinienem był poprosić o jej rękę. No, tego ja nie znosiłem, ale uważałem, że przynajmniej oczyszczanie będzie przebiegało na moim terenie. Frustrację, spowodowaną faktem, że w polityce nie robimy tego, co chcielibyśmy, starałem się zwalczać przez akcję oświatową mającą na celu uświadamianie ludu. Kultura emocjonalna nie może być przeszczepiana. Zawaliłem chyba najbardziej ambitny cel swojego życia. Od razu by zbankrutował ten, kto wartości emocjonalne własnego towarzystwa chciałby sprzedać na rynku. Ja natomiast, ponieważ sam się uczyłem kultury emocjonalnej w grupie Kériego i Kolosa, myślałem, że mogę ją przekazać dalej . Tylko że oni naprawdę byli zadowoleni z tej formy służalczości, którą nakreślił w swym wierszu Szabolcs Várady o „Dwóch krzesłach nie nadających się do siedzenia”. Moja działalność „psychologa-wędrowca” raczej szkodziła, aniżeli pomagała tym, których przekonywałem swoimi amatorskimi metodami, którymi nie byłem w stanie odróżnić różniące się od siebie kultury emocjonalne, i dlatego operowałem wartościami głodu i dobrobytu. W międzyczasie mnie udało się poślubić prawdziwy wulkan w postaci Marii Papp, nawet jeśli nasze małżeństwo nieco ostygło przez fakt, że w trakcie naszego współżycia trwającego 14 lat nie byłem w stanie przystosować się do tego towarzystwa, z którym byłem politycznie powiązany. Popełniłem bigamię z moralnością kartezjańską, i ten dualizm do niczego dobrego nie doprowadził. Mówiłeś o jakichś politycznych konfliktach…? Te z biegiem czasu zanikały. Ale nie umocnił nas fakt, że nasza kultura emocjonalna i działalność polityczna nawzajem się osłabiały. Brakowało nam głosu, który by akcentował, że błędy są po prostu błędami. Świetnym przykładem tego faktu są „nasze niebezpieczne stosunki”, ale nadmierne ekscytowanie się drobiazgami wskazywały na nasza impotencję w okresie dojrzewania politycznego. Po śmierci Lukácsa, planowane wydanie jego rękopisów, ze względu na wagę i przesłanie tych pism, mogło spowodować powstanie wyrwy – patrzcie, nasz pierwszy druk podziemny! Niestety, musieliśmy przysiąść, że nie będziemy tego kolportować. Ágnes Erdélyi dostała naganę, to stopień niżej od wydalenia, tylko za to, że pokazała jeden egzemplarz swemu partnerowi życiowemu, nielubianemu przez nas filozofowi. W świetle pism zebranych w 1972 roku mogliśmy powiedzieć: głupotą jest nasze stanowisko, jakoby tylko autorzy mogli to czytać, albo po prostu powiedzieć: no dobra, i co z tego? Zamiast tego rozpoczęło się polowanie na czarownice, i choć ani razu autorzy tego zbioru się nie zebrali żeby porozmawiać o jego wartości, to za każdym razem ekscytowali się „zbrodnią” Ágnes Erdélyi. Z niesamowitą konspiracją rozpoczęliśmy cykl wykładów u Pétera Donátha i Zsuzsy Gáspár (u kontynuatorów tradycji „Muskátli” i „Uniwersyteckiego teatru”). Nie sądzę, żeby na początku lat 70. zorganizowano na Węgrzech bardziej merytoryczną konferencję o terroryzmie, kwestii żydowskiej itp. Dużo energii poświęciliśmy organizacji tego, kto nie może przyjść na te imprezy, chociaż sekciarstwo by się skończyło, gdyby zaprosić innych. Zresztą sytuacja zaczęła się zmieniać w połowie lat 70-tych, kiedy to seminaria poświęcone sztuce stały się powszechnie dostępne w mieszkaniu Kőszeghy, zaś seminarium Jánosa Kisa o Keynsie u nas. Kiedy wreszcie na wiosnę 1977 roku pewnego ranka Bence i Kis przybyli do nas i położyli na stole kuchennym opatrzone ich wstępem rozważania Szelényiego mówiąc – oto pierwsza nasza nielegalna publikacja, kopiujcie i kolportujcie, ja się nie cieszyłem, myślałem tylko – straciliśmy osiem lat. Tak właśnie rozumiałem to, że na początku 1977 roku zaczęło się krystalizować coś, co mogło się rozpocząć w 1968 roku. Jeśli sądzisz, że jest to moje późniejsze już stanowisko, to zobacz jaka była moja odpowiedź na kwestionariusz Lukácsa i Marxa (choć z całego serca nie będę Ci ich polecał jako lektury, bo są to pisma z mniej lub bardziej zaowalowanymi uwagami na temat tego dziwnego stanu). Podsumowując, czy można stwierdzić, że Ty spędziłeś lata 1968-1977niezadowolony i rozczarowany wśród kształtującej się opozycji? Bynajmniej nie. Tylko byłem przygnębiony świadomością, że towarzystwo, które pragnie wejść na scenę polityczną, musi najpierw uporządkować swoje wewnętrzne relacje zanim wzejdzie kurtyna. Bo może się okazać, że premiera będzie udana i mile zaskoczona publiczność będzie zainteresowana naszą trupą, ale przez to, co o nas usłyszy, nie tylko że nie wykupi karnetu na przedstawienia, ale nawet od czasu do czasu nie będzie miała ochoty nas oglądać. Dwie akcje zbierania podpisów – które się skończyły zanim się zaczęły – strajk głodowy Harasztiego i Dalosa w trakcie prześladowań Konráda i Szelényiego – były dla mnie bardzo pomocne w wyciągnięciu odpowiednich wniosków. Z reakcji środowiska można było zauważyć, że jesteśmy postrzegani przez pryzmat plotek, choć trzeba przyznać, że były i realne powody dla negatywnej reakcji środowisk inteligenckich, które ja chciałem zlikwidować. Dobrze wiedziałem już w trakcie oświadczeń solidarnościowych roku 1977 i 1979, że ludzie odmawiali podpisania petycji skierowanych do chartystów nie dlatego, że były one napisane przez ludzi wyznających zasadę „im gorzej, tym lepiej”. W tych środowiskach, gdzie poszła ta fama, my w ogóle nie zbieraliśmy podpisów. Ale już w tych kręgach, gdzie ludzie byli gotowi zaryzykować podstawami swej egzystencji, by zaprotestować przeciwko panującemu porządkowi, ich chęć do składania podpisów znacznie ostygła, gdy okazywało się, że mieli do czynienia z towarzystwem, które nie było skłonne do kompromisów w małych sprawach i było obojętne wobec ważnych problemów. Te odmowy, z którymi mieliśmy do czynienia, były z reguły reakcją establishmentu broniącego swojego status quo, ale zawierały w sobie również elementy prawdziwe, które winny być zmienione. Starając się coś zmienić ja sam stawałem się coraz bardziej pesymistyczny, co zresztą zauważył Péter Balassa, ale akurat wtedy, kiedy usiłował mnie przekonać, że powiedział prawdę swojemu szefowi, Istvánowi Hermannowi: jego pismo opublikowane w „Profilu” wydobyłem od niego w sposób niemoralny. Jak przygotowaliście „Profil”? Począwszy od tej porannej godziny, kiedy Bence i Kis przynieśli rękopis Szelényiego, a potem Andrása Hegedűsa wraz ze swoim komentarzem, ja myślałem już tylko o tym jak nadrobić stracony czas. Prędko zabrałem się za redagowanie „Obserwatora Środkowo-europejskiego”. W ciągu roku opublikowałem polityczne dzienniki Paula Gomy z 1977 roku, teksty czechosłowackich chartystów, „Dziennik” 1956 roku Woroszylskiego, przetłumaczyłem książkę Medwiedewa o radzieckiej cenzurze pocztowej, Bence i Kis zaś przygotowali dla potrzeb czasopisma dokumenty opozycji polskiej. Entuzjazm tłumaczy udzielił się również osobom zajmującym się sprawami węgierskimi. W latach 1968-1977 wpadło mi w ręce wiele tekstów, które cenzura odrzuciła twierdząc, iż „nie pasują one do charakteru czasopisma”, w związku z czym starałem się je teraz znaleźć. W trakcie przygotowań prawie tysiącstronicowego zbioru dokumentów tylko raz natrafiłem na przeszkodę. Ferenc Kunszabó, na którego pracę napisaną o kłamstwach znajdujących się w podręcznikach historii, zwrócił moją uwagę Sándor Csoóri, po wysłuchaniu zasad rządzących „Profilem” wyraził swą aprobatę. „Problem polega – kontynuował – na charakterze węgierskiego radykalizmu. Żydzi zgłoszą, tak jak w 1918 roku szereg lepszych pomysłów, a potem znowu Węgrzy poniosą konsekwencje.” Nie traktowałem aż tak serio jego antysemityzmu jak Gyuri Bence i Mari Kovács, której samochodem jechaliśmy do Mátraverebély, żeby nabyć rękopis. „Nie powinno się traktować to serio – uspokajał mnie Csoóri – tyle tylko, że chcielibyśmy być tak liczni, jak wy”. Ale to stanowcze odcięcie się od antysemityzmu zaczęło mnie niepokoić w kontekście jego przyszłości w Froncie Narodowym. Nagle zrozumiałem, Csoóri ma lepsze mniemanie o kształtującej się właśnie opozycji demokratycznej, aniżeli ów ruch na to zasługuje, i co będzie z tą zabawą we Front Narodowy, jeśli pisarze ludowi będą mieć poczucie niższości, i w celu dowartościowania się w stosunku do owej fatamorgany zaczną rozróżniać grupy „my” i „wy”. Ja bodajże nie czułem żadnych różnic między nami, szczególnie, że Csoóri również podpisał w 1977 roku oświadczenie o solidarności a potem dużo mi pomagał przy redakcji „Profilu”. „Profil” redagowałeś świadomie na podstawie programu Frontu Ludowego? Zobacz spis treści! Co innego mogło umieścić razem artykuły Józsefa Tornai’ego i László Rajka, socjologiczne badania wychowanków Istvána Keménya z pismami wyznawców Lukácsa, jeśli nie zasady redakcyjne Frontu Narodowego, które były w stanie pogodzić byłych maoistów i pracowników urzędów centralnych czyli konkretnie, opozycyjnego László Beke i Mihálya Lakiego, zajmującego się studiami nad kierowaniem państwem. Nie licząc oczywiście takiego czynnika integracyjnego, jak cenzura, którą wszystkich 34 autorów zbioru chciało zlikwidować. Tyle krytycznych uwag, które tu przedstawiłeś, ale z wydania „Profilu” byłeś chyba zadowolony? Byłem szczęśliwy, że znalazło się w nim parę perełek – teksty Szabolcsa Várady’ego, wiersze Györgya Petri, opowiadania Kornisa i Csaloga. Jedno odkrycie było dla mnie niesamowitym przeżyciem: talent Sándora Tara i Andrei Buday do socjografii. Z zadowoleniem opublikowałem dzieła Andrása Lakatosa, Kemény’ego, Solt’ego, Fogarassy’ego, Endreffy’ego, które również z innych powodów były mi bliskie. Wielkiego zadowolenia nie czułem, ponieważ „Profil” świadczył również o naszych brakach. Tylko tyle tekstów stworzyliśmy? Z tego nie będzie opozycyjnego wydawnictwa z prawdziwego zdarzenia tak jak w ZSRR, Polsce czy Czechosłowacji. Z powodu powolności maszyny do pisania wniosek ten wysnułem, zanim „Profil” zaczął krążyć. Myślałem, jakby tu prowadzić naszą działalność, skoro nie mamy takich warunków jak w Polsce, ZSRR czy Czechosłowacji, ale jest popyt? I wtedy pojawił się pomysł Mihálya Kornaia – „Dziennik”. Zarówno pod względem formy, jak i treści był to pomysł oryginalny. Nie tylko publikowaliśmy w nim dzieła literackie, ale nastąpił kontakt między kulturami emocjonalnymi. Zasady życia codziennego były redagowane przez takich znawców rzeczywistości, jak Valeria Újvári, Aliz Halda, praktykę obywatelskiego nieposłuszeństwa György Krassó, teorię Kőszeg i Endre Hann; również poczucie solidarności opozycyjnej zaczęło się kształtować w „Dzienniku”, bo przecież ani Instytut Poszukiwań Pracy pod kierownictwem Mihálya Csákó i Zsuzsy Horváth ani też Instytut Badań nad Zwolnionymi z Pracy którego dyrektorem był Mihály Hamburger nie powstały by bez „Dziennika”. Byli marksiści nigdy by się nie dowiedzieli o prześladowaniach metodystów bez reportaży Gábora Iványiego, badacze literatury o biedzie bez Zsille i Gábora Havasa, przyszli kombatanci polityczni o tradycjach obywatelskich radykałów bez Pála Szalay’ego, bojownicy o prawa obywatelskie o stanie mniejszości siedmiogrodzkiej bez Tamása Gáspára Miklósa. Korzenie „Dziennika” sięgały akurat tam, gdzie – jak podejrzewałem – znajdują się powody zróżnicowanego rozwoju opozycji w różnych krajach naszego systemu. System sowiecki wszędzie stworzył terror, ale i tak słabą środkowo-europejską kulturę polityczną udało mu się zniszczyć tylko na Węgrzech. Rosyjskie, polskie i czechosłowackie kultury polityczne różnią się od siebie, ale istnieją. Węgierską zaś trzeba budować od nowa, a do tego potrzebne są dziesięciolecia. Może nie stulecia, jak twierdzi Jenő Szűcs. Dlatego pisałeś na przełomie 1977/1978, że „dla powstania przyszłej kultury politycznej warunkiem jest to, by – skoro już istnieje prasa opozycyjna, to podsycane przez nią dyskusje szły w kierunku różnych programów i potrzebnych działań”? Tak, „Co u diabła mamy zamiar zrobić?” nie było jakoś szczególnie dobrym tekstem – szkoda było wywalić MGP z „Népszabadság” z powodu próby umieszczenia ich w „Zeszytach Węgierskich”, ale między innymi dlatego umieściłem je w „Dzienniku”, by zapoczątkować jakąś dyskusję... I zapoczątkowało... Nieszczęście. Wielorakie. Chodzi Ci o Mihálya Vajda i Sándora Radnótiego, ale nie do końca zrozumieli jego przesłanie. Sądzili, że skoro zamierzam stworzyć przyszłą kulturę polityczną za pomocą narad i różnorakich planów, a plany za pomocą zrozumienia rzeczywistości, to ja jestem nową partią bolszewicką, koniem trojańskim Bence-Kisa. Bolszewicy faktycznie twierdzili, że trzeba wyjść do ludu – tak jak moje pisma zachęcały do badań socjologicznych, ale oni tylko dlatego to robili, żeby zniszczyć resztki kultury politycznej. Bence i Kis oczarowani wówczas KOR-em zgadzali się z poglądami Michnika i Kuronia, że powołaniem opozycji jest krytykować, rządu upaść, i po co do tego jakieś plany czy programy? Zjazd Solidarności z 1981 roku potwierdził moje poglądy, ale w 1978 roku to ja cierpiałem z ich powodu i to na dodatek od swoich towarzyszy niedoli. Którzy zresztą byli przeciwnikami samego „Dziennika”, twierdząc, że zbyt wiele dyskusji zmarnuje wybuchową energię polityczną. „Zapotrzebowanie jest na opozycję polityczną, nie kulturalną” twierdzili, bo przecież oni także chcieli nadrobić stracone lata, ale w szybszym tempie, aniżeli ja planowałem to w 1978. W końcu z powodu pisma również i rewizjoniści z 56 roku się na mnie obrazili, sądzili, że to ich winię za upadek kultury politycznej, a ja przecież napisałem, że to oni byli ostatnim pokoleniem, które mogło coś uczynić dla jej zachowania. Jedynie Donáth i Mérei mnie zrozumieli. Pomimo bizantynizmu tekstowego zrozumieli, że napomknąłem o 56 tylko po to, by idee 1956 roku dołączyć do programu opozycji. Mérei od razu włączył się w prace redakcyjne, Donáth natomiast nie tylko, że dał swoje nazwisko, tak jak w 1977 przy zbieraniu popisów, ale na dodatek dzielił się z nami swoimi pomysłami. Ja sam nigdy bym się nie ośmielił użyć wyrażenia „Front Narodowy”, gdybym nie usłyszał od Donátha, że w odbudowie kultury politycznej musimy sięgnąć do 1937 roku, by uniknąć przeciwstawienia przez władzę mieszkańców wsi mieszkańcom miast, liberałów socjalistom itp.... „Tak właśnie wyobrażam sobie typowego prezydenta” – stwierdziła Mari Pap po tym, jak Donáth spędził u nas jeden wieczór. Nie chodziło jej o to, że Donáth nawet nie poluzował krawata w trakcie rozmowy, która zakończyła się dopiero nad ranem, mimo że siedział koło pieca. „Pan prezydent” odnosił się do fantastycznej właściwości jego osobowości, która pozwalała mu po odsłuchaniu niesamowicie chaotycznego podsumowania na temat losów opozycji oddzielić ziarno od plewy – mimo że często bagatelizowaliśmy jedne i wyolbrzymialiśmy inne sprawy – i w końcu naszkicował pewne ramy historyczne i polityczne dla powyższych kwestii. Pod koniec Mari podniosła kieliszek i spytała się: „I co Pan łaskawie myśli na ten temat?” Mnie ta elegancka stylistyka nie była niczym nowym, ponieważ od pewnego czasu Aliz Halda dokooptowała Bence, Kisa i mnie do spacerów z psem Donátha i widziałem już „pana prezydenta” na czworaka na ziemi, jak usiłował odciągnąć od kocura schowanego pod samochodem swojego foksteriera i to bez jakiejkolwiek szkody dla konwersacji. Ferenc Donáth w 1978 stanął na czele opozycji? Wyrażenie „stanął na czele” nie jest odpowiednie, choć ja osobiście chciałem, by tak się stało. Dotąd nie odgrywał on żadnej roli, dopóki nie został poproszony lub wybrany na jakąś funkcję, po raz pierwszy w 1979 roku został wybrany na prezesa zespołu redakcyjnego nad książką pamiątkową Istvána Bibó. Poza tym, przy zachowaniu odpowiednich pozorów, miał on jedno hobby. Był on mianowicie wielkim zwolennikiem konspiracji. Zdarzało się często, że spotykaliśmy się z Donáthem noszącym sztuczną brodę w lesie pomiędzy jego miejscem pracy Aliz Haldy a jego mieszkaniem, i jeszcze częściej, że chciał on pozostać anonimowy nawet po deklaracji otwartej walki z systemem. Musieliśmy to uszanować. Bence i Kis byli niezadowoleni, oczekiwali w latach 80-81, kiedy oni zamierzali naśladować strategię KOR-u, że Donáth zostanie lokalnym Lińskim. [chyba Lityńskim] Ty tak nie uważałeś? Pomiędzy 79 a 81 ja postanowiłem zwolnić tempo. Dlaczego, przecież w tym czasie zaczęło się kształtować to, o czym marzyłeś od 1968 roku? Moje powody były złożone, i nawet po to, by samemu je zrozumieć, potrzebowałem trochę samotności. Do poważniejszych przemyśleń zmusiła mnie kampania solidarnościowa w 1979 roku i jej sukces, kiedy to w obronie chartystów zebraliśmy ponad 300 podpisów, czyli ośmiokrotność owych 34 podpisów, zebranych przez nas w styczniu 77. Pierwszy zastanawiający mnie fakt polegał na tym, że Bence, Kis i ja byliśmy w błędzie, kiedy na dwa miesiące przed nowym procesem chartystów zrobiliśmy małe badanie opinii publicznej na temat szans zorganizowania nowej akcji solidarnościowej i doszliśmy do wniosku, że chętnych jest mniej niźli poprzednim razem. Dlatego postanowiliśmy, że przynajmniej nasza trójka wyśle listy do Pragi w obronie chartystów. Zabezpieczyliśmy się, żeby nasz list został przedrukowany w „Le Monde”. Tyle że sami weszliśmy na minę. Bo kiedy to wyszło na jaw, po pojawieniu się dwóch innych deklaracji, co stanowiło dowód na to, że byliśmy w błędzie, wszyscy którzy podpisali się pod listami byli oburzeni naszą indywidualną akcją. A przecież my bardzo chętnie dołączylibyśmy do reszty – zresztą tak też uczyniliśmy, gdy po mieście zaczęły krążyć te listy – gdybyśmy wcześniej nie doszli do (prawdziwego) wniosku, że nie możemy być organizatorami tej akcji. Tylu policjantów będzie nas śledzić, że akcja będzie bez szans (w styczniu 1977 roku dopiero siódmego [dnia] wieczorem zauważyli, że coś się dzieje, kiedy już agencje na całym świecie podały tę sensacyjną wiadomość. Tak ich to zamurowało, że przez następne tygodnie nie byli się w stanie ruszyć sprzed naszego mieszkania). Sądziliśmy, że raz jeszcze nie dadzą się nabrać, przed rozprawą w Pradze naliczyliśmy kilkanaście Ład śledzących nas w cały mieście. Ale nie podejrzewaliśmy, że kwestionariusze wyprodukowane przez Zsilléków, Dalosów, Radnótów nawet, gdy po raz dwudziesty pojawiały się w tym samym mieszkaniu to sprawiały więcej radości aniżeli nasza precyzyjna akcja z 77 roku. Tak, ludzie lubią spontaniczne akcje, to uwalnia ich od obaw i czarnych myśli, natomiast nasza precyzja przypomina im te precyzyjnie straszne przewroty, które powodują tylko strach i przerażenie. Na wojnie ludzie wolą chaos oswobodzenia, aniżeli rozkoszowanie się pięknem sztuki wojennej. Lepszy jest burdel od koszar. Zwięźle, w 1979 roku doszedłem do wniosku, że nie znamy nawet swoich bliskich, nie mówiąc o całym społeczeństwie, w związku z czym naukowcy myślący szablonami książkowymi nie powinni stawać na czele ruchów politycznych. Ja w każdym razie musiałem sobie poszukać miejsca w tylnych szeregach. Pomogło mi w tym odkryciu entuzjazm, jaki wywołał na Węgrzech sukces „Solidarności” w Polsce. Kiedy sam ze zdziwieniem obserwowałem erozję systemu socjalistycznego w Polsce (aż do prowokacji bydgoskiej, wtedy zacząłem mieć złe przeczucia), coraz bardziej byłem przerażony zidioceniem coraz liczniejszej opozycji węgierskiej. Coraz więcej osób myliło Węgry z opanowaną przez „Solidarność” Polską. Polegało to między innymi na tym, że coraz więcej osób, z którymi od 68 roku nie miałem żadnego kontaktu zaczęło się do mnie dobijać, sądząc, że niedługo będę miał wystarczającą władzę, żeby np. załatwić im linię telefoniczną; ale również wielu moich przyjaciół-opozycjonistów zamieniło się w lunatyków. Całe miasto było pijane ze szczęścia, na wykłady uniwersytetu latającego waliły takie tłumy, że nie sposób było się tam dostać, a prywatki były takie, jak te w latach 60.; ja natomiast miałem coraz gorsze samopoczucie. Dwie w sumie błahostki, mogą służyć wytłumaczeniem dla mego stanu. Latem 81 roku we trójkę jechaliśmy samochodem, ja z tyłu, a kierowca i przedni pasażer dyskutowali nad podziałem stołków ministerialnych. „Co zrobimy z Kenedim?” – spytał kierowca. „Wyślemy na zesłanie” – stwierdził jego towarzysz mrugając do mnie. „Boże, chroń nas! Tylko nie to! Wyślemy raczej do jakiegoś państwa z trzeciego świata jako ambasadora, żeby nam tu opozycji nie organizował” – stwierdził kierowca, bardziej obeznany w tajnikach przewrotów pałacowych. W motywacji było trochę prawdy, w przeciwieństwie do tych bzdur, które były powodem rozmowy. Dlatego też inne, bardziej osobiste wydarzenie miało na mnie większy wpływ. Na szkole letniej w Óraköz poznałem Marię Teresę Worowską, tłumaczką, która znalazła się na Węgrzech, ponieważ zakochała się w poezji Bálinta Balassiego i chciała przetłumaczyć wszystkie jego wiersze na polski. Przyjechała tu, tłumaczyła, zakochała się, wyszła za mąż, urodziła dzieci. Po wykładzie Pétera Hanáka usiedliśmy w restauracji, i już nie pamiętam a propos czego – bo byłem w szoku, jako że była ona w stanie wymienić z głowy rozkład zajęć warszawskiego uniwersytetu latającego z lat 1939-44 - opowiedziała mi swoje dwa sny. Pierwszy sen polegał na tym, że Niemcy prowadzili Teresę z konwojem Żydów, kiedy nagle podeszła do niej kobieta w ciąży, powiedziała że właśnie odeszły jej wody i spytała się, co ma robić. Wejdźmy w kukurydzę – odpowiedziała Teresa we śnie – wtedy nas zastrzelą Niemcy i nie zostaniemy upokorzone. Drugi sen też był o potrzebie zachowania godności w obecności nieprzyjaciela. Ten sen miał miejsce w łazience obozu koncentracyjnego. Teresę zapytała jej najlepsza przyjaciółka, jakby tu można przeżyć to. Chodź, powiedziała Teresa, odkręćmy rury, wtedy umrzemy pierwsze. Byłem zupełnie zszokowany i zadawałem Teresie różne pytania, by zrozumieć dokładniej te sny (teraz sobie przypomniałem, że przedwojenny słuchacz uniwersytetu latającego, Tadeusz Borowski, napisał nowele, które były kluczem do snów). Okazało się, że Teresa urodziła się wiele lat po wojnie, w rodzinie chrześcijańskiej, i w ogóle skąd się biorą jej sny? Koniec końców, doszedłem do wniosku, że oświeceni rodzice Teresy, z zawodu pedagodzy, na wszystko jej pozwalali w dzieciństwie, również i na jej największą pasję, czytanie, nie ukrywali przed nią żadnych dzieł, również tych emigracyjnych, zakazali jej tylko jednej rzeczy. Nie wolno jej było czytać książki po godzinie ósmej wieczorem, bo już wtedy nosiła grube okulary. Teresa natomiast schowała się pod kołdrą, zapaliła świecę i czytała. Bała się, że podpali łóżko, bała się, że zostanie zdemaskowana. Dlatego jej sny, powodowane przez wyrzuty sumienia połączyły się z czytanymi tekstami. A ja zacząłem się zastanawiać, czy jest wśród nas ktoś, kogo normalna aktywność jego osobowości połączyła z historią w sposób tak głęboki? Czy jest ktoś wśród słuchaczy uniwersytetu latającego, kto urodził się poza amnezją historyczną, czyje odczucia życiowe stanowią jedność z kolektywną pamięcią jego ojczyzny? Odpowiedź, którą samemu sobie dałem, utwierdziła mnie w przekonaniu, że powinienem się zająć programem rekonstrukcji kultury politycznej, może zaowocuje to w przyszłych pokoleniach, i żebym nie powiewał tu sztandarem „Solidarności” nad akcją dokarmiania dzieci w Polsce. Dopóki policja nie dobrała mi się do skóry, przez półtora roku prowadziłem klub filmowy w liceum Miklósa Radnótiego gdzie starałem się pokazać trzem obiecującym, inteligentnym uczniom rozumienie według Bibo Europy Środkowo-Wschodniej na podstawie polskich, węgierskich i czeskich filmów nowej fali. Wiedziałem, czego im brakuje. I jeszcze parę lat temu tym chłopcom odradzałbym karierę inteligenta węgierskiego tak jak to uczyniłem w przypadku Gábora Fencsika w 1968 roku, lecz 10 lat później już zrozumiałem, że dla przyszłej przemiany duchownej istnieje potrzeba przekazania owych wartości, obecnych w snach Teresy. Innymi powodami, dla których nie uczestniczyłem w owej euforii lat 80-81 są m. in. zwycięstwo reguły Friciego Stücka oraz porażka moich idei na spotkaniu tuż przed wydaniem „Beszélő”. Kim jest ten Frici Stück? Był to węgierski Niemiec, pracował w piekarni i dostał kopa w tyłek w latach 50. Stał się bohaterem naszej historii w następujący sposób – mąż Flóry Fencsik, Pál Forgács słuchał naszej dyskusji na temat przyszłego losu wydawnictw drugoobiegowych. Mamy je dawać każdemu do skopiowania czy drukować i rozprowadzać za pieniądze? I wtedy on opowiedział historię, jak to w latach 50. w trakcie swej wizyty w piekarni towarzysz Gerő zapragnął pokazać, jak blisko mu do ludu pracującego i zapragnął skosztować wafelka, produkowanego przez Friciego Stücka. Ledwo co wziął go do ust, od razu wypluł. „Trzeba było wziąć od niego forinta, od razu bardziej by smakował” – stwierdził Frici. Po tej historii już nie byłem w stanie bronić swojego idealistycznego stanowiska o darmowych materiałach opozycyjnych. Ja osobiście brzydzę się kwestiami finansowymi. I otworzyliśmy „sklepik”. Prowadzili go Rajk i Demszky, pieniądze trzymała Rozi Hodosán w swojej torebce, dzięki czemu nawet w przypadku nalotu policji i przeszukania mieszkania pieniądze by się uratowały. A przed wydaniem „Beszélő” jaki Twój pogląd stanął na głowie? Ja należałem do tzw. „sceptycznie nastawionej większości” nazwanej tak przez Jancsi Kisa na zebraniu organizacyjnym redakcji. Twierdziłem, że do wydawania czasopisma są potrzebne trzy rzeczy. Musi być odpowiednia infrastruktura techniczna i intelektualna. Nie możemy naraz być konspiratorami i prowadzić otwartą walkę z systemem. Musi istnieć program, konsekwentnie realizowany przez pismo. Przed 1980 roku Bence i Kis – najlepiej nadający się do pisania programu – byli przeciwnikami pisania programów, dlatego ja nie wierzyłem w taką możliwość. Powinna istnieć grupa redakcyjna z ambicjami politycznymi. Pamiętając „Książkę pamiątkową Istvana Bibó” i fakt, że spośród 74 autorów tylko teksty Bency, Kisa, Miklósa Duray’ego i Gusztáva Molnára wykazywały jakieś ambicje polityczne - w to również nie wierzyłem. Że był to mój błąd udowodnił mi Kis w 27. numerze „Beszélő” i zaproponował, żebyśmy razem redagowali „Máshonnan Beszélő” jako kontynuację „Kelet Európai Figyelő”. Lat 79-81 były dla mnie niezbyt szczęśliwe – prócz „Książki pamiątkowej Istvana Bibó”, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę moje sprawy osobiste. Wielu moich przyjaciół wyemigrowało, co źle wpłynęło na moją psychikę, bo zostałem pozbawiony swego dotychczasowego towarzystwa. I nawet nie zauważyłem, że na latającym uniwersytecie znalazłem się blisko pewnej dziewczyny, która posiadała wszystkie zalety moich poprzednich partnerek, ja jednak nie byłem w stanie pielęgnować tego związku, zachowałem się nieodpowiedzialnie, jak tchórz. To już zupełnie przybiło mnie i zniszczyło szacunek do samego siebie. Z „Książki pamiątkowej Istvana Bibó” możesz być dumny, jeśli dobrze pamiętam, byłeś inicjatorem jej powstania? Pochlebiasz mi, ale ja niewielkie mam tu zasługi, szczególnie w porównaniu do Bibó. Jego pisma świadczą o jego wielkości, oraz fakt, że w tym czasie coraz więcej osób dostrzegało jego aktualność. Ty byłeś jego uczniem, prawda? Nie, on miał tylko jednego autentycznego ucznia – Zoltána Ivána Dénesa. Ale Wasze stosunki były ciepłe? Tak, ale ja znałem go nie osobiście, lecz przez jego pisma, na które natknąłem się w 1967 roku w bibliotece. Potem miałem z nim parę kontaktów, m. in. w 1977 roku, kiedy miał do mnie pretensje, że nie zanieśliśmy mu do podpisu listu w obronie chartystów. W trakcie rozmowy, nie mając argumentów na jego zarzuty, spytałem się, czy nie moglibyśmy umówić się na wywiad-rzekę, wydaną później w formie książkowej? Nie powiedział nie, i zacząłem coś organizować. Ale ubiegł mnie Gábor Vági, który zapłacił mu za wyłączność. Bibó później przyznał się, że wstyd mu za swój materializm. A mnie było przykro, że ten wielki człowiek ma takie problemy finansowe, że musi „się sprzedawać” na rynku. Nasze stosunki się ocieplały, choć na początku jeszcze podejrzewał mnie o bycie agentem bezpieki. Pod koniec lat 70. już postanowiliśmy wydać zbiór jego pism, ale on sam nas prosił, by niektóre jego dzieła ujrzały świat dopiero po jego śmierci. Po śmierci Bibó ukonstytuowała się grupa redakcyjna, składająca się z jedenastu osób. Wśród nich byli ksiądz, psycholog, robotnik malarz, rolnik, pisarz, komunista i socjaldemokrata, były rewizjonista i przyszły rasista. Na spotkaniach redakcyjnych odbywaliśmy prawdziwe burze mózgów, i zapoczątkowaliśmy budowę swoistej kolejki górskiej, której poszczególnymi stacjami były „ludowofrontowy” Monorierdő, mieszkanie Eörsiego w 86, i pociąg ten prawie dogonił drugi, pędzący prosto w kierunku demokracji... Bo nawet jeśli maszyniści i personel kolejowy się zmieniał i były to różne osoby, to przecież wszyscy oni postępowali zgodnie z planem naszkicowanym w „Książce pamiątkowej Istvana Bibó”. Dlaczego wykoleił się Wasz pociąg? Z powodu siły odśrodkowej. Pisarze ludowi tak pchnęli swój wóz, że zderzył się on z pociągiem „ludowofrontowym” i cała kolejka runęła na wesołe miasteczko. Co to oznacza bez metafor? To, że spotkanie w Lakitelek wykoleił dotąd solidarny ruch opozycyjny, zanim zdołaliśmy osiągnąć wytyczony cel, jakim było stworzenie dojrzałej kultury politycznej. Nie dlatego odmawiasz im przydomka „ludowofrontowego”, bo nie zaprosili Ciebie? Miklósa Vásárhelyi i László Lengyel, którzy zajęli tam miejsce, gdzie przygotowywali nowa „naradę monorską” od stycznia 1987 roku, zostali przypadkowo zaproszeni przez tych organizatorów, którzy zniszczyli Front Ludowy. Nieważne było, czy kogoś tam zaproszą. Lengyel pojechał, Vásárhelyi nie. Według Ciebie co skłoniło organizatorów Lakitelek do buntu? Zanim wszystko się zawaliło konstrukcja był już słaba. Nie była w stanie udźwignąć Csurki. Samo spotkanie zaczęło się dwa miesiące wcześniej od zaplanowanej daty, w ciężkiej atmosferze. Nie dziw, że Für i Csurka – przedstawiciele pisarzy ludowych, postanowili rozpocząć rebelię. „Umowa społeczna” była pocałunkiem śmierci dla zebrania – twierdzili, ponieważ tekst jest tak dobry, że my już niczego nowego nie wymyślimy, i na tyle radykalny, że nikt z ich grupy tego nie podpisze. Siedzieliśmy i słuchaliśmy ze zdziwieniem owego przemówienia, które kończyło się tym, że jesteśmy amoralną zbieraniną, skoro ich nie powiadomiliśmy o „Umowie społecznej”. Było oczywiste, że ta deklaracja programu politycznego odzwierciedla jedynie poglądy redakcji „Beszélő” a nie całej opozycji, ale Für i Csurka nie ustępowali. Cóż mieliśmy robić... Poprosiliśmy o dwa tygodnie czasu do namysłu, ale ukazał się list Csurki, w którym oskarżał opozycję, że chce nie tylko odwołania Kádára, ale również Grósza i Berecza, którzy obiecali wydać zgodę na ukazywanie się nowego pisma „Hitel”, redagowany przez pisarzy ludowych. Dla nich widać ważniejsze było to pismo, aniżeli pozostanie częścią opozycji. Gdyby w 1987 roku żył jeszcze Ferenc Donáth, czy mógłby przeszkodzić pisarzom ludowym w opuszczeniu Frontu Narodowego? Wśród pisarzy ludowych Ferenc Donáth był poważany na tyle, że mógłby im wyperswadować porzucanie opozycji dla własnego pisma. Myślę, że w tym buncie pisarzy ludowych ma pewne znaczenie poczucie niższości, chcieli oni władzą wypełnić pustkę intelektualną. Pisarze ludowi mieli aspiracje ogólnonarodowe, ale nie byli w stanie stworzyć takiego programu ekonomiczno - politycznego, jak sześciu redaktorów „Beszélő”. Nie byli w stanie zrozumieć, że są tylko częścią owego wewnętrznego przewrotu na łonie partii, który doprowadził do utraty władzy przez Kádára na rzecz Berecza i Grósza. W 1987 roku doszło do rozłamu, którego już nie udało się zlikwidować mimo wielu prób, takich jak „List 100” Czyli uważasz, że „Książka pamiątkowa Istvana Bibó” była porażką? Ależ nie! Ja po prostu stwierdzam, że prawdą jest powiedzenie, że „historia jest najlepszym nauczycielem, ale ma najgorszych uczniów”. A czy w Twoim ukrytym optymizmie nie ma takiej możliwości, że ludzie jednak zaczną korzystać ze wskazówek historii? Kto wie. Nikt z nas nie dożyje odpowiedzi. Miło jest dumać nad zaszłościami historii. To dlatego w latach 80. zamiast zajmować się socjografią przerzuciłeś się na filologię Bibó i Zoltána Szabó? Nie tylko... Jestem bardzo dumny ze swej lojalności, a dałem słowo Bibó i Szabó że zrobię porządek z ich pismami. A potem w trakcie prac redakcyjnych spotkałem prawdziwych pasjonatów, a nie koniunkturalistów, z którymi miło mi się współpracowało. Poza filologią mógłbyś się zająć również socjologią...? Faktycznie, w latach 70. i 80. zebrałem dużo materiału w trakcie prowadzonych badań socjologicznych na temat społeczeństwa węgierskiego. Przeszukiwałem śmieci drugiego świata, żeby znaleźć powiązania z korupcją i nepotyzmem trzeciego świata. Ale zakończenie tych prac nie zależało jedynie od mojej woli. Inne warunki, potrzebne do uprawiania socjologii, zanikły... (...) Na spotkaniu „Sieci” [Niezależnych Inicjatyw Społecznych] w listopadzie 1988 roku akurat Ty i Bálint Magyar mieliście referat na temat kształtowania się wizerunku SZDSZ, wskutek którego partia ta odcięła się od polityki opartej na nostalgii. Dlaczego obawiasz się, że nostalgia polityczna w zderzeniu z zaszłościami władzy doprowadzi do polaryzacji sceny politycznej? Bo SZDSZ również pomaga ludziom w tym, żeby nawet przez przypadek nie byli w stanie wyciągnąć wniosków z historii. Nie z powodu złych chęci, ani strategii politycznej. Odpowiedzi należy szukać raczej w powodach socjopsychologicznych, a nie błędach politycznych, które ja uważam za skutek prawdziwych dramatów ludzkich. Co rozumiesz przez słowo „dramat”? Członków opozycji ale również i sympatyków mieszano z błotem w kwiecie ich wieku. Trudno znaleźć wśród nich kogoś, kto mógłby spokojnie robić karierę w latach 70. i 80., kto mógłby zajmować się spokojnie swoimi sprawami bez zetknięcia się z przemocą, która go wpędziła w swoiste getto. Powstały ściany między nimi a tą częścią społeczeństwa, które nie tłukło głową w ten mur. Były to ciężkie czasy, gdy izolacja oznaczała zakaz podróżowania czy podejmowania pracy(!!), gdy wszędzie i zawsze było jakieś dodatkowe ucho czy oko kontrolujące nas. Po 10-15 latach takiego życia w człowieku zachodzą zmiany, których ktoś żyjący poza murem nie zrozumie. I trudno jest pozbyć się nawyków, nabytych w tym czasie. Bardzo trudno. Dramat polegał m. in. na tym, że ludzie z opozycji nie mieli wystarczająco dużo czasu na regenerację. Brakuje owych sił spajających program organizacji politycznych z warunkami potrzebnymi do prowadzenia działalności w ramach społeczeństwa. Skoro już zostałeś okrzyknięty za krytyka minionych dziesięcioleci, czy mógłbyś nam przybliżyć ów dramat? Najchętniej pominąłbym tą kwestię. Łatwiej jest ocenić minione dziesięciolecie, aniżeli ostatni rok. Przez dramat przyspieszonego czasu rozumiem to, że po powstaniu SZDSZ, ale również i przedtem, powstały dziesiątki różnych organizacji. Partie historyczne (np. Partia Drobnych Rolników), organizacje polityczne nie mające charakteru partyjnego (Fidesz, SZDSZ) itp. Ich zakres oddziaływania zachodził na siebie, tak jak i członkowie, programy itp. były podobne lub takie same. Wystarczy spojrzeć na władze różnych organizacji w latach 87-89. Te same osoby sprawowały różne funkcje w różnych organizacjach. Poza tym był jeszcze nacisk zwykłych członków na władze, by przeciwstawić się monowładzy MSZMP. Te dwa czynniki pokazują, dlaczego te organizacje opozycyjne były tak podzielone i osłabione, choć trzeba przyznać, że nawet połączenie ich sił nie byłoby w stanie powstrzymać kryzysu społecznego, spowodowanego przez system. Jeśli z bardzo nielicznego grona bardzo wiele osób zacznie funkcjonować we władzach wielu organizacji, i często zamieniają się oni między sobą, to bardzo szybko grupa ta traci swoje siły na zwykłe politykierstwo. W taki właśnie sposób doszło do fiaska koncentracji sił opozycyjnych. Wskutek kryzysu MSZMP doszło do powstania wolnego rynku mediów, co wprowadziło pewne zamieszanie w szeregach SZDSZ-u, którego członkowie przez ostatnie 10 lat byli zepchnięci na margines społeczeństwa właśnie z powodu walki prowadzonej o liberalizację mediów i wolność wypowiedzi. Kiedy to stało się faktem, wszyscy zajęli się politykierstwem. I tak SZDSZ zaczęła tracić zaufanie społeczne w roku 1989, ale proces ten jest bardziej skomplikowany. W trakcie naszej rozmowy o ostatnich 40 latach tyle razy skakałeś w czasie, to teraz spróbuj się skupić na konkretach. Powyższą mowę wygłosiłeś w marcu 1989 roku. Napisałem tą mowę po opublikowaniu ram programowych SZDSZ-u, ale SZDSZ już w grudniu 88. nie był w stanie się zgodzić z moją główną tezą, czyli na zwołanie zebrania konstytuującego nowy porządek w szeregach opozycji. Ten pomysł popierał MDF, zaś SZDSZ poszukujący swej tożsamości starał się odróżniać od innych, co doprowadziło do minimalizacji skłonności kompromisowych i maksymalizacji zniecierpliwienia. SZDSZ oczekiwał od MDF-u, że odrzuci swoje stanowisko z Lakitelek i powróci do Frontu Narodowego. SZDSZ akurat wtedy stracił swą cierpliwość, kiedy było nań największe zapotrzebowanie. Sam Bibó postulował zwołanie zebrania konstytuującego nowy porządek w szeregach opozycji, ale SZDSZ zajęty zagrywkami partyjnymi nie był w stanie dostrzec ducha swego patrona w tej propozycji. Co więcej, widząc rosnącą popularność MDF-u SZDSZ wpadło w panikę i osobę Bibó starało się wykorzystać poprzez podkreślanie tożsamości duchowej SZDSZ z osobą Bibó. Wyolbrzymianie drobnych niesnasek, walka o rząd dusz doprowadziła do trwałego konfliktu między tymi dwoma siłami narodu, które powstały jako głos sprzeciwu przeciwko obecnemu porządkowi. Krótko mówiąc, Für i Csurka wykreowali sztuczny konflikt w zamian za pewne świadczenia ze strony MSZMP. Natomiast SZDSZ mający zakompleksioną kadrę kierowniczą (z powodu nieznajomości ówczesnych realiów) także kreował swoje wirtualne pole bitwy. Pomiędzy 87 a 88 stawka gry wzrosła z powodu pogarszającej się sytuacji wewnętrznej i sprzyjających okoliczności zewnętrznych. SZDSZ w tej grze nie oszukiwała, co powiększało dramatyzm sytuacji. Na wiosnę 89 czas zaczął szybciej płynąć, wszelakie organizacje polityczne powstawały jak grzyby po deszczu, a SZDSZ wydawało się, że rośnie, a tak naprawdę rozpadało się. SZDSZ była zbyt zapatrzona w sytuację w Polsce, gdzie system się walił a władza usiadła do rokowań z opozycją, ale bez udziału Sejmu. A na Węgrzech? System trwał, parlament prężnie działał, komuniści miast pogrążyć się w marazmie budowali różne struktury. Mimo to SZDSZ nalegało na rozpoczęcie rokowań z władzą na wzór polski – ponad głowami społeczeństwa bez udziału parlamentu. To był drugi błąd tej partii. Walczące o demokrację i przejrzysty system polityczny SZDSZ zgodziło się na wykluczenie opinii publicznej z rokowań, tyle tylko że gdyby rokowania utknęły w martwym punkcie to zostałaby włączona prasa w celu wywarcia nacisku. MDF poszedł na to, ale z innych powodów. Za zamkniętymi drzwiami MDF nie skompromitowałby się brakiem we własnych szeregach specjalistów różnych dziedzin potrzebnych do rozwiązania kryzysu społecznego, SZDSZ natomiast mogło się pochwalić tabunami politologów, ekonomistów i socjologów, ukrywając fakt, że poza tymi specjalistami nie posiada żadnych struktur społecznych. Kiedy opozycyjny okrągły stół zakończył się niepowodzeniem w czerwcu 1989 roku SZDSZ w sposób demagogiczny zaatakowało prasę za niedostarczanie informacji społeczeństwu, i twierdząc, że to ona jest winna zaistniałej sytuacji. SZDSZ robił wielki raban, a MDF siedział cicho korzystając z nadarzającej się okazji. Po pierwsze, rokowania wskazały na tych przywódców MSZMP, którzy mają wpływy w parlamencie. Po drugie, MDF pozbyło się potencjalnych partnerów koalicyjnych i to na ich własną prośbę. Po trzecie, MDF zidentyfikował tych działaczy MSZMP, którzy byliby skłonni „dogadać się” i budować nowy porządek w ramię w ramię z działaczami MDF-u. SZDSZ zrozumiał swój błąd, ale zaaplikowane lekarstwo wskazywało na infantylizm tej partii – ich celem stało się nie opracowanie nowego programu, znalezienie jakichś nowych nośnych haseł i idei, lecz dorównanie MDF-owi pod względem liczny członków. Był to jedyny cel SZDSZ-u, cel, któremu podporządkowano wszystko, nie bacząc na konsekwencje. Mała, ale skonsolidowana partia z harmonijną wewnętrzną strukturą może być bardziej atrakcyjna w wyborach, aniżeli wielka partia, targana sprzecznymi uczuciami i skonfliktowana wewnętrznie. Poprzez wzrost liczby członków SZDSZ raczej oddala się, aniżeli przybliża do wartości społeczeństwa obywatelskiego, bo jeśli wzrost liczby członków nie idzie w parze ze wzrostem potencjału intelektualnego partii, to czym będzie owych członków kusić, jeśli nie zwykłą ordynarną demagogią?!? W dobie inflacji słowa mówionego ta organizacja jest najbardziej żywotna, która jest w stanie postawić tamę demagogii. Zamiast szukać ludzi wartościowych w innych szeregach, jesteśmy przepojeni miłością do samych siebie, bo jesteśmy tymi dobrymi. A dlaczego jesteśmy tymi dobrymi? Bo nie zadajemy się z tymi komunistami, nie rozmawiamy z nimi. W MSZMP są sami fundamentaliści, a MDF rozpowiada, że W SZDSZ są sami byli komuniści. A my zamiast elegancko zdmuchnąć ten pyłek w postaci zarzutu, na zgniliznę moralną odpowiadamy demagogią. A tymczasem SZDSZ zamiast poszerzać swoją bazę, robi „w prawo zwrot” i znów powstają mury charakterystyczne dla getta, tyle że tym razem mury oddzielają od siebie opozycjonistów. Czy ta Twoja powyższa opinia powstrzymuje Cię od wzięcia aktywnego udziału w polityce? Ależ nie! To mnie uwalnia od przymusu sprzątania. Moja rola krytyka predysponuje mnie do zajmowania się tylko swoim własnym podwórkiem. Dzisiaj dyskusje polityczne są publiczne, nie muszę sprzątać po różnych „spiskach”. Czy po Twoim wykładzie na temat kryzysu w szeregach opozycji demokratycznej, wygłoszonego w lutym 1984 roku, nadal miałeś nadzieję, że jesteś w błędzie? Nie, wtedy wierzyłem, że mam rację, albo że rację ma Tamás Bauer, który w grudniu 81, w stanie totalnej depresji jeden dzień po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce odszukał mnie i powiedział: „tak czy owak, za 10-12 lat kontynuujemy pracę, w Bułgarii czy tu, zobaczymy”. Cztery lata później stwierdziłem „my jesteśmy najmniej odpowiednimi osobami żeby reprezentować opozycję na zewnątrz, ale mamy obowiązek kontynuować budowę bazy politycznej moralności, z której inni będą mogli czerpać”. W czasach dzisiejszych pozbywamy się tej właśnie moralności, tuż po tym, jak udało nam się zaprzepaścić spuściznę intelektualną. Może tą naszą siłę moralną powinniśmy zachować na później. Dla kogo? Przecież Twoje stanowisko postuluje nie dzielenia społeczeństwa na władzę i opozycję. Tak właśnie jest. Władza i opozycja się zmieniają, moralność nie. My też dostaliśmy ją w spadku od naszych przodków, może by warto ją zachować dla przyszłych pokoleń, oni też będą dzielić się na władzę i opozycję. Ten kapitał moralny chciałbyś zachować dla przyszłej demokracji parlamentarnej? Nie jestem jasnowidzem, nie wiem co przyniesie przyszłość. Jestem zbyt praktyczną osobą. Swoją filozofię życiową czerpię z książki Károlya Aszlányiego pt. „Odkrycie północnego parku”, którego bohaterem jest mały chłopczyk, notoryczny kłamca, którego jednak kłamstwa ciągle okazują się później prawdami. Zgodziłbyś się na los opozycjonisty wyjętego spod prawa, ale krytykiem być nie chcesz? Minione 20 lat przekształcało krytycznie nastawionych inteligentów w krytyków, tam gdzie ja żyłem, czyniono to za pomocą kija. Jeśli nadal będziemy produkować krytyków za pomocą kija, to politycy będą ustalać reguły moralności. Jeśli ta społeczna moralność będzie panować w naszej rzeczywistości, my, produkty przemocy, musimy sobie poszukać innego miejsca na tej ziemi. A Ty gdzie będziesz szukać swego miejsca? W bibliotece. Nie zostaniesz więc politykiem? Chciałbym zostać inteligentem. Już jesteś. Ale nie pełnowartościowym. Ale nie dlatego, bo ciągle jeszcze nie mam dyplomu. Za mało czytałem, za dużo się obijałem. Żeby móc pisać, muszę się uczyć wszystkiego od nowa... Twoje dzieła przetłumaczono już na trzy języki. Z powodu ich politycznej pikanterii. Ale gdy zniknie publiczność, do której dotychczas adresowałem swe dzieła, a zniknie, ponieważ jest to nieodzowny warunek budowy normalnej demokracji parlamentarnej, to zamiast pisywać dla opozycji trzeba będzie pisywać dla ludzi. Większość moich pism podpada pod kategorię „agitacyjno-propagandową”, nawet jeśli Komunistyczne Biuro Agitacyjno-Propagandowe nie było z nich szczególnie zadowolone. Pisma drugoobiegowe są zrozumiałe tylko dla wąskiej grupy, co nie oznacza, że są one bezwartościowe; mogą być prawdziwe i bardzo pożyteczne, wartościowe, ale w taki sposób już dłużej pisać nie można. Źródło: Emberekről, eszmékről, politikáról [O ludziach, ideach, polityce], Mozgo Vilag czerwiec-lipiec 1989 r. s. 32-51.

INTERMARIUM: