1. Dylematy Jałty - Janos Kis

W pojęciu ogółu Jałta symbolizuje podział Europy na dwie części oraz zależność krajów Europy Wschodniej, które dostały się pod okupację sowiecką. Powołując się na Jałtę, zwykle wskazuje się fakt uznania przez mocarstwa zachodnie, iż Związek Sowiecki ustala jak będą gospodarczo, politycznie i społecznie urządzone kraje tego obszaru, zaś jego żołnierze mogą użyć nawet przemocy w interesie ochrony odpowiadającego mu ustroju. Bez wątpienia, powszechnie przyjęte sformułowanie nie odbiega daleko od tego, jak przywódcy wielkich mocarstw sami interpretują na dłuższą metę obowiązującą treść porozumień jałtańskich. Wiadomo, że w sierpniu 1968 r. Breżniew dowiedział się drogą dyplomatyczną od ówczesnego prezydenta amerykańskiego Johnsona, iż Stany Zjednoczone uznają bez zmian wyniki konferencji jałtańskiej i poczdamskiej. 18 sierpnia z Ameryki nadeszła odpowiedź: w wypadku Czechosłowacji i Rumunii USA uznają porozumienia jałtańskie bez zastrzeżeń, w kwestii Jugosławii - w razie potrzeby - należy jeszcze rokować. 21 sierpnia o świcie sowieckie oddziały okupowały Pragę... Jeśli w rzeczywistości porozumienia jałtańskie oznaczają właśnie to, wówczas wszyscy, dla których ważny jest los Europy Wschodniej, stają przed trudnym dylematem politycznym. Jeśli któraś strona uzna porozumienia te za nieważne, runą ramy pokoju europejskiego, ponieważ Jałta stanowi jednocześnie jedną z jego gwarancji. Zatem albo - albo. Albo chcemy zwalić winę na niebezpieczeństwo wojny, ale wówczas musimy przyjąć do wiadomości, że zachowanie pokoju zależy od uznania roli Związku Sowieckiego jako żandarma, albo życzymy sobie, żeby wielkie mocarstwa odrzuciły układ jałtański, lecz wtedy musimy spojrzeć w oczy faktowi kształtowania się w Europie sytuacji wojennej. Cóż można począć z tym dylematem? Gdybyśmy mogli go uniknąć, byłoby to najłatwiejsze rozwiązanie, a zatem jeśli można by było liczyć poważnie na to, że państwo sowieckie znajdzie się w sytuacji, w której nie zechce lub nie będzie w stanie użyć swej potęgi usankcjonowanej przez porozumienia jałtańskie. Jedną z takich możliwości naszkicowali rzecznicy KOR-u w drugiej połowie lat 70-tych. Oto w którymś kraju wschodnioeuropejskim powstaje ruch społeczny, zorganizowany i właśnie dlatego zdolny do samoograniczenia, lecz stojący poza hierarchicznym systemem państwa partyjnego. Jeśli rządzący dojdą z nim do kompromisu, będzie on w stanie zagwarantować interesy geopolityczne państwa sowieckiego, w zamian za jakiś, ograniczony, lecz rozsądny pluralizm. Jeśli nie będzie gotowych do zawarcia z nim kompromisu, zaryzykuje się katastrofę. W takich okolicznościach nie jest wykluczone, że przywódcy moskiewscy i ich miejscowi przedstawiciele opowiedzą się za mniejszym złem, za rozsądniejszym rozwiązaniem. Moim zdaniem idea samoograniczającego się ruchu społecznego pozostaje formułą wartościową i konstruktywną również po 13 grudnia 1981 r. Doświadczenia lat 1980-1981 rzucają natomiast światło na jej poważne wady. Z punktu widzenia naszego pytania zorganizowanie się zdolnego do ugody ruchu społecznego, choć potrzebne, nie stanowi jednak wystarczającego warunku gotowości przywódców sowieckich do porozumienia. Dopóki w systemie międzypaństwowym może być akceptowana praktyka uciekania się przez Związek Sowiecki w ostatecznym wypadku do przemocy, dopóty będą oni przedkładali dające się wyliczyć rozwiązanie militarne nad niepewne kompromisy. Przypuśćmy, te rok 1956, 1968, lata 1980-81 przypadkowo powtarzają się w kilku krajach jednocześnie i dlatego żołnierze Związku Sowieckiego nie mogą przywrócić porządku siłą lub też kryzys wewnętrzny sowieckiego mechanizmu mocarstwowego sparaliżuje wystąpienie ZSRS, bądź że demokratyczna odnowa wyjdzie z samego Związku Sowieckiego. Są to wyobrażalne, choć z góry nie dające się przewidzieć ewentualności i dlatego nie powinniśmy się nimi zajmować, Wystarczy, że powiemy tyle: jeżeli nasze nadzieje budujemy na tym, iż można będzie uniknąć dylematu Jałty, to zdajemy się na los szczęścia. Z tym zaś rozwiązaniem trudno jest zawsze, a zwłaszcza dziś, się pogodzić. Po puczu Jaruzelskiego Europa Wschodnia znalazła się w politycznej ślepej uliczce. Sytuacja stała się niemożliwa do wytrzymania i to nie tylko w Polsce, gdzie władza nie jest zdolna do zlikwidowania zepchniętej do podziemia Solidarności; ta zaś również nie jest w stanie wywalczyć sobie ponownego uznania. Powszechny kryzys gospodarczy cofa rozwój całego tego obszaru. Gdy wyczerpały się stojące dotychczas w sposób nieograniczony do dyspozycji tanie sowieckie zasoby surowcowe i energetyczne, kiedy do wykonywania mniejszej ilości pracy dysponuje się masą ludności, wydatki wojskowe zwiększyły się, a konkurencja na rynku światowym stała się ostrzejsza, zaś zanieczyszczenie środowiska naturalnego zaczęło pociągać za sobą odczuwalne koszty gospodarcze, systemy ekonomiczne typu sowieckiego krajów wschodnio- europejskich stały się niezdolne do normalnego, rytmicznego wzrostu. Dla przeprowadzenia koniecznych reform gospodarczych brakuje natomiast warunków politycznych - stagnacja, upadek i beznadziejność w każdym kierunku. Dziś Europie Wschodniej grozi niebezpieczeństwo znalezienia się między niezdolnymi do rozwoju gospodarczego dyktaturami trzeciego świata. W tym miejscu pojawia się frazes, że to Jałta prowadzi nas w ową ślepą uliczkę. Takim samym frazesem jest jednak twierdzenie, iż nie istnieje możliwość zmiany Jałty. Zbadajmy zatem czy mniemanie to jest prawdziwe. Spójrzmy prosto w oczy jałtańskiemu dylematowi. Czy prawdą jest, iż jeśli unieważni się porozumienia jałtańskie, to tym samym nieuchronnie obali się europejskie status cjuo? Czy prawdą jest, że jeśli z drugiej strony zachowa się porozumienia jałtańskie, to przez to uprawni się państwo sowieckie do stosowania przemocy wojskowej? Jednostronne wypowiedzenie Jałty spowodowałoby oczywiście powstanie sytuacji wojennej. Naturalnie, jeśli porozumienia jałtańskie unieważniono by w drodze pertraktacji, na mocy wspólnej decyzji, nie zagroziłoby to pokojowi. Nie ma na to jednak poważnej szansy. Na jałtańskim i poczdamskim układzie opiera się szereg tak ważnych następnych umów, które regulują obecne stosunki europejskie, jak układy Polski z RFN i NRD, porozumienie między dwoma państwami niemieckimi, układ czterech mocarstw w sprawie Berlina, przyjęcie RFN i NRD do ONZ, Akt Końcowy KBWE z Helsinek itd. Nie ma odpowiedzialnej władzy, która pragnęłaby poddać to wszystko jednocześnie w wątpliwość. Nie jest też jasne, dlaczego właściwie Związek Sowiecki miałby przystać na tak wszechstronne ponowne uregulowanie spraw europejskich i co państwo sowieckie mogłoby przyjąć w zamian, co byłoby dlań na tyle wartościowe, by zniweczyło najważniejsze osiągnięcia wysiłków dyplomatycznych trwających wiele dziesięcioleci. Już raz ZSRS zablokował sprawy w taki sposób, aby nie można było bez ważnej przyczyny uczynić ich ponownie przedmiotem dyskusji. Otóż spośród problemów podniesionych przez II wojnę światową, już tylko jedna jedyna sprawa nie jest całkowicie zamknięta: zwycięskie mocarstwa nie zawarły formalnego układu pokojowego z państwami powstałymi na ruinach Trzeciej Rzeszy. Należałoby więc zacząć od tego, że wszystkie inne zmiany wynikałyby z takiego lub innego uregulowania zagadnienia niemieckiego. Nie jest jednak przypadkiem, iż w latach 70-tych, kiedy zaaprobowano na stałe granice europejskie z 1945 roku, ustalono status Berlina i przyjęto NRD oraz RFN do grona pełnoprawnych i powszechnie uznawanych państw, troskliwie ominięto zawarcie niemieckiego układu pokojowego. W momencie zawarcia pokoju musiano by bowiem zdecydować jednoznacznie i publicznie, że podział Niemiec na dwie części jest stanem ostatecznym lub tymczasowym. Nie wierzę, żeby większość Niemców była gotowa przyjąć jednomyślnie i ostatecznie rozdzielenie dwóch części narodu niemieckiego: w Ustawie konstytucyjnej RFN, jednego państwa niemieckiego, utożsamia się ono z ideą ponownego zjednoczenia. Międzynarodowe i prawne trwałe uznanie podziału Niemiec na dwie części napotkałoby zatem na nadzwyczaj wielki sprzeciw; ponowne zjednoczenie Niemiec także, i nie zapominajmy - nie tylko ze strony Związku Sowieckiego. Pewne jest, że perspektywa ta wywołałaby poważne zaniepokojenie największych, zachodniego i wschodniego, sąsiadów Niemiec: Francji i Polski. Tak więc uregulowanie problemu niemieckiego może być najważniejszym rezultatem ponownego powszechnego ułożenia spraw europejskich, ale nie punktem wyjścia dla niego. Pokojowe unieważnienie Jałty wydaje się zatem bardzo daleką ewentualnością; w dającej się przewidzieć przyszłości będziemy prawdopodobnie musieli uważać ramy Jałty za dane. Tak doszliśmy do drugiej strony dylematu: czy pewnym jest, że jeśli europejskie status cjuo będzie niezmiennie opierało się na porozumieniach jałtańskich, Związek Sowiecki otrzyma nadto wolną rękę w sprawie użycia siły wojskowej w okupowanej części Europy Wschodniej? Odpowiedź nie jest w ogóle tak oczywista, jak myślelibyśmy na podstawie doświadczeń lat czterdziestu. Pierwotne porozumienia jałtańskie zawierają tylko elementy czegoś, co może być rozszerzone, aż do akceptacji użycia siły, lecz nic nie dowodzi, że takie rozszerzenie pozostaje w zgodzie ze wspólnymi intencjami pertraktujących stron, a między dokumentami konferencji trafia się też taki, który wyraźnie temu przeczy. Tekst ów - „Oświadczenie o Wyzwolonej Europie” - powtarza informacje Karty Atlantyckiej: spośród nowych rządów alianci uznają legitymizację wyłącznie tych, które zdobędą władzę w drodze wolnych wyborów i zagwarantują podstawowe zasady wolności. Tak długo też, dopóki nie będzie można przeprowadzić wyborów, rządy tymczasowe muszą reprezentować wszystkie siły demokratyczne. Biorąc dosłownie, Oświadczenie wyklucza, aby którekolwiek z mocarstw sprzymierzonych miało prawo do wywierania presji w celu przeszkodzenia wolnym wyborom, usunięcia swobodnie wybranych rządów, utrzymywania przy władzy bądź okazania pomocy władzy sprawowanej przez rządy niereprezentatywne i nie wybrane swobodnie. Nazwałbym to „atlantycką interpretacją” porozumień jałtańskich. Prawdą jest, że od razu w Jałcie pogwałcono surowe zakazy w pierwszej spornej sprawie. Problem stanowiła odpowiedź na pytanie, który z polskich rządów uznają sprzymierzeni. Przywódcy Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii wychodzili od prawnej ciągłości państwa polskiego sprzed 1 września 1939 r. i zgodnie z tym uznawali za prawowity rząd Polski, działający w Londynie rząd emigracyjny. Związek Sowiecki, który w roku 1939 podzielił się terytorium państwa polskiego z nazistowskimi Niemcami, po czerwcu 1941 r. nawiązał wprawdzie z tym gabinetem stosunki dyplomatyczne, ale w 1943 r. cofnął mu uznanie, a gdy wojska sowieckie wkroczyły na polską ziemię, stworzył w Lublinie Narodowy Komitet Wyzwoleńczy (chodzi o Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego - przyp. tłum.), składający się z komunistów i członków mniejszych grup ich zwolenników; jesienią 1944 r. przeniósł on swą siedzibę do Warszawy i tam zaczął rozwijać działalność jako Rząd Tymczasowy. W rozumieniu Oświadczenia stanowisko sowieckie było nie do utrzymania. Stalin nie argumentował jednak powołując się na zasady demokracji i suwerenności, lecz na interesy związane z bezpieczeństwem Związku Sowieckiego. Antysowiecki emigracyjny rząd londyński i państwo sowieckie nie mogły dopuścić, aby wzdłuż ich granic funkcjonowały wrogo nastawione rządy. Dotyczy to szczególnie Polski, która w czasie dwóch ostatnich wojen przeciw Rosji była terenem posuwania się niemieckiego natarcia. Argumentacji Stalina pewien ciężar moralny mógł nadać ogromny upływ krwi Związku Sowieckiego, wobec którego to faktu Churchill i Roosevelt nie mogli pozostać obojętni, przecież jeszcze w pełni szalała wojna. Przypuszczalnie jednak bardziej od uczuć ważyły realia (Armia Czerwona opanowała już Polskę) oraz interesy (Churchill pragnął utrwalić bałkańskie pozycje Wielkiej Brytanii, zaś Roosevelta interesowało głównie wejście Związku Sowieckiego do wojny przeciw Japonii). Jakkolwiek by nie było, strona zachodnia poddała się. Weźmy natomiast pod uwagę, że w ten sposób, choć z pewnym ograniczeniem, przyznano Związkowi Sowieckiemu także prawo decydowania o tym, jaki rząd będzie istniał w jego sąsiedztwie. Nie zaakceptowano rządu lubelskiego w jego ówczesnym składzie, ale obstawano przy pewnego rodzaju zjednoczeniu obu gabinetów, choć z zasad Oświadczenia bezsprzecznie zrezygnowano. Rozwiązanie sporu dotyczącego Polski stanowi precedens dający podstawę dla drugiej interpretacji porozumień jałtańskich, którą nazwałbym „interpretacją lubelską”. Pozornie ustępstwo było jedynie wagi przejściowej, bowiem Churchill, Roosevelt i Stalin porozumieli się także, by w ciągu kilku miesięcy przeprowadzić w Polsce wybory i wówczas spór - który rząd tymczasowy należy uznać - wygasłby. Otóż jeśli raz można było wycofać uznanie rządowi cieszącemu się prawną ciągłością na tej podstawie, że zagraża on interesom Związku Sowieckiego, dlaczegóż by nie można w taki sam sposób postąpić również ze swobodnie wybranym nowym rządem? Tak więc na pytanie, jakie prawa ma Związek Sowiecki w krajach zajętych przez Armię Czerwoną, dokumenty jałtańskie oferują dwie przeczące sobie odpowiedzi: „atlantycką” i „lubelską”. Zanim pójdziemy dalej, stwierdźmy: obie odpowiedzi nie były z góry nie do pogodzenia. Można było bowiem sobie wyobrazić, że powiedzie się znalezienie takiego kształtu rządów, który jednocześnie uczyni zadość zasadzie wolnych wyborów i roszczeniom Związku Sowieckiego dotyczącym wpływów. Coś takiego miał na celu na przykład węgierski kompromis z września 1945 roku, kiedy to partie rządzące porozumiały się ze sobą i z sowieckim przewodniczącym Międzysojuszniczej Komisji Kontroli; w ten sposób przeprowadzono prawidłowe i opierające się na współzawodnictwie wybory, lecz o składzie rządu zdecydowano niezależnie od podziału mandatów parlamentarnych. Oczywiście pozostaje kwestią otwartą, jak wielka może być dysproporcja między stosunkiem sił w parlamencie i w administracji państwowej, aby system mógł utrzymać się na stałe. Na Węgrzech warunki dla takiego rozwiązania okazały się wystarczająco dobre, w Rumunii, Bułgarii, a zwłaszcza w Polsce o wiele gorsze. Sprzymierzeńcy natomiast nie zanalizowali, czy istnieje kompromis między linią możliwych do pogodzenia porozumień „atlantyckiego” i „lubelskiego”, a społecznymi i politycznymi stosunkami panującymi na tym obszarze. Sprzymierzeńcy nie doprowadzili też do ukształtowania, przynajmniej między sobą, jakiegoś kompromisu. Kiedy w Jałcie zbierano się na posiedzenie, antyfaszystowska koalicja zbliżała się do punktu zwrotnego. Niebezpieczeństwo nazistowskie nie było już wystarczająco poważne, aby przytłumić występujące między Związkiem Sowieckim a mocarstwami anglosaskimi ideologiczne i mocarstwowe sprzeczności, które stawały się skądinąd coraz bardziej widoczne, gdy tylko zaczęło się urządzanie wyzwolonych i jednocześnie okupowanych krajów Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej. Ale uniknięcie całkowitego zerwania wydawało się jeszcze możliwe; nikt nie przeczuwał na ile jest ono bliskie. Tak więc posłużenie się tam, gdzie nie powiodło się uzgodnienie stanowisk, zwykłym w takich sytuacjach, trickiem dyplomatycznym wydawało się oczywiste. Świadczą o tym swoją zamierzoną niejasnością dokumenty konferencji. Płynność rozwiązań sprzyjała Związkowi Sowieckiemu, który zajmował sporne terytorium. W następnych miesiącach państwo sowieckie wymusiło kolejno na wszystkich zachodnich partnerach zaaprobowanie decyzji, które przeczyły „atlantyckiej interpretacji” porozumień jałtańskich; zakwestionowali oni nawet to, co zostało wprowadzone do „interpretacji lubelskiej” w sensie ograniczającym. Najpierw ZSRS wymusił na swych partnerach przyjęcie własnego punktu widzenia na sprawę reorganizacji rządu polskiego: nie będzie nowego rządu, lecz kilku ministrów londyńskich uzupełni gabinet lubelski. Później, w czasie kryzysu rumuńskiego i bułgarskiego Związek Sowiecki siłą wymusił korzystne dla siebie rozwiązanie. W Rumunii król wycofał żądanie ustąpienia niereprezentatywnego gabinetu premiera P. Grozy i powołania na miejsce premiera dwóch polityków opozycyjnych. W Bułgarii mocarstwa zachodnie ustąpiły z żądania unieważnienia wyborów przeprowadzonych na jedną listę, w zamian za takie samo rozszerzenie gabinetu. Im bardziej stawało się widoczne, że Sowietów nie można powstrzymać, tym mniej Wielka Brytania i Stany Zjednoczone gotowe były zaakceptować uprawomocnianie „interpretacji lubelskiej”. Mocarstwa anglosaskie od końca 1945 r. powracają coraz bardziej do retoryki atlantyckiej, oskarżają Związek Sowiecki o naruszanie umowy jałtańskiej i zaczynają zachowywać się w ten sposób, jak gdyby Churchill i Roosevelt nigdy nie przyznali Związkowi Sowieckiemu prawa, by dawał pierwszeństwo swoim interesom geopolitycznym przed zasadami Oświadczenia w sprawie wyzwolonej Europy. Nie powstrzymują jednak Stalina, a pogarszanie stosunków postępuje w dalszym ciągu. Im mniej Stalin spodziewa się trwałego kompromisu, tym mniej stara się przedstawiać „interpretację lubelską” w możliwym do przyjęcia świetle i równocześnie oskarża swych byłych sprzymierzeńców o przygotowywanie wojny pod pretekstem obrony zasad atlantyckich, aby przemocą zmienić status cjuo istniejące od roku 1945. Umowa jałtańska rozpada się na dwie antagonistyczne interpretacje, a zimna wojna prowadzi do ich szczytowego punktu. W latach 1945-1947 nie utrwaliła się zatem taka jednolicie i należycie zbudowana interpretacja porozumień jałtańskich, do której wielkie mocarstwa mogłyby powrócić pod koniec epoki zimnej wojny. To, co zastały one jako gotowe, zawierało zarówno obietnicę demokratyzacji zsowietyzowanych państw Europy Wschodniej i przywrócenie ich suwerenności (podczas gdy państwo sowieckie zadowala się takimi gwarancjami geopolitycznymi, które może otrzymać od suwerennych i demokratycznych rządów), jak też możliwość całkowitej sowietyzacji tego obszaru i periodyczną sowiecką interwencję wojskową (podczas gdy strona zachodnia zadowala się takimi wzajemnymi ustępstwami, które dają się z tym pogodzić). Dopiero później, w oparciu o rok 1956 i 1968 rozstrzygnięto, co będzie oznaczała Jałta. Zgniecenie ruchu węgierskiego i okupacja Czechosłowacji zadecydowały, że ze Związkiem Sowieckim nie można dojść do zgody ani na podstawie „interpretacji atlantyckiej”, ani w oparciu o kompromis między nią i „interpretacją lubelską”. Otóż to ciężkie doświadczenie przyczynia się w szczególny sposób do zapoczątkowania odprężenia, tak samo jak zniesienie stalinowskiego terroru, zmniejszenie się izolacji kulturalnej i handlowej światowego systemu sowieckiego oraz ukształtowanie przybliżonej równowagi strategicznej - bowiem lata 1956 i 1968 rozwiały iluzje zachodniego partnera, że sowietyzację Europy Wschodniej można uznać za stan przejściowy. Wraz z tym otworzyła się droga prowadząca do wyjaśnienia treści porozumień jałtańskich w kierunku stworzenia wspólnej interpretacji. Mocarstwa zachodnie uznały, że rządy krajów Europy Wschodniej należących do systemu sowieckiego są prawowite oraz uznały - przynajmniej w tajnej dyplomacji - że Związek Sowiecki może użyć siły, jeśli władza sprawowana przez te rządy znajdzie się w niebezpieczeństwie W zamian próbowały nadać precyzyjniejszą i dającą się weryfikować. treść drugiej części porozumień jałtańskich, która jednak tylko ogranicza swobodę działania Związku Sowieckiego na tym obszarze. Oczywiście nie mogło już być mowy o zinstytucjonalizowanej opozycji i bardziej reprezentatywnym rządzie, lecz zarazem okazało się, że jeśli międzynarodowe układy prawne obejmują obronę praw człowieka, nie przeczy to uznaniu rządów należących do systemu sowieckiego. Ta rola przywiodła do Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka i tzw. „trzeciego koszyka” Aktu Końcowego KBWE z Helsinek, który zawiera dyspozycje dotyczące swobodnego poruszania się ludzi i swobodnego przepływu idei. W pierwszej połowie lat 70-tych ukształtowała się więc pierwsza interpretacja porozumień jałtańskich przyjęta przez wszystkie strony bardziej jednomyślnie: nazwę ją dalej „interpretacją helsińską”. W ten sposób wydawało się, że „interpretacja helsińska” może stworzyć na długą metę uporządkowane stosunki w Europie. Przywódcy Związku Sowieckiego otrzymali to, czego zachodnie mocarstwa nie były gotowe dać im po 1945 roku: przejęcie na stałe granic rozejmowych, przyjęcie do wiadomości istnienia wschodnioeuropejskiej sowieckiej strefy wpływów, międzynarodowe uznanie rządów należących do systemu sowieckiego na tym obszarze. Warunki dotyczące praw człowieka wydawały się możliwe do przyjęcia w zamian za tyle osiągnięć; tym bardziej, że w praktyce chodziło o ustępstwo bardzo małe i dające się łatwo utrzymać pod kontrolą. Strona zachodnia jednak też nie mogła czuć się pokonana, osiągnęła bowiem kilka konkretnych rezultatów: uregulowanie sytuacji Berlina, trochę swobodniejsze kontaktowanie się obywateli dwóch państw niemieckich. A jeszcze ważniejsze wydawało się to, czego można się było spodziewać na długą metę. Można było bowiem liczyć, że międzynarodowa prawna ratyfikacja praw człowieka oraz większa otwartość kontaktów uczynią stopniowo życie w krajach tego obszaru bardziej znośnym. W ten sposób rządy zależne od Związku Sowieckiego osiągną powoli także pewną 1egitymizację w oczach ludności - spadek politycznego napięcia umożliwi złagodzenie represji, wraz z którym będzie mogła rozpocząć się jakaś ewolucja w kierunku bardziej pluralistycznego systemu gospodarczego i politycznego. Cały oficjalny Zachód od Henry Kissingera do Willy Brandta tak interpretował znaczenie „ugody helsińskiej”. Tylko, że jak pierwotny, również ten kompromis nie okazał się trwały. Jak wiadomo, w jego załamaniu się odgrywały rolę inne, również pozaeuropejskie wydarzenia: fiasko porozumienia w sprawie ograniczenia zbrojeń, okupacja Afganistanu, kryzys środkowoamerykański i wiele innych. Zastanówmy się jednak - sam kompromis helsiński był także beczką prochu. Pewne jest, że Powszechna Deklaracja Praw Człowieka ustala nadzwyczaj liberalnie zakres praw. Jest tu wszystko: wolność religii, zrzeszania się, ale również - prawo do pracy, ochrony zdrowia, a co więcej, prawo do wypoczynku. Daje to z góry pretekst do naruszania podstawowych praw. Jednocześnie więc Związek Sowiecki, jedyne państwo niezdolne do zagwarantowania swym obywatelom dobrej pracy, uznanej za prawo każdego człowieka i przedstawiciele państw należących do jego strefy wpływów mogą z łatwością bronić się przed krytykami twierdząc, że wprawdzie realizuje się u nich mniejszą ilość praw negatywnych, ale za to większą liczbę praw pozytywnych. Ale to mniejsze zmartwienie. Większe sprawia fakt, iż retoryczne i rzeczywiste cele były teraz odległe jeden od drugiego także o lata świetlne, jak swego czasu w „interpretacji jałtańskiej”. Kiedy mocarstwa zachodnie razem ze Związkiem Sowieckim uznawały podstawowe zasady wolności, nie myślały widocznie, te porozumienie to pobudzi do zakładania grup, a później niezależnych organizacji, instytucji i prasy. Liczyły raczej na o wiele skromniejsze rezultaty: swobodniejszą emigrację, ogólnie bardziej ożywiony ruch między Wschodem i Zachodem, znalezienie się kilku zachodnich gazet i czasopism w kioskach itp. W tym mogłyby, również nie bez tarć, współdziałać ze Związkiem Sowieckim. Powstanie KOR-u, Karty 77 i sowieckich grup helsińskich oraz rozprzestrzenienie się niezależnej prasy stworzyły natomiast nie przewidzianą sytuację konfliktową. Związek Sowiecki postąpił znów w ten sposób jak w latach 1945 - 1947: będąc panem na swoim, nie ustąpił ani na jotę. Przykładowo, miernikiem stało się prześladowanie sowieckich dysydentów, czechosłowackie organy przemocy bezwzględnie uderzyły w aktywistów Karty, kiedy zaś ruch KOR-u rozrósł się w powszechny ruch robotniczy i powstała „Solidarność”, wówczas powtórzył się rok 1956 i 1968: woli wyrażonej przez społeczeństwo przeciwstawiono się za pomocą otwartej przemocy. Mocarstwa zachodnie nie próbowały temu przeszkodzić - lecz nie potrafiły także tego przełknąć. W ten sposób „helsiński” consensus rozpadł się na dwie sprzeczne interpretacje, jak swego czasu pierwotne porozumienie jałtańskie: jedna strona wysoko dzierży powszechne prawa człowieka, natomiast druga nieustannie powtarza, iż oskarżenia o ich łamanie są tylko pretekstem dla wtrącania się w sprawy wewnętrzne Związku Sowieckiego i państw wschodnioeuropejskich. Tak mają się sprawy dziś, 40 lat po Jałcie i 10 lat po Helsinkach. Spoglądając zatem wstecz, na dylemat sformułowany na początku mego wykładu, można już teraz stwierdzić: z ogólnie przyjętej interpretacji Jałty wypływa błędne pytanie. Pierwotne porozumienia jałtańskie nie zawierały żadnego stwierdzenia, iż Związek Sowiecki może użyć przemocy w interesie ochrony ustroju politycznego krajów przez siebie okupowanych. Ustępstwo to jest częścią późniejszej, historii interpretacji Jałty, ta zaś doznała wstrząsu w latach 1976-1981. Przyszłość Europy w niemałym stopniu zależy od tego ile warta będzie jej pozycja. W dającej się przewidzieć przyszłości nie możemy liczyć na unieważnienie porozumienia jałtańskiego. Ponowna interpretacja Jałty jest natomiast nie do uniknięcia. Czy będzie można dojść do takiej interpretacji, która między ustępstwami poczynionymi na rzecz Związku Sowieckiego, nie będzie zawierała prawa do stosowania przezeń przemocy i bardziej stanowczo niż w chwili obecnej zapewni obronę pewnych podstawowych, minimalnych praw człowieka? Tak brzmi właściwie postawione pytanie. Od tego zależy czy kraje Europy Wschodniej o ustroju sowieckim będą mogły wydostać się ze społecznej i gospodarczej ślepej uliczki. Zależy od tego także stabilność europejskiego status quo. Lekcja zimnej wojny wydaje się na pierwszy rzut oka jednoznacznie rozczarowująca: ZSRS nastawia się wyłącznie wrogo, jeśli próbuje się w jego strefie wpływów przyjąć takie ograniczenia, których by on sam z siebie nie akceptował. Prawda, że rozwiązania niemożliwe do przyjęcia dla państwa sowieckiego nie mogą być stabilne. Nie wychodźmy jednak z punktu widzenia, że także dziś Związek Sowiecki może odrzucić wszystko, co mógł odrzucić przed 40 laty. Między rokiem 1945 i 1948 państwo sowieckie było tylko potęgą regionalną: w istocie jego armie stanowiły tradycyjne siły kontynentalne, zaś gospodarcza, kulturalna i naukowa nadbudowa była izolowana, mogło ono jednak czerpać siły do dostatecznego rozwoju z materialnego i duchowego wyzysku swej, na nowo podbitej strefy wpływów. Strategia dzisiejszego Związku Sowieckiego jest strategią mocarstwa światowego: pod względem wojskowym jest on nieporównanie silniejszy niż w końcu II wojny światowej, lecz właśnie dlatego z trudnością może uniknąć poszukiwania jakiegoś rodzaju unormowania stosunków ze Stanami Zjednoczonymi. Niezbędnego kapitału i nowoczesnej techniki, potrzebnych dla wyścigu zbrojeń oraz rozwoju gospodarczego nie może już otrzymać od - tylko częściowo, podobnie jak on sam - rozwiniętych krajów wschodnioeuropejskich, a nawet nie może od nich uzyskać również zboża potrzebnego do utrzymania swej ludności. ZSRS jest tysiącem powiązań uzależniony od świata poza strefą sowiecką - jeśli wybrałby całkowitą izolację, jej konsekwencje byłyby dlań niemożliwe do przewidzenia. Lekcja epoki detente jest jeszcze bardziej złożona. Chociaż spór dotyczący praw ludzkich obfituje, jak wiadomo, w równie bezpłodne i retoryczne boje jak sprawa wolnych wyborów w końcu lat czterdziestych, sporu tego nie wznieca jednak fakt, że zachodnie mocarstwa żądają od Związku Sowieckiego nie realistycznie dużo - zadowoliłyby się one całkiem skromnymi ustępstwami. Oby tylko Europa Wschodnia nie zadowoliła się tą drobną sprawą, w której Związek Sowiecki i jego zachodni partnerzy uważaliby za stosowne porozumieć się. W latach zimnej wojny totalitarny terror łamał każdy miejscowy opór. Lecz kiedy ucisk stał się bardziej ograniczony i przewidywalny, nie można już zagwarantować trwałego spokoju na tym obszarze inaczej, niż drogą możliwych do przyjęcia ustępstw. Niestabilne są nie tylko rozwiązania niemożliwe do przyjęcia dla samego Związku Sowieckiego, ale także te, z którymi ludy Europy Wschodniej nie mogą współżyć. Po roku 1956 i 1968 Związek Sowiecki potrafił zaoferować takie ustępstwa, które przejściowo uspokoiły Europę Wschodnią: po 1956 r. normalizację codziennego życia i „małą” destalinizację, a przede wszystkim fundamenty pod dynamikę inwestycyjną dzięki sowieckim dostawom surowców. Po 1968 r. większą cierpliwość w sprawie kontaktów gospodarczych i kulturalnych związanych z Zachodem oraz znów tanie surowce i paliwa dla dalszego ożywienia inwestycyjnego. Po 1981 roku Związek Sowiecki nie potrafi zaoferować niczego. Ogranicza swoje dostawy, podnosi ceny, stara się z powrotem zapędzić kraje regionu do ram autarkicznej RWPG i jednocześnie każe im płacić, w miarę ich możliwości, za swoje i nakłady inwestycyjne dostawami potrzebnego wyposażenia zachodniego. W tych warunkach nie można liczyć, że o własnych siłach zrobi porządek w Europie Wschodniej, ale oczywiście nie można również liczyć, iż wycofa się z tego obszaru. Dlatego propozycja KOR-u jest niezmiennie aktualna. Czy coś z tego wyniknie, zależy prawdopodobnie od znaczenia jakie będzie miało porozumienie jałtańskie w stosunkach między mocarstwami gwarantującymi pokój europejski. Wykład odczytano pod nieobecność autora 6 lutego 1985 roku w zachodnioberlińskim Międzynarodowym Centrum Konferencyjnym, na konferencji zorganizowanej przez Arbeitsgemeinschaft Ost-West Dialog (Robocza Wspólnota Dialogu Wschód-Zachód). Autor, mieszkający w Budapeszcie, nie otrzymał pozwolenia na wyjazd. Z węgierskiego przetłumaczył Józef Darski, Kontakt nr 53/1986, s. 117 - 127; Magyar Fűzetek nr 16/1986 za: Hirmondó nr 3/1985.

INTERMARIUM: