Ints Calitis - wspomnienia

Wychowałem się w rodzinie dziennikarza i oficera Łotewskiej Armii Narodowej. W domu przysłuchiwałem się rozmowom dorosłych, tak że do dyskusji politycznych przywykłem od dzieciństwa. W 1940 roku, w momencie pierwszej okupacji sowieckiej moja rodzina opuściła Rygę bojąc się represji i zamieszkaliśmy na wsi niedaleko od Siguldy w Vidzeme, gdzie ojciec założył zbrojnę grupę oporu. Gdy zaczęła się wojna oddział ojca wraz z innymi grupami uderzył na tyły Armii Czerwonej siejąc panikę. Kiedy w 1944 roku wojska niemieckie zaczęły się wycofywać przed naciskiem Armii Sowieckiej, wyjechaliśmy ponownie z Rygi, tym razem do Kurlandii i tam doczekaliśmy niemieckiej kapitulacji. Mogliśmy się legalizować, ponieważ ojciec miał przedwojenny paszport łotewski z adnotacją władz niemieckich, że nie nadaje się do służby wojskowej. Sowieci zostawili więc go w spokoju. W 1945 roku Ojciec został dowódcą oddziału partyzanckiego w rejonie Kuldings. Jako chłopiec często pełniłem funkcję łącznika między grupami partyzanckimi w Kurlandii. Mój ojciec i jego oddział wpadł w 1947 roku, a ja z rodziną wkrótce wróciłem do Rygi. Jeszcze przed aresztowaniem Ojca postanowilśmy bowiem wraz z nim i innymi partyzantami, że koniecznie powinienem pojechać do Rygi i uczyć się w szkole średniej. Partyzanci nie mieli żadnych informacji o konferencjach w Teheranie i Jałcie, i nie mogli wiedzieć, że zachodni sojusznicy Związku Sowieckiego dawno już nas sprzedali bolszewikom. Nasi partyzanci mieli łączność radiową z Anglią i stamtąd zachęcano nas: Trzymajcie się, walczcie, poprzemy Was. Do Rygi wracałem więc z zamiarem stworzenia głęboko zakonspirowanej grupy młodzieżowej, której głównym celem byłaby nauka historii, obserwowanie wydarzeń politycznych, uczenie się topografii, fotografii, posługiwania się bronią i prowadzenie zajęć taktycznych, by przygotować rezerwy, drugą linię na wypadek wybuchu konfliktu wojenego w przyszłości. Było nas dziesięcioro, w tym kilku uczniów z mojej szkoły, studenci i robotnicy. Jesienią 1948 roku aresztowano nas i wszyscy dostaliśmy po 25 lat. Wysłali mnie na Kołymę, gdzie pracowałem w kopalniach złota i uranu. W 1956 sąd wojskowy zaocznie ponownie rozpatrzył naszą sprawę; mnie i koledze obniżono wyrok do 10 lat, a pozostałym do 5 łagru i razaz ich zwolnili. Sąd Najwyższy RFSRS na sesji wyjazdowej rozpatrywał sprawy skazanych, którzy odsiedzieli już dwie trzecie wyroku, co mnie dotyczyło. Faktycznie w ciągu 3 miesięcy zmieniono mi wyrok z 25 lat na wieczne osiedlenie w magadańskim kraju. Dla wyjazdu z terytorium administracyjnego musiałem brać przepustkę w komendanturze. W 1956 roku, po amnestii dla zesłańców, dostałem paszport i prawo powrotu na Łotwę. W Rydze mnie nie zameldowano tylko w Jalge, ale uczyłem się i mieszkałem w Rydze Nadal byłem politycznie aktywny; spotykałem się z innymi byłymi więźniami i otwarcie mówiłem co myślę o reżymie, także w moim miejscu pracy. Zrozumieliśmy, że nie wolno poddawać się ideologii komunistycznej, i wszelkimi sposobami, nawet indywidualnie, należy sprzeciwiać się jej przenikaniu. Trzeba regularnie słuchać radiostacji zachodnich, uczyć się języków obcych, by rozumieć obce, niezagłuszane stacje i w kręgu znajomych podtrzymywać duch narodowy i wiarę w nieunikniony upadek Związku Sowieckiego. Byłem przekonany na sto procent, że imperium upadnie, choć nie myślałem, że dożyję tego momentu. Logicznie rzecz biorąc epoka imperiów na świecie już minęła i ZSRS pozostawał anachronizmem. Nawet jeszcze w obozie spierałem się ze starszymi Łotyszami, którzy sądzili, że Związek Sowiecki może upaść wyłącznie w konsekwencji konfliktu wojennego, a ja mówiłem, iż wojna nie jest konieczna. Wojny raczej nie będzie, a Związek Sowiecki rozpadnie się od wewnątrz. Wówczas inni się ze mnie śmiali. Sądziłem, że trzeba ratować naród, tradycję, uczyć się jego historii, zachować wartości i specyfikę łotewskiej kultury oraz czystość języka, nie pozwolić na przenikanie doń rusycyzmów, należy badać deprawację tego systemu i uświadamiać ją innym. W końcu lat pięćdziesiątych jedni uważali jeszcze, że trzeba zbierać broń i przygotowywać się do aktów dywersji ale kończyło się to tylko na gadaniu, inni mówili o oporze politycznym. Istniał on u nas zawsze, cały czas tworzyły się grupy młodzieżowe, wywieszano flagi, pojawiały się antysowieckie ulotki. W 1958 roku ponownie zostałem aresztowany i Sąd Najwyższy skazał mnie na sześć lat obozów. W 1964 roku, po zakończeniu wyroku, wyszedłem z mordwińskich łagrów i powróciłem do Rygi, gdzie otrzymałem meldunek, ożeniłem się i starałem się zapewnić rodzinie ustabilizowane życie. Nie zerwałem jednak kontaktów ze znajomymi z obozów mordwińskich. Tam poznałem wielu przyjaciół i ludzi myślących tak jak ja z Estonii, Litwy, Petersburga, Moskwy. Wszyscy uświadomiliśmy sobie, że żadna struktura organizacyjna w totalnym reżymie KGB nie ma szans na sukces. Organizacja musi wpaść, chyba że zakonspiruje się tak głęboko, że nie będzie zdolna do działania i nic nie będzie robiła. Na początku lat siedemdziesiątych pozostawała więc tylko działalność jawna. Pierwsze spotkanie odbyło się u mnie w mieszkaniu około 1975 roku. Z Estonii przyjechali wówczas Mart Niklus i Enn Tarto, z Litwy Viktor Petkus i Antanas Terleckas, zaś Łotyszy reprezentowali jeszcze Viktors Kalninsz i Ulgis Opkans. Zastanawialiśmy się co robić, jak wykorzystać przeciwko reżymowi nasze doświadczenie i kontakty. Zachód powinien otrzymać wiarygodną informację o procesach zachodzących w naszych krajach. Trzeba więc informować Zachód stąd. Skoro nasi emigranci bali się przyjeżdżać do nas, nawiązaliśmy kontakty głównie przez Moskwę, ponieważ zachodni korespondenci przebywali tylko tam. Informacjami wymienialiśmy się za pośrednictwem moskiewskich przyjaciół. Wykorzystałem przyjacielskie stosunki z korespondentem belgradzkiej "Polityki", Risto Bajalskim, nauczyłem się po serbsku, żeby czytać "Politykę" i zaprenumerowałem ją. Co tydzień dostawałem ponad 60 stronnicową gazetę. Kiedy czytałem artykuł Risto, wiedziałem co się dzieje w Moskwie i tą informacją dzieliłem się z innymi osobami, nie tylko byłymi więźniami politycznymim. Mogłem też oficjalnie powoływać się na to, co pisze komunistyczna gazeta. Sami nie myśleliśmy jednak o wydawaniu bałtyckiego niezależnego czasopisma. Zebraliśmy informacje o istniejących na Łotwie opozycjonistach i oddzielnych kilkuosobowych grupach oraz powołaliśmy organizację Komitet Ruchu Narodowego. Takie same komitety narodowe powstały też na Litwie i w Estonii, a z nich stworzyliśmy w 1977 roku wspólny bałtycki Komitet Ruchów Narodowych, żeby koordynować naszą działalność. Nie zajmowaliśmy się kwestiami ideologicznymi i politycznymi, ale powoływaliśmy się na Konstytucję sowiecką, która dawała republikom związkowym prawo wyjścia ze składu federacji. Oczywiście wiedzieliśmy, że jest to niemożliwe, ale chcieliśmy wywrzeć presję na władze i zmusić je do działania; co zrobią jeśli nie będziemy krytykować ideologii komunistycznej i ustroju sowieckiego, ale używać argumentacji ekonomicznej by uzasadnić wyjście ze składu federacji. W ten sposób chcieliśmy wpływać na świadomość szerokich warstw społeczeństwa. Wiedzieliśmy, że posypią się represje, ponieważ już odbyły się procesy członków moskiewskiej i ukraińskiej grup helsińskich, ale chcieliśmy poszarpać reżym. Samizdat u nas nie powstał, gdyż nikt o tym nie pomyślał. Nie mogę odpowiedzieć dlaczego tak się stało. Komitet Ruchów Narodowych istniał jednak bardzo krótko. Petkus został aresztowany, kiedy jechał z Wilna z naszymi dokumentami na konferenję prasową do gen. Hryhorenki do Moskwy. Tego samego dnia miałem rewizję, w czasie której zrekwirowano mi maszynę do pisania i bilet lotniczy do Moskwy. Marta Niklusa zdjęli, gdy wsiadał do pociągu moskiewskiego i do publikacji naszych dokumentów nie doszło. KGB nie chciało sądzić razem trzech działaczy i wytoczono proces tylko Petkusowi, na którym przesłuchano mnie w charakterze świadka. Potem podpisywałem różne dokumenty: Memorandum 45 Bałtów w sprawie likwidacji następstw Paktu Mołotow-Ribbentrop, protest przeciwko agresji sowieckiej w Afganistanie, protest przeciwko zorganizowaniu części zawodów olimpijskich w Talllinie i apel w sprawie bałtyckiej strefy bezatmowej. KGB chciało uzyskać wyjście na emigrację estońską w Szwecji i zaproponowało Erikowi Udamowi, żeby powołać w Estonii grupę helsińska i pokierował nią, zaś KGB wsparłoby ją "moralnie i finansowo". Udam zaraz przyjechał na Łotwę i o wszystkim nam opowiedział. Z zemsty KGB zabrało mu prawo jazdy i nie pozwoliło pracować. Na Łotwie postanowiliśmy nie powoływać grupy helsińskiej, lecz zdecydowaliśmy, że będzie nas reprezentowała grupa litewska, której wysyłać będziemy nasze dokumenty. Stworzenie grupy helsińskiej nie całkiem odpowiadało naszym interesom, nie chcieliśmy bowiem by ktoś inny wyciągał naszymi rękami kasztany z ognia. I tak byłaby ona filią grupy moskiewskiej, gdyż cała informacja szła przez Moskwę. Nie mieliśmy nic przeciwko moskiewskim dysydentom, ale uważaliśmy, że wystarczy nam naszych własnych problemów. W 1980 roku w ramach Olimpiady zorganizowano regaty na terenie Estonii, a więc kraju okupowanego, czym władze sowieckie naruszyły regulamin olipijski, wystosowaliśmy więc w tej sprawie protest. Na początku lat osiemdziesiątych nie mieliśmy jednak żadnych planów czy postanowień, lecz żyliśmy chwilą bieżącą. W 1983 roku zostałem aresztowany po raz trzeci i skazany na 2 więzienia i 4 lata łagru. W tym czasie miałem troje nieletnich dzieci i na tej podstawie żona napisała prośbę do Sowietu Łotwy o rewizję sprawy i obniżenie kary. Otrzymała odmowę, ale po dwu miesiącach została wezwana do komsji prawnej Sowietu, gdzie poinformowano ją, że w końcu maja 1986 roku Sowiet rozpatrzył prośbę i wydał decyzję o ułaskawieniu mnie. Ostatecznie zostałem zwolniony warunkowo 4 lipca 1986 roku. Moje nazwisko widniało na spisie więźniów, o których zabiegał prezydent Francji Mitterand w czasie swej pierwszej wizyty w Sowietach, a teraz wybierał się po raz drugi do Moskwy, zaczęli więc wypuszczać ludzi z jego listy. Opracował Józef Darski

INTERMARIUM: