CHIŃCZYCY SĄ BE, DALAILAMA JEST CACY

17.03.2008.

Obrazy, jakie telewizja przyniosła nam z nepalskiego Katmandu i tybetańskiej Lhasy są jednoznaczne: tam nepalska, tu chińska policja rozprawiająca się z bezbronnymi mnichami w czerwonych szatach.

Jak świat długi i szeroki przetoczył się krzyk oburzenia przeciwko Chińczykom i ich metodom i to akurat w czasie poprzedzającym najważniejsze wydarzenie dla współczesnych Chin - igrzyska olimpijskie.
Co u licha wyprawiają ci Chińczycy i czego chcą od biednych mnichów? Kanclerz Merkel i prezydent Bush zażądali od rządu Chin podjęcia natychmiastowych rozmów z Dalaj Lamą, jako jedynym, który rzekomo może zażegnać sytuację.
Czy patrząc na te kilkusekundowe obrazki zadajemy sobie także głębsze pytania? Dlaczego mnisi i młodzież tybetańska wyszli teraz na ulice? Co się takiego stało? Co było bezpośrednim powodem?
We wtorek 11 marca, jak zwykle w swoim tradycyjnym dorocznym przemówieniu z okazji rocznicy powstania Tybetańczyków w roku 1959, Dalajlama napiętnował Pekin za „ponownie wzrastający ucisk ludu tybetańskiego” oraz „ wielokrotne, niewyobrażalne i straszliwe deptanie praw ludzkich”. Tego samego dnia w Katmandu i Lhasie doszło do burzliwych demonstracji Tybetańczyków, którzy w Nepalu żyją na emigracji (oficjalni 14 tys.). W Lhasie grupa mnichów z pobliskiego klasztoru Deprung przeciągała przez stare miasto z kijami tłukąc wystawy sklepowe i podpalając chińskie sklepy, na co policja zareagowała z całą brutalnością. To zaogniło sytuację. Do mnichów dołączyli mnisi z dwóch dalszych wielkich klasztorów i młodzi ludzie przewracając i podpalając prywatne i policyjne samochody, autobusy, rzucając kamienie i koktajle Mołotowa do budynków prywatnych, sklepów, szkół i urzędów, co z kolei spowodowało kolejną eskalację wydarzeń: walki wręcz na ulicach, strzały. Wynik - zginęło według różnych od 80 do 100 osób, wiele jest ciężko rannych.
Dwa miesiące temu, 4 stycznia powstał z błogosławieństwem Dalaj Lamy związek walki zbrojnej emigracyjnych Tybetańczyków pod nazwą »Tibetan People's Uprising Movement« (TPUM), w którego skład weszli głównie członkowie walczącego w podziemiu „»Tibetan Youth Congress«. Celem nowej organizacji są, według ich własnych słów, „bezpośrednie akcje”. „Chcemy wykorzystać historyczny moment Igrzysk Olimpijskich, aby doprowadzić do zakończenia okupowania Tybetu przez Chińczyków” - czytamy w oświadczeniu dla prasy wydanym przez założycieli organizacji. Podobno w internecie kursują zapowiedzi dalszych aktów terroru oraz wskazówki techniczne dla podziemnej organizacji młodych Tybetańczyków. Należy się zatem liczyć z natężeniem aktów terroru.
Nie zaprzeczając prawu Tybetańczyków do życia w wolnym i przez nikogo nie okupowanym, autonomicznym kraju według własnych norm i upodobań, warto jednak podnieść fakt podwójnych miar stosowanych przez Niemcy i USA. Bo skoro oba te kraje powadzą ostrą walkę przeciwko terroryzmowi, USA przetrzymują latami dziesiątki więźniów bez sądu w obozie Guantanamo, a Niemcy mają po dziś dzień problemy z terrorem kurdyjskim, u którego podłoża leży przecież również walka o niepodległość narodu (przypomnieć należy, że twórca i przywódca podziemnej PKK walczącej metodami terrorystycznymi o niepodległość, Abdullah Öcalan został aresztowany 15 lutego 1999 r. w Kenii wskutek niemieckiego nakazu prokuratorskiego i resztę życia spędzi w tureckim więzieniu), to w analogicznej sytuacji powinny przynajmniej wstrzymać się oficjalnie od głosu, a nawet potępić metody Tybetańczyków. O okupacji Afganistanu i Iraku litościwie w tym momencie zamilczmy. Tymczasem stworzony przez media obraz świątobliwego Dalajlamy pozwala na pominięcie jego roli jako zapalającej iskry. Jest to oczywista manipulacja.
Szaty Dalajlamy, podobnie jak chińska flaga są czerwone, więc choć i szaty i flagę zbrukała krew zabitych w Lhasie, to plam na nich w telewizji nie widać.
Pytanie - po co walczyć o suwerenność - przestało mieć dla Polaków jakiekolwiek znaczenie. Odkąd rezygnujemy z własnej suwerenności na rzecz europejskiego imperium przegrana sprawa Tybetańczyków nie jest naszą sprawą. Nie ma się więc co unosić. Szkoda jednak tylu istnień ludzkich. Dalajlama powinien to jednak lepiej wiedzieć od nas. On wszystko wie lepiej.

Jako, że felieton ten opublikowany został 17 marca, czyli niedługo będzie to miesiąc, warto co nieco tu dorzucić do tego, co wiemy.

Tybet jest od co najmniej 700 lat chińską prowincją, co potwierdzają rozliczne dokumenty. Jeszcze żaden kraj świata nie uznał niepodległości Tybetu. Tybetańczycy nie są jedyną uciskaną przez Pekin mniejszością( w <Chinach żyje 39 mniejszości) Najbardziej uciskana jest poza tym większość - Chińczycy sami.

W roku 2002 ukazała się w USA książka pod tytułem "Tajna wojna CIA w Tybecie"., gdzie obaj autorzy–Kenneth Conboy z neokonserwatywnej Heritage Foundation oraz James Morrison, trener US-Army dla potrzeb CIA z dumą i detalicznie opowiadają jak CIA pomogła zorganizować powstanie Tybecie w roku 1959. najwidoczniej przygotowywane jest obecnie drugie takie powstanie. Chiżczycy jak wiadomo mają obligacje państwowe USA w miliardowych wysokościach i od lat uparcie odmawiają podniesienia wartości juana. Jednak, jako że w obecnej chwili najmniej ze wszystkiego potrzeba im hecy z bojkotem Olimpiady ( a nikt z tutejszych czytelników w ów spontaniczny bojkot przecież nie wierzy, prawda?)rząd Chin ustąpił i w piątek 10 kwietnia podniósł wartość juana, Amerykanie odetchnęli i zapewne bojkot się na czas skończy.

 

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: