POCZĄTEK KOŃCA NATO

Dziś wieczorem rozpoczyna się w Bukareszcie największy w historii szczyt NATO. W ciągu niespełna trzech dni okaże się, czy USA zdołają utrzymać stabilność „sojuszu”, a tym samym swoje przewodnictwo w Pakcie, czy muszą ulec niemiecko-francuskiej racji stanu.

W tyleż upiornym, co pompatycznym „Pałacu Ludowym“ wyśnionym ongiś przez Nicolae Ceausescu w Bukareszcie zainstalowano na czas rekordową ilość 3000 importowanych toalet, zgodnie z życzeniem organizatorów szczytu NATO. W ten sposób każdy uczestnik zjazdu będzie mógł luksusowo siusiać do woli w harmonijnym wespół-zespół .Także 10 tysięcy policjantów, którzy będą chronić głowy 26 „szczytujących” państw razem z orszakiem pochodzą w części z importu. Te dwa faktory to podstawa dobrego samopoczucia obradujących. Ale czy wystarczy?

Od czasu napaści NATO na Jugosławię i bombardowania Serbii znane są wnikliwszej części opinii publicznej kontrowersje, różnice, a nawet ostre spory w łonie przywództwa NATOwskiego. W ostatnim czasie przybrały one na sile, przy czym miarą próby militarnej solidarności państw członkowskich stał się Afganistan. Według ostatniego raportu Rady Atlantyckiej USA pomimo zaangażowania amerykańskiego i NATOwskiego sprawa zaprowadzenia demokracji w Afganistanie nie wygląda obiecująco, co spuentowanow Kongresie, że w takim przypadku grozi to nie tylko rozpadem NATO, ale i zagrożeniem USA jako lidera światoego w dziedzinie militarnej.

Dlatego pomimo fanfar i wspólnej popijawy wynik spotkania w Bukareszcie jest więcej niż niepewny, choć oczywiście w końcowym oświadczeniu dla prasy nie ma co oczekiwać oznajmienia o rozwiązaniu „sojuszu”. Wszystko będzie ślicznie-ładnie.

Jak zjeść tę żabę?

Różnice zaczynają się już na samym wstępie. Nie wiadomo bowiem, komu i czemu ma tak naprawdę służyć obecnie Sojusz Północnoatlantycki? Poza tym w odróżnieniu od USA, Niemcy, Wielka Brytania, a nawet włączająca się z powrotem do NATO Francja są przeciwne udziałowi w Pakcie Ukrainy i Gruzji. I jedna i druga strona ma na to mocne argumenty, ale – co ciekawe – żadna z nich nie podnosi najważniejszej, zdawałoby się sprawy – ani na Ukrainie, ani w Gruzji nie wyczyszczono ani armii, ani służb wywiadowczych z sowieckich rezydentów i oficerów wyższego stopnia szkolonych w Sowietach. Najwyraźniej na obecnym etapie współpracy z Rosją Putina sprawa ta wobec rosnącego zagrożenia chińskiego jest zupełnie nieistotna. Tak, jak USA naciskają na włączenie Ukrainy i Gruzji, tak samo Francja oraz (uwaga!) Niemcy naciskać będą na włączenie do NATO państw basenu Morza Śródziemnego oraz Bliskiego Wschodu. I tu Amerykanie niewątpliwie widzą swoją korzyść, ze względu na zabezpieczenie interesów w Iraku, ale i interesów Izraela. Pomimo wspólnych lub identycznych projektów brakuje dotąd także wspólnej strategii co do roli „prewencyjnego interwencjonisty”. Także – last but not least – otwarta pozostaje sprawa prewencyjnych uderzeń z użyciem broni jądrowej.

Iran na pierwszy ogień?

"NATO powinno szybko zmienić doktrynę obronną" – twierdzą od kilku lat byli dowódcy wojsk sojuszu. Pakt musi przygotować się, że będzie musiał użyć broni jądrowej jako pierwszy. Chodzi o tzw. uderzenie wyprzedzające z użyciem broni atomowej. Uwaga! - celem mieliby być terroryści bądź kraje zagrażające członkom NATO.

"Związaliśmy sobie ręce, mówiąc, że pierwsi nie użyjemy broni atomowej. Zablokowaliśmy w ten sposób nasze możliwości odstraszania wroga" - pisze lord Inge w liście do obecnego przywódcy NATO. Autorzy pisma domagają się zmiany sposobu podejmowania decyzji - by nie przyjmować ich jednogłośnie, a zwykłą większością głosów. Chodzi o to, by wykluczyć możliwość weta, a także by nie czekać na rezolucje ONZ, tylko samemu zaatakować.

Afgański orzech (nie)do zgryzienia

Szef „misji“ NATO w Afganistanie, gen. Dan McNeill, przyznał kilka dni temu bez ogródek, że podstawowy problem polega na braku żołnierzy oraz materiału zbrojnego. Opracowanie naukowe sporządzone w ub. roku w Pentagonie stwierdza, że aby walczyć efektywnie z talibańskimi powstańcami, należałoby dysponować w Afganistanie siłą minimum 400 000 żołnierzy. Tymczasem McNeill ma do dyspozycji mniej niż 60 000 i wiele więcej nie będzie, nawet, jeżeli Sarko w porywie serca wyśle do Afganistanu dwa tysiące.

Dlaczego expresowa ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego?

Jaki to ma związek z NATO? Zasadniczy. Sprawę wyjaśnia Artykuł I-40 Traktatu, gdzie państwa członkowskie zobowiązują się do łożenia na powołaną już kilka lat temu Agencję Zbrojeniową i tworzoną przez nią armię europejską, której nota bene pierwszym oddziałom powierzono już konkretne zadania. Działalność agencji i jej przybudówek sprzeczna jest z obecnie obowiązującymi w Unii przepisami. Dlatego największa obecnie uciążliwość - jak w tej sytuacji otwarcie obciążyć unijnego podatnika kosztami systemu militarnego, skoro zabrania tego aktualnie obowiązujący Traktat - musi jak najszybciej zostać usunięta. Aby móc pomimo to finasować unijne operacje militarne już teraz , stworzony został w Brukseli 23 lutego 2004 na spotkaniu Rady Europy tzw. „Mechanizm Ateny”. Służy on via księgowość NATO do „ zarządzania wspólnymi kosztami operacji UE o cechach militarno-obronnych”. Jednak, by w przyszłości uniknąć niedogodności okrężnych przelewów, a przede wszystkim w celu obejścia NATO, konieczne jest przeforsowanie „Traktatu Reformującego”, który w Artykule III/ 313 przewiduje nieograniczone wydatki na wspólne cele militarne z całą dobitnością. Jest to temat tak wrażliwy, że jak dotąd żaden z rządów państw członkowskich nie poinformował o nim swoich obywateli, a i media unikają go jak ognia.

Nie tylko premier Tusk stoi w ciągłym rozkroku, jak pociesznie zauważyła posłanka Nelly Rokita. Pozycję tę z wytrwałością godną hinduskiego yogina uprawia także prezydent Kaczyński. Wspólnie wysyłają na dzień przed najważniejszym szczytem NATO pozytywne sygnały do Brukseli i jednocześnie wspierają wbrew kierowniczemu „jądru” Unii życzenia Stanów Zjednoczonych. Ma to jednak wyłącznie znaczenie rozrywkowe.

Zbroić się na potęgę

Już od kilku lat profitują z projektów zbrojeniowych w Unii duże państwa (EADS, Eurofighter), inne natomiast mają nadzieję na powierzenie im drobniejszych zadań. Austriaccy eksperci wojskowi mówią na głos o "tradycyjnych i jasnych preferencjach dla Niemiec“ i mają przy tym niewątpliwie na myśli wspólną historię z okresu nazistowskiego. Przyszłe zamówienia na poczet wielkiego programu zbrojeń w Unii są jednym z najważniejszych środków, za pomocą których Berlin skutecznie zamyka usta wszystkim państwom, które mogłyby mieć różne niż Berlin i Paryż zdania w poszczególnych kwestiach. Projekt Traktatu, który ma zostać zatwierdzony podnosi w artykule III /315 zbrojenia do rangi obowiązku każdego państwa członkowskiego. Jest to oczywiście znakomity interes dla tych wszystkich krajów, które już w chwili obecnej włączone są do projektów zbrojeniowych. Obok brytyjskich (BAE Systems i inne) i francuskich producentów broni są to przede wszystkim udziałowcy w EADS (Francja, Hiszpania) oraz Konsorcjum Eurofighter (Wlk.Brytania, Włochy, Hiszpania). Te powiązania hamowały przede wszystkim polityków wymienionych krajów do okazania jakiejkolwiek sympatii lub – co jeszcze gorsze – przyznawania racji polskiemu premierowi na ubiegłorocznym szczycie w Brukseli. Oczywiście, mniejsze kraje oblizują się na myśl, że z pańskiego stołu może od czasu do czasu także im spaść duża kość. Należy tu wymieniona wyżej Austria. Niedawny zakup przez ten kraj 18 Eurofighterów przysporzył Wiedniowi odwzajemnione zamówienia na 4 mld. euro (z których prawdopodobnie lwia część będzie realizowana w przemyśle zbrojeniowym ). I tak koło będzie się napędzać. Wiedeńscy politycy nie ukrywają zadowolenia, gdy ten formalnie neutralny kraj korzysta z interesów zbrojeniowych Unii.

„Rozkład jazdy” według Niemców

Latem ub. roku na tydzień przed szczytem brukselskim pojawił się n a politycznej scenie dokument wpływowych polityków niemieckiej SPD proponujący połączenie wszystkich jednostek wojskowych Unii Europejskiej w jedną armię włącznie z dostępem Niemiec do broni atomowych będących w posiadaniu Francji i Wlk. Brytanii. Jak stwierdzają autorzy opracowania – współpraca w polityce bezpieczeństwa i obrony rozwijana była w przeszłości krok po kroku, nawet gdy "od czasu do czasu nasze osiągnięcia w tej dziedzinie z powodu kryzysowej gadaniny i szeroko rozpowszechnionego euro-sceptycyzmu bywały oczerniane“ . Za szczególnie ważne elementy na drodze do stworzenia armii uważają autorzy unijne interwencje militarne w Bośni, Macedonii i Kongo, opracowanie „europejskiej strategii bezpieczeństwa” oraz powołanie tzw. Battle Groups. Dokument zawiera zarys następnych kroków, które mają być podjęte w nadchodzących latach. M.in. planowane jest w omawianym dokumencie zjednoczenie transportów wojskowych w jednej organizacji - "European Air Transport Command", która ma zastąpić wszelkie wojskowe jednostki transportowe poszczególnych krajów – „ we wszelkich ich zadaniach tzn. włącznie z wykształceniem, treningiem, utrzymaniem i logistyką”. Zaleca się utworzenie Europejskiej Akademii Militarnej ( zapewne w Poczdamie? ), wspólnej Kwatery Głównej Marynarki Bałtyckiej i niezależnej Rady Ministrów do Spraw Wojskowych.” Mniejsze państwa UE – jak czytamy – i tak nie są w stanie zapewnić sobie odpowiedniego zabezpieczenia i obrony i muszą zdać się wyłącznie na swoje „ograniczone możliwości” by „specjalizować się w niszowych umiejętnościach”. Znaj swoje miejsce w szeregu, Polsko!

Wojna i pokój

Posłowie SPD razem z obronno-politycznym rzecznikiem Frakcji SPD w Bundestagu – Rainerem Arnoldem domagają się w w/w. opracowaniu scentralizowania wszelkich wojskowych ośrodków decyzyjnych i przywódczych na poziomie Unii. I tak wszelkie struktury militarne powinny mieć jednego zwierzchnika - „pełnomocnika do spraw obronności“ . Jest także koniecznością "ustalenie procedur decyzyjnych o wojnie i pokoju (jus belli et pacis) „. W tym celu „ musi się przedyskutować przekazanie suwerenności oraz pełnomocnictw decyzyjnych z poszczególnych państw UE do demokratycznie uprawnionego poziomu Unii Europejskiej“. – żądają niemieccy demokraci. W przypadku, gdyby udało im się te plany przeforsować, państwa-partnerzy w Unii musiałyby się wbrew swojej racji stanu podporządkować się niemieckim planom wojennym.

Nuke them! Nuke! Nuke!

Przedstawiony dokument dotyka na koniec planów, które dotąd znaleźć można było głęboko ukryte w niskonakładowych opracowaniach niemieckich think-tanków. Dotyczą one pełnomocnictwa decyzji o stosowaniu najbardziej śmiertelnej z istniejących broni , którą można kompletnie zniszczyć wszelkie życie na Ziemi. Jak wskazują autorzy opracowania – zdominowana przez Niemców Zjednoczona Europa powinna dysponować prawem do użycia broni atomowej." Trzeba przedyskutować rolę broni nuklearnych Francji i Wielkiej Brytanii w zintegrowanej armii europejskiej“ – stwierdza się w opracowaniu.

Oko Galileusza

Jeżeli dodamy do tego projekt systemu nawigacji satelitarnej Galileo, który będzie –niezależnie od zbrojeń – najdroższym w całej dotychczasowej historii Unii – wówczas nie tylko sprawa pilności ratyfikacji Traktatu, ale i lista rozbieżności NATO między USA i Unią Europejską ukaże się w całej pełni. Wysoce precyzyjny system trzydziestu satelitów, któremu nadano imię Galileusza ma w założeniu od roku 2012 skutecznie konkurować z amerykańskim GPS (Global Positioning System).Umożliwi to Unii operacje militarne, które „nie wiązałyby się z interesami USA” ( w chwili obecnej system GPS w razie jakiejkolwiek niesubordynacji może zostać natychmiast wyłączony).

Dotąd podkreślano wyłącznie pokojowe wykorzystanie systemu, lecz wyłożono całą militarną koncepcję stosowania Galileo na przysłowiową ławę, gdy Europejska Agencja Zbrojeniowa EDA otrzymała od Komisji UE oficjalny mandat uprawniający do nadzorowania i prowadzenia prac adaptujących system Galileo do potrzeb militarno-obronnych. Pierwszym krokiem było opracowanie ekspertyzy na temat Satcom – niemieckiego systemu wojskowej komunikacji satelitarnej, który ma zostać oddany do użytku w RFN w roku 2008. Konsekwencją tego faktu będzie podporządkowanie całej zagranicznej i obronnej polityki Wspólnoty (po angielsku -CFSP, po francusku -PESC, po niemiecku GASP) ustalonej Traktatem z Maastricht w 1992 r. jako tzw.drugi filar z trzech wspierających całą nadbudowę Unii.... systemowi niemieckiemu. Warto nad tym faktem chwilę podumać....

Summa summarum...

Zgodnie z opublikowanym 12 czerwca ub.r. dorocznym raportem Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) Niemcy prześcignęły w eksporcie zbrojeń Francję i stały się po USA i Rosji trzecim światowym potentatem eksportowym przemysłu zbrojeniowego. Swiatowe wydatki na zbrojenia osiągnęły w ub. roku nowy rekord – szczególnie ze względu na prowadzone wojny w Iraku i Afganistanie - ponad 1,2 bilionów dolarów US (900 mld euro). Tylko w 2006 r. wyeksportowano z Niemiec broń i jej elektroniczne komponenty na sumę 3,9 miliardów dolarów – więcej niż dwa razy tyle, co w roku 2005. Czy ten fakt zapewni Niemcom upragnione miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ – nie wiadomo. Wiadomo jednak, że Niemcy, Francja i Wielka Brytania mogą już teraz pozwolić sobie na niezależną od USA politykę militarną jako uzbrojeni po zęby „global players”. Czy nie dlatego zostawiają swojego amerykańskigo partnera sam na sam z afgańskimi talibami?

Budynki mają swoje "genius loci". Oby bukaresztański "Pałac Ludowy", w którym pogrzebany został sen o potędze małego dyktatora nie natchnął złym duchem globalnych wojaków spod znaku NATO.

Autor publikacji: 
Archiwum ABCNET 2002-2010: