Tunne Kelam, seria wywiadów z Urmasem Ottem

[78] Więc, w połowie lat siedemdziesiątych Pan okazał się w otwartej konfrontacji z władzą. Dlatego, jak się widzi teraz, wszystkie kroki w Pańskim życiu zdają się być absolutnie logiczne. Niby akurat tak trzeba było postąpić, chociaż można byłoby pójść i inną drogą.

Oczywiście, można było pójść inną drogą. Ale dla mnie taki rozwój był rzeczywiście absolutnie logicznym - to się odbyło bez ostrych przełomów, które mogłyby wywołać zmianę kierunku.

Ignorowałem radio i telewizję Radzieckiej Estonii, irytowały mnie długie kolejki rano przed kioskiem na przystanku autobusowym, gdzie ludzie, wystawszy w kolejce, wyznawali swoją wiarę: "Głos Ludu", "Głos Młodzieży", "Gazeta Wieczorowa". W istocie, były to moskiewskie wydawnictwa w języku estońskim. Wolałem czytać "Prawdę", czyli wroga w oryginale.

[81] Na początku, kiedy przyjechałem do Tallina, kontynuowałem swoją działalność wykładowcy. W latach 1965-68 byłem jednym z znanych wykładowców na temat sytuacji międzynarodowej. Jeździłem po całej Estonii, byłem członkiem zarządu Stowarzyszenia "Wiedza", gdzie pisałem recenzje na wystąpienia innych wykładowców i występowałem w telewizji - chociaż stamtąd zostałem wypchnięty w pierwszej kolejności. Zrobiliśmy kilka audycji razem z Toomas'em Alatalu.

Kto Pana wypchnął? Alatalu?

Nie, byłem zadowolony z tego tandemu. Alatulu założył początki audycji na żywo, rezygnował z wygłoszenia przygotowanych tekstów i korzystał z materiałów poglądowych. Razem zrobiliśmy kilka programów, pół tuzina, być może. Wówczas uczyłem się włoskiego i odkryłem, iż "Unita" - włoska gazeta komunistyczna - jest znacznie lepsza od "L'Humanité", jej francuskiego odpowiednika, która w porównaniu z "Unita" była po prostu śmieciami. Kiedy tematem jednego z komentarzy zewnętrznopolitycznych były wybory we Włoszech, pokazałem swoim telewidzom gazetę "Unita" i przetłumaczyłem z kartki włoski tekst o memoriale Togliattiego z Jałty. Togliatti, lider włoskiej kompartii, który zmarł w Jałcie, rozkrytykował w swoim testamencie Stalina i Związek Radziecki. Wobec tego przypomniałem o względnie heretycznej pozycji komunistów włoskich. W związku z tym Leonid Lentsman natychmiast zadzwonił na telewizję.

Wtedy, zdaje się, Lentsman był sekretarzem ds. ideologii KC kompartii ESRR?

Tak, i Lentsman zapytał: czy jeszcze długo będziecie pozwalać temu człowiekowi występować? Sygnał został przyjęty, i to był ostatni raz kiedy się pojawiłem w telewizji. Po tym zostałem wyłączony.

[82] Czy rok 1968 i zdłumienie powstania w Czechosłowacji stało się jakimś momentem przełomowym w Pańskim światopoglądzie? Akurat wówczas wielu zgubiło ostatnią nadzieję - przynajmniej tak to charakteryzowali później. Czy było to tak rzeczywiście?

Rzeczywiście, akurat wtedy stało się jasno, że nadzieje na komunizm z ludzką twarza są zgubione. Nie powiem, że osobiście miałem takie nadzieje, ale sam wątek był naprawdę frapujący - to co zrobiono i jakie wolności otrzymano. Wtedy prenumerowałem polski tygodnik "Polityka", który w systemie komunistycznym był jednym z najlepszych i najbardziej poinformowanych.

Czy gazety przechodziły?

Tak, wtedy jeszcze przechodziły. "Politykę" przestałem otrzymywać od 1981 r.b Jak tylko dostałem informację, natychmiast zacząłem ją krzewić - to, co się stało w Czechosłowacji za Dubčeka - ujawnienie przestępstw z czasów stalinowskich, wolność prasy, przywrócenie wolności osobistych. Mowiłem o tych rzeczach wszędzie na swoich wykładach. Wkrótce nastąpiła wiosna 1968 r., kiedy to Związek Radziecki zaczął odczuwać jawne zaniepokojenie.

W ośrodku Sakala, wówczas Domu Oświaty Politycznej, odbyło się miejskie zebranie informatorów politycznych. Zaprosili mnie tam żebym zrobił przegląd sytuacji międzynarodowej. Przedtem z bardzo ostrzegawczym referatem wystąpił towarzysz Vello Ranne, kierownik oddziału propagandy KC. W swoim referacie mówił o niebezpeczeństwach tkwiących w wydarzeniach czechosłowackich i o tym, że powinniśmy zachowywać skrajną ostrożność. Na szczęście, od razy po tym Ranne wyszedł. Sluchałem go, myśląc o tym, co mam teraz robić. Jego referat przeczył wszystkiemu, o czym ja mówiłem w ciągu kilku miesięcy. Zacząłem swoje wystąpienie od wprowadzenia, w którym powiedziałem, że towarzysz Ranne wskazał na niebezpieczeństwa, a moja sprawa - to opowiedzieć o całej sytuacji, a również pokazać przyczyny dla których proces został przedsięwzięty. I wkrótce znów zająłem się ulubioną rzeczą - usprawiedliwieniem praskiej wiosny. Bez wątpienia, na to zwrócono uwagę.

.

[83] Kilka miesięcy po zdławieniu praskiej wiosny zaczęły się strajki w Polsce. Było to jednym z kolejnych dowodów na to, że system komunistyczny jest regularnie wstrząśnięty przez kryzysy. Ponieważ polskie gazety o tym napisały, a ja te gazety dostawałem, zacząłem tłumaczyć, kopiować i rozpowszechniać tę informację. Informację o strajkach w Polsce krzewiłem w różnach kręgach. Na początku lat 1970-ch uformowały się przyjacielskie kółka intelektualistów, którzy zaczęli siebie odwiedzać i omawiać zagadnienia historii i polityki bieżącej, i, w sumie, wszystko, co było ciekawe.

[84] Myślę, że takie kwestie omawiano na każdych estońskich urodzinach.

Ale w naszym przypadku to przybrało formę zorganizowaną, ponieważ dyskusje były zaplanowane i toczyły się według znanej tematyki. Na każde kolejne zebranie wyznaczano referenta i temat dla dyskusji.

Na tych zebraniach Pan był chyba pożądanym gościem?

Chyba tak. Często sam robiłem wystąpienia i koordynowałem tematykę.

Kiedy Pan wszedł w kontakt z tymi ludźmi, którzy nie tylko omawiali, ale i planowali akcje dla zmiany sytuacji w Estonii i walczyli w imię wyzwolenia?

Trudno mi teraz przypomnieć dokładną datę. W każdym razie, na początku lat 1970-ch zetknąłem się s Siergiejem Sołdatowem.

Czy to on się z Panem skontaktował?

 

Chyba tak, i informował mnie o tym, co się działo w Moskwie. Stłumienie praskiej wiosny w 1968 r. i w Moskwie się odbiło rozpędem ruchu w obronę praw człowieka, co zresztą zaczęło się kilka lat wcześniej. Ale już znałem imiona Andrieja Sacharowa, Piotra Grigorenki i Jurija Orłowa dzięki radiu, a Sołdatow miał kontakty z ich kręgami. Był on człowiekiem bardzo ostrożnym, jego metoda była filozoficzną. Bardzo dobrze znał rosyjską filozofię historii, jej tzw. ruch idealistyczny - Władimira Sołowiowa, Mikołaja Bierdiajewa.

[85] Co się stało z Sołdatowem później?

 

On udał się do Monachium, do radia "Wolna Europa", ale nie wiem czy jest tam obecnie. W każdym razie, Sołdatow miał kontakty z obrońcami praw człowieka, kiedy około 1972 r. wszedł do naszego grona. Gronem nazywam tych, którzy się zbierali, począwszy od tego roku, w domach Helju Taugi (Tauge, Taug?), Heli Susi, Rein'a Einasto, Jaan'a Riivesi, Haljand'a Udam'a, Tonu Soo i innych. Później do nich się dołączyli Arvo Valton, Urmas Vulp, Karju Mätik, od czasu do czasu Andres Mustonen, Rein Rannap, Lepo Sumera i inni. Czyli przeprowadzaliśmy zaplanowane wystąpienia o historii, polityce, problemach nauki i środowiska. Przyprowadziłem tam Sołdatowa, który wygłosił kilka wykładów o filozofii rosyjskiej.

 

W taki sposób, w 1972 r. my z Sołdatowem postanowiliśmy po kilku przechadzkach ulicami Sakala i Tatari (na wszelki wypadek rozmawialiśmy na świeżym powietrzu) wysłać za granicę informację o sytuacji w Estonii. Latem 1972 r. zorganizowałem grupę ludzi (wśród nich byli także Kalju Mätiki Rein Einasto), Siergiej Sołdatow został na oboczu - umówiliśmy się z nim, że będzie lepiej, jeśli apel wyjdzie odrębnie od ugrupowania. Zdawałem sobie sprawę, że istnieją dwie podziemne grupy, z którymi Sołdatow i Mätik są zwiazani. Jedną z nich był Estoński Front Ludowy, drugiej - Estoński Ruch Demokratyczny. Ale ze strony tych grup w formułowaniu memorandum wziął udział tylko Kalju Mätik, wykładowca na Politechnice Tallińskiej. Więc, zdobyłem tekst Deklaracji praw człowieka, Statut ONZ, a także pakty o udzieleniu niepodległości koloniom i o prawach obywatelskich. Ułożyłem tekst oryginalny po angielsku (to było w sierpniu 1972 r.), w którym uzasadniano prawa każdego narodu, a kończył się on żądaniem o pomoc Estonii w ewakuacji radzieckich sił okupacyjnych i przeprowadzenie wolnych wyborów pod nadzorem ONZ.

[86] Kto się podpisał? Czy to robiono osobiście?
 

Rada Sołdatowa i innych doświadczonych ludzi była taka: możecie się podpisać, ale lepiej tego nie robić, bo wpływ memorandum od tego się nie zmieni. Ale ponieważ podpis oznaczał wyrok, mądrzej będziej zachować ludzi na przyszłość, i nie ma sensu iść do więzienia po pierwszym apelu. Poważnie dyskutowaliśmy, czy w ogóle trzeba się podpisywać, a niektórzy byli gotowi postawić własny podpis. W końcu, postanowiliśmy przyjąć radę Sołdatowa. Nie mogę powiedzieć, że to był strach albo samozachowawczość, raczej rozumienie tego, że te dążenia trzeba kontynuować, i nie ma sensu dać się zginąć po pierwszym wystąpieniu. Więc, razem z Kalju Mätik ułożyliśmy długą notę wyjaśniającą, w której daliśmy przegląd rusyfikacji i przerażających skutków porządków radzieckich. Z tym projektem pojechałem do Tartu do przyjaciela ze studiów Ulo Vooglaid (Vooglaiu?), który zaprosił do siebie kilku znajomych z uniwersytetu, a ja zaznajomiłem ich z dokumentem.

 

[87] I dzięki tej wizycie KGB później został poinformowany o całej sprawie?

 

Zdaje się, że tak. Później przekazałem tekst Siergiejowi Sołdatowowi, który wtedy już miał kontakty z zagranicą. Naturalna droga leżała przez obrońców praw człowieka w Moskwie. Oni też mieli własne kontakty z wydawnictwami zagranicznymi. Tak i zrobiliśmy. Trzeba było opublikować memorandum przede wszystkim w tamtych wydawnictwach. Ale nastąpiło długie milczenie. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że żądania Estończyków były zbyt radykalne dla demokratów rosyjskich - memorandum wysuwało w pierwszym rzędzie okupację, rusyfikację i przywrócenie niezależności Estonii, niby nie miało one nic wspólnego z Rosją. Życzenie malutkiej Estonii uciec samotnie ze swoim prawem było Rosjanom tak samo trudne do przetrawienia jak prawie 20 lat później - w sierpniu 1991 r. W taki sposób moskiewscy obrońcy praw człowieka pełnili rolę cenzora zamiast KGB, co istnotnie zahamowało dotarcie naszego apelu do adresata.

 

Czy Pan jest pewny, że sam Kurt Waldheim przeczytał wasze orędzie?

 

Nie, ale ono miało dostać się do jego urzędników. Oczywiście, sens nie polegał na tym. Sens był w tym, żeby zaznajomić z problemem zachodnią prasę, kręgi emigracyjne i organizacje broniące praw człowieka. W tym sensie, pokonaliśmy próg, jak mówi się teraz. Nasz apel był nieoczekiwany, być może, jedną z pierwszych tak systemowo i prawnie ułożonych petycji. Zawierał nazwy i pieczątki dwóch wyżej wspomnianych organizacji. I, przede wszystkim, uznanie, chociaż w sensie przekręconym, przyszło od organów Związku Radzieckiego, co pokazało jak poważnie oni postrzegli sprawę.

[88] O ile szybka była reakcja?

 

Reakcja była względnie wolna. Ale kiedy nastąpiła, okazała się bardzo mocna: pod koniec 1974 r. zaczęła się jedna z najbardziej masywnych fal represji w Estonii. Jej początkem był 13 września, kiedy przeszukano domy pięciu osób - Kalju Mätik'a, Siergieja Sołdatowa, Artioma Juszkiewicza i Arvo Varato, którzy byli związani z tymi dwiema grupami. Wszyscy oni byli znani bezpiece za swoją poprzednią działalność. U niektórych z nich znaleziono tekst memorandum i inną literaturę.

 

To znaczy, że memorandum został przyjęty przez kilka organizacji podziemnych?

 

Tak, to z nimi zostało w pełni uzgodnione i zrobione z ich aprobatą. Nastąpiły przeszukiwania u dziesięciu osób i przesłuchanie kilkuset, wielu zostało zwolnionych. Kulminacja sprawy miała miejsce w październiku 1975 r. - to był wielki proces polityczny, który trwał cały tydzień w Sądzie Najwyższym ESRR, i na którym jako podsądnych wystąpilo pięciu. Varato przyznał się do wszystkiego i dostał wyrok warunkowy. Dwóm - Kalju Mätik'owi i Siergiejowi Sołdatowowi - dali sześć lat, jeszcze dwóm - Mati Kiirend i Artiomowi Juszkiewiczowi - pięć lat za propagandę antysowiecką i oszczerstwo Związeku Radzieckiego.

Czy Pan też został przesłuchany?

 

Tak, niejednokrotnie. Moje imię wyłoniło się w ciągu pierwszych przesłuchań. Widocznie, o mnie nie wiedzieli nic specjalnego, ale dostali dosyć danych o tym, że utrzymywałem ciągły kontakt z tymi dwiema grupami, a w 1974 r. wziąłem udział w ich ogólnych zebraniach, na których omawiano program Estońskiego Ruchu Demokratycznego. Głównym autorem tego ciekawego dokumentu jest Artiom Juszkiewicz, Ukrainiec z pochodzenia, po wojnie, jako dziecko, był zmuszony uciec przed ukraińskimi nacjonalistami. Skończył Instytut Technologiczny w Leningradzie i przyjechał do Estonii, był inżynierem i tłumaczem. Juszkiewicz zmarł wkrótce po zwolnieniu z więzienia.

 

Program Estońskiego Ruchu Demokratycznego, który omawialiśmy, to był obszerny dokument, w którym wytyczyliśmy scenariusz w razie rozpadu Związku Radzieckiego. Przypuszczaliśmy, że imperium rozpadnie się w wyniku powstania ludowego. Ale jak wziąć władzę w swoje ręce, jak działać dalej? Został zapisany cały program ludowo-demokratyczny - jak odbudować demokratyczne instytucje. Byłem przy przygotowaniu programu, proponowałem swoje uwagi, brałem udział w jej dopracowaniu. Ponadto, zaczęto pracę nad "Strategią i taktyką Estońskiego Ruchu Demokratycznego, której nie zakończono. Nastąpiły aresztowania. Między sobą nazywaliśmy program "dużą świnią", a memorandum do ONZ "małym prosiakiem". I tak się stało, że "mały prosiak" wyszedł z chlewu do wolnego świata, a "duża świnia" tam została.

 

[89] Czy KGB nigdy się nie dowiedział, że Pan jest autorem tekstu memorandum?

 

Uważam, że oni byli tego kompletnie pewni. Ale nie posiadali bezpośrednich dowodów. Były zeznania jednej, dwóch, trzech osób o tym, że byłem w ich gronie, przy czym nie uczestniczyłem bardzo aktywnie. Ale to, że napisałem tekst. Z aresztowanych w tych zebraniach brał udział tylko Kalju Mätik, który na początku wybrał taktykę milczenia i nie dawał żadnych komentarzy. Mati Kiirend mówił coś na początku, bardzo dużo mówił Varato, ale ich dane były pośrednie. Oni nie wiedzieli, że to ja zestawiłem tekst memorandum, prezentowałem go i redagowałem. Oni wiedzieli, że byłem obecny przy dyskutowaniu programu Estońskiego Ruchu Demokratycznego, znałem ich podziemną prasę i pamiętali jaką pozycję deklarowałem.

 

Kiedy odbyło się pierwsze bezpośrednie zetknięcie Pana z KGB?

 

To było 11 lutego 1975 r. rano, kiedy przyszli do mojego domu. Ale sygnały dostałem, oczywiście, wcześniej, ponieważ zaczęli mnie jawnie śledzić, za mną były ogony. Oczywiście, wtedy u mnie w domu nie było nic podejrzanego, wyniosłem nawet swoją małą niemiecką maszynę do pisania. Tak że nie znaleźli u mnie praktycznie nic.

Tegoż ranka przeszukano mieszkanie mojego przyjaciela Helju Taugi na ul. Łomonosowa. U niego w domu odbyło się mnóstwo zebrań, na które Siergiej Sołdatow przychodził niejednokrotnie. Właśnie, cała sprawa zaczęła się od tego, że Sołdatow przyszedł do niego wczesnego ranka 13 grudnia.

[90] Czy to był piątek?

Tak, piątek, 13 grudnia. Sołdatow poinformaował Helju o aresztowaniach i dostał od niego dach nad głową. Helju wziął taksówkę i przyjechał do mnie. Spotkaliśmy się s Sołdatowem wieczorem w lesie gdzieś koło TPI i omówiliśmy tę kwestię. Koniec końców, Helju znalazł dla Sołdatowa schronienie na chutorze w rejonie Viljandiskim.
 

Przeszukiwania u mnie i Helju Taugi odbyły się 11 lutego. A kiegy przyszedłem do bezpieki, zobaczyłem jego płaszsz w szatni. Jasne było, że byliśmy w różnych gabinetach w ten sam czas.

Za tydzień zadzwonił mi do pracy i przedstawił się Anto Ots, który stał się moim "kuratorem" na kilka miesięcy. Rozpoczął ze mną poważną serię przesłuchań. Oficjalnie wezwał mnie dla spotkania na ul. Pagari. Pójście tam było, oczywiście, próbą dla nerwów - ponieważ zawczasu znasz pytanie i myślisz tylko o tym, co powiedzieć, a czego nie mówić.

[91] Ots potrafił przedstawić sprawę tak, że mamy teraz jedną pracę, jesteśmy partnerzy: mówcie mi o tym, mówcie o tamtym. Przez jeszsze jakiś czas pozostawałem uparty: nie pamiętam albo nie znam tych ludzi. Oczywiście, zaprzeczać moją znajomność z Sołdatowem było niemożliwe. Było za dużo świadectw tego, że znaliśmy się. Ale mówiłem o nim jako o ciekawym inteligencie, który zna filozofię rosyjską, a o jego kontaktach politycznych nie wiem nic. Tak to i toczyło się dalej.

[92] Ale tamtych pięciu już aresztowano?

Pięciu aresztowano, i Sołdatow dał się złapać w styczniu 1975 r., dlatego, że nie wytrzymały jego nerwy. Przeżywał intensywnie przez to, że nie ma prawa być na woli, póki jego towarzysze są w więzieniu i jeździł parę razy do Tallina, gościł u Helju Taugi. Tak dostał ogona.

Czy rzeczywistą była dla Pana możliwość stać się ze świadka oskarżonym?

Tak, bardzo łatwo, i doświadczeni ludzie mi o tym mówili. Wszystko było względne: w każdym momencie mogłeś ze świadka stać się oskarżonym. Wiedziałem, że im więcej mówię, tym większa jest ta możliwość.

[.] w maju 1975 r. wróciłem z Rygi, gdzie pojechałem na wycieczkę, zorganizowaną przez encyklopedię. W pracy powiedzieli mi, że niejaki Ots kilka razy dzwonił do mnie. Zadzwoniłem mu. Powiedział, że pilnie musimy się spotkać.

Natychmiast stało się jasne, że podczas podróży do Rygi sytuacja dla mnie się pogorszyła. Ots zaczął naciskać na to, co było w sierpniu 1972 r. w Tartu u Ülo Vooglaid'a. Teraz było jasne, że moje "nic nie pamiętam" już nie przejdzie, ponieważ on powiedział: patrzcie sami, mamy zeznania waszych znajomych. Widzicie, czytajcie tu! Później okazało się, że tymczasem w Tartu przeprowadzono operację. Przesłuchano Vooglaid, u kilku osób przeprowadzono przeszukiwanie, ich zeznania były bezpośrednim zagrożeniem dla mnie. Po upływie pary lat ci ludzie już nie pamiętali układów, byli zmieszani.

[93] Moim jedynym pomysłem było: trzeba jakoś przetrwać do końca dnia pracy, żeby dostać dodatkową informację o tym, co się stało w Tartu. To mi się udało.

Łamałem głowę nad tym, jak wejść w kontakt z Tartu i poszedłem do Aldo Balbat'a, swojego dobrego przyjaciela, męża koleżanki ze szkoły, który miał samochód. Na szczęście, nie zauważyłem za sobą "ogona". Poprosiłem Aldo pomóc mi dostać się do Tartu. On zachował się jak prawdziwy przyjaciel i odwiózł mnie tam.

Przybyłem do Tartu późno wieczorem i poszedłem do Vooglaid'a. Następnego dnia wzywali go do Tallina. Wspomnieliśmy razem, o czym umówiliśmy się wtedy, w 1972 r. Odczuwaliśmy niepokój przez to, że sytuacja narodu estońskiego jest naprawdę kiepska, trzeba coś zrobić albo wysłać, ale wszystko się ograniczało słowami - nie było tam żadnego memorandum lub innego tekstu.

[94] Wychodzi, że w swoim czasie grono tartuskie nie zobaczyło memorandum?

Oczywiście, zobaczyło. Wtedy poszedłem do innego znajomego - Elmar'a Ernits'a - pracownika archiwum, historyka. I on okazał się kolejną osobą, którą wezwano do Tallina. Rzeczywiście, była to ostatnia chwila. Niebezpieczeństwo polegało na tym, że po przesłuchaniach wszyscy byli tak przestraszeni, że nie mogli ze sobą kontaktować - najgorsza sytuacja, żeby coś robić wspólnie. Poszedłem do jeszcze jednego znajomego i, nareszcie, o szóstej rano przybyliśmy do Tallina, gdzie wpadłem do Rein'a Einasto na Mustamäe. I jego wezwali rano na Pagari (siedziba estońskiego KGB). Więc, operacja była przygotowana wspaniale: zestawić nas ze sobą i zmusić na nas wyznania tego, czego potrzebowali. Z Einasto, też umówiliśmy się o wspólnym zachowaniu się.

Na szóstą przybyłem do domu, a o jedenastej byłem na Pagari, ale mój stan moralny był zupełnie inny. Tam zostałem przyjęty przez Łotysza Berzinša (Ber-zińsz). W takich przypadkach nie ufano estońskim sędziom śledczym i tamtejszym ubekom, ale zawsze przyprowadzali skądinąd.

[95] Pierwsza pułapka - konfrontacja z Varato, żeby zupełnie mnie złagodzić - nie udała się. Wtedy wypuszczono mnie na obiad - przerwę obiadową miał i urząd na ulicy Pagari. Świadkom dawali posiłki w stołówce, jeśli oni chcieli, a jak nie, to mogli udać się do miasta. Kiedy wróciłem, miałem rozmowę z majorem Ots'em, który był widocznie gniewny, zaniepokojony i zirytowany. To był taki typ, co nie potrafił tego ukryć. Dopiero wtedy zaświtało mu w głowie: czyście nie dzwonili do Tartu podczas przerwy na obiad. Nie przyszło mu do głowy, że mogłem pojechać do Tartu osobiście.

W innych gabinetach mówiono tę samą historię, co i ja, i to już zaczęło się wydawać podejrzliwym. Potem miałem konfrontację.

tłum. Anton Bespałow

INTERMARIUM: